wtorek, 21 lutego 2017

Nieoczekiwany atak

Od razu po wyzwoleniu Sochaczewa, w dawnych kwaterach zajmowanych przez Niemców, pojawili się Rosjanie. Szczerze mówiąc, nie zapisali się złotymi zgłoskami w historii dziejów miasta, zostawiając po sobie brud i robactwo (dosłownie). Pradziadkowie zdążyli się już rozgościć w poniemieckim mieszkaniu, ale niestety, niedługo się cieszyli nowym lokum, bo wyprosili ich stamtąd czerwonoarmiści. Być może zanim to nastąpiło, na poczęstunek zagościł u nich pewien radziecki oficer... wszedł do mieszkania pobrzękując przypiętymi do piersi medalami, którymi był obwieszony niemal jak choinka. Nie wiedział, że śledzi go niewidoczna para oczu... Pradziadek Feliks, weteran I wojny, którą spędził w mundurze armii carskiej, znając doskonale język rosyjski podejmował gościa, zapraszając do stołu na talerz zupy. Ten zasiadł z ochotą, chwytając za łyżkę i... nagły atak poderwał go znów na równe nogi. Tajemniczy napastnik rzucił się ze szczytu stojącej obok szafy wprost na piersi krasnoarmiejca i umknął natychmiast odstraszony jego gromkim okrzykiem. Ten, w oka mgnieniu wyrwał z kabury broń, wodząc po gospodarzach podejrzliwym wzrokiem... Ki czort? Cóż, to nie osoba radzieckiego oficera była celem ataku ukrytego winowajcy. Były nim wielce atrakcyjne, bujające się przy każdym ruchu z brzękiem medale. Sprawcą napadu był zaś domowy kot, któremu wpadły wielce w oko, co tłumiąc śmiech starał się wytłumaczyć Feliks. Rosjanin wyraźnie się rozluźnił, ale stwierdził, że przez całą frontową drogę chyba nic tak go nie wystraszyło...
Kot zaś zaszył się tak, że nie można było go za nic znaleźć. Może obawiał się doraźnego sądu wojskowego i rozstrzelania?


poniedziałek, 20 lutego 2017

Telefon Adolfa

Można powiedzieć, że Siemens mocno się trzyma na rynku. Aparat telefoniczny tej marki z roku 1943 sprzedano właśnie za 243 tysiące dolarów. Nie da się na nim wystukać smsa, ale dom aukcyjny zareklamował go jako "prawdopodobnie najbardziej niszczycielską broń wszechczasów, która wysłała na śmierć miliony na całym świecie.", tego z pewnością nie da się powiedzieć o każdym telefonie, żadne bluetoothy, ani gadżety nie równają się z tymi wysłanymi na śmierć milionami. Tymczasem Adolf mógł z tego pomalowanego na czerwono aparatu dzwonić po prostu do Ewy, która miała ponoć telefon czarny... ten podarowany Hitlerowi przez Wehrmacht bakelitowy telefon też z początku był czarny, potem trochę go podrasowano, malując na czerwony kolor, grawerując gapę, oraz imię i nazwisko właściciela... Fuhrer ponoć tak się przywiązał do swojego aparatu, że wszędzie jeździł tylko z nim. Może więc był pierwszą ofiarą fonoholizmu?

Telefon już po tym jak Adolf oddał duszę diabłu, dostał od radzieckich żołnierzy zwiedzający jego bunkier brytyjski oficer Ralph Rayner. I trzymał w walizce wraz innym suwenirem z bunkra, porcelanowym owczarkiem, wykonanym przez więźniów w Dachau, którego Hitler dostał w prezencie od kolegi Himmlera. Jego syn wyraził nadzieję, że kupi je jakieś muzeum, twierdząc, że "Nie chcę, żeby znowu były ukryte, chcę by przypominały światu o okropnościach wojny". Kupił je anonimowy nabywca, co było do przewidzenia, więc niestety znów będą ukryte, a za jakiś czas nikt nie będzie o nich pamiętał, ale Rayner jr. inkasując niezłą sumkę pewnie się z tym pogodzi. Ciekawe tylko gdzie nabywca go sobie podłączy, linie analogowe są wszak w odwrocie. No i ciekawe, czy aparat działa. Ba, nie wiadomo czy model jest nadal przez Siemensa serwisowany, w razie jakby przez telefon Adolfa nie dało się już wydać żadnej złowieszczej dyspozycji. Ja bym zareklamował...



niedziela, 19 lutego 2017

Chrystus z karabinem w ręku.

Jako, że chory jestem i na antybiotyku, pozwolę sobie na kontynuację wątku z poprzedniej notki. 
Ktoś by pomyślał, że w zlaicyzowanych społeczeństwach, miejsca na Boga nie ma. Otóż nic bardziej mylnego, sięga się po Niego nader chętnie, tworząc całą masę wariacji, często odbijając wiarę katolicką w krzywym zwierciadle.

Wokalista grupy Guns'n'Roses, Axl Rose podczas koncertu
w koszulce z napisem "Zabij swojego idola".
Postać Jezusa przetrwała przyjmując zupełnie nową rolę w kulturze masowej. Jezus w piosence, w filmie na t-shircie, w komiksie... Zastawiam, czy moda na Chrystusa nie zaczęła się wraz ze stawianiem figur. O ile jednak te dawne wyobrażenia pozostawały w sferze sacrum teraz coraz częściej wizerunek Chrystusa trafia w sferę profanum. Granica jest chyba bardzo wąska.
Są produkcje skrajnie drwiące jak "Jezus Chrystus Łowca Wampirów" ("Jesus Christ Vampire Hunter" Lee Gordon Demarbre,  2001), czy "Pięść Jezusa" ("Fist of Jesus" Adrián Cardona, David Muñoz, 2012). W pierwszym Chrystus zostaje łowcą wampirów, mordujących... lesbijki, które uważane są przez nie za dewiantki, przesłaniem filmu jest rzekomo propagowanie tolerancji. W drugim, krótkometrażowym już nie chodzi o żadne przesłanie, wskrzeszony przez Jezusa Łazarz, okazuje się krwiożerczym zombie, który wywołuje prawdziwą plagę żywych trupów, z którymi Jezus walczy za pomocą... ryb.


Zajrzyjmy na karty komiksu, "dziewiątej sztuki wyzwolonej". Komiksową Adaptację historii Chrystusa kościół przyswoił już dawno, przede wszystkim dlatego, żeby trafić z nią do młodzieży. Będąc dzieckiem dostałem serię takich komiksów w kościele, charakteryzowały się jednak pastelowym kolorytem i liniową zwartą narracją, co czyniło je lekko nudnawymi. W kiosku jednak kiedyś trafiłem np. na pozycję "Jezus z Nazaretu - Historia człowieka niewygodnego". Jest to wydawnictwo kurii metropolitalnej w Krakowie, autorstwa Marco Sonseri (scenariusz) i Alessandro Borroni (rysunki). Cechą komiksu Włochów jest już charakterystyczna dla nowoczesnego komiksu konwencja, stawiająca go w jednym rzędzie z klasycznymi publikacjami, typu choćby "Batmana".

Kadr z "Jesus Christ In The Name of the Gun"
Jak się jednak okazało, rychło zadziałał podobny mechanizm jak w przypadku filmu. Co znamienne, atrybutem zarówno filmowego jak i komiksowego Chrystusa jest znów przemoc. Tym razem mesjasz nie będzie się patyczkował, do tych, którzy nie trafia jego przesłanie trafi kula... W roli głównej możemy oglądać go na kartach komiksu "Jesus Christ In The Name of the Gun" (Eric Petterson i Ethan Nicole). Tuż sam tytuł jest bluźnierczą parafrazą słów "In The Name of The God" - "w imię Boże", - "w imię spluwy". Podobny wizerunek, kryjący się pod image'm pacyfisty i nieudacznika pokazuje seria komiksowa "Battle Pope" (Robert Kirkman, Tony Moore), o wykoksowanym papieżu abnegacie i babiarzu, który otrzymuje moce, by za pomocą pięści i broni walczyć z szatańskim pomiotem i chronić niezbyt rozgarniętego Chrystusa na ziemi. Nie ma chyba żadnej wartości chrześcijańskiej, której by ten komiks nie zniekształcił, nie wydrwił i nie zmieszał z błotem.

Kadr z "Battle Pope"
Powyższe produkcje udowadniają, że Jezus może być dobrym chwytem marketingowym, zwłaszcza ten umieszczony w sferze "profanum"., 
Pojawiają się jednak w niej produkcje skłaniające do refleksji, choć ganione za zbyt alternatywne i odbiegające od nauk kościoła. Najlepszym chyba przykładem "Ostatnie Kuszenie Chrystusa". Mówiąc najprościej, Scorsese filmując głośną powieść Nikosa Kazandzakisa (zakazaną również w Grecji przez kościół prawosławny) nie dość, że "przesadził" według katolików z uczłowieczeniem mesjasza, to jeszcze odwrócił do góry nogami wizerunki otaczających go apostołów. Filozoficzne podejście do religii zapoczątkowanej w zasadzie przez Nazarejczyka, spotkało się z ostrą krytyką środowisk chrześcijańskich, a film uznano za antykatolicki, największe oburzenie wywołało pokazanie, że Chrystus nie był wolny od popędu seksualnego i miał fantazje erotyczne. Film otwiera na oścież drzwi do dyskusji nad oficjalnymi kanonami wiary i do podważania ich, zjawiska być może groźnego dla opartego na dogmatach katolicyzmu. Zresztą, otwiera to może złe słowo, dyskusja trwa od setek lat, choć nigdy nie było dozwolone i bezkarne sprowadzenie jej do absurdu...


piątek, 17 lutego 2017

Przypadek Lucyfera Morningstar

W mojej biblioteczce całą niemal półkę zajmuje tematyka diabelska. Diabeł w kulturze, w wierzeniach ludowych, w sztuce... Nie żebym pałał jakąś fascynacją do tej postaci,  jest po prostu jednym z ciekawszych elementem wiary, zaadaptowanej dla popkultury, a co za tym idzie wykraczającym już poza kanony wierzeń, których dzieje mnie kiedyś bardzo interesowały. Diabeł o wiele bardziej jednak zdaje się dla współczesnych fascynujący, niż inne mitologiczne stwory. Tu może ktoś zaoponować, że diabeł jest przecież realnym antagonistą Boga, ale mnie chodzi o jego wyobrażenia, które zawsze będą pozostawać w sferze ludzkiej fantazji.
Nie będę roztaczał koncepcji świata nadnaturalnego, który tworzy w swoich komiksach Neil Gaiman, generalnie wszystko to, w co ludzie wierzyli na przestrzeni dziejów istnieje w nim równocześnie. Istotna jest w nim postać Lucyfera Morningstara władcy piekieł, cynika i zimnego intelektualisty. W serii "Sandman", Lucyfer jest postacią drugoplanową, ale wątek podjął Mike Carey, tworząc serię oddzielną, poświęconą tylko i wyłącznie jemu. Konstrukcja "Lucyfera" nie jest chronologiczna, autor cofa się w przeszłość, by uzasadnić jakieś fakty lub postacie pojawiające się w teraźniejszości, ale w końcu z tych retrospekcji wyłaniają się spójne dzieje naszego diabła...



Mamy zatem tą osławioną wojnę niebiańską. Lucyfer wznosi bunt, gdyż nie może się pogodzić z tym, że on sam i jego działanie są częścią planu. Lucyfer się buntuje, gdyż leży to w założeniach wolnej woli, cel buntu jest nieistotny, zbuntowany anioł liczy się ze swoim unicestwieniem. I już ma być pokonany przez Gabriela, gdy pojawia się Bóg, przerywając wojnę stwierdzeniem, że nie będzie w niej zwycięzców i pokonanych, gdyż wynika ona tak naprawdę z wewnętrznego rozdarcia każdej świadomej jednostki posiadającej wolną wolę. "Linia uskoku" dzieli nasze życie na dwie połowy - gdzieś po przeciwnych jej stronach znajduje się dobro i zło i nigdy nie wiemy, wybranie której strony oznacza nasz upadek. Konflikt jest koniecznością...
Mimo remisu cel Lucyfera - osiągnięcie własnego ja, niezależnego od Boga wydaje się być osiągnięty. Już nie jest Jego częścią i częścią planu, nie da się go przyłączyć z powrotem. I Bóg godzi się na to, oferując Lucyferowi miejsce bez swojej obecności, separację, o której ten marzył. Miejsce ma być depozytorium dla bezcielesnych dusz.
Tak naprawdę nie wiadomo ile czasu zajęło Lucyferowi zorientowanie się, że Bóg go oszukał, a on połknął haczyk stając się jego negatywem. Że został stworzony do buntu, jak każda istota obdarzona wolną wolą.
W takim wypadku można odczuć tylko zmęczenie, więc Lucek zamyka piekło i wyprowadza się do Los Angeles...

Na deser rozważań "diabelska piosenka"

Nick Cave - Loverman

czwartek, 16 lutego 2017

Belle Epoque

Wczoraj obejrzałem pierwszy odcinek, a dziś czytam opinie. Recenzje, mimo że jakieś tam braki wytykają, są raczej pozytywne, ale ponieważ w TV oglądam coś niezmiernie rzadko, wtrącę i ja swoje trzy grosze. Jako człowiek wychowany na kryminałach w stylu retro, Sherlocku Holmesie i Arsenie Lupinie, oraz fan filmów osadzonych w minionych czasach, nie mogłem przecież ominąć produkcji o rodzimym detektywie sprzed wieku - Janie Edigeyu Koryckim, (w tej roli nieco zwalisty i ponurawy Paweł Małaszyński). Nazwisko tej postaci jest ukłonem w stronę Jerzego Edigeya Koryckiego, pisarza znanych powieści kryminalnych.

Powrót "syna marnotrawnego" Jana Koryckiego
 Czytam więc o dbałości o szczegóły, że laboratorium kryminalne z początku XX wieku znalezione w Lwowie wykorzystano w filmie, że z Londynu sprowadzono ileś tam kostiumów...  I faktycznie wygląda to ładnie, pięknie, ślicznie... za ślicznie. Sterylnie. Miasta, rzekomo pieczołowicie odwzorowanego z epoki przez scenarzystów na podstawie 10 tys zdjęć prawie nie widać, a w zasadzie widać migawki z ulic, pozbawionych ciemnych zaułków, brudu i dekadencji, wśród których plączą się statyści. A według niektórych recenzji widać "rozpad i kryzys". Ale może dalej się rozkręci?
Produkcja czerpie pełnymi garściami z filmów zachodnich. Muzyka - Nick Cave i Taking Heads, mrocznie, ale nie po krakowsku. Nawet czołówka wygląda jak żywcem wyjęta z jakiegoś amerykańskiego serialu, tym bardziej że okrasza ją anglojęzyczny "Psycho Killer". Zresztą nie obyło się już bez porównań do innych zagranicznych seriali odnoszących się fabularnie do minionej epoki, mianowicie "Tabu" i "Ripper Street". W "Tabu" np. bohater, tez wrócił diabli wiedzą skąd po dziesięciu latach, niczym Jan Korycki.

Od lewej rodzeństwo Skarżyńskich i podwładny komisarza Jelinka,
oraz oczywiście Jan Korycki.

Zresztą schematyzm fabuły pierwszego odcinka bije po oczach. Intryga kryminalna, pomimo że pozornie wydumana - morderca psychopata morduje kobiety odwzorowując śmierci chrześcijańskich męczennic, zostaje rozwiązana niemal z marszu przez trio - Korycki i rodzeństwo pionierów kryminologii i medycyny sądowej Henryka i Weronikę Skarżyńskich. Zostaje rozwiązana trochę z przypadku, wśród ofiar tajemniczego mordercy znajduje się mianowicie matka naszego bohatera i ten zauważając związek między zabójstwami, postanawia przeprowadzić własne śledztwo, pomimo, że mordercę jego matki oficjalnie złapano. Fakt, iż morderca zostawia swego rodzaju wizytówkę - liść palmy przy każdej ofierze, jest na razie chyba jedynym pretekstem do zaprezentowania w działaniu laboratorium kryminalistycznego Skarżyńskich, którzy dokonują oględzin ciał, a zwłaszcza tej palmy... Ich badania niewiele w końcu wnoszą, bo Korycki dociera do zabójcy zupełnie inną drogą, odkrywając romans mateczki z jakimś chuderlawym adwokaciną. Ma przy tym niebywałe szczęście, bo okazuje się ona jedyną ofiarą nie wybraną przez psychopatę przypadkowo. Tu w pewnym momencie fabuły znów przychodzą z pomocą Skarżyńscy, badając pozyskany przez Koryckiego materiał dowodowy, choć ma to znikomy wpływ na całą dedukcję.  Rodzeństwo jest więc czymś, co nazywa się fachowo "sidekicks" - pomocnikami i przyjaciółmi głównego bohatera. Takimi Watsonami u boku Sherlocka. W tych rolach faktycznie nieco "watsonowaty" Eryk Lubos i drobna Anna Próchniak, przekornie aczkolwiek też schematycznie obsadzona w roli "pani od krojenia nieboszczyków". Ogólnie jak dotąd, jeśli ktoś oczekuje po niej dogłębnej analizy na miarę przenikliwości Temperance Brennan - patolog z serialu "Kości", to niestety jej nie dostanie. Inna sprawa - czasy i możliwości też są inne.
Skoro mowa o Sherlocku, jest też odpowiednik rutyniarza Lestrade'a - inspektora Scotland Yardu, czyli komisarz Rudolf Jelinek. Tu oczekiwałbym rozwinięcia udziału tej postaci, bo jak na razie jest ona najbardziej wyrazista w serialu. Nieco zblazowanego policjanta z poczuciem misji gra Olaf Lubaszenko.

Rudolf Jelinek, czyli Olaf Lubaszenko.
 
O ile zagraniczne seriale pod względem drobiazgowości scenariusza zaczynają zmierzać niemal do odzwierciedlenia prozy, w Belle Epoque na to wszystko brakuje czasu. Po 40 minutach czuje się niedosyt, bo ani intryga niezbyt wymagająca, ani postacie niezbyt wyraźne... ot po prostu telewizyjny produkt w ładnym opakowaniu.
 Ja wiem, to dopiero pierwszy odcinek i jeszcze wszystko przed nami. Oby było lepiej, pokuszę się o obejrzenie całości....



środa, 15 lutego 2017

Ksiądz przeszedł bokiem

Minął, albo mija okres wizyt duszpasterskich. W tym roku ksiądz jakoś nie zawitał, pomimo, że czekaliśmy wszyscy w gotowości. Kiedyś w takim wypadku Babka nalegała żeby iść do kościoła i o wizytę kapłana się upomnieć, w tym roku już nikt nie miał na to mocy.
Generalnie, nie są te wizyty jakieś dla mnie męczące, ani nie cierpię z ich powodu, choć kiedyś prawie wyniosłem jednego typa w sutannie za drzwi. Otóż było to jak Małas miał około dwóch lat, Kotoj ledwo zdążył wrócić z pracy i nie zdążył się nawet rozdziać, gdy duszpasterz władował się do mieszkania. Mała konsternacja, ale prosimy go oczywiście do pokoju, w sąsiednim leci w TV jakaś bajka, a młodemu zachciało się zasiąść na tronie. To jak się okazało, było to chyba jakimś świętokradztwem, że tu wizyta księdza, a tu dzieciak ośmiela się ładować do nocnika i jeszcze bajkę przy tym oglądać... Kapłan dostrzegł " poważny problem w tej rodzinie". Była to jednak jedyna tak nieprzyjemna wizyta, przynajmniej dla nas, inną mógł zapamiętać z kolei niezbyt dobrze sam kapłan - proboszcz we własnej osobie, gdy zacząłem zadawać niewygodne pytania, dlaczego usunął figurę Chrystusa sprzed kościoła, by postawić posągi papieża i kardynała (mówi się w mieście, że Chrystus poszedł czekać na autobus, ja natomiast zadaję sobie pytanie kto ważniejszy - prezes, czy jego sekretarz...) i przebudował w kościół (w stylu Lichenia dla ubogich), zaczął się nagle bardzo spieszyć... W istocie widok kościoła i jego wnętrza doprowadza mnie do szału, wolałem już te białe ascetyczne ściany niż tandetne bohomazy aniołków i innych serafinów... 
Inny z księży okazał się jakimś odległym krewnym mojej małżonki, zresztą i tak zanim się zidentyfikowali okazał się sympatycznym facetem. Część wizyty upłynęła na rozkminianiu rodzinnych koligacji. Kotojka miała w rodzinie dość znanego księdza, obaj jak się okazało mieli jedno nazwisko.
Inny, młody dość człowiek, zaskoczył nas stwierdzeniem że nie chce żadnego "co łaska", bo młodym (wtedy nam) bardziej się pieniądze przydadzą...
A kiedyś w czasach dziecięcych pamiętam księdza, którego Babka poczęstowała śledziami... głodny musiał być chłopina, bo zapamiętał sobie te śledzie i za rok, gdy ponownie mu je zaproponowano, rozpromienił się i stwierdził, że oczywiście skosztuje, bo od zeszłego roku nie jadł tak dobrych śledzi...

Nad sensem tych wizyt współcześnie zastanawiają się chyba i sami księża. Załóżmy, że kapłan ma zaliczyć ileś tam bloków, czyli w praktyce wpaść do każdego mieszkania na około 10 minut, odklepać zdrowaśkę, machnąć kropidłem i zabrać kopertę. Bo przecież inaczej księża musieliby latać cały rok, by zrealizować założenia tak zwanego "po kolędzie", wedle kanonu 529 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który mówi:

"Pragnąc dobrze wypełnić funkcję pasterza, proboszcz powinien starać się poznawać wiernych powierzonych jego pieczy. Winien zatem nawiedzać rodziny, uczestnicząc w troskach wiernych, zwłaszcza w niepokojach i smutku, oraz umacniając ich w Panu, jak również - jeśli w czymś nie domagają - roztropnie ich korygując."

W mniejszych parafiach może się to i udaje, proboszcz jak będzie miał dobrą wolę to pozna tych parafian, na tyle że będzie znał te troski. W dużych pozostaje im rutyna według scenariusza opisanego wyżej.

A generalnie utarło się, że księża do parafian chodzą dla kasy...


poniedziałek, 13 lutego 2017

Na Rusi

Kolega bloger zwrócił mi słuszną uwagę, że opisana przeze mnie figura we wpisie "Kapliczka i armata" nie jest przecież kapliczką. No przecież, że nie! Kapliczka jest budowlą, w której środku dopiero znajduje się figura, lub obraz. 
Padły też słowa o kapliczkach na Warmii i ich braku na Mazurach. Starzy Warmiacy już zwrócili mi niegdyś uwagę, że tam gdzie znikają przy drogach krzyże i kapliczki, Warmia się kończy. Gdy powiemy przy starym Warmiaku, że lubimy Mazury, może się zdarzyć, że uniesie zdziwiony brwi, czemu w takim razie przyjechaliśmy na Warmię. Ja już nauczyłem się tej różnicy w wieku lat 11, podczas mojej pierwszej wycieczki na podolsztyńską Ruś. 

Wieś, malowniczo położona w dolinie Łyny, wzdłuż wysokich jej brzegów sięga swoją historią XIV w. Wtedy kapituła warmińska osadziła tu pięciu bartników, z których każdy dostał 3 włoki ziemi na prawie pruskim. Najstarsze jej budynki są właśnie pobudowane na skarpie, będąc architektonicznym wyzwaniem dawnych budowniczych. 


Budynek dawnej karczmy.


Jednym z fascynujących elementów Rusi jest stary tartak, czy też skład drewna, który utrwalam niemal za każdym razem jak tam jestem. Niestety ostatnie zdjęcia nie mają już tyle uroku ze względu na postępującą degradację budynku.

Rok 2006
Tragedia... 2014 rok

No i jako tako uratowany, choć wyglądem zaczął przypominać zwykłą budę...
No i na zakończenie meritum, czyli kapliczka z Rusi, datująca się na rok 1887. A zdjęcie chyba zrobił kolega Rafał, podczas pamiętnego wspólnego wyjazdu z żonkami, kiedy byliśmy wszyscy piękni i młodzi. :)


Wpis dedykuję JKK.
A na Ruś pewnie wrócę, bo miłe miałem tam przygody...  No zdradzę, dlaczego ta miejscowość w całej Warmii jest tak często przeze mnie nawiedzana...