poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Granica wzięta!

Czyli 44 km na rowerze z przyjaciółmi i naszymi pociechami (8 i 9 lat). Wszyscy dali radę, choć pod koniec było ciężko, jednak trasa okazała się zbyt forsowna dla najmłodszego uczestnika. Wyruszyliśmy najkrótszą trasą, - Orły Cesin, Szczytno, Skarbikowo, Zawady, Komorów, dwa razy zbaczając na nieasfaltowaną nawierzchnię.  Tą mniej więcej trasą już do Puszczy jechałem, więc zdawać by się mogło, że nic nie powinno mnie zaskoczyć. Nic bardziej mylnego! W Szczytnie pojawiła się figura Matki Boskiej, datowana na 1874 rok, której ostatnio widzieć nie mogłem, gdyż była poddana zabiegom konserwatorskim. Granicę osiągnęliśmy koło południa, po licznych przystankach w wiejskich sklepikach, a to na lody, a to na piciu. Jako pierwsze zaliczyliśmy muzeum Puszczy Kampinoskiej. Tu również jestem po raz drugi, ale dzieciaki i żony jeszcze nie były, więc w skrócie: umiejscowione w starej leśniczówce muzeum w trzech salach ekspozycyjnych zawiera okazy fauny i flory, która można spotkać w lesie, oraz pozostałości po przejściowej na ogół bytności człowieka - często kryjącego się w Puszczy przed wrogiem - podczas powstań w XIX wieku, oraz I i II Wojny Światowej. Powstańcy, żołnierze, partyzanci...  Każdy coś zostawił, lub sam został na zawsze.


Muzealna leśniczówka



Chata ze skansenu


Widok na bagna


Przed wejściem szczęka, a konkretnie lewa dolna żuchwa wieloryba bezzębnego, eksponat nader ciekawy, bo na pierwszy rzut oka nie ma nic wspólnego z Puszczą. Poprzednio, gdy łaziłem po leśniczówce, zapędziłem się na podwórze z tyłu, raczej nie przeznaczone dla zwiedzających, ale znalazłem tam wtedy sfatygowaną i zatartą tabliczkę, z której wynikało, że dotyczy właśnie tej szczęki wieloryba. Otóż Muzeum Narodowe skryło w Puszczy swoje zbiory podczas II Wojny Światowej, a ten eksponat tak skutecznie, że znaleziono go dopiero w latach 50. Wtedy już stwierdzili w Warszawie, że mają takie szczęki i ta została w Muzeum Parku Kampinowskiego. Dziś dowiedziałem się jeszcze, od kustosza, że tabliczka z opisem nie jest zamieszczana celowo, bo żuchwa budzi spore zainteresowanie i skłania do pytań i jest o czym pogadać.


Potem ruszyliśmy na pomost widokowy, wiodący na bagna. Na wiosnę można z niego obserwować roślinność i pewnie ptactwo, dziś w zasadzie tylko połacie wyrudziałej roślinności, bagno natomiast wyschło. w obserwatorium panuje przyjemny chłodek, omal się tam nie pospaliśmy. Jeszcze rzut oka na cmentarz wojskowy i powrót do domu. Zanim to jednak nastąpiło, rozwaliliśmy się w leżakach z zimnymi napojami w łapie, doskonale zdając sobie sprawę, że im dłużej w nich siedzimy, tym bardziej nam zasysa w nie tyłki.
Gdy już wracaliśmy, w Zawadach dało się słyszeć coraz głośniejszą muzykę biesiadną. Tak jakby z kościoła, co dziwniejsze... Okazało się, że odbywają się tam dożynki, a ludzie bawią się przy muzyce obok świątyni. a jaki fest słomiany kombajn pobudowali!



Czas wycieczki do godziny 9:00 wyjazd, około 17 z minutami powrót. Super spędzona niedziela w doborowym towarzystwie.

sobota, 27 sierpnia 2016

Bitwa nad Bzurą - Maciej i Jakub Wojewoda



Dostałem dziś do rąk, a nawet na własność pozycję, która być może powinna się pojawić już dawno. Jej autorami są ojciec i syn, chyba wymarzony duet, bo co bardziej może cieszyć człowieka, niż to, że potomek idzie w jego ślady i rozpoczyna następny rozdział pisanej przez niego opowieści? A opowieść to długa, bo składają się na nią opowieści ludzi, którzy nad Bzurą przelewali krew i zdobyli się na nadludzki wysiłek w obronie ojczyzny. Pracownicy Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą, zbierali je od lat, dzięki czemu książka nie jest kolejnym odtworzeniem przebiegu bitwy z innych publikacji - takich powstało już trochę i jaki byłby sens dodawać kolejną? Jako, że jestem już po wstępnej lekturze, podzielę się swoimi wrażeniami, bez cukru.
Co mogę napisać o samej książce? Merytorycznie nijak nie jestem w stanie jej ocenić, gdyż akurat dla mnie jej autorzy są autorytetami w swojej dziedzinie, więc niech znawcy im równi ją pod tym względem ocenią. Mogę po pierwsze napisać, że książka jest pięknie wydana, w formie albumowej, na dobrym papierze co kontrastuje z jej niską ceną. Wydanie albumowe zobowiązuje wręcz do zamieszczenia wielu ilustracji i ich faktycznie jest ogółem sporo. Natomiast mało jest, a jeśli są, to wątpliwej autentyczności, zdjęć z Kampanii Wrześniowej od naszej strony - kto myślał w takich warunkach o robieniu zdjęć? Niemcy robili je masowo, ale ich zdjęcia to jeńcy i pobojowiska. Lukę tą wypełniono częściowo zdjęciami przedwojennymi, częściowo współczesnymi fotografiami z rekonstrukcji historycznych. Trudno mi się ustosunkować jednoznacznie do tego zabiegu - czy te nowe zdjęcia pasują do treści, nie mniej jednak niewątpliwie ożywiają one książkę i dają pojęcie o uzbrojeniu polskiego żołnierza. Mapki, jak dla mnie mają natomiast zbyt ubogą legendę, myślę że osoby nie znające choćby pobieżnie tematu, będą miały problem z ich odczytaniem. 
Treść od momentu relacjonowania kolejnych etapów bitwy jest podana w formie bardzo zgrabnej i ciekawej -  mianowicie opowiadają o niej w dużej części uczestnicy bitwy - ich słowami i mową charakterystyczną dla tamtej epoki jest przetkany tekst przewodni. Dodać należy, że są to często relacje niepublikowane. Całość czyta się lekko, zatem książka bardzo dobrze spełnia rolę popularyzatorską, gdyż mogą po nią śmiało sięgnąć osoby na co dzień nie interesujące się tematami wojennymi.
Na zakończenie można poczytać o współczesności, czyli o trakcie pamięci bohaterów Bitwy nad Bzurą 1939 r., o działalności sochaczewskiego muzeum, o muzealnej grupie rekonstrukcyjnej i w końcu notka biograficzna o autorach.  Ta część jest trochę nierówna, po pierwsze część dotycząca traktu mogła by być trochę dłuższa i choć trochę przybliżyć co się kryje za numerami zamieszczonymi na mapce. Opis muzeum jest zbyt chaotyczny, ale trudno po prostu zmieścić wszystkie walory tej instytucji na kilku stronach. Natomiast dobrze się czyta tekst o grupie rekonstrukcyjnej, zawiera on dokładnie tyle informacji i w takich proporcjach ile moim zdaniem powinien. Krótkie notki biograficzne ociepla fotografia trzech pokoleń Wojewodów, Kubie życzę równie wytrwałego kontynuatora dzieła.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Historyczna klęska ideologii rasy panów

Na temat genezy hitlerowskiej ideologii rasowej w ogólnej świadomości istnieje dziś chyba tylko mglisty dość przekaz, że rasa panów nie wynalazła swastyki, tylko "wypożyczyła" ją sobie z Indii, skąd pochodzili niejacy Ariowie. I na tam w zasadzie koniec, cała ta aryjskości znana jest raczej pobieżnie. Temat jest jednak na tyle intrygujący, że postanowiłem go trochę zgłębić. 
Gdy w XVIII wieku Angole opanowali Indie, stało się jasne, że zdystansowanie konkurentów o prymat w dominacji nad tą częścią świata nie rozwiązuje wszystkich problemów, gdyż panowanie nad narodem o wielowiekowej tradycji i świadomości nie jest wcale takie proste. Kompania Wschodnio-Indyjska tworzy więc w 1874 r. Bengalskie Towarzystwo Wiedzy o Azji, które miało na celu poznanie nieznanej dotąd kultury - jednak nie w celach naukowych bynajmniej, wiedzę tą zamierzano wykorzystać do skuteczniejszego podporządkowania sobie i panowania nad Hindusami.
Gdy uczeni angielscy zaczęli poznawać język hinduski okazało się nagle, że najstarszy język Indii - Rigwedy - spokrewniony jest z łaciną, greka a nawet językami słowiańskimi. Ludy go używające nazwały się Ariami i według zapisów w Wedach, pochodziły od prastarej rasy, która jako pierwsza przyniosła na kontynent kulturę i cywilizację.
Ten ciekawy fakt, stał się później punktem wyjścia dla badań zupełnie innego rodzaju, ale zanim do tego doszło, uznano, że "Aryjczycy" przybyli niosąc ze sobą oświecenie do prymitywnych narodów w Europie i Afryce, w ogóle na cały niemal cywilizowany współcześnie świat. 
Idea przepiękna, zwłaszcza dla rodzącego się w Niemczech  nazizmu, któremu spadła z nieba, usprawiedliwiając poszukiwanie swojego "lebensraum" bezpośrednim pochodzeniem od wspaniałej rasy Ariów. Machina mająca na celu wykazanie wyższości rasy aryjskiej - czyli w tym przypadku nordyckiej, ruszyła pełną parą, angażując archeologów, antropologów i historyków. Dziś wiemy, że podporządkowanie nauki z góry przyjętemu założeniu jest skazane z góry na porażkę, ale czy byłoby nadal śmieszne, gdyby Hitler wygrał wojnę, a Rzesza okazała tysiącletnia? Fakt, nie wygrał na szczęście i dziś można zrywać boki z takich bzdetów, jak poniższy tekst archeologa niemieckiego Gustawa Kossina:

Owładnięci duchem społeczności, zamiłowaniem do porządku, wysokim poczuciem honoru, sprawiedliwości i humanitaryzmu, pospieszyli Germanie na pomoc państwowości rzymskiej dokładnie tak, jak parę stuleci później skandynawscy Germanie - Warego-Ruś - pospieszyli z pomocą niedołężnym, łupieżczym hordom ruskich Słowian, an ich wezwanie i na ich prośbę"...

Gdzieś w w dolinie Indusu, podczas prac wykopaliskowych wygrzebano pierwsze pieczęcie ze znakami w kształcie krzyży, dawny symbol, którego nazwa składała się z dwóch słów pochodzenia aryjskiego - su (dobrze), asti (on jest), svasti (powodzenie) svastika (tworzący dobrobyt). Znak, kolejne odniesienie do rasy panów załopotał na sztandarach III Rzeszy, bynajmniej nie sprowadzając na ludy Europy ani oświecenia, ani dobrobytu, tylko barbarzyństwo i ludobójstwo.

Pieczęć ze swastyką.
 Deprecjonowano nawet nauki niearyjskie, czego przykładem działalność takich uczonych jak Phillip Lenard i Johanes Stark, współtwórców "aryjskiej  fizyki", która miała zdyskredytować Einsteinowską, jako "żydowską". Obaj panowie byli uznanymi noblistami, co daje tylko pojęcie, jak bardzo starano się podporządkować naukę nazizmowi. Jedna rasa, jeden naród, jedna rzesza, jedna nauka itd itd.

Późniejsze odkrycia sprawiły, że propagatorzy germańskiej aryjskości przewracali się pewnie w grobach, a żyjący mam nadzieję dostali apopleksji. Po pierwsze znaleziono w języku indyjskim również odniesienia do języków semickich (co jednak równałoby Einsteina z Lenardem), natomiast nie doszukano się żadnego dowodu, że akurat język staroogermański jakoś wyjątkowo pasował do aryjskiego. Czyli w zasadzie cała populacja Azji i Europy może mieć wspólne korzenie - i to tyle w temacie forowania Niemców.
Po drugie, jeszcze w XIX wieku, Angole wykopali podczas budowy kolei w pobliżu Harappy jakieś starożytne miasto, którego ruiny niestety przeznaczono do budowy infrastruktury, a musiało być niemałe, skoro starczyło na 160 km podkładów kolejowych i osiedle dla 5000 mieszkańców. Potem znaleziono kolejne z tego samego okresu, z szerokimi ulicami i kanalizacją, a badania archeologiczne przesunęły historię cywilizacji w Indiach o 2000 lat wstecz, do czasów przedaryjskich. Wniosek? Ariowie najechali po prostu istniejącą już wcześniej cywilizację i przejęli jej zdobycze. Przodkowie na których się tak Niemcy powoływali okazali się kolejną czeredą najeźdźców, co może nawet bardziej by pasowało do ich rzeczywistych intencji niż bujda o niesieniu tej oświecającej narody pochodni. Szczerość niemieckich zapędów do miana krzewicieli kultury była zresztą w Europie dobrze znana, czego dowodem poniższa karykatura z pochodząca z moich prywatnych zbiorów "Muchy" (numer 41 jubileuszowy - październik 1948)



źródła:
Aleksander Kondratow - "Zaginione Cywilizacjie"
Wikipedia
http://www.swastika.cba.pl/

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Zawisza w Sochaczewie cz 2.

Pora na przestawienie szlaku, po przebyciu którego Małas stał się rycerzem, zbrojnym obrońcą Ziemi Sochaczewskiej. Musiał w tym celu przejść sześć prób, podczas których musiał się wykazać między innymi zdolnościami plastycznymi, projektując swój herb. Koordynacji ruchów i równowagi wymagało napełnienie kufla wodą, którą trzeba było przenieść kilka metrów z beczki, wcielając się w zamkowego nosiwodę. Ba, wyzwaniem też była ucieczka z więzienia, przez pajęczynę drutu potykacza z dzwoneczkami, budzącymi strażnika. Pamięć - podczas popularnej dość gry, w której szuka się dwóch identycznych symboli na zakrytych drewnianych płytkach. Niełatwe okazało się łowienie ryb ze stawu na wędce z zaczepionym magnesem. I w końcu zabawa w odbudowę zamku, czyli w pewnym sensie marzenia Stowarzyszenia - tym bardziej trudnego, że nie wiadomo jak nasz zamek wyglądał i czy w ogóle pod koniec swego istnienia aspirował do miana zamku. 










Herb ze świnką Stefanem
Glejt i dyplom zdobyty przez Małasa


Na zakończenie tego sprawozdania przytaczam fikcyjny tekst wypowiedzenia wojny Zakonowi Krzyżackiemu, który otrzymałem dzięki uprzejmości Stowarzyszenia "Nasz Zamek", autorstwa corocznego "mistrza ceremonii" Łukasza Kowalskiego. Został tak napisany, przy przedstawić całą genezę konfliktu i jednocześnie sprawnie jest stylizowany na mowę staropolską:

"Ja – Zawisza, Pan na Garbowie, i królewski przedstawiciel do wielkiego Mistrza Zakonu krzyżackiego, ogłaszam co mieć będzie miejsce.
Za złamanie postanowień traktatu Toruńskiego, podpisanego 1 lutego roku pańskiego 1411 między Królestwem Polskim i Wielkim Księstwem Litewskim, a Zakonem Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego, który na ziemiach pruskich osiadł, który to traktat wojnę wielką zakończył i na wsze czasy pokój i zgodę miedzy naszymi ziemiami miał przynieść. Tak się jednak nie stało.
Złamano za to przysięgi, które zapisane zostały na kartach owego traktatu, tu jeno niektóre z nich przytoczone będą:
- grabież majątków i ludzi z ziem granicznych przez zbrojne bandy pruskie, przed którymi zbrojnie Polskiego, króla miał Zakon wspierać wedle swych sił i środków;
- więzienie i tortury na tych mieszkańcach ziem zakonnych, którzy głośno swą wierność koronie polskiej potwierdzali.
Wreszcie zarzut najcięższy, który nas do tegoż właśnie przymusił, abyśmy w swym majestacie i z woli nam panującego Króla Polskiego Władysława, to ogłoszenie które tu, na rynku sochaczewskiego grodu obwieszczamy:
- przywłaszczenie ziem polskich i niewolenie królewskich poddanych oraz ataki na ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego.
Nie można wszak na taką nieprawość i zło pozwolić – niechaj wszyscy kto tylko żyw, uszu nadstawią.
Ja Zawisza, Pan na Garbowie, Poseł Króla Polskiego Władysława, który panowanie sprawuje nad ziemią Wielkopolską, Małopolską, ziemią sieradzką, łęczycką, Kujawami, ziemią dobrzyńską Rusią halicka i Podolu, a którego władza lenna nad ziemiami Księstwa Mazowieckiego jest rozciągnięta: w tym nad dominium czersko-warszawskim, oraz płockim jak i również księstwem bełskim i hospodarstwem mołdawskim.
Wypowiadam wojnę Zakonowi Najświętszej Marii Panny domu Niemieckiego i przysięgam, iż nie spocznę póki prawa i postanowienia traktatu podpisanego w Toruniu poszanowane nie będą i prawem się nie staną.

Niech więc wszystkie miasta zaciąg poczynią, aby tak jak przed laty, gdy armia królewska pod Grunwald ciągnęła, wspomóc jej trud i wzmocnić siłę i potęgę Króla Władysława.


WOJNA!!!"


niedziela, 21 sierpnia 2016

Zawisza W Sochaczewie cz 1.



Jak co roku byliśmy na pikniku rycerskim na zamku, "Zawisza Czarny nad Bzurą". Organizatorzy nawiązują tą nazwą do wydarzenia historycznego, bo właśnie na rynku w Sochaczewie 15 lipca 1414 roku rycerz z Grabowa wypowiedział wojnę Zakonowi Krzyżackiemu, zapoczątkowując tzw wojnę głodową. Jest to ciekawy i w ogólnej świadomości w ogóle nie funkcjonujący epizod z dziejów naszych zmagań z rycerzami spod znaku czarnego krzyża. Generalnie skończył się niemal na niczym, bo Krzyżacy, pomni wycisku, jaki dostali 4 lata wcześniej, tym razem nie kwapili się do wyjścia w pole i cwaniakowania z nagimi mieczami dla zachęty, tylko zaszyli się na zamku w Brodnicy. Wcześniej, wiedząc o wizycie jaką zamierza im złożyć Jagiełło, skitrali całą żywność i zapasy tak, że nasi woje niewiele mieli do plądrowania. To spowodowało problemy w zaopatrzeniu, skąd nazwa "wojny głodowej". Z tego głodowania pochorowali się pod tą Brodnicą i trzeba było się z Krzyżakami znów dogadywać. Nasi zachodni sąsiedzi podjęli się chętnie roli rozjemcy i jak to w historii niejednokrotnie bywało - znów nas wyrolowali.
Ale wróćmy do Sochaczewa. Zawisza odczytał wypowiedzenie wojny na rynku i stał się ten fakt przedmiotem małej rekonstrukcji. Oryginalny tekst nie jest znany, choć ponoć Niemcy mają go w swoich archiwach i nie chcą dać. :) W związku z tym Zawisza wygłasza tekst fikcyjny. 
Rycerstwo potem pierze się po łbach w szrankach, a gawiedź bawi podczas rozmaitych atrakcji i raczy staropolskim jadłem. W następnym wpisie opiszę zmagania mojego przybocznego giermka juniora na drodze do pasowania na rycerza, gdyż organizatorzy wymyślili bardzo fajną zabawę.



Zaroiło się od postaci, prezentujących różne średniowieczne rzemiosła.




Rycerstwo po szrankach zażywa odpoczynku.
Tylko ława coś zastawiona mało suto.


"Okno Sztuki" Marcina Hugo Badera.
Słoneczko lepiej się chyba prezentuje niż moja gęba :)

czwartek, 18 sierpnia 2016

Marszałek Piłsudski podczas II Wojny

Po raz pierwszy z postacią Józefa Piłsudskiego zetknąłem się jako dziecko, jeszcze za PRLu, kiedy mówiono o nim niewiele i źle, a było to podczas wiosennych porządków, które szczególnie lubiłem z racji możliwości podziwiania skarbów z zamkniętej na ogół babcinej szafy. Znajdował się tam między innymi portfelik, w którym brzęczało kilka starych monet, ogromnych srebrnych talarów z wizerunkiem wąsatego jegomościa. Stąd od najmłodszych lat, znałem nazwisko Józefa Piłsudskiego i funkcję jaką pełnił w II Rzeczpospolitej. Dziadkowie zdawali się darzyć szacunkiem osobę z pieniążka, ważyli jednak słowa gdy chciałem się czegoś więcej o nim dowiedzieć, być może dlatego, żebym rewelacji nie powtórzył w szkole na historii, choć w latach 80 prawdopodobnie nie spotkałoby się to już z jakimiś strasznymi restrykcjami.
Wielokrotnie słyszałem w domu zdanie, że gdyby żył Piłsudski, nie byłoby wojny z Niemcami. Co ciekawe, to stwierdzenie przypisuje się też... samemu Adolfowi Hitlerowi. Dziś wiadomo, że jest sporo na wyrost, natomiast nie da się ukryć, że  podczas okupacji Dziadek cieszył się jakąś estymą wśród najeźdźców. Kłuł w oczy dopiero władzę ludową, która pozostałe wizerunki wyciepała na śmietnik historii.
"Niemcy z Piłsudskim się liczyli." - z tym zdaniem babki trudno jest polemizować. Gdy marszałek zmarł, w Niemczech ogłoszono żałobę narodową, na pogrzebie pojawiła się delegacja z samym Hermannem Göringiem, a Hitler wysłał notę kondolencyjną o następującej treści:

"Głęboko poruszony wiadomością o zgonie Marszałka Piłsudskiego wyrażam Waszej Ekscelencji i rządowi polskiemu najszczersze wyrazy współczucia moje i rządu Rzeszy. Polska traci w powołanym do wieczności Marszałku twórcę swego nowego państwa i swego najwierniejszego Syna. Wraz z narodem polskim również naród niemiecki obchodzi żałobę z powodu śmierci tego wielkiego Patrioty, który przez swą pełną zrozumienia współpracę z Niemcami oddał nie tylko wielką usługę naszym krajom, ale przyczynił się ponadto w sposób jak najbardziej wartościowy do uspokojenia Europy."

W 39 Niemcy wcale nie zmienili swojego nastawienia do Dziadka, mniemam, że wynikającego, oprócz względów propagandowych z jakiegoś osobistego podziwu, jaki mimo wszystko Hitler żywił do jego osoby. Przy grobie wystawiono warty, wydano też specjalne rozporządzenia chroniące wizerunek marszałka.

Okładka okupacyjnej "gadzinówki", Ilustrowanego Kuriera Polskiego,
przedstawiająca niemiecką wartę przy grobie marszałka Piłsudskiego na Wawelu. (źródło historycy.org)

Oryginał plakatu znajduje się w Archiwum Akt Nowych w Warszawie

Niemcy pozujący pod pomnikiem Piłsudskiego.

 W związku z powyższym tajemnicą jest, co się stało z sochaczewskim pomnikiem Dziadka, który stał na rynku. Rozpętaliśmy kiedyś na StarymSochaczewie.pl dyskusję na temat jego lokalizacji, oraz tego, czy był to element stały, czy tylko stawiany na specjalne okazje. Polemika doczekała się artykułu w miejscowej prasie, jego autor, Jerzy Szostak postawił tezę, że brak jakiegokolwiek zabezpieczenia cokołu na głównym placu handlowym w mieście sugeruje iż dziadka po prostu stawiano w tym miejscu od święta.

Pomnik Piłsudskiego w Sochaczewie, przy ul Warszawskiej.
(okres międzywojenny)

środa, 17 sierpnia 2016

PPPP

 Natrafiłem na pewne zdjęcie, które skojarzyło mi się z pewnym jajcarskim okresem w polskiej polityce, mianowicie działalności Polskiej Partii Przyjaciół Piwa.  Rok 1991 to pierwsze polskie wolne wybory, zarazem czas, kiedy wcale a wcale nie interesowałem się polityką. Lubiłem za to kabaret TEY i Janusza Rewińskiego, który stał się twarzą PPPP i pewnie dlatego zapamiętałem tą wcale przecież nie czołową partię z tamtego okresu.

„Wypij jedno, drugie, trzecie piwo
pójdziesz może trochę krzywo
a po gorzale nie pójdziesz wcale
więc piwa do kufla nalej”.
(hymn PPPP) 



W tym okresie okresie, "świeżowolnym", rozmaitym ludziom wpadały do głowy przedziwne pomysły, bo kto na przykład słyszał, żeby na kabarecie i promowaniu piwa zbić kapitał polityczny. Zaczęło się chyba od programu TV, w którym występowali tzw. "Skauci Piwni" (Rewiński, Smoleń, Piasecki. Zygmunt). Na fali jego popularności utworzono, jak deklarują założyciele zupełnym przypadkiem, bo miał być to prasowy kawał redakcji miesięcznika "Pan", partię, której 16 członków dostało się później do parlamentu. Myślę że stało się tak dlatego, iż potencjał po zarejestrowaniu PPPP dostrzegli w niej biznesmeni, ściągani przez Rewińskiego wizją kandydowania. To zaskutkowało z kolei dopływem gotówki oraz całkiem udaną i nowatorską kampanią wyborczą, podczas której rozdano setki gadżetów w postaci znaczków, plakatów, kufli itp. Nie bez znaczenia był też wizerunek Janusza Rewińskiego, bardzo popularnego wówczas satyryka, który zwykł później mawiać, że posłowie wjechali do sejmu "na jego gębie". A jego "gęba" pojawiała się niemal wszędzie na plakatach, przypinkach, a nawet na etykiecie piwa "President" rozlewanego przez browar w Tychach. Podczas gdy wśród poważnych graczy na politycznej scenie trwały przepychanki i obrzucanie się nawzajem błotem, partia piwoszy stawiała na kompletny luz, promując po prostu spożywanie złocistego napoju zamiast wódy. Skupiała też w swoich kręgach dość ciekawych ludzi, zarówno z mediów, sportu jak i biznesu. Oto podkład muzyczny do spotu robi sam Seweryn Krajewski, członkami lub sympatykami na przestrzeni jej działalności byli m.in Jerzy Kulej, Władysław Komar, Jacek Cygan, Stefan Friedman i Kazimierz Górski. Wybrano 16 posłów startujących z jej list, wśród których również były znane twarze, m.in gliniarza antyterrorysty Dziewula, młodziutkiego Ibisza, jazzmana Piotra Zylbera, olimpijczyka Tomasza Bańkowskiego i znanego biznesmena Leszka Bubla (innych pomijam, byli to jednak głównie ludzie związani z ówczesnym biznesem) i oczywiście samego Janusza Rewińskiego. 
Gdy wszyscy ci co mieli zasiąść w sejmie już zasiedli na swoich miejscach, okazało się że polityka nie znosi luzu, zwłaszcza, gdy coraz większe znaczenie ma pieniądz. Zaczęły się tzw. wojny kuflowe, oraz rozłamy na "małe piwo" i "duże piwo", z partii wywalono w końcu w 1993 Rewińskiego, a ona sama odeszła w niebyt, pomimo, że zaczęła coraz bardziej silić się na poważne działania polityczne, a nie satyrę, czego dowodem nawet zmiana nazwy na Polski Program Gospodarczy.
Któregoś razu, zapewne latem 1991 lub 1992, po jakiejś tam wizycie w mieście wpada do domu śp. ojczym z wieścią, że na ulicy Żeromskiego stoi sobie Janusz Rewiński i można sobie zrobić z nim zdjęcie lub wziąć autograf. Ja jednak jakoś, czy to ze wstydu, czy to z niechęci do zdjęć z obcym sobie człowiekiem, nie pokwapiłem się do tego zdjęcia, czego troszkę dziś nawet żałuję. W Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą znalazłem poniższe zdjęcia, które zainspirowały mnie do notki.

Andrzej Rewiński promuje podczas  Dni Sochaczewa pub na ul Żeromskiego. oraz sprzedaje gadżety PPPP.
Czerwiec 1992.

Knajpa na ulicy Żeromskiego.