niedziela, 25 września 2016

Sen nocy (jeszcze) letniej



W zasadzie noc 24 września to już nie jest lato, tylko astronomiczna jesień. Mimo to, noce mamy nadzwyczaj ciepłe tego roku, a widowisko, w którym dość przypadkowo wzięliśmy udział, nie udałoby się tak pysznie bez sprzyjających warunków pogodowych. W liryczny nastrój wprowadziliśmy się dzięki koncertowi, połączonemu z układami choreograficznymi młodych tancerzy i tancerek, a wszystko wśród wiekowych murów zamku sochaczewskiego. Parę powidoków poniżej, niestety bardzo amatorskich, bo aparat, którym mógłbym zrobić zadowalające zdjęcia w takich warunkach - nie działa, a na nowy co najmniej do grudnia sobie nie pozwolę.


Ten kadr to jeszcze z parku, gdyż tam także odbyła się część widowiska, nie czekaliśmy na zakończenie krótkiej scenki teatralnej, od razu poszliśmy na zamek, Dzięki temu klapnęliśmy na krzesełkach.

Orkiestra stroi instrumenty
Daje znak i zaraz zacznie...






Na zakończenie pewne zabawne dość zdarzenie. Otóż siedzieliśmy sobie we trójkę, ja Kotoj i kolega Rafał, który troszkę się nudził. Nasza dziatwa za nami, ale chyba nie dorosła do tak wyrafinowanych doznań kulturalnych, bo tylko świecące balony ratowały sytuację przed powszechnym jękiem "Nuuudzi mi się...". W pewnym momencie zobaczyłem koło Rafała jakąś babcię, której najwyraźniej niezbyt dobrze się stało, więc poderwałem się i ustąpiłem jej miejsca, a sam stanąłem obok kolegi. W pewnym momencie, gdy się odwróciłem w jego kierunku, ze zdziwieniem zobaczyłem że na krześle zamiast niego siedzi jakiś jegomość, jak się później dowiedziałem, podpity. Musiałem chyba zrobić dość głupią minę, bo koleś wskazał mi scenę i coś mruknął, że "tam się dzieje". 
Wycofałem się na tył i tam dopiero znalazłem kolegę z młodymi, bawiącymi się tymi balonami i laserem (znaczy wskaźnikiem). (Po pęknięciu okazało się, że w środku jest dioda). Za chwilę wyłoniła się też Kotojka, wkurzona komentarzami wspomnianego wcześniej pana i ruszyliśmy do domu, jak się okazało na kilka dosłownie sekund przed zakończeniem koncertu. Wieczór jednak na plus.



„Co robi fortepian w parku

SEN NOCY JESZCZE LETNIEJ”
pomysłodawca: Artur Komorowski
reż. Dawid Żakowski/ Marta Wasilewska
choreografia Monika Osiecka-Jaworska,  Karolina Dziełak
Maluje – Przemko Stachowski
realizacja video – Gamid Ibadullayev

występują: Camerata Mazovia, Marlena Myszuk – fortepian, Sylwia Strugińska- Wochowska – sopran, Władysław Komendarek – lasery, Teatr Maska, Grupa Taneczna Abstrakt, Zespół Wokalny Patria, Folklorek, Scena Seniora.

Wydarzenia towarzyszące: Stoisko rękodzieła artystycznego Jadwiga Orczyk-Miziołek, Komiksy- Łukasz Kucinski, szachy – Stanisław Osiecki.

Jeśli pogoda nie dopisze, plan awaryjny zakłada przeniesienie wydarzenia do Kramnic Miejskich (fortepian i Projekt Rezonator) oraz do budynku Sochaczewskiego Centrum Kultury przy ul. Żeromskiego 8, gdzie będzie występ Sochaczewskiej Orkiestry Kameralnej Camerata Mazovia, Grupy Teatralnej MASKA i Zespołu Tanecznego Abstrakt, a także pokazu laserów i muzyki elektronicznej Władysława Komendarka.

(http://sck.sochaczew.pl)

środa, 21 września 2016

Jesień w Polandballu

Poranny chłodzik, zmiana kolorytu w otoczeniu i... problemy z porannym wygrzebaniem się z pościeli. Kurteczka na podkoszulek i do roboty... Jesień jednym słowem... Ale to taka dygresja tytułem wstępu, która nic nie ma wspólnego z dalszą treścią, bo przecież nie będę po prostu marudził, że jest zimno i słonko nie grzeje tyłka...


Po szusowaniu w internetach zainteresowałem się dziś bliżej zjawiskiem countryball, którego protoplastą jest nasza Polska, czyli Polandball. Dla niewtajemniczonych - jest to prześmiewcza personifikacja różnych krajów w formie gadającej piłki, pojawiająca się w internetowych komiksach wyśmiewających różne cechy narodowe, jak np. poniżej (tylko to wygląda na Monako nie Polskę):

- Niemcy?
- Co tam, podczłowieku?
Jeżeli Żydzi są podludźmi, w jaki sposób wszystko kontrolują?




No tak to mniej więcej wygląda, a ponieważ wymyślili to Niemcy to ich "rubaszny", humor przylgnął do tych memów. Szczerze mówiąc bawi mnie on średnio i wcale nie dlatego, że akurat nasz kraj jest ich głównym bohaterem - płaczliwą obijającą się między innymi krajami kulką. W niektórych przypadkach analogie tych żartów są bowiem trafne i nie ma co się nabzdyczać. I pewnie bym nad sprawą się nie produkował, gdyby nie popularność polandballu i poświęcona jej uwaga.
Ba, hasło "Polandball" znajduje się nawet w Wikipedii, a według niej nasza "piłeczka" ma już 7 lat, bo wtedy (podobno, bo to przecież tylko Wikipedia) pojawiła się na niemieckim serwisie Krautchan.net. 

Polandballowi poświęciła też artykuł 'Gazeta Wyborcza", gdzie temat wałkował Wojciech Orliński (16.01.2010), począwszy od genezy tej piłki, dochodząc jak dla mnie do jakichś zupełnie niezrozumiałych i przedziwnych konkluzji, zresztą właściwych chyba dla linii ideologicznej tego papieru z nazwą na "G".

"Sami na siebie ściągnęliśmy te dowcipy dość żenującą cyberwojną "Polska kontra reszta świata", która toczyła się w internecie latem zeszłego roku. Zaczęło się od internetowego eksperymentu pod adresem drawball.com - ideą było udostępnienie wszystkim internautom przestrzeni, na której każdy może namalować, co chce (zamalowując to, co było przedtem). Na początku sierpnia 2008 ktoś rzucił na forum Kibice.net historyczne hasło "Maluję tam po lewej flagę Polski, pomóżcie!". Wszyscy kibice pomogli, aczkolwiek -sądząc po wpisach "I już ktoś pier...nął napis RTS na fladze, nie umiecie się wspólnie bawić" - nie zawsze byli solidarni.
Gdy akcja przeniosła się na Naszą Klasę, brały w niej udział setki tysięcy Polaków. Udało im się zamalować cały drawball na biało-czerwono z napisem "POLSKA". Odpowiedzią reszty świata było zamalowanie tej flagi... wielką swastyką.

Efektem była wojna hakerów: 18 sierpnia polscy hakerzy próbowali zablokować działanie forum 4chan* (koordynującego zamalowanie flagi swastyką), hakerzy z reszty świata z kolei atakowali polskie serwisy Nasza Klasa i Wykop.pl. Wszystkie atakowane serwisy przetrwały, ale wszystkie trzy tego dnia działały wyjątkowo wolno.

Morał z tej historii jest taki, że zanim ktoś się poskarży na to, że "Polandballe" nas ośmieszają, niech pomyśli, jak bardzo ośmieszyli nas patrioci z Naszej Klasy."

* 4chan jest wymysłem rodem z USA.

Rozumiecie ten bełkot z ostatniego zdania? Bo ja nawiązania nie kumam, o co chodzi z ośmieszeniem nas przez patriotów z NK, którzy mogąc narysować co im się żywnie podobało wybrali swoje barwy narodowe. Dla p. Orlińskiego jest to najwyraźniej symbol obciachu i zaściankowości, a chamerykański portal założony przez jakiegoś gówniarza to dla niego już "reszta świata", no, no jak to niewiele trzeba by zostać kosmopolitą... No i tekst o ściąganiu dowcipów, jakby było to coś nowego albo strasznego, że ktoś sobie z nas żartuje.

Moda na contryball stała się powszechna i w ten sposób są już obśmiewane chyba wszystkie kraje świata. I nic w tym złego.

wtorek, 20 września 2016

Lata głodu.

Rok 1939 był ponoć wyjątkowo urodzajny, co ludzi radowało. Niestety, nie im przyszło cieszyć się tymi plonami, gdyż wrzesień okazał się miesiącem wojny... Niemal idealnie można tu, do roku 1939 dopasować słowa Mickiewicza o roku 1812: "O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju! Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju,. A żołnierz rokiem wojny". Istotnie, historia lubi zataczać takie paralele.  W pierwszych dniach wojny zorganizowano podwody dla wojska, żywność zgromadzona w magazynach miała dotrzeć do punktów zbornych. Różne były jej losy, tabory z upodobaniem atakowali z samolotów Niemcy. Jan Wojda - rolnik, mieszkaniec Dębska pisze w swoich wspomnieniach o całkowicie bezsensownej wyprawie kawalkady wozów do Warszawy, dokąd miało trafić zboże z magazynów Sochaczewskich. Warszawa jednak stała już w płomieniach... panował chaos...

Skierowano nas do .jakiegoś magazynu, jednak w ogólnym rozgardiaszu nie było komu przyjąć od nas zboża. A chcieliśmy się go jak najprędzej pozbyć, aby ulotnić się z tego piekła na ziemi. Dopiero przed wieczorem polecono nam wieźć pszenicę znowu do Sochaczewa. [...] Między Błoniem a Sochaczewem dwukrotnie spotkały nas samoloty niemieckie, lecące w kierunku Warszawy. Czym prędzej każdy z wozów stawał pod rozłożystymi konarami starych topoli, rosnących na poboczach szosy, których dziś już nie ma. Nie zauważeni przez Niemców mogliśmy kontynuować jazdę. W godzinach popołudniowych dojechaliśmy szczęśliwie do Sochaczewa. Tu starosta powiatu po naradzie z prezesem Powiatowej Spółdzielni Rolniczej, Osieckim, polecił nam zabrać pszenicę do swoich domów. W razie wkroczenia Niemców pszenica miała stać się naszą własnością, natomiast należało ją zwrócić, gdyby najeźdźców przepędzono.

Ponieważ natarcie niemieckie ze wschodniego brzegu Bzury ruszyło na wsie położone bezpośrednio za nią, takie jak Erminów, Bronisławy, Dębsk itd. tamtejsza ludność czym prędzej uciekła, zostawiając cały swój dobytek i oczywiście zebrane plony. Stało się z nimi to, co stać się musiało w ogniu walk i co opisuje dalej Wojda: 
W stodole spłonęło wszystko niedawno zebrane zboże. Mieszkanie ogołociło wojsko z wszystkich produktów żywnościowych. Przede mną i ojcem stanęło widmo głodu.

 Podobnie stało się w mieście, które trzy na trzy dni (patrz poprzednia notka) stanęło w ogniu. Powrót do niego znam z wielu relacji. Zacznę od najbliższej, mojej Babki Alicji:

Nie było co jeść, sklepy pozamykane, popalone. Nasz sąsiad, piekarz Żukowski miał nieco mąki, upiekł trochę bochenków chleba i rozdawał je za darmo. Udostępnił też swoją studnię, bo wody nie było, ale i z niej woda rychło znikła, bo ludzie w końcu wyczerpali wiadrami wszystko. Mieszkanie nasze nie ucierpiało podczas działań wojennych. Jeżeli nawet ktoś się do niego włamał, to nie miał czego zabrać. Po jakimś jednak czasie, brak pożywienia zaczął doskwierać nam coraz bardziej. Co gorsza, nastał listopad i zaczęło się robić coraz zimniej. 
Ul. Warszawska. Uchodźcy, wojskowe ciężarówki i wypalone domy.
 Sklepy zostały całkowicie rozszabrowane lub spłonęły. Kłamstwem jest, że szabrowano tylko własność żydowską, zgłodniali ludzie rzucili się na wszystko co miało jakąś wartość, a stało puste. Wojna zaczynała pokazywać swoje drugie oblicze, którym był zwierzęcy strach przed głodem i śmiercią, popychający ludzi do zachowań pierwotnych. 

Szaber sklepu Grynberga, (Sochaczew ul Traugutta)
Niemcy rychło zaczęli gnębić ludność kontyngentami dla wojska, co znów spowodowało kolejną falę nędzy. Istotne dla nich było by jak najszybciej uruchomić infrastrukturę kolejową i udrożnić przeprawę przez Bzurę. Most został wysadzony przez polskich saperów, stacja zbombardowana, więc zwerbowano mieszkańców do pracy, która nie dawała jednak chleba. 

"Zniszczeni i zrujnowani wojną ludzie, a często okradzeni doszczętnie przez różne męty społeczne, których nie brak było zarówno w mieście jak i na wsi, chcąc nie chcąc zgłaszali się do pracy zmuszeni widmem głodu i niepewnością dnia jutrzejszego, gdyż Sochaczew i okolice zamieszkuje przeważnie ludność biedna, robotnicza z pewną liczbą inteligencji, w przeciwieństwie do dalej położonych zamożnych wsi. Ludzi podejmujących pracę spotkało jednak z miejsca rozczarowanie, gdyż Niemcy płacili zdewaluowaną walutą tak głodowe stawki, a ceny żywności były tak paskarskie, że ludzie szli do pracy raczej niechętnie, ulegając również nastrojom patriotycznym i przeciw-niemieckiej propagandzie i nienawiści do wroga. Najcięższe czasy nastały teraz dla robotników. Krążyły wśród nich wersje, że to polska burżuazja kuma się z Niemcami, bo chcieli oni dać robotnikom oprócz płacy za pracę również i wyżywienie, a ci różni polscy urzędnicy odkłonili ich od tego. Nie wiadomo, ale łatwo się domyśleć, kto takie plotki spreparował. Istotnie na ulicach miasta widać było robotników, ciągnących starą kuchnię wojskową po polskim wojsku, w której przy pracy rozbiórkowej zburzonych domów gotowali sobie  sami czarną kawę, używając niedopalonych głowni z polskich domów. Widok robotników obdartych i nędznych, ciągnących ulicami Sochaczewa tą polską kuchnię polową był przygnębiający i straszny."
(Anonimowe wspomnienia z archiwum ZBOWIDu) 

Ten głód utrzymywał się przez lata okupacji, przy czym podobno 1939 rok wcale nie był najgorszy. Niemcy nie pokazali jeszcze w pełni swoich prawdziwych zamiarów i oblicza, bo chcieli wpierw Polaków spisać i "skatalogować", wpisując do ksiąg meldunkowych i nakładając obowiązek posiadania dokumentów. Kolejne lata, zwłaszcza wojna z "Ruskimi" przemieniła Generalną Gubernię w spichlerz niemieckiej armii, drenowane do granic możliwości zaplecze frontowe, w którym zakwitł szmugiel, będący następnym elementem gry o przeżycie.

niedziela, 18 września 2016

Rekonstrukcja "Obronić Miasto 1939" w 77 lecie obrony Sochaczewa.


 W dniach 13 - 16 września toczyła się bitwa o Sochaczew. Trzy dni trwała tu zacięta walka, której inscenizację wczoraj obejrzeliśmy. Odbyła się ona w "wąskim gardle", terenu wyznaczonego barierkami wzdłuż ulicy Podzamcze i zastanawiałem się, dlaczego akurat o 19, kiedy za chwile zrobi się ciemno. Co więcej, nie rozpoczęła się dokładnie o 19, bo jeszcze wystąpił 'Wokalny Zespół Mundurowy "Patria", śpiewając piosenki, oczywiście wojskowe. 
Sama rekonstrukcja uzupełniona była o komentarz, który jednak chwilowo tonął w kanonadzie. Dowiedzieć się można było z niego, że 13 września II batalion 18 pp został wyparty z Sochaczewa, by jednak rozkazem dowódcy piechoty dywizyjnej 26 DP płk. dypl. Tadeusza Parafińskiego, zawrócić z powrotem i miasto z rąk wroga odbić. 
Jak wspomniałem, miałem wątpliwości, czemu u diabła robić rekonstrukcję tak późno, ale okazuje się, że ma to swoje uzasadnienie historyczne. Niemcy wyparli Polaków z Sochaczewa atakując o północy z 13 na 14 września, walki o jego odbicie dnia następnego również przeciągnęły się do późnego wieczora. Ich przebieg znamy z opisu sierżanta Józefa Skórki, szefa 5 kompanii 18 pułku piechoty

Nadszedł wieczór. Niemcy nie lubią walki nocnej, więc zaczęli się cofać. Ich straże tylne powstrzymywały nasze natarcie. Biliśmy się o każdą uliczkę, a nawet o pojedyncze domy. Ucichła artyleria.W ciemności słyszało się tylko łomot ręcznych granatów..Późnym wieczorem dotarliśmy do naszych poprzednich stanowisk. Nad polem bitwy w Sochaczewie zaległa cisza. Jako szef kompanii obliczam straty. Były bardzo duże. Na stanowiskach doliczyłem się już nie więcej jak pięćdziesiąt procent stanu bojowego...
(Z materiałów opublikowanych przez MZSiPBNB)

 Straty spowodowane tym przedsięwzięciem były więc ogromne. W miejscu gdzie wśród wspomnianych przez Skórkę uliczek i domów trwały walki, dziś znajduje się park miejski. I tu przypomniałem sobie poniższe zdjęcie. Niemcy też zrobili w 1939 "rekonstrukcję" na potrzeby propagandy. To zdjęcie wykonano przy wlocie w ul. Bóżniczą, po której dziś nie ma ani śladu, (jest wspomniany park) kilkanaście metrów od wczorajszej inscenizacji.

Niemieckie zdjęcie propagandowe z września 1939 (ze zbiorów MZSiPBNB)
Broniąc musieli ulec w końcu przed przeważającymi siłami wroga.

"15 września 1939 r.,po przeszło dwóch dniach ciężkich walk, zmęczeni i zbroczeni krwią piechurzy II batalionu 18 pułku piechoty (na opatrunki nie było czasu) ciągnęli do przeprawy przez rzekę. Był to jednak odwrót żałosny. Bohaterski i godny ubolewania. Nie składając broni, lecz odstrzeliwując się nacierającym oddziałom niemieckim, przeprawiali się po zniszczonym moście pontonowym lub wpław przez Bzurę. W takich okolicznościach, kierujący przeprawą dowódca batalionu major Kozubowski, trafiony serią pocisków z km, poniósł śmierć na kładce tego mostu, a wraz z nim 4 usiłujących go ratować żołnierzy"
"Sochaczew we wrześniu 1939 1984 (Władysław Pałucki, Maciej Wojewoda 1989, s. 7)
 
Major Feliks Kozubowski
Major Kozubowski spoczął na cmentarzu parafialnym w Sochaczewie i przez długie lata miejscem jego pochówku był zwykły żołnierski grób, dopiero niedawno doczekał się należytego pomnika. W 2009 nadano mu honorowe obywatelstwo miasta Sochaczewa, a teraz jego imieniem ma być nazwany most na Bzurze, stojący niedaleko miejsca gdzie major poległ.
Tego dnia także nadano  także sztandar ufundowany przez mieszkańców miasta dla stacjonującego w Bielicach 38 dywizjonu zabezpieczenia Obrony Przeciwlotniczej. Kozubowski ma być patronem tegoż dywizjonu, pomimo że z wojskami obrony powietrznej nie miał nic wspólnego.

Wróćmy jednak na rekonstrukcję.

Na wąskim terenie pokazano więc natarcie wojsk polskich na niemieckie, rozlokowane przy ulicy Traugutta. Tym "Niemcom" zrobiłem kilka zdjęć na początku, kiedy było jeszcze w miarę widno. Potem, ruszyły do boju wozy bojowe i artyleria, spychając "naszych" na zachód, w kierunku rzeki, tak jak miało to miejsce 77 lat temu. W ciemności pokazy pirotechniczne były bardziej wyraziste i robiły większe wrażenie niż za dnia.








Zmarzliśmy trochę pod koniec, zwłaszcza Małas po powrocie domagał się ciepłego posiłku i kąpieli. Istotnie, pogoda przestała nas rozpieszczać letnim niemal ciepełkiem. Mieliśmy kupić po pokazie bluzę, bo były również stargany z militarnymi i patriotyczną odzieżą, ale handlarze zwinęli się zanim zdążyliśmy się w tym rozeznać.



piątek, 16 września 2016

Przyszli z Wehrmachtem

Z wywiadów, przeprowadzanych przeze mnie z ludźmi, którzy przeżyli wojnę wyłania się pewna ciekawa obserwacja, o której pisze się raczej rzadko, albo marginalizuje, a nad którą chciałbym się dziś pochylić. Cóż, powody są raczej oczywiste, bo sprawa dotyczy Niemców, na ogół przydzielonych do wojsk frontowych, których zachowanie, wedle relacji moich rozmówców było "ludzkie". Dopatrywanie się tego elementu człowieczeństwa we wrogu było dość trudne, bo przecież należało z nim walczyć i nienawidzić, a nie współczuć, lub liczyć na jego pomoc. Do tego jeszcze wrócę, powołując się na ciekawe refleksje Eugeniusza Macewicza, łącznika Szarych Szeregów i AK, ale może już nie w tej notce. Te zachowania i tak utonęły niemal w ogromie krzywd, jakie spotkały naród polski od wojsk niemieckich..
 Na początek przytoczę garść zebranych przeze mnie relacji, które zdążyłem już opublikować:

Na początek relacja p. Teresy Kalińskiej, z artykułu "Dzieciństwo na kolei", opublikowanego w Expressie Sochaczewskim:

"Któregoś dnia zachorowałam. Poniżej pleców pojawiło się owrzodzenie i dostałam gorączki. Tata udał się wtedy do lekarza, który przebywał wśród załogi wspomnianego wcześniej pociągu*, poprosić o jakąś maść. Ten przyszedł nawet osobiście, oprócz maści tranowej przyniósł również jakieś leki, dzięki którym wyzdrowiałam. Później często odwiedzał, przynosząc słodycze lub pomarańcze. Często opowiadał o swoim synku, który został w Rzeszy. Już później, gdy Niemcy napadły na Związek Radziecki, a front zaczął się zbliżać i pociąg miał gdzieś odjechać, niemiecki lekarz przyszedł się pożegnać. Był bardzo poruszony i zrozpaczony, martwił się, że nie wie, co się dzieje z jego dzieckiem i resztą rodziny. Na pamiątkę zostawił zdjęcie swojego dziecka z dedykacją."

 *W artykule  jest mowa o postoju niemieckiego pociągu pancernego na stacji kolei wąskotorowej w Sochaczewie.
Tego zdjęcia p. Teresa nie mogła znaleźć, ale w końcu się udało. Sam fakt, że Niemiec podarował zdjęcie kogoś sobie najdroższego, jest znamienny, świadczący o jakimś zaufaniu, może nawet przyjaźni. Niestety, załączoną dedykację trudno odcyfrować i nawet osoby niemieckojęzyczne mają z tym problem, ale zaczyna się od ciepłego "Droga Rodzino", czy coś w tym stylu:


Dedykacja na odwrocie zdjęcia pozostawionego na pamiątkę przez niemieckiego lekarza rodzinie p. Teresy.


P. Helena Matyjaszczyk, opisuje swoje pierwsze spotkanie z frontowymi w folwarku w Szczytnie, dokąd uciekła z rodzicami przed wojną:

Biegaliśmy potem, dzieciaki, między żołnierzami, to nam dawali, a to czekoladki, a to jedzenie, a to garczek kazali przynieść i zupy nam nalewali. Nie podobało się to państwu we dworze i wysłali ekonoma, który przyszedł z rózgą i dzieciarnię odpędził, aby od Niemców nic nie brała. 

Relacja p. Jerzego Felczaka:

Pierwsze spotkanie z wojskiem frontowym, nie było jeszcze straszne. Kilku żołnierzy mówiło po polsku, rozmawiali z ludźmi, a nawet rozdawali im różne drobiazgi, jak na przykład scyzoryki.

Obydwie pochodzą z artykułu mojego autorstwa "Dzieciństwo urwało się nagle", również opublikowanego na łamach Expressu.
Dzieciństwo faktycznie urwało się, tak jak urwało się normalne życie wszystkim Polakom... Głód, brak perspektyw, zamknięte szkoły, brak pracy - takie były dzieciństwa moich rozmówców. Niemcy mieli doskonałe zaopatrzenie, okupant regularnie ściągał z rolników kontyngenty. Mimo tej litościwości co poniektórych Niemców, sytuacja nie jest tak moralnie więc przejrzysta, choć mogli przecież nic nie dać.

Żołnierz niemiecki dokarmiający polskie dzieci (263 INF. DIVISION, rok 1941 Polska).
Zdjęcie niemieckiego żołnierza wykonane z pociągu stojącego na stacji w Krośnie.
Ostatnia pochodzi ze wspomnień wydanych drukiem p.t "Opowiadanie Niedokończone", przez mojego dobrego znajomego ks. Tadeusza Kraszewskiego:

"W naszym domu zjawił się młody żołnierz niemiecki. Grzecznie powiedział, że poczuł zapach smażonych placków ziemniaczanych i zobaczył za naszym domem stawy rybne. Powiedział, że pochodzi z miejscowości położonej nad Renem. Jeszcze dwa miesiące temu łowił ryby w tej rzece. Zapytał czy posiadamy sprzęt do łowienia ryb: sieć i wędkę. Mówił, że jego oddział stacjonuje na sąsiednim polu. Prosił o sprzęt rybacki, aby mógł pójść łowić ryby, bo będzie to dla niego odpoczynek psychiczny i przypomni u dom i pozostawioną tam rodzinę.
W krótkim czasie przynosi złowione ryby i prosi moją mamę o przyrządzenie do spożycia.Kiedy mama przystąpiła do przygotowania ryb, ów żołnierz niemiecki wyszedł na zewnątrz z domu. Wraca po kilku minutach i płacze jak małe dziecko... Nie mógł wydobyć słowa...
Kiedy się nieco uspokoił, powiedział, że jego oddział wyrusza w kierunku Warszawy, że nie zdąży się posilić rybami. Wziął ze sobą kilka placków kartoflanych, podziękował i odszedł, również ze łzami w oczach. Był bardzo młody, chyba z katolickiej rodziny, bo na widok krzyża wiszącego na ścianie zdjął czapkę i przeżegnał się."

 Ciekawe jest to, że gdy rozmawiałem z księdzem Tadeuszem, człowiekiem oczytanym i cieszącym się mimo wieku doskonałą pamięcią, zauważył On, że najlepiej zachowywali się wobec Polaków Bawarczycy. Istotnie, znalazłem jeszcze jedną relacje w archiwach muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą, podoficera 16 pułku piechoty z Grudziądza, Jana Białeckiego, który trafił do szpitala polowego nr 802 w Sochaczewie. Szpital ów po wkroczeniu wojsk niemieckich do Sochaczewa stał się szpitalem jenieckim, a kilka słów Białecki poświęcił strażnikom, właśnie Bawarczykom:

W sali w której leżeliśmy były powybijane wszystkie okna, prawdopodobnie od granatów, czy bomb. Był więc straszny przewiew, a w nocy zimno. [...] Okna te, jeden z żołnierzy niemieckich (strażnik) pozatykał nam tekturą, obrazami biblijnymi ze szkół* i dyktą. Należy dodać, że żołnierze ci, Bawarczycy, byli dla nas dość grzeczni, nie odczuwaliśmy wcale, że jesteśmy jeńcami.

*Szpital znajdował się w budynku Szkoły Powszechnej nr 1.

W dalszym ciągu relacji jest mowa, o żołnierzu, który wiedząc, że koniec jest bliski wygłosił przemowę do współtowarzyszy, pełną otuchy i nadziei. Wspomnieni Bawarczycy wzruszyli się bardzo śmiercią tego człowieka, określając go mianem bohatera.

Czy działo się tak dlatego, że Bawaria posiada tradycję katolicką?  Być może, ale przecież nie wszyscy żołnierze Wehrmachtu pochodzili z Bawarii. Nie mniej jednak byli to normalni ludzie, synowie rolników i sklepikarzy, ojcowie, oderwani od swoich domów i rodzin. Wyobraźnia, nawet jeżeli duża ich część popierała dążenia Hitlera, nie takie zapewne obrazki im podsuwała, jakie przyszło im spotkać na szlaku, którym podążali za Führerem. Głód, nędza i nieszczęście na niespotykana skalę, stały się widokiem codziennym stacjonującego tu okupanta. Pomimo całej wtłoczonej ideologii "rasy panów", zapewne trudno im było przechodzić obok tego obojętnie, bez wyrzutów sumienia. Czy te drobne gesty współczucia były w stanie je zagłuszyć? Pewnie nie u każdego. Byli też tacy, być może większość, którzy brnęli w okrucieństwo. Wszystko to jest ceną wojny, a każda strona medalu się liczy, nawet ta która zdaje się nie błyszczeć zbyt jaskrawo.

środa, 14 września 2016

Internetowi "nałukowcy" i czarna inteligencja

Blog naukowy? Czemu nie. Dobrze jest wiedzieć, że często młodzi ludzie interesują się nauką. Niestety po bliższym przyjrzeniu bywa różnie z ich uczonością. Tak kilka dni temu spojrzałem na blog "To tylko teoria" (tym razem już na pewno po raz ostatni, bo nie ma co tracić energii na dyskusję z młodym narcyzmem) z wpisem "Nałuka", którego autor, Łukasz "Początkujący biolog" wyśmiewał różne pseudonaukowe komentarze pojawiające się na różnych portalach. Moją uwagę zwrócił jeden obśmiany komentarz, faktycznie grubo ciosany, ale...

źódło: http://www.totylkoteoria.pl

Ten Nobel odbierany dosłownie faktycznie niczego nie dowodzi, choćby z tego powodu, że nagroda to taki naukowy Oscar, i często o jego przyznaniu decydują inne względy niż merytoryczne, a warunki społeczne i ekonomiczne nie sprzyjają w wielu krajach rozwojowi naukowemu - i na pewno Afryka się do tych miejsc zalicza. Clou tej wypowiedzi jest natomiast takie, że Czarnoskórzy są mniej inteligentni od białych. 
I tu już sprawa taka jednoznaczna nie jest, na co usiłowałem zwrócić autorowi uwagę, powołując się na książkę  autorstwa profesora Harvardu Richarda J. Herrnsteina i Charlesa Murraya z American Enterprise Institute. "Curve Bell", gdzie naukowcy wykazują, że zależność inteligencji od rasy jest genetyczna.
Nie jest to ich wymysł, gdyż inny naukowiec, noblista w dziedzinie genetyki James Watson, stwierdził coś takiego:

Nasza polityka społeczna w kwestii Afryki, opiera się na przekonaniu, iż przedstawiciele rasy czarnej dorównują inteligencją przedstawicielom rasy białej. Tymczasem badania pokazują, że jest inaczej. Wiem, że to śliski temat, trudny do rozwiązania. Naszą nadzieją jest to, że wszyscy są równi, ale ludzie, którzy mają do czynienia z czarnymi pracownikami muszą przyznać, że to nieprawda. (…) Nie ma powodu, aby uważać, że zdolności intelektualne poszczególnych grup oddzielonych geograficznie ewoluowały identycznie. Sama wiara w równouprawnienie to za mało, aby stało się ono faktem.

Watson zapłacił karierą i stanowiskiem za tą wypowiedź, nie pomogło mu nawet pokajanie się i odwołanie tych słów. Dodam, że argument przeciwników tej teorii, że sam Watson je "odszczekał" jest mdły, zważywszy na warunki w jakich to uczynił.

James Watson
 Jak wyglądała jednak dalsza dyskusja z autorem bloga?
Zacząłem się zastanawiać nad tym, czy na brak rozwiniętych cywilizacji  w Afryce nie ma wpływu intelekt tamtejszych ludów. Strzał z tymi cywilizacjami, pomimo że wart uwagi, nie jest do końca trafny, bo było średniowieczne państwo Ghany, Imperium Mali, a w starożytności Kusz, czyli Nubia. Pytanie otwarte jednak, czy powstanie tych państw nie było wynikiem zetknięcia się z innymi kulturami, w przypadku Ghany i Mali, arabską, a Nubii egipską. Z drugiej strony to potrzeba jest matką wynalazków, jak słusznie zauważył Łukasz i o braku tych cywilizacji mogą także świadczyć zupełnie inne czynniki, - brak budulca, izolacja, klimat itd. itp. O wiele bardziej znamienne może być natomiast nieudolne zarządzanie państw afrykańskich po dekolonizacji, niż przeszłość kontynentu afrykańskiego.
No dobrze, zostawmy tą Afrykę, przecież nie tylko tam mieszkają Czarni. Są kraje, gdzie funkcjonują od lat kilkuset, jak USA, w zupełnie innych warunkach. Skoro ich inteligencja jest taka sama, po co wprowadzono tam parytety rasowe na uczelniach?
I tu z moim oponentem, który stwierdził, że czarnoskórzy funkcjonują w warunkach w których "Równouprawnienie jest stosunkowo bliskie w czasie, a mowa tu tylko o tym prawnym, bo społecznego równouprawnienia nadal nie ma. I temu służą parytety rasowe. ", absolutnie się nie zgadzam, bo jakoś nie przeszkadza im brak równouprawnienia w robieniu karier muzycznych i sportowych i tam wcale nie trzeba parytetu.
Co więcej, tak stosowana inżynieria społeczna w postaci dyskryminacji pozytywnej to czysta polityka, prowadząca do kolejnych patologii i podziałów, a nie wyrównania szans, czego przykładem bunt czarnoskórych aktorów bojkotujących Oscary, którym w głowie się nie mieściło, że żaden z nich nie stworzył genialnej kreacji. Zwróciłem też uwagę, że nie tylko badania naukowe mogą służyć do wyciągania wniosków z obserwacji jakiegoś zjawiska.
 Tu znów przytoczę odpowiedź "Początkującego biologa":

Wyciąganie wniosków na podstawie niepoprawnych metodologicznie badań nie ma sensu, zwłaszcza, jeśli temat jest trudny, kontrowersyjny i przez te niepoprawne merytorycznie wnioski może się oberwać jakiejś grupie społecznej. Co nam po informacji, że czarnoskórzy mają przeciętnie niższe IQ, skoro ta informacja jest totalnie zafałszowana przez czynniki, o których wspominałem? To ma być nauka, a nie wiara i robienie sobie czegoś pod tezy.

Zgadza się. Temat jest trudny, kontrowersyjny i nawet moralnie niejednoznaczny, bo oscyluje niebezpiecznie blisko wokół naukowego uzasadnienia jakiejś nowej ideologii rasy panów. Ale fakt, że są czynniki fałszujące informacje wynikające z badań, jest chyba bronią obosieczną, bo można ją zastosować do każdego przypadku, a nie takiego który przeczy naszemu poglądowi. Czy naukowym podejściem wg "Początkującego biologa" jest jego wykluczenie w takim razie? Inne wpisy z tego bloga sugerują, że tak, że pole naukowe traktuje on wybiórczo i bezrefleksyjnie, by służyło jego światopoglądowi i określonym ideologiom, co można zauważyć śledząc jego wywody o homoseksualizmie. Od tego momentu zaczęło się imputowanie mi, że próbuję przepchnąć tezę o tym, że Murzyni są gorsi i że to jest już próba ideologizowania nauki. Argument bzdurny, bo jakoś badania fizycznych różnic, które dają przewagę czarnoskórym nad białymi w niektórych dziedzinach sportu nikt nie kwestionuje, ani tego, że kluczem do ich sukcesów są geny - vide badania prof. Bengta Saltina z Instytutu Badań Mięśni w Kopenhadze. Skoro wykazano różnice fizyczne w anatomii, to na jakiej u diabła podstawie mamy odrzucić różnice psychiczne? 



Temat zatoczył koło i wrócił znów do tych Nobli, argumentem w dyskusji stało się to, że moje myślenie skłania się do wyciągnięcia wniosków, że skoro Niemcy zdobyli więcej tych nagród od Polaków, to pewnie w związku z tym Polacy są głupsi. Odpowiedziałem ironicznie, że gdyby wykonać badania na grupie naukowców polskich i niemieckich mogłoby się okazać, że faktycznie Niemcy są lepiej predysponowani do nauk ścisłych, ale zostało to odebrane na poważne, :) mea culpa. Kolejny dyskutant, przypadkiem również autor bloga naukowego kwantowo.pl podał m.in. dwa kolejne argumenty - "czarnoskórzy w USA powoli gonią swoich byłych panów. Bo chyba nie uważasz Neila Tysona, Emmetta Chappelle'a, Jamesa Westa, czy Jae Jemison, za półgłówków?" A jak sprawdzić, czy na genotyp tych naukowców nie miał wpływu przodek z innej rasy niż czarna? I do diabła jak się te kilka nazwisk ma do całej zbiorowości, przecież Einstein też wyrastał ponad poziom przeciętnego białego człowieka? Gdybym miał tu polemizować ze sobą prędzej odniósłbym się do faktu, że wśród czarnej społeczności nie istnieje tradycja kultu nauki, że jest po prostu lekceważona i dlatego grupa naukowa nie jest tak liczna.
Kolejny argument stronnika "Początkującego biologa" - niedojadania w Etiopskiej wiosce: "Wrzućmy polskie niemowlę do etiopskiej wioski, tak aby nie dojadało, nie chodziło do szkoły, nie zajmowało swojej głowy niczym więcej poza poszukiwaniami jedzenia czy wody - a geniuszem raczej nie zostanie." To dopiero naukowa argumentacja... Ciekawe swoją drogą kim mogłoby zostać, zakładając, że nie umarłoby od razu, będąc genetycznie nieprzystosowane do środowiska.  Robił ktoś takie doświadczenia? Bardziej miarodajne byłoby tu wyciągnięcie niemowlaka z wioski Etiopskiej i danie mu możliwości dorastania i nauki w innym środowisku i to nawet jest bardziej możliwe do wykonania, bo takie adopcje mają miejsce.

Neil deGrasse Tyson stał się ze względu na błyskotliwy sposób bycia celebrytą wśród naukowców. Prowadzi programy naukowe i audycje radiowe (Star Talk, Nova Science Now). Autor wielu ciekawych bon-motów:
"Ziemia zawsze była niezwykle nieprzyjazna życiu.
Dlatego właśnie 95% wszystkich gatunków, jakie kiedykolwiek na niej żyły, wyginęło."
 Badania nad nierównością ras faktycznie są etycznie problematyczne, a ich wyniki wątpliwe z wielu przyczyn i nie da się z tego choćby prostego powodu odrzucić tezy, że czarni są, ale też że nie są mniej inteligentni, w związku z tym wyśmiewanie takiej tezy świadczy właśnie o ideologizowaniu nauki. Próba przekonania o tym "Początkującego biologa", była bezsensowna, jego najcięższe argumenty, wybierane do zdań w których oczytanie biologiczne dawało mu nade mną przewagę ograniczało się do: "ewidentnie widać, że próbujesz wypowiadać się o czymś, o czym nie masz zielonego pojęcia", do żadnego z przytoczonych tez naukowców nie odniósł się wcale, a komentarza z Watsonem nie zatwierdził, co jak już się dowiedziałem jest na tym blogu normą. Przyjmując, że się faktycznie nie znam, poprosiłem kogoś kto się zna, by ocenił merytorycznie wypowiedzi "Początkującego biologa" - studentkę 4 roku weterynarii, prywatnie moją siostrę cioteczną Ankę, odrywając ją od nauki. Zareagowała wyrozumiale na mój kaprys i odniosła się do jednej jego wypowiedzi na temat pojęcia rasy:
 
"Przede wszystkim, jeśli już o rasach mowa, to nie ma w biologii czegoś takiego (chyba, że w systematyce, ale to zupełnie inna bajka)" - "Początkujący biolog."

"Jest to ważna cześć nauk biologicznych, gdyż pozwala uporządkować nam stopień pokrewieństwa między gatunkami. W zoologii funkcjonuje obecnie zarówno pojęcia gatunku jak i rasy, choć ostatnio u ludzi zostało to zmienione na odmiany, tak jak jest w botanice. Rasy są czymś bardziej szczegółowym niż gatunek - mamy np pies domowy i jego rasę jamnik długowłosy standard. Fakt, systematyka jest czymś sztucznym, ale niezbędnym w naukach biologicznych." - Odpowiedź Anki.

Jeszcze wypowiedź na główny temat dyskusji:

"Nasz mózg wyewoluował tak, aby jak najlepiej przygotować nas do życia w tych warunkach w jakich żyjemy. Rożne struktury mózgu są różnie rozwinięte w zależności od potrzeb, potwierdzone to jest seriami badań histologicznych tkanki mózgowej"

Ile trwa dostosowanie się mózgu do środowiska? Tysiące lat, a nie kilkaset składających się na poprawę warunków Murzynów po wywiezieniu ich z Afryki, co też przecież nie nastąpiło od razu.
Na zakończenie  ogólna ocena Anki wywodów "Początkującego biologa"

"W ogóle to chylę czoła że jest tak śmiały w wypowiadaniu swoich tez, bo wielu specjalistów psychologów zastrzega, że ich pogląd to teoria, gdyż badanie mózgu, psyche itp. jest niezmiernie trudne i zależne od wielu czynników. Dodatkowo etyka ogranicza bardzo mocno, więc naukowiec bada to co ma, nie może stworzyć warunków jakie by chciał - analizuje co dostaje."

Każdy się może bawić w naukę, ale trochę pokory nie zaszkodzi, prawda?

wtorek, 13 września 2016

Miłe złego początki

W niedzielę nastawiałem się na rower. I wyruszyliśmy Rafałem przed 7, uzyskując dyspensy na kilka sutych godzin jeżdżenia, a poranek był niezwykle rześki i dzień zapowiadał się pięknie. Ani listek nie drgnął na krzaczku, w dolinie Pisi zaś mieliśmy piękne widoki na zamglone łąki skąpane w ciepłym świetle wschodzącego słońca. Cudnie. I na tym zakończę póki co relację z podróży, zamieszczając dwa zdjęcia, które wtedy zrobiłem.



Dalej coraz fajniej, bo i cieplej i nadal szosa sama niosła. Nagle telefon, - sąsiada zalewa woda! Dzwonię do Kotojki, która pędzi na złamanie karku do naszego nowego mieszkanka. W łazience mała powódź, bo z zaworów przy umywalce, odkręconej na czas remontu pociekła woda. Bidula po kostki w wodzie walczyła z żywiołem i finał tego taki, że teraz mi kaszle.
Co zrobić, trzeba było wracać. Drzemy szosą na Sochaczew, dojechaliśmy w zasadzie w try miga. Pod samą piwnicą, gdzie chowam rower widzę, że dojeżdżam niemal na flaku, psiakrew, znów koło z tyłu! Pech to pech, ale dobrze, że nie wcześniej w trasie. W mieszkaniu sytuacja opanowana, sąsiad okazał się wyrozumiały, na szczęście bardzo nie przeciekło, a i mieszkanie jeszcze przed remontem, ale postanawiamy dać mu w ramach przeprosin flaszkę czegoś lepszego. Kolega mój, zamiast rozkoszować się przejażdżką śmigał na rowerze do sklepu po nakrętki na zawory, bo przecież mój rower był bezużyteczny.
No, to dopiero była Sparta.

Oto nowa na dziś śpiewka:
Ta niedziela nic nie warta
Woda cieknie, drze się dętka
This is Sparta!