czwartek, 6 grudnia 2018

Lis

Nie chcę mi się, nie mogę, nie mam czasu...
Nie wiem który pretekst wybrać, ale nie mam weny na pisanie bloga.

Tymczasem dziś przy wejściu do pracy...


Zachowanie zwierzaka było dziwne - nie uciekał, bawił się z psem. Podchodzić nie próbowałem, bo nie wiem czy nie wściekły mimo wszystko, choć zachowanie na to nie wskazywało.

niedziela, 25 listopada 2018

Francuska "esencja"

Benzyna podrożała. O dziwo we Francji, gdzie nie rządzi nikt z PISu. Protesty na ulicach Paryża, to już nie protesty zaniepokojonych stanem gospodarki obywateli, a "ultra skrajnej prawicy". Nikomu innemu przecież podwyżki nie przeszkadzają.
Mały Francuz (nie mylić z małym Korsykaninem) cieszy się też zadziwiająco niskim poparciem. Spadł poniżej swego poprzednika, co wydawało się niemożliwe. Jak by komentowano analogiczne wydarzenia w Polsce?

czwartek, 22 listopada 2018

Bóg Mordu

Byłem wczoraj znów w teatrze, tym razem sztuka okazała się tragifarsą.

Jak widać po plakacie sztuka cieszy się powodzeniem od 5 co najmniej lat!

Na scenie miałem okazję podziwiać występ bardzo dobrych aktorów - Jolanty Fraszyńskiej, Cezarego Pazury, Anny Dereszowskiej i Michała Żebrowskiego. Przedstawienie miało miejsce w Teatrze na 6 piętrze w Pałacu Kultury.

Spotkanie dwóch par, które w normalnych warunkach nigdy by się prawdopodobnie nie spotkały, zainicjował nieprzyjemny incydent - otóż syn państwa Reille - Fryderyk, uderzył kijem synka państwa Houllie, Daniela, uszkadzając mu dwa przednie zęby. Z początku sprawa wygląda na dość prostą, strony dążą do ugody i szybkiego rozwiązania sprawy. Pod płoszczykiem konwenansów i wystudiowanej uprzejmości kryje się jednak przepaść - nie tylko miedzy dwoma parami z zupełnie różnych środowisk, ale jak się okazuje w trakcie spotkania, które dla każdego z jego uczestników okazuje się najgorszym dniem w życiu, między samymi małżonkami.

Veronique Houllie (Jolanta Fraszyńska) jest pisarką i miłośniczką sztuki, zajmującą się problemami trzeciego świata. Pod jej jakby się zdawać mogło spokojną powierzchownością i erudycją, kryje się jednak całkowita życiowa nieporadność i zagubienie, spowodowane w dużej mierze brakiem wsparcia ze strony męża  Michela Houllie (Cezary Pazura), człowieka wypalonego i zobojętniałego, którego wszelkie podjęte z wysiłkiem działania cechuje egoizm. Michel jest właścicielem hurtowni z artykułami gospodarstwa domowego. 
Z kolei państwo Reille, cieszą wyższym statusem społecznym, Alain (Michał Żebrowski) jest prawnikiem korporacji farmaceutycznej, natomiast jego żona Anette (Anna Dereszowska) doradcą finansowym. Alain jest całkowicie odcięty od spraw rodzinnych - interesują go w zasadzie tylko sprawy korporacji dla której pracuje (przez cały czas odbiera telefony), jego pełnego obrazu dopełnia bezgraniczny wręcz cynizm. Frustracja żyjącej w cieniu męża Anette, objawia się w całej okazałości podczas spotkania u państwa Houllie, przy czym jej histeryczne reakcje zostały odegrane przez Dereszowską wręcz genialnie (po scenie fruwają niszczone tulipany, ba, mamy nawet realistycznie odegrany atak torsji :)). Całą tą dość przygnębiającą sytuację, autorska sztuki - Yasmina Reza przybrała błyskotliwymi, skrzącymi się od humoru dialogami, dzięki czemu widz nie wychodzi z teatru całkowicie wstrząśnięty i zdołowany, ale też i nie do końca rozbawiony. Jeśli miałbym do czegoś porównać taki zabieg - przychodzą mi do głowy śmieszno-smutne filmy Koterskiego, jak "Nic śmiesznego", czy "Dzień Świra".   
 

poniedziałek, 19 listopada 2018

Album

Ci, którzy śledzą mojego bloga mogą się domyślać za co zostałem wyróżniony nagrodą.

Ale przecież nie każdy musi wszystko pamiętać, ani czytać mnie regularnie - tym bardziej, że moje teksty są dla sporej liczby osób zadrą. :)
A zatem. - Album "Stary Sochaczew", przykład selfpublishingu, który odniósł zawrotny sukces jak na realia średniej wielkości miasteczka.


Po publikacji nawet czekały nas niespodzianki - oto ktoś kogoś rozpoznał, ktoś zobaczył swój nieistniejący od lat dom, itd. itd. Ze zdjęciem rowerzysty widocznym w prawym dolnym rogu wiąże się bardzo tragiczna historia, związana nie tyle z samym jadącym, lecz fotografem - zamordowanym bestialsko w 1944 roku przez hitlerowców. Poznaliśmy ją po wydaniu albumu - skontaktowała się z nami siostra zamordowanego mężczyzny, opowiadając ze szczegółami jak do tego doszło.

A więc ciąg dalszy nastąpi...

czwartek, 8 listopada 2018

Fashyzm nie przejdzie!

Zdawać by się mogło, że nie ma już ratunku, odkąd miliony faschystów zawłaszczać poczęły na jeden dzień Warszawę.
Ale przebrała się miarka!
Strzeliły korki od szampana, sypnęło się tęczowe confetti - nie będzie fashystowskiego marszu w Warszawie! 
I dobrze! niech ta zapijaczona hołota siedzi tera w domu i zalewa smuta tanim winem, albo jeszcze tańszym (o ile to możliwe) piwem!



Skąd tylu fashystów? Ano Pan Wroński z GW już to wyjaśnił dawno:

"W mediach społecznościowych symbol biało-czerwonej flagi czy orła to prawie nieomylny znak - że musisz się mieć na baczności. Budzi graniczące z pewnością podejrzenie, że masz do czynienia z osobą wulgarną, agresywną, homofobem, radosnym burakiem".

Jednym słowem - flaga, orzeł - być może powinny być symbolami hańby, bo w takie koszulki ubierają się też szowiniści, rasiści, antysemici. Ich zakaz pewnie zlikwidowałby problem niechęci jednego człowieka do drugiego całkowicie i zapanowała by powszechna sielanka.




Konkluzja - za zakazem Marszu stoi już nie tylko HGW, ale też i wojewoda mazowiecki (podobno). Powód jest jeden - strach, strach nie przed zadymiarzami spod znaku skrajnej prawicy, ale strach też przed jakąś częścią narodu. Na dźwięk słowa faszyzm zaczynam dostawać drgawek, bo słowo w jego pierwotnym kontekście jest martwe od dekad. Używa się go na zasadzie rozpylania smrodu w towarzystwie - nikt nie wnika o co chodzi, tylko zatyka nos i spieprza. Fashyzm, wszędzie fashyzm!