niedziela, 24 września 2017

Tajemnicza Mary

W grudniu 1872 w pobliżu Gibraltaru dostrzeżono statek, jak się okazało pozbawiony załogi. Tajemnica Mary Celeste rozbudza wyobraźnie i dostarcza materiału do rozmaitych spekulacji do dziś. Zresztą temat zaginionych na morzu statków, lub statków bez załogi inspirował - zarówno badaczy niewyjaśnionych zjawisk, jak i pisarzy.

"Mary Celeste" wpłynęła natomiast na szpalty Cornhill Magazin w 1884 w 12 lat po swoim samotnym rejsie, a "Sprawozdanie Habakuka Jephsona" wywołało sensację i liczne żądania zorganizowania ekspedycji do wybrzeży Afryki w poszukiwaniu niejakiego Goringa, rzekomego sprawcy zaginięcia załogi... Do czasu, kiedy Arthur Conan Doyle nie przyznał się, że całą historię napisał dla jaj. Czyżby przykład angielskiego poczucia humoru?
Tymczasem poniżej dla chętnych bibliografia o tym i innych morskich zagadkach. Książka otwarta to 'Historie Niewiarygodne" Juliusza Jerzego Herlingera - wydane w czasach kiedy takie rzeczy dawało się nawet czytać. Może dlatego, że chodziłem wtedy jeszcze do podstawówki?


środa, 20 września 2017

Świadomy głos

Przyznam się, iż do roku 2008 moje zainteresowanie polityką było pobieżne. Dopiero upadek mojego miejsca pracy i fakty, które przypadkowo poznałem zaczęły kiełkować jakąś przemożną chęcią poznania przyczyn tego, że coś chyba poszło nie tak. Nie chcę tu się produkować jakim tropem poszły moje rozmyślania i dywagacje, ale może bardziej tym jaki odniosły skutek.
Primo - politykowanie opiera się na kłamstwie - więc nie należy zbytnio przywiązywać wagi do tego co mówią. Sekundo - "Nikt nie da nam zbawienia"*, więc nie należy również się spodziewać, że wraz z wyborem jakiejś opcji politycznej zniknie złodziejstwo i przekręty w jej szeregach, gdyż są to struktury z gruntu rzeczy patogenne. Tak, niezależnie od poglądów władza korumpuje - czego przykładem ostatnia afera billboardowa. Więc jak kierować się przy głosowaniu? Rzucać losy?
Moja metoda była prosta.
Ponieważ nie znam się na ekonomii i polityce, w stopniu wystarczającym do analizy aktualnych wydarzeń - próbowałem znaleźć jakieś jakieś znaczne wydarzenia z minionych lat, które są dość proste w interpretacji (przynajmniej metodą ruskiego uczonego Jebajewa)

Zacznijmy od punktu, który się nazywa deficyt budżetowy:



Jak to się dzieje, że za rządów nieudolnego PIS, do 2007 deficyt spadał, a za rządu specjalistów z PO rósł. No jest to składowa wielu niezależnych od rządu czynników, w tym i wzrostu gospodarczego, ale...
PIS powrócił do władzy i znów cud nastąpił. Pomimo wróżb "specjalistów", że nadwyżka potrwa co najwyżej przez pierwszy kwartał 2017 roku, mamy wrzesień i nadal jest 4.9 mld nadwyżki. A budżet miał się zawalić od 500+



2008, Po dochodzi do władzy - zaczyna skakać słupek zadłużenia. Aż do 2013, kiedy Jan Vincent Rostowski machnął czarodziejską różdżka po której zniknęły nam pieniądze z OFE. Czarów Marów starczyło jak widać na trzy lata.

Ja nie jestem zachwycony wszystkimi działaniami rządu, mają one wiele czarnych i niepotrzebnych stron, z których za najsłabszą uznałbym póki co dyplomację,  ale na tle lat minionych jeszcze jakoś nie mogę się doszukać znamion aż takiego dramatu, jaki się ogólnie przedstawia. 

*Tytuł książki Sergiusza Piaseckiego.

wtorek, 19 września 2017

Historia prawdziwa

Notkę tą zamierzam wyrzucić po jakimś czasie.

Wiele się mówi o PISowskim zamachu na niezawisłość sądów. Zgoda - wzięcie tego środowiska za przysłowiowy pysk przez Ziobrę, prawdopodobnie nie posłuży jego naprawie, tylko ukierunkuje w inne rejony podwładności niż teraz, ale wychodzę z założenia że nie da się zgnoić gnojówki. Ażeby to wytłumaczyć posłużę się pewną... przypowieścią. Z życia wziętą.

Kilkanaście lat temu zacząłem pracę w pewnej firmie - spółce skarbu państwa. Nazwę i nazwiska pominę, bo jak nazwę po imieniu złodzieja złodziejem, mogę mieć z tego tytułu większe nieprzyjemności niż on. Spółka była w fazie restrukturyzacji - padł właśnie projekt przekształcenia jej w spółkę pracowniczą, gdyż pan wojewoda mazowiecki zawyżył "troszkę", jej wartość. Za to przybyło dwóch typów, którzy mieli ją doprowadzić do świetlanej przyszłości. Pan J. i Pan S. - Jeden na stanowisko prezesa, drugi na stanowisko dyrektora finansowego.
Panowie żwawo przystąpili między innymi do wdrażania systemu informatycznego. Była to technologia częściowo gdzieś wdrożona w jakiejś niemieckiej firmie, która jednak z jakichś powodów zrezygnowała i ją odsprzedała. W związku z powyższym pojawiła się w mojej spółce firma, która miała się tym zająć. Była to firma dość znana - zaangażowana w dość pokaźne projekty prywatyzacyjne w Polsce, jej prezes, pan A.K był osobą nader ciekawą o równie ciekawych powiązaniach (obecnie zamieszany w aferę reprywatyzacyjną w Wawie - od lat jednak mający się nadzwyczaj dobrze). Dla celów współpracy z moją spółką powstała jednak inna firma (z innym prezesem, niejakim panem G) - a fakt że powstała tylko i wyłącznie do współpracy z nią wynikał z numeracji faktur - byliśmy jedynymi jej zleceniodawcami. Nie chcę się rozwodzić, jak wypompowywano za jej pomocą pieniądze - podwójne, faktury, faktury za roboty wykonane już przez inne firmy, albo nasz dział, w końcu abonament usług serwisowych - tą fakturę mój przełożony dostał do rąk przypadkiem i wyczytał z niej, że tak naprawdę od prawie roku zadania naszego działu wykonuje outsourcingowa firma widmo, inkasując za to kilkanaście tysi miesiąc w miesiąc. Po tym fakcie skierowano jakiegoś studenta - pana Tomka, żeby sprawiał pozory tego "zajmowania się", co zaowocowało np. małym paraliżem, gdy okazało się, że nie umie naprawić drukarki igłowej. Najzabawniejsze było to, że międzyczasie wypłynęło kolejnym przypadkiem nazwisko "władcy marionetek", który stał za prezesami obydwu ssących kasę spółek - znanego generała o gromko brzmiącym imieniu. 
Z powodu nieudolności podziękowano panu Tomkowi i pojawił się nowy "wspieracz" firmowej infrastruktury, syn pana G. Miły młody człowiek, choć nieco arogancki, który podczas kilku spędzonych razem chwil w pociągu opowiadał o zajęciu prywatyzacyjnym taty - czyli doprowadzaniem m.in do upadłości jednego z Polmosów - zarząd wprowadził tam mianowicie taki system kontroli, który opierał się na zatrzymywaniu produkcji w pewnych interwałach i pobieraniu próbek, dokonując rzeczy niemożliwej - sprawiając, że produkcja gorzały stała się nierentowna. Cudotwórcy!
Gdybym podał nazwiska i przytoczył dalsze fakty, byłoby naprawdę wesoło i co poczytać, ale zamiast tego dojdę do puenty. Nie doczekałem pojawienia się w firmie syndyka, gdyż zostałem zwolniony. W około dwa miesiące później wywalony został mój szef, od dawna będący solą w oku zarządu, a to z powodu że nie chciał podpisywać lewych faktur i trzeba było w tym celu zatrudnić "pełnegonocnika" zarządu. Firma siłą inercji poleciała jeszcze rok, choć na forach branżowych już ostrzegano, że jest niewypłacalna, a jej prezes to kłamca i złodziej.
Sprawa trafiła do prokuratury, ale nic nikomu się nie stało, o panu J. czytałem sporadycznie jakieś artykuły o aktach oskarżenia, które nie przeszkadzały jednak nikomu w obsadzaniu go na podobnych stanowiskach w innych firmach. Nawet fakt, że czego się tknął zmieniało się w gówno. Ostatni taki artykuł który czytałem pochodził z roku 2015.

Z danych powyciąganych z rozmaitych KRSów i rejestracji spółek, wedle poznanych przeze mnie nazwisk - wynika, że prywatyzacją w Polsce zajmowała się zorganizowana siatka - działająca poza strukturami państwa. Nie mówimy chyba o trójpodziale władzy, ale o czwórpodziale - bo dochodzi do tego mafia niezależna  od jakichkolwiek sądów i prokuratur. Wmawianie ludziom, że firmy pozostawione w spadku pzez PRL poupadały bo były nierentowne - to brednie, niektóre miały się całkiem dobrze, a poupadały bo ktoś tak chciał. I wszystko wśród całkowitego milczenia sądów, prokuratur innych stróżów prawa... Więc mam tak naprawdę gdzieś co z nimi zrobi PIS...

A taki widok obserwowałem przejeżdżając obok mojego niegdysiejszego miejsca pracy.
Tyle zostało z rozległego niegdyś kompleksu.
A poniżej lektura uzupełniająca, skromna bo mam tego o wiele więcej, ale jak mówiłem nie zamierzam utrzymywać tego wpisu dłużej niż kilka dni.


poniedziałek, 18 września 2017

Dyskusje z Młodym

Zauważam teraz z biegiem czasu, jak bardzo syn mój jest inny ode mnie, a zarazem pod pewnymi względami podobny. Z przerażeniem niestety zauważam w nim swoje wady i z pewnym smutkiem konstatuję, że jego analityczny ścisły umysł (typowo mamusiny) nie będzie kontynuował moich humanistycznych zainteresowań... Trudno.
Jest rzecz, która mnie jednak cieszy - specyficzne niewymuszone poczucie  humoru, które uznałem egoistycznie na schedę po sobie. Sprawia mi ono ogromną frajdę...
Ostatnio wracamy ze szkoły, Młody ma już od kilku dni zastępstwo, jego pani nie ma. Dzień pierwszy był z jakąś inną nauczycielką, którą Małas określił jako raczej niemiłą. Miała jednak też jeden walor - nie zadała nic do domu.
- Kazała nam mapę Polski narysować.
- I wyszło ci coś z tego?
- No wyszło. Nawet dołączyłem to, co kiedyś nam zabrali, te no...
- Kresy Wschodnie?
- O właśnie. Kresy Wschodnie. Mam zadatki na bohatera Polski, może kiedyś będą mnie wielbić...
Na drugi dzień Pani nadal nie było.
- A dziś co robiliście?
- Dziś mieliśmy cały dzień z siostrą od religii.
- Ale chyba się w związku z tym nie modliliście cały czas?
- Nie no co ty. - Urwał na chwilę. - Robiliśmy przerwy - spojrzał na mnie z przekornym półuśmieszkiem. Ja nie wytrzymałem i się roześmiałem, bo powiedział to tak, że gdyby nie ów uśmiech, przyjąłbym, że się faktycznie modlili z tą siostrą cały dzień. Mój syn potrafi mnie wkręcić swoim poważnym tonem i ma radochę, że mu się udaje czasami. A może ja już jestem taki naiwny?

sobota, 16 września 2017

Biblioteka grozy - Mary E. Wilkins Freeman

Pochorowałem się na weekend... Co pozwala mi wyjść na przeciw sugestii Grety Baggins i napisać kilka słów o książkach z Biblioteki Grozy wydawnictwa C&T. Moja biblioteczka zawiera prawie pełen komplet - oprócz rzeczy które się gdzieś tam dublują, dwóch (chyba) które mam zamówione i jednej która obecnie ma wyczerpany nakład.





Książeczka babci Mary (1852-1930) - "Zagubione duchy" zawiera 13 opowiadanek, z których większość autorka zasłyszała być może podczas ploteczek u kumoszek, gdyż dotyczą standardowych nawiedzeń, cieni nieboszczyków na ścianach, zbłąkanych i łkających duszyczek dzieci oraz nawiedzonych chałup. Ich bohaterkami są na ogół podstarzałe panny, którym przytrafiają się właśnie takie rzeczy. 
Ale są wśród nich naprawdę niezłe teksty - postanowiłem wyróżnić 3. "Luella Miller" to fajnie napisana opowieść o femme fatale, której oddziaływanie na otoczenie przypomina nieco sukkuba - najpierw uzależnia ona różne osoby swoim urokiem - choć trzeba przyznać że uzależnienie to nie opiera się na seksualnej fascynacji, tylko wrażeniu bezbronności i niezaradności budzącej współczucie ofiar, które otaczając nieboraczkę troskliwą opieką - w końcu więdną. Co ciekawe - sama Luella zdaje się nie być świadoma swojego zgubnego wpływu.
"Dzieweczka na progu" przenosi nas w czasy procesów czarownic w Salem i to jest bardzo mocny tekst - wcale nie dotykający bezpośrednio samych procesów. W opustoszałym domu Proctorów oskarżonych o czary i uwięzionych, zostaje samotnie ich córeczka. Dziecko nienawykłe do samotności i nie umiejące sobie samo poradzić styka się z odium otoczenia. Praworządni obywatele Salem nie wahają się wcale po kryjomu obrabować gospodarstwa nawet z pożywienia, skazując dziecko na widmo głodowej śmierci. 

"Całą noc dziewczynka krzyczała i łkała, wzywała ojca i matkę, siostrę i brata. Ludzie podróżujący między Bostonem a Salem, słysząc ją wpadali w przerażenie i uciekali czym prędzej z psalmem i modlitwą na ustach. Następnego dnia opowiadali oszalałym ze strachu słuchaczom, jak o północy przeklęty dom Proctorów pełen był migoczących ogni piekielnych i wycia diabelskich duchów, po czym dodawali jakąś mogącą o śmierć przyprawić opowieść o jakiejś pobożnej kobiecie z osady, która wyprzedziła ich konie na miotle i zniknęła w domu Proctorów."

Obraz Howarda Pyle - The Little Maid at the Door
Do najdziwniejszych jednak i w ogóle nie pasujących do reszty opowiadań należy "Pokój przy holu" - utwór fantastyczny, ocierający się o motyw światów przyległych, osadzony w metafizyce a nie klasycznej grozie. Po lokatorze pewnego pensjonatu, który nagle zaginął pozostaje dziennik, z opisem tajemniczych wypraw, odbywanych przez niego we śnie. Lub może na jawie, tyle że nie naszym świecie?

Uwielbiam czytać stare opowieści z dreszczykiem, gdzie groza nie chlusta jak obecnie wiadrem krwi w twarz, tylko czai się za skrzypiącymi drzwiami i niedopowiedzeniem. 

środa, 13 września 2017

Nie ma Wędrowca



Nie będzie to chyba recenzja, tylko opowieść o książce, która poza tym, że jest faktycznie dobra - zagrała na kilku strunach moich osobistych doznań...
Kiedy wziąłem książkę Guni do ręki i zacząłem czytać, pomyślałem - Wiem! Wiem, kto mógłby coś takiego napisać. Bo znam kogoś kto pracował w "Bazie", która wprawdzie nie była tartakiem, ale oferowała podobną dekadencję osypujących się z każdej ściany tynków, a pracujący w niej człowiek poszukiwał jakiejś ucieczki od pewnych życiowych błędów i wyrzutów sumienia. Który nawet pokazał mi nawiedzone miejsce w lesie na "Sójce" 29 lat temu, gdzie ostatni mieszkaniec już dawno nieistniejącej osady  pozostałej po młynie widział diabła, którego oblicze jego siostra wyryła w pniu sosny... Gdzie mnie samego dopadły w końcu duchy, które z biegiem czasu wytłumaczyłem sobie infradźwiękami płynącej w pobliżu rzeki...
Nie będę więc obiektywny, o nie....
Ale w powieści, te "królestwa powolnego bezładu pustych miejsc"  "rozproszone w krajobrazie, ukryte w układzie kształtów patosy zamierzchłych chwil" zagubionych cmentarzyków "brudne konstrukcje z betonu, stali i blachy" to tylko obrazy, które nadają klimat, spełniając rolę podobną do tych, który wieszamy sobie w pokoju by nadały mu jakiś charakter (A może świadczą też, ze autor lubi, zwiedzać takie miejsca? W takim razie mielibyśmy ze sobą coś wspólnego). 
Ale oto natrafiam na inny znany obraz, daleko bardziej istotny niż opis "miejsc w których dzieją się dziwne rzeczy" i on wysuwa się na plan pierwszy, nadaje ruch fabule. Zbrodnia sprzed lat - podobna do tych które samemu - jeżdżąc między połacią powiatu rozdartego niegdyś między Generalne Gubernatorstwo i III Rzeszę nagrywam na dyktafon, w postaci relacji opowiadanych drżącym głosem staruszków, powracających do odległych i makabrycznych wspomnień... 
I w końcu odsłona trzecia egzystencjalna filozofia płynąca z przeżywania na nowo rzeczy, które nie powinny się wydarzyć w Bożym Świecie - najtrudniejsza część tryptyku i najbardziej odrealniająca bohaterów tej powieści... Świat zdaje się oparty na jakiejś ułudzie, a wszelkie koszmary nie tkwią w otaczających ludzi widmach, nawiedzanych miejscach tylko w ludziach.
Nie będę więc obiektywny, bo Wojciech Gunia postawił swoją książką wszystkie te obrazy na baczność i opisał językiem, którego ja bym użył, ale niestety nie władam tym językiem nawet w połowie tak, dobrze jak On. 
W narrację wdarł mi się jeden dysonans, który nazwałem na potrzeby swojego opowiadania i tych, którzy książkę już czytali "relacją sobowtóra". Jest to część która stanowi pewną całość - posiada fabularny początek, rozwinięcie i punkt kulminacyjny. Pomimo, że koresponduje z całością, książki pod względem treści, mnie osobiście na jakiś czas wybiła jej świata i nawet się zastanawiam, czy nie miała być całkiem odrębnym opowiadaniem, zaadoptowanym tylko na jej potrzeby.

Ponieważ miałem okazję zamienić dwa słowa z autorem, który przeczytał moją pisaninę na temat swojej książki, wklejam kilka słów od Niego.


niedziela, 10 września 2017

Wypad do lasu i inne ciekawostki

Dotleniłem się i pospacerowałem po lesie z Kotojem, okazjonalnie wkładaliśmy do koszyka jakiegoś grzybka. Pogoda była cudna, ciepło słonecznie, powietrze niesamowicie natlenione, aż niemal - po całym tygodniu siedzenia w domu i poruszania się tylko po mieście rozbolała mnie głowa. 

 Zauważyłem, że las urósł. Młodziutkie sosenki - stały się zagajnikiem. Stara drewniana obora stojąca samotnie w polu zawaliła się już niemal zupełnie, a przecież pamiętam dobrze jej kryty strzechą dach i sczerniałą ze starości, czerstwą pewność siebie, która opierała się upływowi czasu. Ale  wszystko płynie swoim rytmem, a lata gdzieś uciekają wstecz, zabierając ze sobą widoki, do których byliśmy przez jakąś chwilę przyzwyczajeni.







Tymczasem trzeba kiedyś powrócić do rzeczywistości - nieraz kuriozalnej. Czytam, że niejaki Ludwik Borkowski - zwycięzca jakiegoś tam programu w TV uważa za wyzwanie, przejście piechotą z Warszawy do Kijowa. Niewątpliwie jest to wyczyn - z tym że pojawia się za chwilę pewien zgrzyt. Otóż panu Ludwikowi potrzebna jest na spacer kasa - dokładnie 20 tysi, bo chce przy okazji prowadzić vloga i nakręcić film o męskości. Nie wiem co ma jego wyprawa wspólnego z męskością i prawdę mówiąc, znalazłbym też setki szczytniejszych celów niż ta wyprawa, nie mówiąc już że wstydziłbym się ogłosić zbiórkę w internecie na taki cel, po niedawnym wygraniu sporej zapewne sumy pieniędzy w programie TV, choć nie wątpię, że znajdą się tacy, którzy sypną groszem.

Ja póki co pisząc dla bardzo wąskiego grona nie zawołam na łamach bloga o kasę, na ... no powiedzmy nowy aparat fotograficzny, żeby zachwycać was jeszcze wspanialszymi pejzażami  i zdjęcia będę trzaskał nawet komórką, jak te wyżej...