sobota, 3 grudnia 2016

Nearly forgot my broken heart

Są tacy wokaliści, których ... po prostu się słucha. :)
Dodatkowo jeszcze jak tekst jest fajny...


Every little key unlocks the door
Every little secret has a lie
Try to take a picture of the sun
And it wont help you to see the light


Każdy mały kluczyk otwiera drzwi
Najmniejszy sekret kryje kłamstwo
Spróbuj zrobić zdjęcie słońca
Ale nie pomoże ci ujrzeć światła...

piątek, 2 grudnia 2016

Nacjonalizm to zło?

Wiele się ostatnio pisze i mówi na temat nacjonalizmu, na ogół stawiając go w świetle niezbyt korzystnym. Nacjonalizm stał się jakimś obciachem, zaściankową wizją jedynego słusznego grajdoła, w którym siedzą jakieś konserwatywne rozmodlone zapyzialce, negujące wszystko to, co jest na zewnątrz, a dotrzymują im towarzystwa bycze karki z podgolonymi łbami, gotowe przywalić z kopyta każdemu kto do grajdołu zagląda.
Nowoczesną wizją przeciwstawną jest kosmopolityzm, twierdzący, że człowiek jako zbiorowość powinien dążyć do zniesienia barier dzielących narody i przyjąć wartości uznane za uniwersalne. Idea bardzo chwytliwa, przecież tworząc tak funkcjonujące mega społeczeństwo, stworzylibyśmy raj na ziemi. Nawet nie wyklucza ono różnic na poziomie etnicznym, czy narodowym, przecież nikt nie zabroni nam nagle zajadać się bigosem.
Podstawowym jednak błędem tej idei jest atrybucja. Nie wiem na jakiej podstawie przyjmuje się, że człowiek nawet nie jako jednostka, ale nawet jako naród przestanie się kierować mimo wszystko pobudkami egoistycznymi. Nie mniej jednak są ludzie, którym się takie postrzeganie świata nie dość że się podoba, to jeszcze uznają je za jak najbardziej właściwe, a nacjonalizm uważają za społecznie szkodliwy przeżytek.
I tu zauważyłem ciekawą rzecz, że krytycy nacjonalizmu z różnych definicji nacjonalizmu wybierają te najbardziej skrajne, naciągają je do swoich potrzeb, albo wręcz nie rozumieją istoty tego poglądu. Z drugiej strony jest zdefiniowanie pewnych poglądów (nawet o wiele wcześniejszych) jako nacjonalizm, jest jeszcze dość świeże, bo pochodzi z XIX w. I tu natrafiłem na publikację politologa dr Piotra Kordela p.t "Czym jest nacjonalizm? Przegląd wybranych koncepcji nacjonalizmu." która wyjaśnia trochę powody różnego postrzegania nacjonalizmu. Autor podaje tam kilka definicji:
 W Słowniku Języka Polskiego PWN z 1991 widniała na przykład taka:

- Kierunek światopoglądowy i polityczny żądający przywilejów dla własnego narodu, z czym wiąże się dyskryminowanie innych narodów i agresywność w stosunku do nich.

Dyskryminacja, wrogość...  Ukuto termin inny dla takiego poglądu i nazywa się on szowinizm. Natomiast z tego co napisał dr. Piotr Kordel, wysnułem wniosek, że tak rozumiany nacjonalizm charakterystyczny dla wschodniej części Europy jest pokłosiem socjalistycznej indoktrynacji, która promowała internacjonalizm w imię jedynej słusznej komunistycznej sielanki. Kordel zebrał jeszcze kilka definicji nacjonalizmu, każda ma wydźwięk pejoratywny, wszystkie w rozumieniu środkowoeuropejskim. Znalazły się w nich takie określenia jak: "...postulujące podporządkowanie innych narodów interesom własnego narodu, głoszące niechęć, nietolerancję i ksenofobię wobec innych narodów." (Leksykon politologii,Wrocław 1999) lub "...stosunki między narodami opierają się nie na słuszności, lecz na sile, nie mogą odnoście się do nich zasady etyczne uznawane w stosunkach między jednostkami; interes narodu winien być realizowany z a pomocą wszelkich niezbędnych środków; ekspansja terytorialna, dążenie do zaborów to zjawisko normalne  i  nie  powinno  być  przedmiotem  dezaprobaty" (M. Waldenberg,  „Kwestie narodowe w Europie Środkowo-Wschodniej”, Warszawa 1992) 
Klękajcie narody... Wszak Waldenberg to autorytet... tyle że PZPRowski, więc chyba faktycznie dla profesorów kształconych w okresie PRLu dostrzeganie w nacjonalizmie samego zła jest symptomatyczne. Tutaj nawet odwołuje się do Darwinizmu, zakładając model żywcem wyjęty ze świata przyrody, która jest areną wiecznych walk międzygatunkowych. Stąd już krótka droga do tezy, że nacjonalizm jest uwarunkowany biologicznie i jest elementem odwiecznej walki o przeżycie, ale to już taka moja refleksja.

Tymczasem w rozumieniu zachodnioeuropejskim...

„jest to doktryna stworzona w Europie w początkach XIX wieku, która utrzymuje,  że  ludzkość  w  sposób  naturalny  podzielona  jest  na  narody,  różniące  się  od  siebie pewnymi  charakterystycznymi  cechami.  Doktryna  ta  zakłada  także,  że  jedyną  prawowitą  formą władzy w państwie jest autonomiczny rząd narodowy." ( E. Kedourie, "Nationalism", London 1969 tłum. P. Kordel)

Jak się okazuje zbliżony pogląd trafia i do naszej części świata, bo już socjolog Jerzy Szacki wypisuje w punktach cechy nacjonalizmu:

”1.  Ludzkość w naturalny sposób dzieli się na narody; 
2. Każdy naród posiada swoiste cechy, które zasługują na zachowanie i pielęgnację; 
3. Źródłem  władzy  politycznej  jest  naród,  a  najlepszą  formą  organizacji  politycznej  jest  państwo narodowe; 
4. Człowiek samorealizuje się w pełni dzięki  identyfikowaniu z narodem; 
5. Solidarność narodowa jest szczególnie ważnym lub zgoła najważniejszym rodzajem solidarności.”
(J. Szacki, Liberalizm a nacjonalizm, Liberalizm u schyłku XX wieku,  red. J. Miklaszewska, Kraków 1999)

I na koniec co mówi nam Wikipedia? Wynika z niej, ze nacjonalizm jest zjawiskiem trudnym do zdefiniowania ze względu na mnogość jego form.  Ale...

"Uznaje naród za najwyższego suwerena państwa, a państwo narodowe za najwłaściwszą formę organizacji społeczności, złączonej wspólnotą pochodzenia, języka, historii i kultury. Nacjonalizm przedkłada interesy własnego narodu nad interesami innych narodów, zarówno wewnątrz kraju (mniejszości narodowe lub etniczne) jak i na zewnątrz (narody sąsiednie)." 

Wszędzie kładziony jest nacisk na to przedkładanie interesu własnego narodu nad inne, co tak gryzie po oczach jego krytyków. Zastanawiam się, o w tym takiego nagannego, zważywszy, że zdrowym egoizmem kierujemy się na co dzień. A odpuszczanie i pobłażanie doprowadza w końcu do tego, że ktoś uznaje te cechy za słabość i jest coraz bardziej roszczeniowy - przykład sam przypłynął do Europy łodziami przez Morze Śródziemne.


wtorek, 29 listopada 2016

W trepach po terpach :)

W sobotę byłem na kolejnym "Spotkaniu z Historią" organizowanym przez Stowarzyszenie nad Bzurą, pod tym właśnie tytułem. Zapewne każdy wie, co to są trepy. A terpy?
Cóż, słowo pochodzi ze słownika olenderskiego, czyli niegdysiejszych osadników, zamieszkujących trudne tereny zalewowe, które dzięki zdolnościom melioracyjnym udawało im się z powodzeniem ujarzmiać. Byli to z początku Fryzyjczycy, później Niemcy, a nawet zwano tak Polaków, którzy posiedli  umiejętność gospodarzenia wzdłuż brzegów rzek.  Na Mazowszu zamieszkiwali zwłaszcza okolice Wisły.

Gospodarz spotkania, dyrektor Muzeum Kolei Wąskotorowej Radosław Konieczny, organizator Marcin Prengowski i prelegentka Magdalena Lica-Kaczan.

Prowadząca Pani Magdalena uważa, że ostatnio daje się zauważyć renesans kultury olenderskiej i wracają do łask ich święta i potrawy, z których najsłynniejszą są bodaj buraczane powidła.

Zresztą, jeżeli temat Was interesuje zapraszam na portal sochaczewski, w którym ująłem go szerzej. No i tam wyjaśniłem co to są terpy. :)



poniedziałek, 28 listopada 2016

Demokracja po hiszpańsku

Dziś odbyłem ciekawą rozmowę z kolegą, który już od kilku lat mieszka w Hiszpanii. W zasadzie nie interesuje się polityką, nie mniej jednak zupełnym przypadkiem w odniesieniu do zakazu wyświetlenia pewnego filmu w tym kraju rozmowa zeszła na chwilę na ten temat.
Wyraziłem zdziwienie, że kraj zachodnioeuropejski wprowadził cenzurę na film. Odpowiedź wprowadziła mnie w osłupienie:

"Tutaj taki rząd jest hmm, trzecia kadencję. Chcą wprowadzić zakaz memowania. Już nie możesz protestować przed sejmem, bo cię zamkną. A ludzie nadal na nich głosują."

Oprócz totalitarnych zapędów, aktualna partia rządząca bije też rekordy korupcji, na co znalazłem potwierdzenie w "Pulsie Biznesu", który donosi, że aresztowanych za korupcje jest około siedmiu osób dziennie. Rzekomo ludzie boją się mimo to głosować na konkurencyjną partię, żeby nie wprowadziła "drugiej Wenezueli", ale kolega mój już nie wiedział, co ten zwrot oznacza. Zajrzałem po netach i okazało się, że rządzi tam konserwatywno-prawicowa Partia Ludowa, a "Prawo o Bezpieczeństwie obywateli" przyjęta w roku 2014 potocznie nazywa się "prawem knebla".

"Hiszpanom zabroniono protestować, a wszelkie publiczne przejawy niezadowolenia będą bardzo surowo karane. Według najnowszych przepisów zabronione będzie fotografowanie i filmowanie policji. Za to przestępstwo grozi grzywna od 600 euro do 30 tys euro. W podobnym przedziale cenowym mieszczą się wykroczenia takie jak pokojowa niesubordynacja wobec władzy czy okupowanie banków w ramach protestów."  (Agata Komosa "Przepis na współczesne państwo totalitarne. Hiszpania wprowadza"prawo knebla")

Z artykułu wynika, że efektem jest nie tylko zamknięcie narodowi ust, ale też ograniczenie roli sądów, oraz wprowadzenia stanu zagrożenia.

Polska ma więc według włodarzy unijnych problem z demokracją, podczas gdy w innym kraju europejskim i unijnym, organizatorzy protestów podobnych do tych organizowanych przez KOD zostaliby po prostu ukarani? Dlaczego tam nie ma jeszcze komisji weneckiej i co najmniej stu innych komisji, dlaczego nie działa jeszcze jakiś odpowiednik Kijowskiego, dlaczego jaśnie oświecona Europa nie poucza hiszpańskiego rządu i nie grozi palcem? Powiedziałbym, że czegoś nie rozumiem, ale...


sobota, 26 listopada 2016

Idą Gacie, chowaj gacie!

Stanisław Gać "Kuba"
zdj, ze zbiorów MZSIPBnB
Na postać Stanisława Gacia ps. "Kuba", natknąłem się kilka lat temu, gdy w ręce wpadły mi dedykowane rodzinie niepublikowane pamiętniki Jana Wojdy. Obok Szymona Pietrzaka (szanowanego nawet przez lokalne AK) i Feliksa Matusiaka był jedynym chyba znanym przedstawicielem partyzantki socjalistycznej na terenie ziemi sochaczewskiej.
Ze zdziwieniem ostatnio przeczytałem nekrolog w GW, który informował, że Stanisław Gać zmarł na początku tego roku w Warszawie w wieku 100 lat. Rodzina przedstawiła go w nim jako żołnierza, patriotę, i historyka choć dziwi mnie, że po wojnie nic nie było o nim słychać ani go widać w Sochaczewie, gdzie ściągali masowo do Muzeum Bitwy nad Bzurą kombatanci i byli członkowie środowisk konspiracyjnych. Postanowiłem tą lukę jakoś wypełnić, ale tu pojawia się problem, w jakim ujęciu przedstawić "Kubę".
Jak wspomniałem,  Jan Wojda opisał wizytę oddziału Gwardii Ludowej pod dowództwem właśnie "Kuby". Skwitował ich krótko: pospolici rabusie, którzy z szaf pozabierali mu nawet bieliznę. Pamiętnik był spisany za PRLu i z pewnością nie nadawał się wtedy do druku, autor - były legionista, uczestnik walk o Wilno w 1920 roku, nie krył w nich fascynacji Piłsudskim i rozgoryczenia władzą ludową, która uznała go za tzw. kułaka. Jeszcze gorzej przedstawiają go dokumenty przytoczone przez Piotra Gontarczyka w książce "Polska Partia Robotnicza (PPR). Droga do władzy (1941-1944)". Nie oszukujmy się jednak, podobnie potrafiła czynić AK, ale oni nie tworzyli w okolicy trwałych partyzanckich struktur,  jej członkowie zbierali się tylko na wykonywanie akcji i rozchodzili po nich do domów ('Kubusie", jak ich nazywała ludność zresztą działali podbnie), najbliższe oddziały "leśnych" korzystające ze wsparcia ludności to oddalona o ok 30 km Puszcza Kampinoska.
O ile nawet ze źródeł PRLowskich, które chwałę AL i GL wynosiły pod niebiosa kosztem AK, można wyczytać, że Gać zajmował się w dużej mierze rekwirowaniem prosiaków z gospodarstw i folwarków zarządzanych przez niemieckich agronomów, to był to jedyny bodaj przedstawiciel lewicowej partyzantki, o dokonaniach którego można było napisać więcej niż jedną stronę*.
Po pierwsze, Gać w przeciwieństwie do zdecydowanej większości watażków z AL i GL  był prawdziwym żołnierzem, podoficerem WP  w stopniu plutonowego, weteranem wojny obronnej 1939 roku, podczas której został ranny. Wydaje mi się też,  że gdyby był tylko pospolitym rabusiem, nie uchowałby się zbyt długo w okolicy bez wsparcia lub choćby tolerowania go ze strony miejscowej ludności. Jego ludzie rekrutowali się z okolic i byli dobrze znani. Faktem jest więc starcie jego oddziału z Niemcami 10 kwietnia 1943 i zlikwidowanie kilku posterunków granatowej policji (w Rybnie, Kampinosie). Co do pierwszego faktu jego okoliczności są trochę niejasne, bo nie chce mi się wierzyć znów, że 35 osobowy odział zaatakował idące na front wschodni zwarte jednostki zmotoryzowane Wehrmachtu, "zadał im dotkliwe straty" i wycofał się ze stratą 5 ludzi do lasu Kozłowskiego, w którym ciężko było nawet w czasie okupacji zgubić choćby kurę (wersja z anonimowych wspomnień przekazanych do sochaczewskiego ZBOWIDU). Inny przypadek wysadzenia rzekomo przez jego grupę pociągu wojskowego zrealizowała grupa AKowców pod dowództwem ppor Malinowskiego. Tak się niestety tworzyło legendę ludową "Kuby". Kim był naprawdę?

* Piotr Gontarczyk

czwartek, 24 listopada 2016

Świat w oparach absurdu...

Winston Churchill powiedział kiedyś, że "Faszyści w przyszłości będą się nazywali antyfaszystami". Miał chłop rację jak cholera i przykładem jak żarówa na mapie Europy zaczyna świecić ta oświecona (nomen omen), liberalna Francja.
Znane są już zakazy noszenia krzyżyków przez chrześcijan, lub tradycyjnych strojów przez Muzułmanów we Francji, batalia o laickość już dawno wkroczyła z życia publicznego w życie prywatne Francuzów. Ale ostatniej akcji nie powstydziliby się Germanie lat 30 ubiegłego wieku. Okazuje się mianowicie, "że pokazywanie uśmiechniętych twarzy osób chorych na zespół Downa jest niewłaściwe, ponieważ takie wyrażanie szczęścia "prawdopodobnie narusza spokój sumienia kobiet, które legalnie dokonały innych osobistych wyborów" (czytajcie - wyskrobały płód obciążony tą wadą). Do takich wniosków nie doszła garstka wywrotowców tylko najwyższy organ sądownictwa administracyjnego we Francji - Rada Stanu. Ale różne eksperymenty na społeczeństwach zachodu polegające na indoktrynowaniu, kontrolowaniu i narzucaniu poprawnego myślenia, są rzekomo objawem demokracji. Zaiste, demokracja pełnym "ryjem".

***

Dziennikarz "GW", Wysmarował pysia pastą do do butów i udał się w poszukiwaniu wrażeń na Marsz Niepodległości. Podobno ludzie się strasznie dziwowali widząc takie "cudo" na marszu, jakby w Wawie nie było wcale Murzynów... Chyba faktycznie takiego z Czerskiej jeszcze nie było. Ktoś rzekomo na niego napadł (może też jacyś przebierańcy, by jeszcze bardziej uwiarygodnić eksperyment?), ktoś inny obronił, (tym razem na pewno według dziennikarza przebierańcy, tyle że z policji) Hugo-Bader musiał też bronić swojej prowokacji mydlinami typu:

"Przede mną przeszło kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którym towarzyszyło zdziwienie: „Matko, czarnuch przyszedł”. Nawet jak tego nie wypowiadali, czułem to."

Telepata, daję słowo... 

A mógł spytać jak to jest być czarnym na Marszu...
Bawer Aondo-Akaa, oryginalny i niefarbowany czarnoskóry obywatel Polski chodzi tam już od trzech lat i może dlatego nie ma farbowanych kierunkiem myślenia z Czerskiej myśli. 

"W tym roku Pańskim byłem po raz III na Marszu Niepodległości, nie spotkałem się na Nim z żadnymi rasistowskimi czy ksenofobicznymi sytuacjami."

I komu to wierzyć? Oryginałowi, czy podróbie?




środa, 23 listopada 2016

Wymarsz ku wolności, czyli ostatnie honory dla Marszałka

Latem 1914, dokładnie 6 sierpnia o 3 w nocy, ruszyła ku wolności  Pierwsza Kompania Kadrowa,  granicę rosyjską przekroczyła pod Michałowicami o 9:45 rano, a wieczorem dotarła do Słomnik. Stan oddziału w momencie przekraczania granicy wynosił 165 żołnierzy. Po oddaniu honorów polskiej ziemi por. Tadeusz Kasprzycki wypowiedział wojnę Rosji.

W dwadzieścia pięć lat później zarządzeniem z dnia 14. 07. 1939 do obiegu wszedł znaczek, który przedstawiał w przemarsz wojsk przed posągiem Józefa Piłsudskiego. Kadrówka mija go i odchodzi, żołnierze idą czwórkami, - czwórka legionowa symbolizowała Królestwo Polskie, Małopolskę, Śląsk i Wielkopolskę. Z prawej strony nadchodzi także czwórkami współczesne polskie wojsko. Piszę posąg, bo postać marszałka jest większa, monumentalna, wzorowana według mnie na projekcie pomnika, który stał przed wojną na terenie koszar 3 p.a.l w Zamościu.  U dołu znaczka widnieje napis „XXV ROCZNICA WYMARSZU KU WOLNOŚCI” i data 6 sierpnia 1914, 1939. Znaczek wydano w nakładzie 10 mln sztuk, złotówka nadpłaty za bloczek szła na Fundusz Obrony Narodowej.
W bloczku znalazło się miejsce na wizerunek Edwarda Śmigłego-Rydza.

Po niecałym miesiącu znaczek przestał obowiązywać, wolność ponownie została utracona. Żołnierze polscy "czwórkami szli", ale "do nieba" w całej Polsce, nie tylko na wybrzeżu, gdzie sławiła ich później tymi słowami "Pieśń o żołnierzach z Westerplatte".
Projektant znaczka, Wacław Boratyński ginie pod Lwowem od odniesionych ran, zaś rytownik Jan Piwczyk zajmuje się tworzeniem znaczków z gapami, wąsatym osobnikiem i nurkującymi podczas nalotu sztukasami.
Dziadka zdjęto na kolejne dziesięciolecia z piedestału. Nawet Śmigły-Rydz umiera na atak serca 2 lata później w wieku 55 lat.





Pomnik Dziadka w Zamościu.
Z tej historii znaczka nasuwa się taka konkluzja, że jakieś dziwnie nieszczęśliwe bywają te nasze polskie koleje losu... Ale to tylko mój taki dzisiejszy ciąg refleksyjny.