poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Spóźniony ekspert komisji Macierewicza

Jest sobie taki przebrzmiały nieco piosenkarz, jak Andrzej Rosiewicz. Generalnie lubię p. Rosiewicza, bo w pewnym sensie przypomina mi dzieciństwo... Żal się zaczyna jak kolejny gwiazdor, czy to będzie Pan Kleks, czy Janek Kos, czy w końcu Andrzej radarowiec zacznie się wypowiadać na temat polityki.

"Wysoki sądzie przyznać wypada, owszem zeznaję zjadłem sąsiada..."

No właśnie, po występie p. Rosiewicza w programie "Skandaliści", stwierdziłem że sąsiad musiał mieszkać bardzo na prawo. Zjadanie ludziny w ogóle ma fatalne skutki, a według wierzeń różnych ludów praktykujących kanibalizm, ludojad przejmuje jakieś cechy swej ofiary. Jednym słowem potraw z niektórych należy się wystrzegać. 
Było też poważnym błędem prowadzącej spychanie dyskusji na tematy polityczne. Czyż do cholery nie można było poprzestać na chłopcach radarowcach, czy innej cha-chy? Trzeba było dojść aż  do wspaniałej pieśni o Antonim Macierewiczu? Gdyż nasz estradowy artysta nie dość, że jest kolejnym wysoko cenionym specjalistą od katastrof lotniczych, ma też niezwykle wysokie mniemanie o Antonim Macierewiczu. (Tak jak niegdyś o Gorbaczowie)

"Żeby bezpieczna była Polska, Antek przystojnych porywał do wojska. Byłem pierwszy na liście i Antka porwali. I kto mnie teraz porwie, i kto mnie ocali?"

Zauważyłem że Antoni jest bardzo wdzięcznym tematem piosenek, wspominając choćby dzieło Big Cyca "Antoni wzywa do broni"...
No ale do rzeczy. Rosiewicz miał wiele czasu na przemyślenia i o zamachu jest przekonany. Tak jak o niezłomnym dążeniu Antoniego do prawdy o tymże zamachu. Generalnie przecież "nawet głupi Jasio zrozumie, że samolot wojskowy, który jest wzmocniony, ścina pół hektara lasu i nic mu się nie dzieje."

I tu pora na mój nowatorski pomysł. Skoro Bruksela zakazała wycinki Puszczy Białowieskiej, należy zrzucić tam samolot. Ze dwa razy i od razu zetnie hektar lasu, przecież nic mu się nie stanie, a jaka to będzie okazja dla powołania kolejnej komisji...







niedziela, 22 kwietnia 2018

Bajka nie bajka...

Dziś niedziela, temat całkowicie luzacki. Rodzinny spacer. 
Zaczynając sielankowo:
Poszliśmy onegdaj nasłonecznionym miastem przed siebie trzymając się za ręce... Rozprawialiśmy o wszystkim i niczym, zjedliśmy loda i hamburgera w burgerowni, dochodząc do wniosku, iż jest to pierwszy i ostatni hamburger w tym miejscu. Nie żeby był zły, ale czekanie pół godziny na bułę z kawałkiem chabaniny, to zbyt wiele...
I dużo gadaliśmy...

O fryzjerach.

 O prawdopodobieństwie zagubienia się w osiedlowym lasku...

O tym, gdzie kto mieszka, dlaczego właśnie tutaj i czemu się nie wyprowadził...

Poza tym poruszaliśmy bardzo dużo innych bardzo ważnych zagadnień:

Kim jest hipoteta?
Od razu zaznaczam, że nie doszliśmy do konsensusu nad znaczeniem tego słowa. Syn umieścił go znaczeniowo w bezpośrednim sąsiedztwie hipokryty, ja zaś wysnułem teorię, iż jest to człek często wysuwający różne hipotezy... Pasowało do mnie, a że młody jednak upierał się przy hipokrycie, co do mnie (według mnie) nie pasuje - porzuciliśmy temat na rzecz innych filozofii...

O nosaczu Januszu Sundajskim..., Ooo tu się rozsypał worek opowieści. Np. co to jest małping.

Małping... Hmm to trzeba by pokazać. Polega na... małpowaniu rzecz jasna. Gdy było nas dwóch i jeden naśladuje drugiego - jeden z nas uprawia właśnie małping. A jak nazywa się człowiek uprawiający małping? Małpinger.

Wracając do Janusza, internetowe memy wiążą go w parę z żoną Grażyną, synem osiedlowym Sebiksem i/lub w różnych konfiguracjach Karyną (dziewczyną Sebiksa, albo córką Janusza). Cała rodzina to przedstawiciele grupy niezbyt wyrafinowanego intelektualnie społeczeństwa. Co ciekawe, każde pokolenie ma jakiś taki dopasowany imiennie stereotyp. Za moich czasów (he he) okolicznych pijaczków i żulików nazywało się "Jankami". Coś było na rzeczy - kolega radził przeprowadzenie testu  - wyjście na park, lub w pobliżu okupowanej przez meneli ławeczki i zawołanie na głos: "Jaaaneeek!!!"  - "Zobaczysz, obejrzy się co najmniej kilku..." - twierdził.

I tak dalej... A niebo było niebieskie. A miasto było rozleniwione. Reżimowy rząd zamknął sklepy i naród błąkał się bez celu, spożywając lody, albo leniąc na ławkach i ławeczkach...



czwartek, 19 kwietnia 2018

Opresyjne państwo wyznaniowe

Generalnie każdą nawet najfajniej brzmiącą ideę można sprowadzić do reżimowej ideologii. Czytelnicy odwiedzający mój blog widzą dobrze o moim sceptycyzmie jeśli chodzi o importowanie i wdrażanie na grunt Europejski różnych urozmaiceń kulturowych, zwłaszcza muzułmańskich. Tak samo jak o tym, że za kluczowy element kultury europejskiej uważam katolicyzm (chodzi mi o wartości jakie ze sobą niesie, a nie przymus wiary w Boga).
Od jakiegoś czasu obserwuję media zagraniczne, które w zupełnie innym świetle stawiają zarzuty o tworzenie państwa wyznaniowego w Polsce. Gdyż podobnie, a może jeszcze bardziej opresyjnie poczyna sobie poprawny politycznie i do granic absurdu tolerancyjny Zachód Europy... Ale najlepiej przykład zaczerpnąć u źródła.

Sprawa nie jest wprawdzie nowa, wydarzenia miały miejsce 5 lat temu, ale zaczniemy od niej, gdyż pokazuje pewną ewolucję podejścia do tematu.
Rzecz miała miejsce w Anglii, w miasteczku o nazwie Hundintgton, gdzie w miejscowej szkole zorganizowano uczniom wycieczkę na uniwersytet w Staffordshire na warsztaty religijne na temat islamu. Problem się zaczął, gdy kilkoro rodziców, stwierdziło że nie ma ochoty na to, by ich dzieci (warsztaty zorganizowano dla 4 i 6 latków) brały udział w tej wycieczce. Wrzask podniosła wychowawczyni klasy obciążając rodziców owych dzieci kosztami wycieczki, oraz grożąc wpisaniem do ich akt czegoś o nazwie "racial discrimination note", czyli noty zarzucającej im dyskryminację na tle rasowym. 

W "Daily Telegraph: opublikowano cały list, wysłany do rodziców dzieci, którzy nie mieli ochoty na warsztaty religijne:


Dear Parent/Carer,

As part of the National Religious Education Curriculum together with the multicultural community in which we live, it is a statutory requirement for Primary School aged children to experience and learn about different cultures.
The workshop is at Staffordshire University and will give your child the opportunity to explore other religions. Children will be looking at religious artefacts similar to those that would be on display in a museum. they will not be partaking in any religious practices.
Refusal to allow your child to attend this trip will result in a Racial Discrimination note being attached to your child's education record, which will remain on this file throughout their school career.
As such our expectations are that all children in years 4 and 6 attend school on Wednesday 27th November to take part in this trip.
All absences on this day will be investigated for their credibility and will only be sanctioned witha GP sick note.
If you would like to discuss this further please contact our RE Coordinator, Mrs Edmonds.

W zasadzie ów liścik do wytłuszczonego momentu to lanie wody o nauce o innych kulturach, o tym jaką tą unikalną możliwość ich poznania daje wyjazd na wycieczkę, do momentu kiedy przywala się rodzicom groźbą sankcji w przypadku odmowy udziału dziecka w wycieczce, przez ową rasistowską łatkę, która ma ciążyć na dzieciaku przez całą szkolną karierę.
Drugi wytłuszczony fragment mówi o tym, że tylko zwolnienie lekarskie usprawiedliwia nieobecność dziecka na wycieczce.

Co się zmieniło przez 5 lat?

Proszę bardzo kolejny artykuł z kwietnia 2018 roku:


Mowa jest tam o rezolucji jaką wystosował Związek Zawodowy Nauczycieli w Anglii, do rządu, w celu podjęcia kroków ograniczających rodzicom możliwość nie posyłania dzieci na lekcję religii. Ale uwaga, nie chodzi o każdą religię, tylko wiedzę o Islamie, gdyż w zasadzie te lekcje napotykają na największy opór. 

Tutaj kilka słów entuzjasty tego pomysłu Richarda Gryffitha z londyńskiego związku nauczycieli.:

"odosobnione przypadki" kiedy to naprawdę przekonania religijne są powodem nie posyłania dziecka na religię, różnią się od przypadków kiedy rodzice kierując się uprzedzeniami, takimi jak islamofobia, czy antysemityzm, decydują się na wycofanie dzieci z pewnych lekcji, lub wizyt w miejscach kultu, co obniża możliwości szkoły w przygotowaniu dziecka do życia we współczesnej Wielkiej Brytanii". 

Co dalej? Departament edukacji bije brawo.

"Dobrej jakości wychowanie religijne może rozwinąć wiedzę dzieci o wartościach i tradycjach Wielkiej Brytanii oraz pomóc w rozwijaniu zrozumienia między różnymi religiami i kulturami” – powiedział z kolei rzecznik Departamentu Edukacji.

Więc za kilka lat, Brytyjczycy będą znali lepiej nauki proroka, niż swój rodzimy (od kilkuset lat, bo nie mówię wszak o religii celtyckiej) protestantyzm. Oczywiście można to uznać za naturalny element ewolucji społeczeństw, nowe wypiera stare. Tyle że to nowe nie rysuje się w różanych barwach, wystarczy sprawdzić jak kwestie tolerancji wyglądają w krajach arabskich. Słyszał kto, żeby gdzieś prowadzono tam lekcje religii o chrześcijaństwie? 

wtorek, 17 kwietnia 2018

Rodzino do urn!

Od razu na początku powiem że "pomysł głosowania rodzinnego Gowina", z którego rży pół internetu i cała opozycja, rozbawił i mnie. Natomiast niektórym by pewnie zrzedła mina, gdyby wiedzieli że to pomysł liberałów, o którym kiedyś pisała z entuzjazmem nawet Gazeta Wyborcza. (To tłumaczy zresztą jego bzdurność. :))


Pomysł, który wykluł się w Niemczech jeszcze w 1910 roku nabrał konkretnego wymiaru w Stanach Zjednoczonych w roku 1986, za sprawą demografa Paula Demeny i był rozpatrywany w wielu państwach. Wrócił nawet "do kolebki", Niemiecki Parlament zajmował się nim w latach 2003-2008 w ramach programu Kinderwahlrecht (ciekawe czy też się wszyscy tak brechtali). Podobne rozwiązania proponowano mniej więcej w tym samym czasie w Japonii, Węgrzech i Kanadzie. W praktyce na dziecko przypadałoby pół głosu, od rodzica, w razie gdyby różnili się poglądami. Zastanawiam się, czy w takim wypadku wygrana o pół głosu, mogłaby się liczyć jako pełne zwycięstwo. :)
Pomysł stał się popularny w ramach walki tzw. gerontokracją. To greckie określenie oznacza dosłownie rządy starszyzny, więc nic dziwnego że rozpatrują go państwa, o starzejących się społeczeństwach. Poza tym tkwi w tym haczyk - dziadkowie to na ogół konserwa polityczna, więc osłabienie ich głosu jest na rękę partiom postępowym. Zauważono w końcu, że "Demeny Voting" narusza demokrację, która zakłada prawidło - jedna osoba, jeden głos. W praktyce mechanizm zapewne trudno byłoby kontrolować, dlatego nikt jak do tej pory nie zdecydował się na jego wprowadzenie.
W USA jednakowoż, postulaty takie jak obniżenie wieku wyborczego i rodzinne głosowanie to temat debaty społecznej - nie dalej jak w lutym 2018 w Washingtonie odbyła się manifestacja uczniów wyższych uczelni w ramach kampanii przeciwko przemocy z użyciem broni palnej. "Demeny Voting" dałoby ich rodzicom dodatkowy głos za zaostrzeniem przepisów kontrolujących dostęp do broni i część stanów skłania się ku poparciu takiego rozwiązania. I znów jest to postulat liberałów i lewicy, którzy zresztą tego samego chcą w Europie.
U nas działałoby to pewnie inaczej, do wyborów rzuciliby się beneficjenci 500+, przerażeni wizją odebrania świadczeń. Czyli już niektórzy dostrzegają w całej aferze przebiegłość i głupotę PISu (niepotrzebne skreślić). 
A jednak to za sprawą Unii Wolności a nie PISu "Demeny Voting" trafiło do Polski, gdzie jego propagatorem był Andrzej Wielowieyski z tejże partii. A w jakiej frakcji europejskiej znalazła swe miejsce UW? Podpowiem - Partia Europejskich Liberałów, Demokratów i Reformatorów (tak jakoś w skrócie).






poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Zen, Jezuici i De Mello

W zasadzie nie będę tłumaczył tu dogłębnie pojęcia Zen jako praktyki, ani Zazen jako medytacji, oprócz tego, że nie chodzi tu o jakieś skomplikowany system filozoficzny, tylko pewnego rodzaju oświecenie, polegające na określeniu siebie i otoczenia, bez stawiania sobie zbyt wyrafinowanych pytań (tak pi razy drzwi, bo Zen nie ma jakieś zamkniętej definicji). Bardziej zainteresowała mnie polemika, czy chrześcijanin może praktykować Zen. 
Okazuje się, że i tak i nie.



Do praktykujących Zen chrześcijan należą niektórzy Jezuici, Zazen jest dla nich formą modlitwy. Anthony de Mello, poprzez którego książki zetknąłem się pośrednio z Zen, również był Jezuitą. Wydane przez niego książki - "Śpiew Ptaka" i "Modlitwa Żaby" to zbiory bajek i przypowieści z różnych kultur, opatrzonych komentarzem autora, które rozważania nad sensem istnienia sprowadzają do podstawowej wartości - wolności. 
Wolność ograniczają przywiązanie do żądz, nawyków, fałszywych przekonań. W książce znajduje się kilka przykładów ślepej wiary jako fałszywego przekonania. Pojęcie dobrej i złej religii.

Człowiek jest sam, zagubiony w tym ogromnym wszechświecie. I jest pełen lęków.
Dobra religia czyni go odważnym.
Kiepska religia potęguje jego lęki.

Pewna matka nie mogła sobie poradzić z synkiem, który zawsze wracał do domu po
zmroku.
Dlatego przestraszyła go: powiedziała mu, że na ścieżce do domu pojawiły się jakieś
duchy wychodzące zaraz po zachodzie słońca.
Odtąd nie musiała mu przypominać, by wracał do domu w porę.
Kiedy jednak chłopiec urósł, tak bał się ciemności i duchów, że nie było sposobu, by
wyszedł z domu wieczorem. Wtedy matka dała mu medalik i przekonała go, że gdy
będzie go nosił, duchy nie będą mu mogły zrobić nic złego.
Teraz już chłopiec wchodzi odważnie w ciemności, mocno ściskając swój medalik.

Kiepska religia daję wiarę w medalik.
Dobra religia pozwala wiedzieć, że takich duchów nie ma.

Filozofia "Śpiewu Ptaka" określa w pewnym sensie moje przekonania. Przykład natomiast magicznego wpływu medalika powoduje, że Zen nie wszystkim się podoba. Pod adresem Jezuitów padają oskarżenia o rozmycie doktryny przez wprowadzanie do niej elementów wywodzących się z buddyzmu. Istotnie, z książek de Mello płynie dość spora swoboda w interpretacji tego czym w zasadzie powinna być wiara. 

Do akacji wkraczają również demonolodzy, m.in Ojciec prof. Aleksander Posacki:

 "W zenie charakterystyczne jest doświadczenia pustki. Jest to tzw. „medytacja bezprzedmiotowa”, jest ona pozbawiona zarówno rozumowania, jak i treści Bożego Objawienia, czyli dogmatycznej wiary, więc nie można jej równać z medytacją prowadzącą do zjednoczenia z Bogiem, jak to jest w chrześcijańskiej medytacji. Doświadczenie pustki, jakie występuje w zenie, może być formą mediumizmu otwierającego na opętanie diabelskie."

Posacki nawet na moje rozumowanie popełnia według mnie błąd już na początku. Celem Zen nie jest doświadczenie pustki, tylko rzeczywistości. Jeżeli ktoś wierzy, nie da się wyrzucić wiary z jego rzeczywistości. Potem nawiązuje do buddyjskiej demonologii, okultyzmu, choć te rzeczy w zasadzie nie mają żadnego odniesienia do Zen, chyba że symboliczne.

Ojciec Posacki pyta dalej.
Czy można porównywać Buddę z Chrystusem? Czy można zestawić oświecenie z uświęceniem? Czy zen może być chrześcijański? Czy jego przeniesienie na grunt katolicyzmu nie zmienia istoty wiary?

Pytanie czy Budda może być odpowiednikiem Chrystusa, albo czy jeden może drugiego zastąpić jest również błędne. Jeżeli bowiem zastosujemy w praktyce nauki Chrystusa, odwołujemy się w jakiś sposób do nauk Buddy, nawet nie wiedząc o jego istnieniu. 

Pewien uczony człowiek poszedł do Buddy i rzekł:
- Sprawy, o których nauczałeś, panie, nie znajdują się w świętych Pismach.
- W takim razie, ty je tam umieść - odparł Budda.
Po chwili zakłopotania człowiek mówił dalej:
- Czy pozwolisz zauważyć panie, że pewne sprawy, których obecnie nauczasz są
wręcz sprzeczne ze świętymi Pismami?
- W takim razie popraw Pisma - odpowiedział Budda.

W ONZ przedłożono propozycję poprawienia wszystkich pism religii świata.
Wszystko, co mogłoby w nich prowadzić do nietolerancji, okrucieństwa czy
fanatyzmu, miałoby być wykreślone.
Cokolwiek byłoby przeciwne godności lub dobrobytowi człowieka, miałoby zostać
opuszczone. Kiedy odkryto, że autorem propozycji był sam Jezus Chrystus,
dziennikarze oblegali jego rezydencję szukając pełniejszego wyjaśnienia.
Okazało się ono bardzo proste i krótkie: "Pisma, podobnie jak szabat, są dla
człowieka - stwierdził Jezus - a nie człowiek dla Pism".

Tu pojawia się znów miejsce na moje przemyślenia o uniwersalności doktryn wiary. Odkrycie niezależnie moralności, wykształcenie empatii i współczucia. Ale to temat do zupełnie innych rozważań.

Jak ktoś ma ochotę przyjrzeć się tematowi:
Zen a Poszukiwania duchowe
Jezuici promują łączenie Zen z chrześcijaństwem


sobota, 14 kwietnia 2018

O tym jak stałem się człowiekiem Kościoła

Dla niektórych może zabrzmi to, jakbym przyznał się do wstąpienia do mafii. :)
Inni pewnie stwierdzą, że podejrzewali mnie od dawna. :D
Ale cóż... wprawdzie katolik ze mnie taki sobie, a może nawet lichy, do KK mam wiele zastrzeżeń, ale...

Gdy przed świętami zadzwonił telefon, nie spodziewałem się księdza proboszcza, ani tym bardziej propozycji przygotowania i wygłoszeniu odczytu na mszę w intencji odzyskania niepodległości. Zagadnienie działalności kościoła podczas zaborów znałem w zarysie, znałem nazwiska księży patriotów, ich problemów z racji poglądów, nie tylko z administracją zaborczą, ale też władzami kościelnymi. 
Podjąłem się tematu i lany poniedziałek wylądowałem "za ołtarzem".:)

O i nawet fotę dziennikarze "Ziemi Sochaczewskiej" mi zrobili...


wtorek, 10 kwietnia 2018

Kanalie



7 kwietnia wystartowała w Warszawie wystawa pod tytułem "Kanalie". Dla niewtajemniczonych - są to 44 wizerunki znanych celebrytów (choć nie tylko, jakimś cudem załapał się tez ostatni żyjący Cichociemny - Aleksander Tarnawski) stylizowane na fotki z kroniki policyjnej. Tytuł wystawy - "Kanalie, zdradzieckie mordy" nawiązuje do "uniesienia" sejmowego prezesa, a jego twórcy chcieli zwrócić uwagę na przebiegunowanie pojęć: dyskurs publiczny, autorytet, patriotyzm i uczciwość.
Faktycznie, pogorszenie najzwyczajniejszych stosunków międzyludzkich jest widoczne, z tym, że zacząłem się zastanawiać, jak na ich polepszenie wpłynie ta wystawa. 
Wystawa potrwa do 15 kwietnia, czasem trwania obejmie zatem rocznicę katastrofy smoleńskiej. Ma coś jedno z drugim wspólnego? 
Słowa prezesa były zwrócone do morderców jego brata, których widział na sali sejmowej, więc może i ma. Solidaryzowanie się więc z "kanaliami" - pasuje do sprzeciwu wobec takiej retoryki. A w zasadzie nawet nie retoryki tylko napadu szału.
Pierwsze co zauważyłem to komentarze w necie, iż ludzie którzy pojawili się na plakatach są naprawdę kanaliami i dokonali, - co można przeczytać chocby w "Najwyższym Czasie",  pewnego rodzaju samokrytyki, czy też samokreślenia, a następną wystawą będą "Debile". Grubo.

Nic nie jest w stanie zagrzebać przepaści między Polakiem a Polakiem, a na pewno nie taka narracja. Z drugiej strony może rodzić się pytanie - co w takim razie robić? Nie reagować? I tu mi się coś przypomniało. 

Przypomniały mi się wypowiedzi związane z rokiem 1976. Zdrajcy Ojczyzny. Wichrzyciele i warchoły. Tak władza określała protestujących.
Zastanawiałem się czy którykolwiek z aktorów, którzy wtedy robili swoje kariery, byli u szczytu sławy dał jakiś wyrazisty znak i solidaryzował się z takim zapałem ze zdrajcami, warchołami i wichrzycielami jak dziś z kanaliami i zdradzieckimi mordami. 
Dziś można wszystko - protesty nie pociągają za sobą żadnych konsekwencji - nie łamią karier, nie uniemożliwiają podjęcia pracy. W zasadzie jest to sposób ba pojawienie się gdzieś, środek wyrazu, który się dewaluuje - nie robi wrażenia. A mimo to celebryci biorący udział podobnych eventach, udzielający wywiadów pozują na jakieś ofiary systemowe, jakby działa im się wielka krzywda. Budzi to mimo wszytsko we mnie pewien niesmak.



Czytam też że drugiego dnia ktoś wystawę zniszczył. Od razu przypomniał mi się Daniel Olbrychski (jeden z 44) szarżujący z szablą na "Nazistów". Tak! Była kiedyś taka wystawa, która stała się głośna dzięki panu Danielowi, który z nazistami nie chciał się utożsamiać, choć obecnie słowo to również jest używane w społecznym dyskursie do ochlapania przeciwnika.