czwartek, 22 czerwca 2017

Dwa Kościoły

Pisałem już, przy okazji wycieczki w Łowickie od dwóch kościołach, które udało mi się zawrzeć na jednym zdjęciu. Pora im się przyjrzeć z bliska. Bardzo z bliska się nie pryglądaliśmy, bo w jednym i drugim była msza.
Parafia w Bednarach powstała, przed wiekami w 1357 roku, gdyż podczas wylewów Bzury pobożny ludek nie mógł się dostać na mszę w Łowiczu. Świątynie pobudowano na wzgórzu, by ochronić ją przed powodziami na terenie pradawnego cmentarza. Był to kościół drewaniany z modrzewia, który przetrwał do końca XIX wieku. Wtedy go niestety rozebrano i postawiono murowany. Prawdopodbnie jednak drewniany kościółek i tak nie przetrwałby do naszych czasów, gdyż w 1915 roku nową świątynie zdewastowali Niemcy, podpalając organy. Do stanu dzisiejszego, budując wysoką na 35 metrów wieżę doprowadza go już w wolnej Polsce proboszcz Marian Jaźwiński. 



Do Kompiny jest zaledwie kilka kilometrów drogi. Trzeba się jednak dostać na drugi brzeg Bzury.

W 1445 arcybiskup gnieźnieński Wincenty Kot utworzył w Kompinie parafię św. Wojciecha i św. Barbary, kościółek tam pobudowany był zapewne bardzo podbny do tego w Bednarach. Spalił się w dniu 16 sierpnia 1899 roku, paradoksalnie przez budowę nowego - podczas obróbki blachy, którą miał być pokryty dach iskry wznieciły ogień w wieżyczce. To przyspieszyło wybudowanie nieopodal imponującej neogotyckiej świątyni. Naprawdę robi ona wrażenie, gdy stanie się u jej stóp. Scenariusz z roku 1915 pwtarza się dokładnie niemal jak w przypadku Bendnar - niemcy wpadli do kościoła, zerwali miedziany dach i ukradli cynowe piszczałki od organów. 




W 1939 kościół poznaczyły pociski artyleryjskie, nieopodal miała miejsce zaciekła bitwa, po której w Kompinie został cmentarz wojskowy. Pokażę go być może niebawem.

Na zakończenie ciekawostka. Przy moście na Bzurze w Kompinie stoi uszkodzony postument, z osadzonym na nim metalowym krucyfiksem. Przyjrzałem się mu bliżej i napis na nim głosi, że powinien tu stać św. Nepomucen. Niestety on też poległ w bitwie w 1939 roku.






Poniżej linki, opisujące lepiej oba kościoły, niniejsza notatka jest w zasadzie skrótem z tych artykułów.


wtorek, 20 czerwca 2017

Gorące tematy

Pierwszym gorącym tematem jest upał, który raczył się pojawić w połowie czerwca. Ciekawe na jak długo, ale jest i już czuję w pracy jego skutki - nie chce się robić.

Czytam sobie blogi, komentarze na portalach informacyjnych i nachodzą mnie pewne refleksje. Jak pragnę zdrowia, jak ci ludzie dają się kierunkować tzw. newsami. Ot choćby sprawa słynnego już przemówienia Szydło w Aushwitz. Ktoś odkrył, że fragment dotyczy polityki antyuchodźczej PISu i skandal na całą Europę gotów. Przesłuchałem to przemówienie, wprawdzie nie wiem o jakiej lekcji mowa w spornym fragmencie, ale tak średnio mi pasuje on też do uchodźców i myślę że większość bez tej usłużności komentatorów by tego nie skojarzyła, nawet jeżeli pani premier ci uchodźcy po głowie chodzili. Ale... co ciekawe - bardzo podobne przemówienie z niemal bliźniaczym zdaniem o wyciąganiu lekcji o ochronie obywateli wygłosił Duda w zeszłym roku na 71 rocznicę wyzwolenia Aushwitz i nikt nie odkrył w nim nic zdrożnego.
Dochodzę do wniosku, że ludzie lubią podążać za jakąś myślą, zdaniem, niemal jak za modą. Modne stają się poglądy, interpretacje rożnych słów czy wydarzeń, w końcu w modę wchodzą zupełnie nowe określenia na coś, co niby znamy, ale jeszcze w ten sposób nie nazywaliśmy, jak choćby termin "mowa nienawiści", która może już oznaczać chyba wszelką krytykę lub nawet niedopowiedzenia.
Ale żeby nie posługiwać się samą polityką i obiegowymi opiniami opiszę inny przykład. Otóż od jakiegoś czasu, należę, choć już zastanawiam się by przestać należeć, do grupy dotyczącej literatury i książek, której ideą jest prezentowanie swoich odkryć książkowych lub recenzowanie różnych pozycji. Zaglądam sobie któryś raz i widzę pewną ciekawostkę - mianowicie młode dziewczyny zamieszczają zdjęcia książki, a jakże, z tym że tak naprawdę nie widać co czytają, gdyż książka spoczywa otwarta na kolanach a w tle rzucają się w oczy stopy. Stopy bose, w skarpetkach, z umalowanymi paznokciami lub nie, stopy u których spoczywają wierne psy... 
Przykład zamieszczam z pewną obawą, bo jeśli te stopy są tak istotne, to może wykorzystuję w tym momencie bezprawnie czyjś wizerunek? Pani nie napisała co czyta i czy jej się podoba, ale nóżki wyglądają atrakcyjnie...


A i konkluzja by się zdała... Otóż tak sobie obserwuję, że coraz więcej osób robi głupstwa lub gada bzdury, a inni zajmują się głównie powtarzaniem tych głupot i bzdur. To przykre, że ludzie są powtarzalni nawet w tym, nie będąc w stanie wymyślić czegoś głupiego samemu. Jeszcze przykrzejsze, że jakoś podobna konsekwencja w robieniu rzeczy dobrych lub mądrych nie znajduje precedensu.

niedziela, 18 czerwca 2017

Wyjątki z dzisiejszej podróży


Dystans: 75 km.
Miejscowości:
Start Sochaczew
- Kozlów Biskupi
- Nowa Sucha
- Zakrzew
- Nowy Kozłów Długi
- Nowe Kęszyce
- Sierzchów
- Bednary Kolonia
- Bednary
- Zabostów Duży
- Zabostów Mały
- Płaskocin
- Boczki
- Wicie
- Kocierzew Południowy
- Jeziorko
- Jasieniec
- Rybno
- Józin
- Ćmiszew Rybnowski
- Ćmiszew Parcel
- Lubiejew
- Kuznocin
Sochaczew



Zdjęć 173.

Naprawdę wrażeń od groma, jak zawsze zresztą.
Pierwszym ciekawym etapem był las w miejscowości Nowy Kozłów Długi. Naprawdę uroczy i wygodny w przejeździe. 
W Kęszycach, oglądamy bunkier - ktoś wpadł kiedyś na pomysł zabetonowania w nim odpadów. Po latach bunkier pękł i smród zaczął się z niego wydzielać na całą okolice. Obecnie został oczyszczony i zdezynfekwoany. 




I kolejny las, tym razem w Sierzchowie. Prześwit w nim przywitał nas zapachem filoetowej barwy kwiatów, intensywanie miodowym i słodkim.




Kompina, Bednary i Zabostów to miejscowości już w Łowickim i zżera mnie zazdrość jak tam przejeżdżam, bo rzuca się w oczy różnica między powiatem Łowickim i Sochaczewskim. Czysto, pięknie, zadbane stare drewniane domki z gankami... 



Dąb do góry nogami z bocianem :)


I ciekawostka krajobrazowa którą pokażę - otóż z kościoły w Kompinie i Bedanarach są tak blisko, że mozna je zamieścić na jednym zdjęciu, co mi się zresztą udało.



Z Zabostowa przebijamy trasę Łowicką i po polnych drogach jedziemy kilka ładnych kilometrów wśród samych sadów i pól, domy widząc sporadycznie i z daleka. W końcu mijam jakąś kobietę na rowerku i dowiaduję się, że jest to w zasadzie miejsce bez nazwy - tzw ziemia sromowska, od miejscowości Sromów. Tu już byliśmy w zeszłym roku, więc wracamy niejako utartym znanym szlakiem urozmaicając go nieznacznie zaledwie krótkimi odcinkami. Tyłek dawał się we znaki na ostatniej dziesiątce.


piątek, 16 czerwca 2017

Mapa Cieni

Ponieważ od polityki można się zatchnąć, polecam coś na rozluźnienie. Lubię niszowe wydawnictwa i "powiew grozy". Z wielką przyjemnością przeczytałem Mapę Cieni, nakład to tylko 3000 egzemplarzy, a mam takie które mają jeszcze mniejszy, w przyszłym tygodniu spodziewam się zbioru o nakładzie 250.



Okładka i opis głosi, że będą to reportaże i opowiadania z nawiedzonych miejsc, co już sugeruje zabawę konwencją i tak jest w istocie, choć nie do końca się spodziewałem tego, co dostałem.
Owe reportaże z różnych rzekomo nawiedzonych miejsc same w sobie nie mają dostatecznej siły nośnej, by dźwignąć jakąś dłuższą historie o zwartej fabule. Przeważnie są to typowe "urban legends" (zjawisko istniało u nas już wcześniej, ale przyjął się ten anglojęzyczny termin, odróżniający coś co narodziło się gdzieś pomiędzy faktem, plotką i ludowym folklorem) typu "umarł i straszy". Albo nawet nie umarł i nie straszy. Ale tkwi w nich spory potencjał, dlatego uzupełnione są opowiadaniami, które są inspirowane, albo dopasowane do opisanych uprzednio w reportażach wydarzeń, albo miejsc, będąc jednocześnie niezależnymi fantazjami ich autorów. Czyli mamy mały miszmasz, antologii opowiadań grozy, ze spacerami po różnych ruinach i odrapanych kamienicach, gdzie nawet wrony boją się siadać na dachach. Brakuje w książce zdjęć, o których cały czas czytam, że były robione. A szkoda.
W reportażach zwraca jeszcze uwagę trud, jaki zadali sobie autorzy w przedstawianiu nie tylko relacji z odwiedzanego miejsca, ale też daleko sięgającej wstecz historii. Ta jest moim zboczeniem osobistym i trochę ostatnio zawodowym, zatem przekąsiłem te wyprawy z wyjątkowym smakiem.
W reportażu 'Nawiedzony las w Witkowicach" autorzy zwrócili uwagę na pewną ciekawą rzecz, mianowicie przenikanie na nasz grunt legend z kręgu anglosaskiej popkultury. Nawiązanie do "find footage", kojarzy się w pierwszym rzędzie z 'Blair Witch Project" i nieważne że Deodato i jego wyprawa z kamerą do kanibali w "Cannibal Holocaust" byli pierwsi, a przypadek zaginionej grupki młodzieży kojarzy z przełęczą Diatłowa (również całkiem niedawno odkurzoną na potrzeby filmu).
Totalny odlot to jednak "Nawiedzony dom na Kosocickiej". Od mrocznej historii do opisu „wystroju” wnętrza pustostanu – aż można wyczuć pewną niesamowitość miejsca.
Wyjątkowym sprawozdaniem jest relacja „Nawiedzone Osiedle w Kalinowie”, gdyż opowiada o zupełnie innym rodzaju nawiedzenia niż w reszcie książki – mianowicie nawiedzeniu przygnębiającym brudem, demoralizacją i brakiem perspektyw. Nawiedzeniem całkiem realnym, wkradającym się w życie różnego rodzaju pozostałości po molochach komunistycznych wielkoprzemysłowych mrzonek i zatęchłych prowincji, gdzie diabeł mówi dobranoc. Takim, z którym się zapewne każdy z nas zetknął, bez względu na zamieszkanie.
Szczerze mówiąc, myślałem że Kraków ma większy potencjał, jeśli chodzi o nawiedzone miejsca, a może po prostu autorzy nie chcieli przedstawiać tych zbyt oczywistych historii o Białych Damach. Przedstawili za to nieoczywistą o Czarnej... :). Najbardziej jednak rzuciły mi się w oczy ciągłe porównania i nawiązania odwołujące się do klasyki filmowego lub literackiego horroru, celowe bądź mimowolne. Już sam wstęp przywołuje skojarzenie z "Twilight Zone". Dalej, czytając poszczególne opowiadania towarzyszyło mi nieodłączne wrażenie, że coś takiego lub podobnego już czytałem, lub oglądałem - kojarzą się wątki z Rorka, Harry Angela, Silent Hill i wielu innych. Celowy zabieg stylistyczny, czy mniej lub bardziej świadome czerpanie ze źródeł, w których autorzy, podobnie jak ja, zaczytywali się lub oglądali, zanim sami zaczęli pisać?
Stylistycznie opowiadania są bardzo różne, mamy min. surrealistyczne 'Muzeum Snów" Dawida Kaina, ocierającą się o stylistykę gore "Biel" Łukasza Radeckiego, filozoficzne "IX Mrocznych Obrazów" (Woland malował?) Krzysztofa Bilińskiego, fantasmagoryczne "Pieski z zakurzonymi porcelanowymi oczami" Piotra Roemera, humoreskę "Ratunku, Trup! I inne przypadki" Krzysztofa T. Dąbrowskiego, bazującą w finiszu na "Evil Dead", uwspółcześnioną legendę "Trucizny w żyłach miasta", Marka Grzywacza, troszkę zbyt dosadna inspiracja Barkerowskim "Candymanem" "Najlepszy przyjaciel człowieka" i w końcu „Granice Synestezji”, bodaj jedyną, która czerpieb pełną garścią z tradycji słowiańskiej i literackiej grozy z przełomu XIX i XX w., w końcu zmierzająca prawie w stronę tematu filmów „snuff” „Ładnym Łatwiej” Kaźmierza Kyrcza Jr. i Michała J. Walczaka - jednym słowem, czym chata bogata. Normalnie było mi przyjemnie jak w gościach u starych znajomych, choć kolejne porównanie "jak z powieści Kinga" i wspomniane odniesienia, trochę wybijają z klimatów krakowskich na rzecz kultury anglosaskiej. Dochodzi do nich charakterystyczny dla współczesnych powieści opar dekadencji, zmieszany z wódczanymi wyziewami i strasznym losem ciężarnych młodych matek. Aż takie chwytliwe to motywy, czy raczej fetysze współczesnej literatury grozy?
Poziom opowiadań jest raczej równy, aczkolwiek mam tu kilka faworytów, choć kieruje się przy ich typowaniu swoim gustem, a nie wyróżniam pod względem jakichś nadzwyczajnych wartości, którymi się cechują. Jest to z pewnością "Muzeum Snów", "IX Mrocznych Obrazów", "Trucizna z żyłach miasta" i „Granice Synestezji” - resztę czyta się dobrze i tylko dwie, których tytuły zachowam dla siebie były dla mnie niestrawne.

środa, 14 czerwca 2017

Córko leśnika...

Kawałek Polski zastanawia się, co tez mogło być w tajemniczej kopercie, którą przekazał Jan Szyszko Mariuszowi Błaszczakowi. Ja, przeanalizowawszy sytuację dochodzę do wniosku, że mógł być to wiersz, autorstwa ministra środowiska. Debiuty są ciężkie, autor stremowany, mógł nie chcieć od razu błyszczeć przed szerszym audytorium, dlatego dyskretnie (sic!) wręczył kopertę spolegliwemu koledze... Córka leśnika może być w niej podmiotem lirycznym, obiektem westchnień, a jakże tak odzierać z romantyzmu taki utwór przesyłając go drogą oficjalną. Lepiej przy blasku fleszy i obecności kamer, zachowując jednocześnie ten nimb tajemnicy. Pan Mariusz się też ucieszył z okazanego zaufania i pomachał do kamer.  Tak, tu jest telewizja, ale nie szkodzi. To tylko wierszyk.
Szczerze mówiąc ja też poczułem wenę, powiedzmy że Jan Szyszko mnie zainspirował.

W bezdrzewnej puszczy
Bezkresny teraz nieba lazur
Bo na nią zapuścił
minister swój paaazur...

Nie ma ryku żadnych jeleni
Nie szumi ściętej sosny pal
Tak na lepsze las zmienił
Szyszko, dzielny drwaaal

Córko leśnika
z wyciętej Białowieży
spójrz na ministra
co z kopertą bieży

Daj mu swe usta
Pójdź mu w ramiona
Skoro puszcza jest pusta
Załatwi ci fuchę w MSWiAaaaa...

 Oburzył się pan Marek Borowski...

"Takie scenki mają miejsce codziennie, jak Polska długa i szeroka. Wszyscy, którzy przez PiS zostali ulokowani w spółkach, radni, rodziny radnych, "znajomi królika"... - tak załatwiają sprawy. "

Mam niejasne wrażenie, że sytuację może znać z autopsji. Każdy krytykuje dopóki nie rządzi i się nie otwierają nowe możliwości dla różnych króliczków i króliczyn. Wkur... mnie to, ale się już nawet zbytnio nie oburzam.
Pomyśleć w normalnych warunkach zachowania chociaż pozorów fair play, otworzono by kopertę, a jeśli nie zawierałaby wiersza, a to co wszyscy myślą, Szyszka powinna dostać kopa i wylecieć, A tu nawet nikt o tym nie wspomina.



poniedziałek, 12 czerwca 2017

ZOMO na miesięcznicy.

Do tzw. miesięcznic smoleńskich mam stosunek obojętny. Trochę mnie dziwi wprawdzie, że komuś się chce tak co miesiąc, jakby po tylu latach nie można było raz na rok... no ale ich sprawa, znaczy tych co chodzą. Niektórzy chodzą na wyżej wymienioną imprezę w celu rozkręcenia dymu. I tak niejaki pan Frasyniuk, został z miesięcznicy wyniesiony. Tak, kilku chłopa w mundurach wzięło i wyniosło - "Legendę Opozycji". Frasyniuk stwierdził, że poczuł się jak w "stanie wojennym", Macierewicz chyba się z nim zgodził, tylko umiejscowił go wśród ZOMOwców. Ubaw po pachy, zważywszy, że hasło, "My jesteśmy tu gdzie wtedy, oni tam gdzie stalo ZOMO", rzucone przez Kaczaffiego, nabiera nowego życia i siły.
Taak, szafuje się tymi pojęciami na prawo i lewo.
Pan Frasyniuk podobno jest bohaterem opozycyjnego podziemia. Spoko, nie będę negował, jedno jest pewne, na transformacji wiele skorzystał, awansując ze związkowca na biznesmena, vulgo układ postprlowski musi mu się podobać, bo jak wiadomo, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Pan Frasyniuk "nie przebiera w słowach", jak prasa elegancko nazywa chamskie wypowiedzi. I w końcu pan Frasyniuk pojawia się na miesięcznicy, ze znaczkiem je..ać PIS, napisanym cyrylicą. To zamiłowanie do cyrylicy to pewnie po przodkach Ukraińcach... 
Tymczasem zgromadzenie publiczne, (jakim jest miesięcznica)  jest dobrowolnym spotkaniem grupy osób w liczbie co najmniej 15, zorganizowane w celu wyrażenia wspólnego poglądu lub stanowiska. Zarejestrowano je do roku 2020, co oznacza że jest zgromadzeniem cyklicznym. Ale co się stało?
"Do stołecznego ratusza wpłynęło też dziewięć innych wniosków o zwołanie na 10 maja kontrmanifestacji. Siedem z nich od razu otrzymało zakaz od prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz, ponieważ zostały zgłoszone w tzw. trybie zwykłym. A takie – zgodnie z nową ustawą o zgromadzeniach – nie mogą się odbywać w tym samym miejscu i czasie, co zgromadzenie cykliczne (czyli miesięcznica smoleńska). Inną taktykę zastosowało dwóch zwołujących: stowarzyszenie TAMA i grupa związana z Obywatelami RP. Zarejestrowali swoje zgromadzenie w trybie "uproszczonym" i otrzymali zgodę od stołecznego ratusza, bo - jak wyjaśnia jego rzecznik prasowy - ustawa nie mówi nic o zakazie dla zgromadzeń "uproszczonych". Można w ten sposób zgłosić manifestacje bez przemarszu, które nie powodują utrudnień w ruchu i nie wymagają czasowej zmiany organizacji ruchu." (źródło: TVN24.Warszawa)
Dodam, że prawo zakazuje także prób udaremniania lub utrudniania legalnych manifestacji, A to robił według mnie Frasyniuk z towarzyszami, konkretnie z "Obywatelami RP.", a policja zrobiła to co powinna, usunęła przeszkodę z trasy manifestacji. 

Tak się zastanawiam, czy nie warto by było ustanowić Dnia Zomowca. Polegałby on na tym, że raz do roku, na konkretnych demonstrantach, policja stosuje naprawdę "zomowskie metody", przebiera się w mundury, wytacza armatki wodne i leje wszystkich gumowymi pałami. A dodatkowo wpierdziel na posterunku, jakby kto tam dojechał za mało posiniaczony. Pozwólmy obywatelom, którzy krzyczą o ZOMO i Stanie wojennym poczuć realia epoki.

piątek, 9 czerwca 2017

Telewizja kłamie

"Telewizja kłamie".  hasło z sierpnia 1980. Wiedzieli.
"Nie oglądaj telewizji, bo będziesz miała w głowie glisty."   Bohdan Smoleń - 86 rok. Wiedział.

Diagnoza większości internautów na temat telewizji publicznej nazywanej "Kurwizją", lub TVPisem  jest w większości słuszna. Za to co aktualny prezes zrobił z tego medium należałoby go kijami pognać jak najdalej. Szkód pana K... (w miejsce kropek można wstawić dowolny obelżywy wyraz) nie da się szybko naprawić. Chcący uciec od propagandy sukcesu, lądują w innych stacjach, a z tego co zauważyłem, najczęściej ich wybór pada na TVN. I nie było by nic  w tym złego, gdyby nie fakt, że jest to stacja równie zakłamana i manipulatorska co TVP. O ile nie bardziej, bo zatrudnia daleko lepszych speców.


Dawno dawno temu w listopadzie 2010 roku, kiedy jeszcze świat był normalniejszy, Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i Instytutu Monitorowania Mediów, opracowało na podstawie analizy programów ("Wiadomości" (TVP 1), "Panoramy" (TVP 2), "Faktów" (TVN) i "Wydarzeń" (Polsat)) pewien raport. Pod pewnymi względami się zdezaktualizował, bo wynikało z niego, że poziom programów informacyjnych i sposób ich przekazywania w dominujących stacjach jest mniej więcej równy, choć już wtedy nie znaczyło to wcale że rzetelny. Nowsza analiza wiarygodności, z 2016 roku sporządzona przez KRRIT, bierze na widelec tylko Polsat, TVP i TVN., w sumie najbardziej nas i tak w tej chwili interesują dwie ostatnie. Dziś oglądając na nich wiadomości można niemal odnieść wrażenie, że to z dwóch zupełnie innych krajów - Krainy Mlekiem i Miodem Płynącej, oraz jakiegoś conajmniej Mordoru. 



 
Ale wróćmy do raportów, które wzbogacę o swoje obserwacje:

"...we wszystkich programach ważna jest dramaturgia, ładunek emocjonalny, z którym widz musi się zmierzyć. - Emocje muszą być łatwe do odczytania. Bardzo często za tym idzie odpowiednia modulacja głosu komentatorów i prezenterów. Nie tylko przekazują nam te emocje, ale jednocześnie wydaje im się, że mogą w jakiś sposób sugerować nam, jak je interpretować."
(komentarz do raportu Magdelny Tokaj-Grabarczyk z IMM, 2010)

Ten ładunek emocjonalny jest wzbogacany materiałami o dramatycznych losach rodzin, dzieci, pojawia się to wcale nieprzypadkowo - celem jest zmiękczenie widza. To pochylanie się nad losem maluczkich ociepla w ogóle wizerunek telewizji. 
Dobór z kolei informacji służy budowaniu pewnego obrazu świata - może być on optymistyczny, lub pesymistyczny. O wiele lepiej nastraja informacja, że w jakimś tam Z.o.o urodził się i dobrze chowa mały puchaty miś, a inaczej, że gdzieś indziej pies odgryzł komuś stopę.
To, że krótką informacje np. "Umarł Stalin", można przedstawić słowem mówionym na co najmniej kilka sposobów - z radością, smutkiem, albo nawet powątpiewaniem, jest chyba dla każdego oczywiste. Kiedyś nawet myślałem, żeby się pobawić w wyławianie takich newsów, przy których zabarwienie emocjonalne dwóch zupełnie różnych prezenterów sprawiało, jakby mówili o zupełnie innych zjawiskach.

"Najczęstszymi tematami poruszanymi w czterech telewizyjnych serwisach informacyjnych były: polityka, wybory samorządowe, wypadki i katastrofy, ciekawostki, sprawy społeczne oraz przestępczość." (2010)

Tu chyba nic się nie zmieniło.  Nadal dominuje polityka, z oczywistych względów na razie wypadł temat wyborów samorządowych. 

W 2010, Wiadomości uchodziły za najbardziej wyważony program informacyjny, w którym z regionów dominowały informacje polityczne, z lokalnych tematy społeczne (oprócz polityki). TVN wypadł marnie, wyprzedzając tylko zawsze nijaką "Panoramę".

"Program informacyjny TVN cechowała też najmniej różnorodna tematyka i najwyższy odsetek materiałów amatorskich wykorzystanych w newsach. "Fakty" w największym stopniu korzystały też z innych źródeł informacji (statystycznie w co czwartym materiale wyemitowanym w "Faktach" pojawiała się informacja o skorzystaniu z innego źródła)." (2010)

I w 2016. Role się odwróciły. :)

"W "Wiadomościach" najczęściej inspiracją do tematów są działania instytucji państwowych i wydarzenia polityczne. Wydarzenia są pokazywane wielostronnie, jednak punkty widzenia nie są zrównoważone. Pojawiają się też silnie wartościujące określenia, z kolei mniej materiałów niż u konkrecji jest opatrzonych komentarzem.(2016)
"Fakty" mają bardziej zróżnicowane źródła informacji, kładą mniejszy na wydarzenia z historii. Bardziej od innych skupiają się za to na analizie możliwych skutków różnych wydarzeń. W programie częściej pojawia się komentarz, który najczęściej jest krytyczny, korzysta z elementów humoru i ironii." (2016)


Ta analiza skutków to inaczej gdybanie. W celach gdybających wzywa się do studia ekspertów. Oczywiście stało się tak, że eksperci w obydwu stacjach są bardzo ukierunkowani. Mało tego - rozmowa z nimi wygląda tak - redaktor - "Zatem uważa pan, że ble, ble, ble," - zamiast prostego pytania wykładana jest już gotowa teza. Ekspert odpowiadając musi ją zdementować, albo potwierdzić, zanim zaczyna w ogóle mówić to co sam ma do powiedzenia. Zetknąłem się z przypadkami, że w razie braku potwierdzenia dziennikarskiego "ble, ble, ble", jest ono ponawiane, ubrane tylko nieco inaczej. 

Pora na najistotniejsze przesłanie w telegraficznym skrócie, TVP kontra TVN:

TVP dużo bardziej od dwóch pozostałych telewizji skupia się na trzech tematach: - pokazywanie osiągnięć i sukcesów rządu, także kosztem innych informacji - rozliczanie z przeszłością (bliższa i dalszą), szczególnie w kontekście Rosji - kryzys imigracyjny, pokazywany jako zagrożenie dla Polski i porażka UE (budowanie zagrożenia w odniesieniu do nich, jak też opozycji). "Wiadomości" skupiają się na sferze politycznej, a w mniejszym stopniu od innych programów prezentują szersze spektrum wydarzeń.
W porównaniu do tego "Fakty" TVN prezentują wydarzenia w sposób bardziej różnorodny i nie skupiają się wyłącznie na polityce, pokazują też jej wpływ na życie ludzi. Jednak materiałom brakuje neutralności: widoczna jest "podejrzliwość", a czasami nawet niechęć wobec PiS i rządu.




Oczywiście w sposób mniej zawoalowany niż w tych raportach można to wyrazić słowami ks. Tischnera:
"Góralska teoria poznania mówi, że są trzy prawdy: święta prowda, tyż prowda i gówno prowda." Wersję dla TV, proszę sobie wybrać samemu.