niedziela, 30 listopada 2014

Wiersze Listopad 2014

Przy ziemi 2014-11-13 W zawiści szarego dnia
kątem oka widzę słońca blask...
Zamglony chłodem i mgłą
W marzeniu odwiecznym tkwiąc...

Obcy szum - liści szept
Ściele się wśród nagich drzew
Zasypując wędrówki ślad
Pielgrzymek przez ten świat

Jak wiele i jak mało
Z tego co było zostało
Pamięć krucha i zaklęta
W otoku rogatywki zamknięta

Serce ciepłem ogarnia świt
bo marzenie zmarzło w nim
o potędze z dawnych lat,
Z których czas koronę zdarł...
Rozum, lecz miłosierdzie i pokora
Cudów razem mogą dokonać
I tylko czas w swojej koronie
Nigdy nie był po ich stronie

Nie on, lecz my w nim mijamy
Osamotnione w biegu plany
Miska z zupą i chleb codzienny
Trud, którego laur nie wieńczy,
Ani nawet święty spokój
Tylko łza w kącikach oczu...



sobota, 22 listopada 2014

Poznaję ks. Tadeusza

2015-04-21

Wczoraj odwiedziłem księdza Tadeusza (prosił żeby nie publikować nigdzie nazwiska) Ksiądz , do którego trafiliśmy z Tomkiem, czyli z drugim podobnym do mnie fascynatem, zna wiele ciekawych faktów z życia miasta. O księdzu opowiadała mi moja Babcia, która pracowała z jego starszym bratem w banku. W ogóle rodzina K. przewija się w różnych dziwnych opowieściach.
Gdy Babcia pracowała jako dwudziestoparoletnia dziewczyna w banku, ksiądz K był dzieckiem. Urwisem, który przychodził po szkole do starszego brata, który także pracował w banku. Ów brat łajał go zawsze za zachowanie i napominał, by zachowywał się poprawnie. Babcia wspomina, że nie spodziewała się nigdy, iż taki mały łobuziak może zostać księdzem. A jednak...
Dziś ów sędziwy kapłan zakończył już posługę i jest na emeryturze. Posiada ową cechę, którą spotyka się dziś tylko u starszych ludzi - specyficzną otwartość i serdeczność. Dyskusja z Nim ćmi się powoli jak dym z fajki, zakręcając esy floresy w różne tematy...
 

Próbowaliśmy tego dnia dostać się do innego wiekowego obywatela miasta, również chętnie opowiadającego o jego historii - Ryszarda Łakomskiego, ale niestety okazało się, że ciężko zachorował i nie wiadomo, czy w ogóle wróci do zdrowia. 
 
 A jutro wybieramy się na wystawę. Waldemar Bronicz, fascynat dziejów Chodakowa będzie promował swoją nową książkę "Kufer Wspomnień".


środa, 29 października 2014

Zimno w domu

2014-10-29
Nadszedł w końcu ten czas, kiedy bez dodatkowych starań docieplających w domu nie da się komfortowo przebywać bez koców i ciepłych skarpet. Odkąd pamiętam, ogrzanie naszego mieszkania było nie lada wyzwaniem z kilku co najmniej powodów. Jest przedstawicielem starego budownictwa, co oznacza wysokie sufity i duże pomieszczenia, szybko się wychładzające. Najbardziej kłopotliwe było to za mojego dziecięctwa, bo wyrwanie mnie w zimę z ciepłej pościeli równało się wręcz hipotermii… Jako dziecko też targałem na drugie piętro wiadra z węglem, bo do dziś mamy taki zabytek jak piece kaflowe. Wprawdzie nie pamiętam kiedy ostatnio paliło się w nich węglem, bo zamontowano w nich w nich ogrzewanie elektryczne jak byłem bardzo mały, ale węglem opalana była dość długo kuchnia, także kaflowa. Ta kuchnia to była niezła atrakcja muszę przyznać. Chyba nigdy nie zapomnę tych garów z kapustą, pyrkających nad fajerkami, między którymi prześwitywał pomarańczowy płomień… Lubiłem po kryjomu pryskać na fajerki wodą z małej psikawki i wyobrażać sobie, że prowadzę ostrzał jakiejś wrogiej bazy kosmicznej, bo parująca w oka mgnieniu woda sprawiała wrażenie małych eksplozji. W ogóle kuchnia wydawała szereg interesujących dźwięków, pykającej pokrywki, furgoczącego ognia, pękających w środku węgli, czy sapiącej wody, ulatującej z garków. Nad kuchnią wisiał olbrzymi bojler, pamiętający czasy przedwojenne, przywieziony z ruin Warszawy tuż po wojnie. Nagrzanie wody w nim trochę trwało, ale wykąpać się byliśmy w stanie wszyscy. A jakie pasztety i ciasta powstawały w piekarniku…
No dobra, ale miałem o zimnie opowiadać, a nie roztaczać sielską wizję kuchennego pomieszczenia… Gdy się w niej nie paliło, rano można było podziwiać pomalowane mrozem szyby, a przy oddechu unosiły się obłoczki pary. Tutaj dochładzało jeszcze przedziwne ustrojstwo, pozostałość po Niemcu, który w czasie okupacji zajmował lokal. Otóż ten Niemiec, miał coś w rodzaju lodówki, czy chłodni, po której został tylko sterczący z sufitu kawał rury. Z tej rury, pomimo zapchania jej plikiem gazet wiał przeraźliwy ziąb. I to nawet w lato, jak się wyjęło te gazety wiało chłodem. Ot taki ciekawy odprysk germańskiej wynalazczości, który zlikwidowaliśmy też stosunkowo niedawno ucinając boshem i zatykając zaprawą.
Mój pokój znajdował się przy ścianie bocznej budynku, ta natomiast emanowała piwniczną wręcz aurą, którą upodobał sobie grzyb, sadowiący się w rogu zarówno kuchni, jak i mojej komnaty. Wieloletnią walkę z nim zakończyło dopiero dobudowanie domu obok i ocieplenie chałupy, ale to akurat czasy nie tak dawne.
A i okna. Piękne, z mosiężnymi fantazyjnymi okuciami i klameczkami… Powypaczane jak diabli po 50 letniej wysłudze. Uszczelniając je na zimę, ładowaliśmy w nie z dziadkiem nie tylko uszczelki, ale nawet paski filcu, watę, styropian. A i tak przepuszczały zimno.
Dziś wprawdzie budynek jest już po licznych remontach, wymieniono okna, ocieplono go. Tylko niestety instalacja zamontowana w piecach ponad 30 lat temu zaczyna się sypać. Jedyny działający piec znajduje się w pokoju babki, my dogrzewamy się olejakiem.
Podobno człowiek przebywający w niższej temperaturze jest zdrowszy, niż standardowy piecuch. I faktycznie, chorowałem raczej rzadko, a moja tolerancja na niskie temperatury była znacznie zawsze wyższa niż innych osób. Ale powiedzmy sobie szczerze – wszyscy wolą ciepło od zimna.

sobota, 25 października 2014

Wizyta w muzeum

2014-10-24  
Dziś jak tylko zobaczyłem, że jest dwa stopnie na minusie, ale suche chodniki postanowiłem mimo wszystko jechać do roboty rowerem. Polar, kurteczka i jedziemy. Wydaje mi się, że od tych jazd lepiej się czuję, mam więcej energii.
A wczoraj byłem w muzeum. Podobno lokalny dyrektor to najdłużej panujący dyrektor w historii powojennego muzealnictwa w Polsce. Niestety, takie przyspawanie do stanowiska nie sprzyja jakości pracy tej szacownej instytucji. Jest tam wszakże zatrudnionych kilku ludzi z prawdziwą pasją i posiadających odpowiednie wykształcenie, ale mam wrażenie, że przytłacza ich szara rzeczywistość.
Jakoś tak na początku lata zaniosłem swoje zeskanowane zbiory na użytek muzeum, pytając się czy w zamian nie mogliby mi udostępnić swoich skanów. Odpowiedź była twierdząca, tylko poproszono mnie bym zgłosił się po Dniach Sochaczewa, gdyż teraz mają zajęcie z organizowaniem stoisk itd. Zgłosiłem się grubo po czerwcowych dniach Sochaczewa bo w październiku i był to chyba błąd... Już wtedy, kiedy przyszedłem ze zdjęciami tak naprawdę zainteresowana była przeglądaniem jedna osoba, reszta patrzyła na mnie wzrokiem "idź stąd", ale spuściłem to na karb zbliżających się uroczystości. Tylko moja żona zinterpretowała sygnały chyba bardziej poprawnie jako "mamy to w nosie".
Wczoraj skierowano mnie do gabinetu dyrektora i rozmowa przebiegła tak:
- Nie mamy, czasu, zajęci jesteśmy, trzeba się umawiać... - I zerwał się zza biurka, idąc w moim kierunku, generalnie w celu chyba wyjścia z gabientu wraz ze mną, by wraz z drzwiami zamknąć dalszą dyskusję.
Rozśmieszyło mnie to, że są zajęci. Czym? W tym roku odbyły się dwie wystawy, ludzi praktycznie nie ma... Na publikacje nie ma funduszy, choć może i projekty jakieś powstają... Straszny zastój. Na terenie Sochaczewa działa kilka stowarzyszeń czy instytucji zajmujących się historią i mam wrażenie, że ich współdziałanie przebiega na zasadzie konkurencji, a nie współpracy.
Bąknąłem coś, że się umawialiśmy i stwierdziłem, że nic tu po mnie. Coś jednak chyba zatrybił, bo się spytał czy dawałem jakieś zdjęcia. No dawałem. W tym miejscu zainterweniował pracownik muzeum (ten zainteresowany), z którym rozmawiałem wcześniej. Wyłuszczył w skrócie w czym rzecz. I tak za chwilę nastąpiła kaskada powtarzających się kilkakrotnie zdań, - co pan chce, co pan przyniósł, a czy my mamy co dać... Czekałem tylko, że finalnym bedzie "A kim pan jest i czego chce?" Wynikało by z tego, że dyrektor jest w stanie psychicznym nienajlepszym i chyba jak standardowy 70latek powinien udać się na emeryturę. No bo jak w takim razie wygląda rozmowa z przedstawicielami jakichś innych instytucji, czy gości, skoro włodarz ważnej placówki kulturalnej zapomina po 5 minutach o czym była mowa chwilę wcześniej?
Wyszedłem lekko sfrustrowany, tym bardziej że większość zdjęć miałem, choć nie powiem jestem zadowolony i z tych, część była w lepszej jakości, parę zupełnie dla mnie nowa.
Nie wiem do końca jak jest z zamieszczaniem zdjęć na stronach. Prawa autorskie ma autor zdjęcia, a nie jego posiadacz, odbitek może być przecież i 100 i posiadanie którejś nie czyni nikogo właścielem pełni praw. Wygasają po 70 latach od śmierci autora zdjęć, wcześniej ma je jego rodzina. W przypadku zdjeć z okresu okupacji próżno poszukiwać ich autorów, bo większość i tak nie żyje. Czy posiadacz zdjęcia ma pawo wymagać ode mnie usunięcia fotki ze strony? Chyba w takim przypadku nie warto się handryczyć po prostu...

piątek, 24 października 2014

Dziś jak tylko zobaczyłem, że jest dwa stopnie na minusie, ale suche chodniki postanowiłem mimo wszystko jechać do roboty rowerem. Polar, kurteczka i jedziemy. Wydaje mi się, że od tych jazd lepiej się czuję, mam więcej energii. A wczoraj byłem w muzeum. Podobno lokalny dyrektor to najdłużej panujący dyrektor w historii powojennego muzealnictwa w Polsce. Niestety, takie przyspawanie do stanowiska nie sprzyja jakości pracy tej szacownej instytucji. Jest tam wszakże zatrudnionych kilku ludzi z prawdziwą pasją i posiadających odpowiednie wykształcenie, ale mam wrażenie, że przytłacza ich szara rzeczywistość. Jakoś tak na początku lata zaniosłem swoje zeskanowane zbiory na użytek muzeum, pytając się czy w zamian nie mogliby mi udostępnić swoich skanów. Odpowiedź była twierdząca, tylko poproszono mnie bym zgłosił się po Dniach Sochaczewa, gdyż teraz mają zajęcie z organizowaniem stoisk itd. Zgłosiłem się grubo po czerwcowych dniach Sochaczewa bo w październiku i był to chyba błąd... Już wtedy, kiedy przyszedłem ze zdjęciami tak naprawdę zainteresowana była przeglądaniem jedna osoba, reszta patrzyła na mnie wzrokiem "idź stąd", ale spuściłem to na karb zbliżających się uroczystości. Tylko moja żona zinterpretowała sygnały chyba bardziej poprawnie jako "mamy to w nosie". Wczoraj skierowano mnie do gabinetu dyrektora i rozmowa przebiegła tak: - Nie mamy, czasu, zajęci jesteśmy, trzeba się umawiać... - I zerwał się zza biurka, idąc w moim kierunku, generalnie w celu chyba wyjścia z gabientu wraz ze mną, by wraz z drzwiami zamknąć dalszą dyskusję. Rozśmieszyło mnie to, że są zajęci. Czym? W tym roku odbyły się dwie wystawy, ludzi praktycznie nie ma... Na publikacje nie ma funduszy, choć może i projekty jakieś powstają... Straszny zastój. Na terenie Sochaczewa działa kilka stowarzyszeń czy instytucji zajmujących się historią i mam wrażenie, że ich współdziałanie przebiega na zasadzie konkurencji, a nie współpracy. Bąknąłem coś, że się umawialiśmy i stwierdziłem, że nic tu po mnie. Coś jednak chyba zatrybił, bo się spytał czy dawałem jakieś zdjęcia. No dawałem. W tym miejscu zainterweniował pracownik muzeum (ten zainteresowany), z którym rozmawiałem wcześniej. Wyłuszczył w skrócie w czym rzecz. I tak za chwilę nastąpiła kaskada powtarzających się kilkakrotnie zdań, - co pan chce, co pan przyniósł, a czy my mamy co dać... Czekałem tylko, że finalnym bedzie "A kim pan jest i czego chce?" Wynikało by z tego, że dyrektor jest w stanie psychicznym nienajlepszym i chyba jak standardowy 70latek powinien udać się na emeryturę. No bo jak w takim razie wygląda rozmowa z przedstawicielami jakichś innych instytucji, czy gości, skoro włodarz ważnej placówki kulturalnej zapomina po 5 minutach o czym była mowa chwilę wcześniej? Wyszedłem lekko sfrustrowany, tym bardziej że większość zdjęć miałem, choć nie powiem jestem zadowolony i z tych, część była w lepszej jakości, parę zupełnie dla mnie nowa. Nie wiem do końca jak jest z zamieszczaniem zdjęć na stronach. Prawa autorskie ma autor zdjęcia, a nie jego posiadacz, odbitek może być przecież i 100 i posiadanie którejś nie czyni nikogo właścielem pełni praw. Wygasają po 70 latach od śmierci autora zdjęć, wcześniej ma je jego rodzina. W przypadku zdjeć z okresu okupacji próżno poszukiwać ich autorów, bo większość i tak nie żyje. Czy posiadacz zdjęcia ma pawo wymagać ode mnie usunięcia fotki ze strony? Chyba w takim przypadku nie warto się handryczyć po prostu...

wtorek, 21 października 2014

Z wizytą u Pani Marii

Zgasły kolory i słoneczne lśnienia na fasadach budynków. Przyszła w końcu taka jesień, jaka przyjść nieuchronnie musiała, słotna, mżysta i wietrzna. Nie pamiętam takiego roku, żeby moje wyjazdy do lasu ograniczone zostały do kilku zaledwie wizyt. Grzybów na zimę nie ma prawie wcale, zdjęć też nie porobiłem zbyt wielu w lesie. Zakopałem się natomiast w dawnych historiach i rzetelne ich opisywanie ich nie jest już takie proste jak spontaniczne wpisy na bloga.
Odwiedziłem moją dawną nauczycielkę z ogólniaka, panią profesor Marię i myślę że z tej okazji napiszę kilka słów, zanim przejdę do wyników swojej późniejszej, a w zasadzie naszej, bo byłem z kolegą, wizyty w Niepokalanowie w zeszły czwartek.
Otóż Pani Maria to postać niemal już legendarna w historii sochaczewskiego szkolnictwa. Choć obcnie jest na emeryturze, to powiem w czasie teraźniejszym, że JEST nauczycielką w każdym calu, jedną z nielicznych z powołania. I to od lat wczesnych powojennych. Podejrzewam, że trudno było Jej się odnaleźć w PRLowskiej rzeczywistości. Pochodzi z głęboko wierzącej rodziny, a ustrój komunistyczny w programie edukacyjnym tępił religijność. Lawirowanie w tym programie i zachowanie spokoju sumienia, nie było z pewnością łatwe.
Uczyła wpierw mojego ojca, a później mnie, tuż przed emeryturą. Potrafiła lekcje tak prowadzić, że wszyscy słuchali w milczeniu, nawet ci, którzy niezbyt humanistyczne przedmioty kochali. Nasza klasa musiała wręcz stoczyć walkę, by mogła nas doprowadzić do matury, bo w ostatnim roku komuś na gwałt zaczęło nagle zależeć, by wysłać starą kadrę nauczycielską na emeryturę.
18 lat minęło od tamtej pory, kiedy na maturze ustnej z „polaka” usiłowałem sobie przypomnieć nazwisko lekarza z Dżumy Camusa (Othon, dziś pozapominałem wszystkie nazwiska oprócz tego). Nic dziwnego, że gdy nagle stanąłem przed drzwiami swojej dawnej „pani psor”, nie poznała mnie. Nie przeszkodziło to w serdecznej rozmowie, a jeszcze gdy powiedziałem, że zbieram opowieści i zdjęcia ze starego Sochaczewa, okazało się, że ze starszą Panią można rozprawiać godzinami.
W sumie to niewiele się zmieniła. Ubyło Jej tylko energii i pamięć zauważyłem że nie jest już taka jak kiedyś, jak brzytwa. Ale mówimy o 80 latce, bez jednego roku. I tak moim zdaniem nieźle się trzyma.
Pani Maria zaczęła mi opowiadać jedną ciekawą historię o księdzu Garncarku, proboszczu Sochaczewskim w latach 1919-1927. Ja kopiąc w swoich zbiorach znalazłem fotografię tego księdza wraz ze Stowarzyszeniem Katolickiej Młodzieży Żeńskiej. Podarowałem odbitkę tego zdjęcia Pani Marii, gdyż wśród dziewcząt znajdowała się Jej mama. Miło mi było, że sprawiłem przyjemność tym drobnym bądź co bądź gestem swojej dawnej nauczycielce, a starsza pani się wręcz wzruszyła.
Te rozmowy to i tak dopiero początek mojej podróży w przeszłość, którą rozpocząłem drobnymi kroczkami od niedawna. Tyle wciągających rzeczy jest wśród nas, a czas tak szybko mija nie pozwalając się na nich wszystkich skupić. I pamięć ludzka też bywa zawodna…
Ale napiszę i o księdzu Garncarku i o innych rzeczach...

czwartek, 16 października 2014

Kartka z pamiętnika

2014-10-16
Ciocia Basia przywiozła mi tą małą karteczkę, pisaną ręką dziadka Bolka dla siostry Heli, czyli Jej mamy. Który to mógł być rok? Z pewnością lata przedwojenne. Stroniczka zdążyła już zżółknąć ze starości.
Wiersz Asnyka idealnie pasuje na wpis do pamiętnika. Dla mnie to nostalgiczna konkluzja o przemijaniu i o tym, żeby wobec faktu ulotności życia i czasu chwytać dni pełnymi garściami. Oczywiście analizatorzy poezji widzą w nim jakieś polemiki z romantykami, że niby żyli chwałą przeszłości itd. Dziadek z pewnością żadnych polemik nie miał na uwadze, wypisując swoim zamaszystym charakterem pisma poniższe strofy.



Jeszcze słów kilka o adresatce wiersza, którą pamiętam już jako kobietę dość leciwą.
Za mojej pamięci dziadek utrzymywał kontakty z dwojgiem rodzeństwa, choć braci i sióstr miał więcej. Być może jednak wtedy już nie żyli. Znam imiona niektórych z nich, mam też zdjęcie jednej z sióstr - Klementyny. Ale Ciotka Hela... hmm toż to prawie rodzinny folklor! Powiem szczerze, że nijak nie mogę sobie Jej wyobrazić, jako miłośniczki Asnyka, czy poezji w ogóle, ale każdy kiedyś był młody, a wtedy inne struny w duszy człowieka grają... Zarówno babcia Lilka, jak i ciotka Helena uwielbiały mówić. Obydwie też podobną miały manierę mówienia, żywiołową i nie zostawiającą rozmówcy czasu na jakieś wtręty, czy pytania. Oczywiście starcie tych osobistości zawsze owocowało swoistą stereofonią, kiedy obydwie strony dostaczecznie się już rozochociły.
Dziadek był wtedy biedny. Wciśnięty w swoim ulubionym foteliku między palmę a sekretarzyk przy łóżku, wyłączał się całkowicie z konwersacji, całość uwagi poświęcając krzyżówce. Zapytany o coś, z reguły o potwierdzene zdania jednej albo drugiej strony, prychał tylko coś gniewnie i wracał do swojego zajęcia.
Dla mnie natomiast rozmowy babci z bratową były na tyle ciekawe, że nagrałem pewnego razu jedną na magnetofon marki "Wilga", który dostałem na komunię. Nie słychać było wprawdzie charakterystycznego nadawania na dwa głośniki, bo sprzęt obsługiwał tylko nagrywanie w mono, ale kasetę mam do dziś i nawet usiłowałem jej kilka lat temu odsłuchać, zanim padł mi ostatni kaseciak. Może będzie szansa nagrać to na płytę, są teraz zakłady oferujące takie usługi.
A temat był chyba wtedy o Licheniu... Ciotka opowiadała o jakichś niezwyczajnych cudach, które miały tam miejscu podczas Jej wizyty, Babce natomiast nie stało w pewnym momencie pobłażliwości i zasugerowała dość dosadnie, że opowieść jest wyssana z palca, co oczywiście przeniosło dyskusję na kolejny szczebel nasilenia.
W ogóle Helcia była osobą gorliwie wierzącą i mającą jakieś dziwne konatakty ze światem pozagrobowym. Opowiadała jakieś sny, różne przypadki, które ją spotykały na jawie i we śnie wraz z ich interpretacją. Chyba wiele z nich tłumaczyła sobie, a potem innym jakimiś wizytami z zaświatów.
Przyznam się po latach, że trochę mi przykro, gdyż kobiecina lubiła mnie i była dla mnie zawsze bardzo życzliwa, ja natomiast mając lat 10 nie pałałem jakąś żarliwym uczuciem do ciotki, jej pojawienie się u nas zawsze wprowadzało pewien zamęt. Jakiś komentarz wymknął mi się jednak z ust tylko raz, choć wtedy się chyba na chwilę nawet na mnie obraziła. Dziś pewnie miałbym dla niej więcej szacunku i sympatii, ale jak mówił poeta:

Daremne żale - próżny trud,
Bezsilne złorzeczenia!
Przeżytych kształtów żaden cud
Nie wróci do istnienia.

Świat wam nie odda, idąc wstecz,
Znikomych mar szeregu -
Nie zdoła ogień ani miecz
Powstrzymać myśli w biegu.

Trzeba z żywymi naprzód iść,
Po życie sięgać nowe...
A nie w uwiędłych laurów liść
Z uporem stroić głowę.

Wy nie cofniecie życia fal!
Nic skargi nie pomogą -
Bezsilne gniewy, próżny żal!
Świat pójdzie swoją drogą.

środa, 15 października 2014

Wizyta w Niepokalanowie

W telegraficznym skrócie, bo zamiast udokumentować wizytę na gorąco, poczekałem sobie kilka ładnych miesięcy:

Pojechaliśmy z Tomkiem autem i trafiliśmy po małych perturbacjach do archiwum niepokalanowskiego. Nie da się na miejscu ukryć, że miejsce żyje pamięcią Maksymiliana Kolbe. Dostaliśmy odrębny pokoik, trzy teki dokumentów o Bracie Cyprianie Grodzkim... Czasu było mało, na sprawdzenie wszystkiego, wybrałem kilka najciekawszych zdjęć i artykułów, a przemiła siostra Anna Maria zeskanowała mi je na pendrive. Unzałem że upamiętnie Brata Cypriana artykułem do gazety. 
Jednego trochę żałuję, że nie zeskanowałem zdjęcia zakonnika, podczas pracy fotografa, kiedy jako już siwuteńki starzec klęczał na jednym kolanie na ulicy robiąc zdjęcie, a wiatr łopotał habitem...

Ale cóż, jest możliwość że jeszcze tam powrócę...

Tymczasem otrzymałem, jeszcze na starym blogu komentarz tej treści:

Zbigniew (gość) 2015-03-03 Brat Cyprian Grodzki był moim wujkiem - rodzonym bratem mojej Mamy. Sympatyczny tekst, tylko jedna poprawka - nosił czarny, a nie brązowy habit.
Dziękuję za fotkę, włączam ją do archiwum rodzinnego.
Swoją drogą czym owocowala wizyta u siostry Snny Marii>

Szalenie jestem ciekaw, co by mógłby mi opowiedzieć jeszcze Pan Zbigniew na temat Brata Cypriana, niestety komentarz zauważyłem po czasie i nijak możliwości kontaktu z jego autorem nie mam.

piątek, 10 października 2014

Brat Cyprian

2014-10-10
Czas to zadziwiająca rzecz. Nie wiem, czy nie zacytuję w tym momencie kogoś, ale czas jest jak guma, a to się rozciąga, a to flaczeje i ściska się w zbitą kulę. Nie pozwala wtedy na zrobienie wszystkiego, na co ma się ochotę. Wciągnęła mnie historia, a  z mojej niejednolitej dotychczas pisaniny zaczyna się wyłaniać obraz czegoś... ludzi i miasta które było kiedyś dawno i już nie wróci. Mam nadzieję, że czas, który poświęcam ostatnio na rozmowy i spotkania z różnymi osobami uplastyczni obraz, który tworzę, bo ciężko składać układankę bez wzoru, którego się nie widziało na własne oczy. Ale jestem w stanie w tym wypadku częściowo wymieszać miniony czas ze swoimi własnymi wspomnieniami...

Podczas poszukiwań pamiątek o rodzinie i nie tylko, wpadło mi w ręce dziwne zdjęcie. Ale zanim dojdę do tego dlaczego jest dziwne, zapoznam was z osobą na zdjęciu. Przynajmniej tak mi przekazano, a nie mam powodów wątpić, że przedstawia Franciszkanina Cypriana Marię Grodzkiego. Brat Cyprian przyjaźnił się przed laty z moim dziadkiem i pamiętam go z wizyt w naszym domu, a raz nawet pojechaliśmy do Niepokalanowa. Byłem wtedy dzieckiem, ale nadal wydaje mi się że dobrze go pamiętam, energicznego siwego mężczyznę, w okularach w rogowej oprawce i brązowym habicie.
Brat Cyprian regularnie przysyłał życzenia świąteczne, najstarsze są z lat 50, wtedy podobno dziadek często bywał w Teresinie służbowo, a przyjaźniąc się z braciszkami nocował w klasztorze. Zażyłość musiała być duża, bo Cyprian Grodzki był nawet świadkiem na ślubie dziadków.
No dobrze, ale czemu tą postać uważam za wyjątkową?
Roman Grodzki wcale nie zapowiadał się na zakonnika. Był przed wojną uznanym sportowcem, który zdobył brązowy medal w chodziarstwie na mistrzostwach Polski w Wilnie w 1926. Zainteresowanie sportem było ogromne i wszechstronne, lekkoatletyka, biegi, piłkarstwo. Ale poszedł inną drogą... 1932 wstąpił do zakonu. Do Teresina Ojciec Maksymilian Kolbe przybył 5 lat wcześniej. Młody zakonnik musiał mu przypaść do gustu, bo brat Cyprian został jego sekretarzem. Tak też podpisywał się w korespondencji, nawet po wojnie, na długo po męczeńskiej śmierci Ojca Kolbe.
Drugą pasją Grodzkiego była niewątpliwie fotografia. Utrwalał na kliszy pielgrzymki papieskie i wydarzenia kościelne, między innymi pogrzeb księdza Popiełuszki. Przysłał trochę zdjęć do nas.
Ten raz, kiedy byliśmy z dziadkiem Bolkiem w Niepokalanowie łączy się z pewnym niefortunnym wydarzeniem. Podczas stawiania choinki na Boże Narodzenie spadła stara gipsowa figura Matki Boskiej Niepokalanej, postawiona na półeczce w rogu pokoju. Roztłukła się w drobny mak, a dziadkowie zastanawiali się, co zrobić z odłamkami, bo nie chcieli szczątków poświęconej figurki wrzucić po prostu do śmieci. Nie wiem co się z nimi w końcu stało, dziadek chciał chyba gdzieś je zakopać. Braciszkowie natomiast mieli i mają pewnie do dziś w Niepokalanowie pracownię, w której wytwarzają takie figury, zatem pojechaliśmy z dziadkiem na wiosnę po nową.
Identyczny posąg wita podróżnych wysiadających z pociągu na stacji w Teresinie, a sam klasztor jest tuż przy torach, też widać go z okien pociągu, jeżeli ktoś kursuje na trasie Łowicz Warszawa. Wtedy spotkaliśmy się z Bratem Cyprianem i chodziliśmy po sanktuarium, które robiło na mnie ogromne wrażenie. Na koniec trafiliśmy do owej pracowni, gdzie stały figurki i figury różnej wielkości, jedna przy drugiej. Niektóre niepomalowane jeszcze, śnieżno białe inne kolorowe, lub pomalowane do połowy, jedne bardzo małe, inne większe ode mnie. Nie mogłem się nadziwić mnogości tych wszystkich Matek Boskich. Kupiliśmy jedną o takim samym rozmiarze, jak ta stłuczona, choć dziecko we mnie zauważyło z rozczarowaniem, że rysy twarzy minimalnie się różnią, a i koloryt odbiega od spłowiałego ze starości oryginału. A spodziewałem się, że będzie identyczna...
Zakupiona wtedy figurka stoi do dziś w tym samym miejscu co stara, tylko zawsze już zdejmowaliśmy ją przed stawianiem choinki.

Ale wróćmy do zdjęcia.


Oczywiście zrobione było w czasach, których nie mam prawa pamiętać. Czemu jednak zakonnik jest na nim jakimś dziwnym mundurze? Plakietka na ramieniu ma napis Poland, ale nigdzie nie znalazłem nic na temat krokodyla na żółtym tle. Zdjęcie jest poza tym barwione, w oryginale wcale nie musiało to być żółte. Ciocia, od której skanowałem zdjęcie twierdziła, że to ubiór sceniczny, że braciszkowie wystawiali jakieś przedstawienia. Sprawa ciekawa, a ponieważ i tak chciałem już od dawna dowiedzieć się więcej o bracie Cyprianie, postanowiłem wybrać się do Niepokalanowa. Porozmawiałem telefonicznie z uprzejmą niezwykle siostrą Anną Marią z archiwum i umówiłem się na przyszły tydzień. Będzie możliwość zeskanowania zdjęć, więc zapowiada się ciekawa wyprawa. 

niedziela, 28 września 2014

Rekonstrukcja obrony Sochaczewa

2014-09-28 Z roku na rok jakoś rekonstrukcja Bitwy nad Bzurą jest dla mnie coraz mniej nęcąca. W tym roku było mało sprzętu, mało liczna grupa rekonstrukcyjna, ale za to ludzi przybyło sporo. Ponieważ teren jest taki, jaki jest, całość imprezy mogli obejrzeć ci, którzy stłoczyli się wokół barierki i loża vipów. Reszta oglądała plecy oraz wąchała dym palonej słomy i prochu strzelniczego. Niemcy i tak wygrali, jak zwykle. Nie chcę mówić że było źle. Ale porównując imprezę z rozmachem tej sprzed lat dwóch, można zauważyć tendencję spadkową. A szkoda, bo miałem wrażenie, że wraz z przeniesieniem jej z Brochowa do Sochaczewa nabiera rozmachu.
Najciekawszy moment to bombardowanie naszych oddziałów przez wrogi samolot. Luftwaffe odegrała decydującą rolę w przełamaniu polskiej obrony. Wystarczy wspomnieć przeprawę w Witkowicach, gdzie jak okiem sięgnąć widać było rozbite tabory, końskie truchła i poległych żołnierzy. Zdarzało się jednak, że piechota zdołała "zdjąć" natręta, tak jak inscenizacji, gdzie pilot zdołał odlecieć po bezpośrednim trafieniu.




niedziela, 21 września 2014

Smutny Początek września

Po licznych przeprowadzkach rodzina moja osiadła na czas jakiś na ulicy Staszica, naprzeciw straży, w domu należącym na spółkę do Janiszewskiego i Rotchimla (jak się później dowiedziałem Rotchimlowie tylko administrowali tym budynkiem), gdzie wcześniej znajdowało się biuro cechów rzemieślniczych. Dom miał wtedy jednopiętrową oficynę wychodzącą na ulicę Kozią, dalej natomiast nie było już prawie nic oprócz gruntów ornych. Dorywalscy zajmowali parter, sąsiadując z piętro wyżej mieszkającymi państwem Skupińskich i państwem Trakulów.


Tu stał ten dom, chyba że to ten sam przebudowany.

Tam właśnie zastała ich wojna. Jej pierwsze znaki to rozbrzęczane nagle niebo, które przestało już być przyjazne. Przekonali się o tym rychło mieszkańcy... Idących ulicą Kozią między polami buraków ludzi wypatrzył pilot messerschmidtta i najwyraźniej poczuł się w swojej latającej maszynie panem życia i śmierci, bo począł krążyć nad nimi jak wściekły szerszeń, ryjąc ziemię ogniem z pokładowych karabinów kaliber 7,92 mm. Przerażeni ludzie rozpierzchli się po polu, szukając schronienia wśród buraczanych liści... Niemiec szatkował je zaś z upodobaniem pociskami, niczym jakąś wielką sałatkę. Żyd jakiś w panice na klęczkach głośno zaczął się modlić do Boga, nie zważając na nawoływania pozostałych, by się położył i leżał nieruchomo. Lilka* leżała jak placek i odważyła się podnieść i uciec dopiero, gdy przycichły silniki samolotu, nie odwracając się nawet za siebie.
Pradziadkowie rychło opuścili Sochaczew, chroniąc się w Grądach, rodzinnej wsi prababci Weni i powrócili dopiero wtedy, gdy Niemcy zaczęli tworzyć w Polsce swój nowy ład.
Dlaczego pilot wykazał się takim barbarzyństwem?
Sönke Neitzel docierając do alianckich archiwów, znalazł stenogramy rozmów wziętych do niewoli żołnierzy niemieckich podsłuchanych w celi. Wydał nawet książkę "Podsłuchane", i poniższy fragment wyjaśnia, co się dzieje ze zwyczajnymi ludźmi podczas wojny.

"Drugiego dnia wojny w Polsce musiałem zrzucić bomby na dworzec w Poznaniu. Osiem z szesnastu bomb spadło na miasto, prosto na domy. Nie podobało mi się to. Trzeciego dnia nic mnie to nie obchodziło, a czwartego dnia sprawiło mi to przyjemność. "

Jednym z pierwszych budynków Sochaczewa, które padły ofiarą niemieckich bomb był kościół pod wezwaniem św. Wawrzyńca. Organiście Stanisławowi Ochalskiemu serce się krajało na widok zniszczenia, jakie dokonuje się w jego kościele, o pomoc prosił też proboszcz. Począł ratować monstrancje, księgi parafialne, wszystko co w jego oczach stanowiło wartość. Kilkakrotnie wchodził do Domu Bożego, gdzie szalały płomienie, wpuszczone przez germańską czeladź diabła. Ileż można kusić los? Odłamek pocisku dosięgnął go w końcu i Pan Stanisław zmarł tego samego dnia, kiedy zginął kościół. Odłamek poszarpał mu na pierwszy rzut oka tylko nogę, przewieziono go do szpitala, gdzie lekarz zdecydował o amputacji, lecz okazało się, że żelazo wdarło się też do jelit i wątroby...
Córka Stanisława Ochalskiego była pierwszą żoną mojego dziadka... Zmarła tuż po wojnie, zakażając się włośnicą. Ale to już inna tragedia.




Zrujnowany kościół


Tablica umieszczona w głównej nawie kościoła w Sochaczewie.
*Moja Babcia

Jubileusz klubu kolekcjonerów


Klub istnieje 15 lat, choć ja pojawiam się tam od chyba 6. Tym razem było uroczyściej, bo rozdaliśmy sobie dyplomy. Bardzo przyjemnie jest dostać jakiś dyplom, tym bardziej, że od czasów szkolnych żadnego nie dostałem. Był burmistrz, był przedstawiciel lokalnej prasy, który cyknął nam fotkę i w ogóle pełna kultura. 
 
(fot. Archiwum Ziemi Sochaczewskiej)

czwartek, 18 września 2014

Wilczy Szaniec cz 2

2014-09-18
Oczywiście mógłbym dysponując mapką, przewodnikiem po bunkrach i porobionymi przez nas zdjęciami odbyć podróż krok po kroku, opisując gdzie co było i kto tam siedział. Ale że nie są to jakoś urozmaicone obiekty, wydaje mi się że tak dokładna retrospekcja byłaby po prostu nudna. Kompleks robi wrażenie, (albo i nie robi, zależy co kto lubi) podczas zwiedzania, zdjęcia nie oddają chyba ogromu zniszczenia i rozmiarów tych zabudowań. Żeby rozpirzyć takie molochy, użyto do kilkunastu nawet ton ładunków wybuchowych na jeden bunkier. Na ogół wyglądało to tak, że jedna ściana wypychana była siłą eksplozji, rozlatując się na kawały i siejąc wokół bryłami betonu, a w jej miejsce walił się częściowo strop. I tak idąc do pierwszego bunkra, tzw Gästebunker, czyli gościnnego, widzimy niemal cały front, tak jakby stał nienaruszony. Dopiero zaglądając z tyłu, widać, że to tylko sterta potłuczonego żelbetu. I tak wygląda większość zabudowań szańca. Gdzieniegdzie z tego rumowiska da się wyłowić jakieś szczegóły. Niektóre fragmenty pozwalają na wejście do środka, ale bez latarki nie ma to sensu, można co najwyżej powybijać sobie zęby, a i tak kończy się dojściem do jakiegoś zwaliska. Tak wyglądają bunkry ciężkiego typu, w wysadzanie zabudowań ceglanych, garaży, domów mieszkalnych itp. Niemcy się nie bawili. Z tymi uporał się czas, demontując je równie skutecznie to trotyl. Straszą pustymi oczodołami okien i kłami nacieków zwisającymi z sufitu budynki służb stenograficznych i dowódcy służb bezpieczeństwa, tuż obok bunkra gościnnego. Zresztą bryły tego ostatniego doleciały tutaj, kiereszując je dotkliwie. Plączemy się tu mieszając z jakąś niemiecką rodziną, atakują nas jakieś nazistowskie komary. Rozplaszczam jednego na ręku, tworząc niewielką krwawą plamę, na co drobna Niemka nawet wzdycha ze współczuciem, mam nadzieję że nie nad owadem dojącym słowiańską krew…



Bunkier Gościnny z przodu...


I z tyłu


Murowane budynki wyglądają w większości tak jak na zdjęciu. To akurat pomieszczenie stenotypistów

Ze względu na zabagniony teren i wysoki poziom wód gruntowych zrezygnowano z rycia pod ziemią, w czym Niemcy się lubowali. Ale zbliżamy się do wzniesienia na którym stał bunkier sekretarza Adolfa, Martina Bormanna i przed nim znajduje się jedyny podziemny magazyn żywności. Widać tylko zakratowane schodki prowadzące pod ziemię.
Pod przechyloną ścianę bunkra Bormanna, ktoś nawkładał gałęzi i patyków, które udają podpory. Istotnie wygląda to, jakby się zaraz miało przewalić i chyba każdy robi sobie tu podobne zdjęcie udając Atlasa.


Przechylona ściana bunkra Bormanna (rym niezamierzony)

Ponieważ Bormann zawsze trzymał się blisko wodza, nie trzeba daleko szukać bunkra Hitlera. Schron Adolfa jest wielki i zachował się cały front, popękany jednak w kilku miejscach. Prawdziwa Piramida Hitleropsa, jak ją nazwał Rafał. Oprócz grubych ścian był chroniony stanowiskami dział przeciwlotniczych i gniazdami karabinów maszynowych, obok niego znajdował się mniejszy ochrony przeciwlotniczej. Eksplozja wywaliła jego wieżyczkę na bok, a kilkutonowe bloki z jego konstrukcji zwaliły się do sąsiadującego z nim basenu przeciwpożarowego. Zachodząc gniazdo Wilka od tyłu widzimy tylko rumowisko porośnięte drzewami, niczym w jakichś Górach Świętokrzyskich. O nienaturalności całego miejsca świadczą tylko jeżące się zewsząd stalowe pręty i stalowe tregle. Prawdziwa orgia zniszczenia oszalałych gigantów.


Bunkier Hitlera.


I nasza gromadka
























Ściany się rozstąpiły pokazując swoje stalowe wnętrzności... Resztę czas przykrył zielenią.

Wywalona wieżyczka bunra przeciwlotniczego

Sąsiadem Hitlera z drugiej strony był Hermann Goering. Łaziliśmy wewnątrz jego bunkra, natrafiłem nawet na pomięte jak papier stalowe drzwi wciśnięte między betonowe złogi. Goering miał tu niedaleko do dyspozycji luksusowy domek, w którym poprawiał sobie przed kominkiem humor whiskaczem i maryśką. Ale i tak nienawidził tego miejsca i pryskał kiedy tylko mógł na polowanie do Krępkowic na Kaszubach. Dziś jego dom w Szańcu to ruina, jednakowoż widać w nim pozostałości terakoty i kominka.
























Tam gdzie da się wejść podziwiać możemy tylko gruzy.


Hołd dla całkowitej destrukcji

Siedlisko marszałka rzeszy i zarazem głównego łowczego (sam sobie wymyślił ten tytuł dla siebie), to najdalej wysunięte punkty Szańca na trasie naszej wycieczki. Zatoczywszy koło wokół bunkra wracamy do wyjścia. Po drodze mijamy głównie raczej dobrze zachowane budynki ceglane, kasyno, garaże, kotłownię, ba, nawet kino mieli. W jednym z tych pomieszczeń jest strzelnica i jakiś sklepik z pamiątkami, ale było tam dość drogo i zresztą nic ciekawego. Ostatnim punktem zwiedzania jest bunkier łączności, przez który można przejść na wylot…

Halt!

Na pożegnanie kupujemy w automacie pamiątkową monetę – medal i ruszamy dalej w drogę. Przed nami Mazurolandia, park miniatur i atrakcji dla dzieci.

środa, 17 września 2014

Wilczy Szaniec cz. 1

2014-09-17
30 lipca udaliśmy się zgodnie z planem do Wolfshanze, czyli Wilczego Szańca w Gierłoży. Ta buńczuczna nazwa pochodzi od przydomku samego Hitlera, „Wilk” to jego przedwojenny pseudonim partyjny. Ów Wilk czmychnął w końcu z szańca przed zbliżającym się frontem wschodnim, a niemieccy żołnierze wysadzili go w powietrze, pozostawiając w gierłoskim lesie tysiące ton betonu i poskręcanych drutów zbrojeniowych. Stąd śmieszyły mnie komentarze w necie, że oprócz żelastwa i betonu nie ma tam co oglądać… A czego się tu spodziewać?
Niemcy zaczęli budować to betonowe wesołe miasteczko jesienią 1940 roku, przygotowując się do ataku na ZSRR. Z początku były to niezbyt pokaźne budynki, posiadające nawet okna. Potem, w miarę większego zagrożenia ze strony zbliżającego się frontu, obudowywano je grubymi na 4 metry żelbetonowymi ścianami i 9 metrowymi stropami, tworząc budowle wysokie gdzieś na 20 metrów. Żeby je zamaskować, na wierzchu sadzono drzewka, kładziono sztuczną trawę i krzaki, czym zajmowała się wyspecjalizowana firma ogrodnicza Seitenspinner. Pod tysiącami metrów siatki maskującej tętniło życie, jeździły auta, maszerowali żołnierze, którzy mieli swoje kino, kasyno i diabli wiedzą jakie inne atrakcje.


Za dodatkową opłatą można się po bunkrach przjechać wozem bojowym. Ze względu na koszty benzyny do tych potworów, nie jest to tania atrakcja.


To pierwszy budynek przy wejściu, obecnie hotel i restauracja. Dawniej biurowiec Gwardii Hitlera. Na dachu rosły jakieś drzewka, a te rury sterczące u stropu odprowadzały nadmiar wody.

Od Giżycka Szaniec jest oddalony o około 25 km, krętej drogi, która bujała w górę i w dół, aż biednego Małasa zemdliło. Na szczęście przed samym celem. Wysiedliśmy zaraz na parkingu, gdzie pełno było aut pielgrzymów z Germanii do ziemi przeklętej. Gdzie bym się nie ruszył niemieckie szprychanie. Znajduje się tu miejsce kultu – resztki baraku w którym von Stauffenberg dokonał zamachu na Hitlera. Po ostatniej wojnie naród niemiecki nie może się poszczycić zbyt wielką liczbą bohaterów, więc chwyta się brzytwy. Sam Stauffenberg nie jest bohaterem mojej bajki. Był nazistą, który uważał, że miejsce narodów podbitych jest pod butem i batem rasy panów. W Tunezji został ranny, stracił oko, prawą rękę i dwa palce lewej. Leżąc w szpitalu miał dużo czasu na kwaśne rozmyślania. Wówczas istniał już spisek za plecami Adolfa, wyżej postawieni oficerowie zdawali sobie sprawę, że tysiącletnia rzesza idzie na dno właśnie przez niego. Żeby zachować część podbitych terytoriów, postanowili dać aliantom na tacy głowę fuhrera, a rozgoryczony Stauffenberg idealnie nadawał się do roli głównego kelnera. Jak wiadomo nie udało się i spiskowcy skończyli źle, albo bardzo źle.


Tyle zostało z baraku, w który zamachnięto się na Adolfa.

Nie mniej jednak postawiono Stauffenbergowi pamiątkowy obelisk przed resztkami słynnego baraku, który znajduje się nieopodal wejścia. Dla mnie dużo ciekawszy i na miejscu jest obelisk poświęcony saperom, którzy rozminowywali bunkry.
Niemcy zaminowali pas szeroki na 800 metrów i długi na 11 kilometrów, zmiennym systemem, używając 7 rodzajów min, z czego 3 były hybrydami, nie stosowanymi nigdzie indziej. Niektóre były nierozbrajalne, inne w szklanych obudowach uniemożliwiających ich wykrycie innym sposobem niż nadepnięcie. Wyciąganie tego żelastwa zajęło w dwóch etapach 10 lat od 1945 do 1955. W pierwszym podjął się tego cudem uchowany przedwojenny jeszcze oficer Edmund Józefowicz, ale dopiero por. Widłak, podczas drugiego etapu rozminowania rozwikłał system, jakim Niemcy kładli miny. Był to największy pas zapory minowej zastosowany do tej pory, zdetonowano ich 54 tysiące. Zginęło 3 saperów, z tego co wiadomo z powodu lekkomyślności, bo mieli miny detonować, a nie rozbrajać.


Pamiątkowe obeliski.

Mijając pamiątkowe obeliski i pozostałości pierwszych budynków gwardii Hitlera ruszamy w tą przedziwną krainę, gdzie czas wymieszał beton z zielenią lasów i mchów.

wtorek, 16 września 2014

Kartka z Pamiętnika

2014-10-16
Ciocia Basia przywiozła mi tą małą karteczkę, pisaną ręką dziadka Bolka dla siostry Heli, czyli Jej mamy. Który to mógł być rok? Z pewnością lata przedwojenne. Stroniczka zdążyła już zżółknąć ze starości.

Wiersz Asnyka idealnie pasuje na wpis do pamiętnika. Dla mnie to nostalgiczna konkluzja o przemijaniu i o tym, żeby wobec faktu ulotności życia i czasu chwytać dni pełnymi garściami. Oczywiście analizatorzy poezji widzą w nim jakieś polemiki z romantykami, że niby żyli chwałą przeszłości itd. Dziadek z pewnością żadnych polemik nie miał na uwadze, wypisując swoim zamaszystym charakterem pisma poniższe strofy.





Jeszcze słów kilka o adresatce wiersza, którą pamiętam już jako kobietę dość leciwą.
Za mojej pamięci dziadek utrzymywał kontakty z dwojgiem rodzeństwa, choć braci i sióstr miał więcej. Być może jednak wtedy już nie żyli. Znam imiona niektórych z nich, mam też zdjęcie jednej z sióstr - Klementyny. Ale Ciotka Hela... hmm toż to prawie rodzinny folklor! Powiem szczerze, że nijak nie mogę sobie Jej wyobrazić, jako miłośniczki Asnyka, czy poezji w ogóle, ale każdy kiedyś był młody, a wtedy inne struny w duszy człowieka grają... Zarówno babcia Lilka, jak i ciotka Helena uwielbiały mówić. Obydwie też podobną miały manierę mówienia, żywiołową i nie zostawiającą rozmówcy czasu na jakieś wtręty, czy pytania. Oczywiście starcie tych osobistości zawsze owocowało swoistą stereofonią, kiedy obydwie strony dostaczecznie się już rozochociły.
Dziadek był wtedy biedny. Wciśnięty w swoim ulubionym foteliku między palmę a sekretarzyk przy łóżku, wyłączał się całkowicie z konwersacji, całość uwagi poświęcając krzyżówce. Zapytany o coś, z reguły o potwierdzene zdania jednej albo drugiej strony, prychał tylko coś gniewnie i wracał do swojego zajęcia.
Dla mnie natomiast rozmowy babci z bratową były na tyle ciekawe, że nagrałem pewnego razu jedną na magnetofon marki "Wilga", który dostałem na komunię. Nie słychać było wprawdzie charakterystycznego nadawania na dwa głośniki, bo sprzęt obsługiwał tylko nagrywanie w mono, ale kasetę mam do dziś i nawet usiłowałem jej kilka lat temu odsłuchać, zanim padł mi ostatni kaseciak. Może będzie szansa nagrać to na płytę, są teraz zakłady oferujące takie usługi.
A temat był chyba wtedy o Licheniu... Ciotka opowiadała o jakichś niezwyczajnych cudach, które miały tam miejscu podczas Jej wizyty, Babce natomiast nie stało w pewnym momencie pobłażliwości i zasugerowała dość dosadnie, że opowieść jest wyssana z palca, co oczywiście przeniosło dyskusję na kolejny szczebel nasilenia.
W ogóle Helcia była osobą gorliwie wierzącą i mającą jakieś dziwne konatakty ze światem pozagrobowym. Opowiadała jakieś sny, różne przypadki, które ją spotykały na jawie i we śnie wraz z ich interpretacją. Chyba wiele z nich tłumaczyła sobie, a potem innym jakimiś wizytami z zaświatów.
Przyznam się po latach, że trochę mi przykro, gdyż kobiecina lubiła mnie i była dla mnie zawsze bardzo życzliwa, ja natomiast mając lat 10 nie pałałem jakąś żarliwym uczuciem do ciotki, jej pojawienie się u nas zawsze wprowadzało pewien zamęt. Jakiś komentarz wymknął mi się jednak z ust tylko raz, choć wtedy się chyba na chwilę nawet na mnie obraziła. Dziś pewnie miałbym dla niej więcej szacunku i sympatii, ale jak mówił poeta:

Daremne żale - próżny trud,
Bezsilne złorzeczenia!
Przeżytych kształtów żaden cud
Nie wróci do istnienia.

Świat wam nie odda, idąc wstecz,
Znikomych mar szeregu -
Nie zdoła ogień ani miecz
Powstrzymać myśli w biegu.

Trzeba z żywymi naprzód iść,
Po życie sięgać nowe...
A nie w uwiędłych laurów liść
Z uporem stroić głowę.

Wy nie cofniecie życia fal!
Nic skargi nie pomogą -
Bezsilne gniewy, próżny żal!
Świat pójdzie swoją drogą.

piątek, 12 września 2014

2014-09-12
Zima 1957... Wszyscy przygotowywują się do Świąt Bożego Narodzenia. No może jacyś gorliwi towarzysze uznają to za przesąd i relikt czasów, które nie wrócą i udają że nic się nie dzieje. W sklepach mimo wszystko gorączka przedświąteczna trwa, a moja przyszła rodzina także wybiera się do Warszawy zakupy. A tam na Bankowym ruch... W jakimś domu handlowym choinki, bombki, prezenty... Jest Mikołaj, albo może adekwatnie do tamtych czasów niemocy i wschodnich lodowatych wiatrów Dziad Mróz, ale rola ta sama - sprawianie dziatwie radośći. Mała Gosia interesowała się chyba niezmiernie tym błyszczącym, migotliwym światem.
Dziecięce oczy wypatrzyły coś w tej feeri barw i blasków, rączka podążyła za wzrokiem a pan fotograf właśnie ten moment zdziwienia i zaciekawienia utrwalił na kliszy. Chyba było w zdjęciu coś wyjątkowego, skoro zaproponowano umieszczenie go na okładce świątecznego wydania "Twojego Dziecka".




Święta dopiero za 3 miesiące, wpis idealny na grudniowy wieczór. I dużo i mało, ale jakoś nie chce mi się czekać z tą notką do zimy. Gdyby nie to zdjęcie, nidy bym nie zobaczył unikalnego, bo zaklętego w czasie minionym, dziecięcego zachwytu mojej Mamy.

poniedziałek, 8 września 2014

Dziadka Bolka i brata jego Klemcia eskapady

W sobotę odbyło się pożeganie lata, ostatnie ognisko u koleżanki na działce. Siedzieliśmy do wieczora, korzystając z ostatnich ciepłych chwil tego roku.
W niedzielę byliśmy u dawno nie widzianej rodziny. I powiem szczerze, że spotkanie po latach było niezwykle udane i miłe. Było sporo wspomnień o rodzinie, zjazdach w Szymanowie i słynnych ucieczkach dziadka i jego brata wpierw od żon, a potem do nich.
Pomysł wyjazdu do rodziny kiełkował im czasem nawet podczas wynoszenia śmieci, być może po jakiejś różnicy poglądów z współmałżonką. Dziadek wychodził z domu i lądował gdzieś u rodziny (nie było to notoryczne, nie mniej jednak zdarzyło się raz czy dwa). Powody jestem w stanie zrozumieć, Babcia Ala jak się rozkręciła nad jakimś tematem, mogła go wałkować do upadłego. Nawet dziś, będąc 94 letnią staruszką nie straciła nic a nic na sile głosu. Dziadek z reguły nie reagował. Rozwiązywał sobie krzyżówkę, siedząć w swoim ulubionym fotelu. Brak reakcji chyba tylko babkę nakręcał,  a przecież co za dużo...
Innym razem, po jakiejś zakrapianej imprezie rodzinnej jednak tak zatęsknił za swoją Lilcią, że udał się pieszo do oddalonego o 16 kilometrów domu w Sochaczewie i to w środku nocy. Ponieważ w domu nocowało więcej osób, ktoś jednak angielskie zniknięcie dziadka Bolcia zauważył i siostrzenica jego, wraz z mężem wsiedli w wysłużoną wierną syrenkę by go odszukać i przywieźć z powrotem. A wujo był już ostro "zmęczony" imprezowaniem, na szczęście było to w latach, kiedy w nocy na drodze nie było żadnego auta, a i w dzień nie zdarzały się zbyt często. Odnaleźli go niemal w połowie drogi i dowieźli już w ramiona Babci Ali. Droga powrotna była ciężka. Wujek przysypiał podczas jazdy, w zasadzie akrobatycznymi zdolnościami prowadzenia auta w warunkach ekstremalnych z bocznego siedzenia wykazywała się ciotka, docierając do domu z pokładającym się na kierownicy do snu mężem...
Po powrocie też było wesoło. Żeńska część rodziny, siostry dziadka i kuzynki miały odmawiać różańce w intencji bezpiecznego powrotu uciekiniera. Posnęły ponoć podczas tej zbożnej czynności, z różańcami w rękach, w przedziwnych pozach. Być może podczas ich snu mogłoby powstać jakieś dzieło obrazujące strudzonych modlitwą orantów?
Stryj Klemek miał podobne pomysły. Byli z dziadkiem bardzo zżyci, jeszcze za mojej pamięci gdy się spotykali, jako już ludzie starsi, witali się bardzo serdecznie i mogli godzinami rozprawiać o wszystkim i niczym. Stryj odwiedził razu pewnego moich dziadków podczas wakacji w Młodzieszynie. Spędzali tam całe lato, wynajmując Izbę od jakichś gospodarzy. Bracia nie mogli się rozstać. Klemcio w końcu wsiadł do autubusu PKS, drzwiami obok kierowcy, tylko po to, by... za chwilę wysiąść drzwiami z tyłu.
Ostatnią wielką ucieczkę odbył tuż przed śmiercią, chorując już na cukrzycę, z niewładnymi w pełni nogami, na wózku inwalidzkim. Dojechał na nim z domu w Leonowie na stację kolejową w Kornelinie i wsiadł do pociągu do Sochaczewa. Koniecznie chciał się zobaczyć jeszcze z ukochanym bratem.

czwartek, 4 września 2014

Marzenie o Gujanie

Nie pamiętam dokładnie, kiedy ojczulkowi zakiełkował pomysł wyprawy (a nawet zamieszkania) do Gujany Francuskiej, ale było to kilka lat temu. Rzekomo miał tam już przygotowaną bazę u jakiegoś koleżki. Osłupiałej rodzinie oświadczył po prostu, że rychło wyjeżdża i rozpoczął przygotowania, czyli szczepienia przeciwko egzotycznym choróbskom i zbieranie funduszy. Niektórzy się śmiali, inni cokolwiek przestraszyli, jeszcze inni do końca nie wierzyli, ale cóż... Miał zabrać się z owym znajomym przy okazji jego wizyty w Polsce, lecieć wpierw do Paryża, następnie innym lotem do Gujany. Nie wiem, co to był za facet... rzekomo Polak, który służył ileś tam lat w Legii Cudzoziemskiej, potem zdecydował się osiąść właśnie w Gujanie Francuskiej i otworzyć knajpę u wybrzeży Atlantyku, postać wg. mnie conajmniej podejrzana.
Nigdy się nie dowiedziałem czemu akurat Gujana. Przecież chyba nie dlatego, że nie trzeba było tam wyrabiać paszportu, bo to terytorium Francji, jak tłumaczył. Od zwiedzania regionu nazywanego ze względu na klimat "zielonym piekłem", powinien odstraszać los i zapiski nijakiego Raymonda Mufrais. Raymond również uparł się na Gujanę, a dokładniej na pokonanie 700 kilometrowej drogi przez dżunglę do gór Tumuc-Humac, gdzie miał nadzieję znaleźć jakieś zaginione plemiona indiańskie.

"To jedno z najgorszych miejsc na świecie. Mordercza dżungla, węże, atakujące na rzece kajmany, robactwo, wilgoć, parzące słońce i 40-stopniowy upał, przed którym nie ma ucieczki. Nie bez powodu ta najstraszniejsza dżungla świata określana była mianem zielonego piekła."

Zielone Piekło pochłonęło Mufraisa bez śladu, odnaleziono jedynie jego zapiski, te ostatnie bardzo dramatyczne, młody podróżnik praktycznie już konał z wycieńczenia i głodu.

Oczywiście ojcarz mój nie zamierzał pokonywać dżungli z maczetą i plecakiem. Nie ma 23 lat jak Raymond, a piesze długie wycieczki nie są w jego stylu. Poza tym nawet w naszych łagodnych letnich upałach nie funkcjonuje najlepiej, oblewając się potem przy najmniejszym wysiłku i przybierając barwę świeżo ugotowanego raka, co dopiero tam. A mimo to decyzja wydawać by się mogło zapadła. Szczepionki zrobione, termin wyjazdu umówiony... Tyle, że nagle jego kontakt w Gujanie nabrał wody w usta. Myślę, że dopóki sprawa była w sferze swobodnych rozmów, gość był chętny, lecz gdy nabrała znamion realności, strefił i wcale mu się nie dziwię. Ojciec oświadczył, że w takim razie jedzie sam. Popatrzyliśmy na siebie z Kotojem.
- No i trzeba będzie lecieć na lotnisko do Paryża i go ściągać, przecież zaginie już tam...
Raczej miała rację, wątpię żeby ojcu udało się wydostać z Francji. Ani angielskiego, ani francuskiego, doświadczenia z podróży ograniczające się do przejazdów Itercity i autokarem... On sam chyba doszedł do tego samego wniosku, bo temat Gujany wymydlił się sam. Nie mniej jednak tatusiek jeszcze się czasem odgraża: "- Zobaczycie, sprzedam wszystko i jeszcze kiedyś tam pojadę!"...
Bon Voyage...

poniedziałek, 1 września 2014

Weekendowo - wycieczkowo

2014-09-01
Jak to padać miało w weekend... Tymczasem nic z tego nie wynikło i mogłem oddać się buszowaniu po terenie z Małasem. Najbardziej poszkodowana była Kotojka, która goniła w piętkę przez cały weekend. Otóż w niedzielę odbywały się targi rodzinne i niestety była konieczna jej obecność na stoisku. Nie wiem, czemu podział obowiązków wygladał akurat tak, że moja żona miała załatawiać wszystko, od ulotek, do wydruków, pakowania nagród itd, itp, a jej "koleżanka" ograniczyła się do zabrania stołu do auta, ale zaskutkowało to położeniem się jej do łóżka około godziny 2 w nocy i całodniowej nieobecności w domu w niedzielę. My natomiast olaliśmy imprezę całkowicie, z tego powodu, że wstęp na nią kosztował dorosłego osobnika 10 zł. Można było w ten sposób złożyć się na wycieczkę do krytych plaż "Tropical Islands" pod Berlinem dla jakiegoś szczęśliwca. Zamiast tego wybraliśmy się w sobotę do lasu. Matuchno, ile tam było ludzi... W lesie znaczy się. A to kilka drzew na krzyż zaledwie, do przejscia wzdłuż i w szerz w 20 minut. Nawet jednak tam sypnęło się trochę grzybów, więc nazbierałem nawet pół reklamówki, na które w domu rzuciła się uwielbiająca je Babcia.
Co tam jednak parę grzybków. W niedzielę poszliśmy z moją ciotką i siostrą cioteczną do opuszczonego sadu za torami. Tam nie było ludzi, natomiast drzewa uginały się od śliwek i jabłek. Było dość ciepło, ale wewnątrz sadu utworzył się jakiś dziwny mikroklimat, sprawiający złudzenie wnętrza sauny. Roślinność opuszczona przez człowieka wybujała do góry, trawy i mimozy były prawie mojego wzrostu. Przedzieranie się przez tą dżunglę było nie lada sztuką, myślałem co chwila o konieczności zabrania ze sobą maczety. W takiej gęstwie można było zapomnieć o jakimkolwiek przewiewie, tony opadłego owocu fermentowało pod drzewami, wytwarzając słodkawą, ciężką woń, a miejscami dodatkowe pułpapki w postaci ślizgawek (tak, tak, nie tylko nasi rolnicy przejechali się na jabłuszkach...)
Finałem naszego myszkowania po krzaczorach było około 30 kg jabłek i 7 kg śliwek. Ciotka robi z nich 1000 rodzajów przetworów na zimę - od typowych prażonych jabłek do słoika, powideł i pasteryzowanych soków, do mniej typowych powideł kakakowych i mieszanek śliwek z jabłkami. Te ostatnie wyjątowo ciekawe w smaku. Na miejscu po powrocie została zrobiona szarlotka z kaszą manną, a Małas poił się świeżo wyciśniętym sokiem z marchwii i jabłek.
Aha, trzeba pamiętać, że sad jest Sabiny... Nazwa pochodzi od żartu ciotki, po napotkaniu w nim dwóch chłopaków, którzy kiedyś także wpadli na jabłuszka.
- I co ta Sabina ma zamiar zrobić z tym sadem?
Młodzieńcy ponoć się stropili, przepraszając i tłumacząc się, że nie wiedzieli, że sad ma jeszcze jakiegoś właściciela.
Pozostaje pytanie, kim u licha jest Sabina?




Sweet Green Hell




Nasz łup

A dziś Małas poszedł pierwszy raz po wakacjach do zerówki. Chyba się spodobało, bo nie chciał wracać do domu. Skwaszony całą drogę powrotną był. Okazało się też, że rodzice wyposażyli niektóre swoje pociechy w telefony komórkowe. Posunięcie byłoby mądre, gdyby dziecko chodziło już gdzieś samo, ale sześciolatkowi, który czas znajduje się pod opieką dorosłych? Dziwny trend, który muszę wybić z głowy naszemu synowi.

"Roku pamiętnego" 1939, dzieci, które w piątkowy poranek poszły do szkoły, miały w kolejnych dniach kolejne, przedłużone o 6 lat wakacje. Albo miały inną szkołę - rzeczy, których nie powinno uczyć się, ani poznawać żadne dziecko. Niestety, ludzie jako zbiorowość to krótka pamięć, albo co najmniej wybiórcza. Dlatego tą datę trzeba przypominać zawsze, wszędzie i każdemu. Ciekaw wojny jest tylko ten, kto nie widział jej z bliska. Albo psychopata.

sobota, 30 sierpnia 2014

Koncert Mech



Byłem na Mchu. Nie, nie siedziałem w lesie na ściółce... Mowa o "Zjednoczonych Siłach Natury Mech", zespole powstałym akurat w roku, kiedy się urodziłem, czyli 1977. Kapelę kojarzyłem raczej z graniem progresywnym, tymczasem wgniotło mnie ciężkie postsabbathowe brzmienie i wokal niemal osbournowski... Muzycy mają na koncie nawet występ na Metal Hammer Festival i to u boku takich tuzów jak Judas Priest. Koncert odbył się w ramach pożegnania lata w Sochaczewie i trafiłem na niego niemal przypadkiem. Wcześniej odbywał się jakiś happening, polegający na opychaniu się jabłkami na złość Putinowi, który ma oczywiście w nosie, że Lachom wychodzą już uszami owoce, których nie kupi... Ta część piątku również niewiele mnie interesowała, ale dwie starsze panie, które brały w tym udział, znajome Kotoja stwierdziły, że uciekają przed koncertem rockowym, co mnie zainteresowało. Napotkany na miejscu kolega rzucił hasło Mech i poszedłem z Małasem i żoną na koncert.
"Piłem z diabłem bruderszaft", "Twój Morderca", "Painkiller"... Czego się spodziewać po tym, jeżeli nie ostrego porządnego rockowego grania? Do tego członkowie zespołu posiadali olbrzymie popczucie humoru. "Różne są słuchajcie rekiny... rekin młot, rekin ludojad... My mamy w składzie też "Rekina", oto jedyny w swoim rodzaju "Rekin Niedojad". Tak wokalista Maciej Januszko przedstawił perkusistę, Pawła "Rekina" Jurkowskiego, faktycznie niezbyt pokaźnego faceta.
Bawiłem się aparatem. Robienie zdjęć w nocy na koncercie z lampą daje zdjęcia ostre, ale zupełnie pozbawione wyrazu. Nikną światła kolorofonów, wszystkie barwy tłumi blask lampy. Więc próbowałem kombinacji czasem naświetlania i lampą, próbując nawet zdjęć bez lampy. Kilka moim zdaniem wyszło dobrze, więc zamieszczam je, wraz ze sztandarowym utworem grupy.












































Małas szalejący na koncercie.

wtorek, 26 sierpnia 2014

Spacer z Anką

2014-08-26
Gdy wybieramy się gdzieś z moją siostrą cioteczną, należy się spodziewać ubawu, albo niecodziennych wydarzeń. Korzystając z wolnego czasu i dość dobrej pogody w poniedziałek wybraliśmy się do Czerwonki, zabierając Małasa. Małas zażyczył sobie żelaznej porcji żywności i dodatkowego osprzętu w postaci kartki i ołówka - do narysowania ciekawych rzeczy w lesie.
Wrażenia estetyczne obcowania z naturą zakłócił nam już na wejściu wyjątkowo intensywny zapach... przypuszczalnie nawożonego gnojówką pola. Plątaliśmy się zatem kręcąc nosem.





Generalnie zbieraliśmy grzybki... troszkę mimochodem, bo zajmowaliśmy się też fotografowaniem wszystkiego, co uznaliśmy za ciekawe i dyskusjami z księżyca na różne mniej lub bardziej naukowe tematy, przeważnie dotyczące napotkanych okazów fauny i flory.
Ot np. taki grzyb...




To sromotnik bezwstydny, nazwa aż nadto adekwatna. Po łacinie jeszcze bardziej dosadna, phallus impudicus. Sromotnik natomiast, to bardzo stare polskie miano chultaja siejącego zgorszenie. Grzybek sieje zgorszenie kształtem, lecz przebywanie w jego sąsiedztwie nie tylko oczy narażają na obrazę, ale też nozdrza, bo śmierdzi niebywale. Zdjęcia robiliśmy mu na wdechu. Z tego powodu masowo zlatują się do niego muchy, gdyż zapach przypomina rozkładające się truchło. Muchy roznoszą zarodniki, którymi pokryty jest kapelusz. To nie koniec ciekawostek. To kuriozum wykluwa się mianowicie z jaja... Młody owocnik jest zupełnie biały i idealnie niemal okrągły. Wyrasta z niego grzyb, przebijając kapeluszem osłonę... A gdy się starzeje... cóż więdnie smętnie i zwisa na zgiętym wpół trzonie.



"- Co to jest?" - Tu siostra moja wygrzebała kijaszkiem kawał żelastwa z ziemi... Zapalnik pocisku artyleryjskiego. A parę sekund wcześniej padło pytanie "Co to za dziura?", na widok pokaźnej wyrwy w ziemi. Bardziej żartem strzeliłem, że lej po bombie, a teraz się okazuje, że daleki od prawdy najwidoczniej nie byłem. Słyszałem wprawdzie, że w Czerwonce sporo się poniewierało żelastwa tego typu, ale myślałem raczej że w ogrodzonej strefie lotniska na Bielicach. Małas nazbierał natomiast szereg bardzo ciekawych patyczków, które z zapałem znosi do domu ku konsternacji Kotoja (zapalnikiem też się zresztą nie zachwyciła...).
Chyba można powiedzieć, że każdy coś z tej wycieczki wyniósł...

Żelastwo za parę dni okaże się gorące...

sobota, 23 sierpnia 2014

I pojechał!

2014-07-23
Wczoraj dziecię moje z wypiekami na twarzy odbyło samodzielną, bez wspomagań nijakich ze strony dodatkowych kółek, ani przytrzymującego rodzica jazdę na rowerku. Tato Jego, był dumny niesłychanie, gdyż jako osoba niezwykle nerwowa począł tracić cierpliwość i nadzieję, że ten moment w ogóle nastąpi.
Problemy zaczęły się od oburzenia na widok odkręcania kółek. "Jak to, przecież one mnie stabilizują!" Potem było tylko gorzej. Małas odkrył, że rower przewraca się, gdy jego stopy odrywają się od podłoża i przenoszą się na pedały. Tak wcześniej nie było. Ściskanie i kręcenie kierownicą podczas startu doprowadza do natychmiastowego końca jazdy na krawężniku, słupie, koszu na śmieci, jednym słowem wszystkim co w najbliższej okolicy. Zresztą to machanie spazmatyczne kierownicą i wyłapywanie wszelkich przeszkód największą wywoływało konsternację u mnie, bo nijak nie mogłem tych działań zrozumieć.
W ogóle nawet jak przejechał kilka metrów, to włosy dęba stawały, na ten widok, siedzącego jakoś bokiem i krzywo Małasa. A wszystkie okoliczne przeszkody miały właściwości magnesu, nawet jak zdawało się, że je ominie i tak w nie wjeżdżał.
A wczoraj... zacząłem śpiewać improwizowaną piosenkę o tym jak Małas jechać powinien. Biegłem obok truchcikiem i śpiewałem, bo mój Syn stwierdził, że to jest ten brakujący czynnik edukacyjny, który zaważył na opanowaniu sztuki samodzielnej jazdy. I jechał. I jechał, a ja puchłem z dumy, że był mimo wszystko wytrwały.
Nikt nigdy nie mógł strawić śpiewającego Radka, a tu proszę...
Cud, że obyło się bez poważniejszych obrażeń. Były wprawdzie jęki, "aucie" i popłakiwania (głównie ze złości, że się nie udaje), spadania, wywalania się z rowerem, obijania nóg pedałami... ale nie poszły na marne.



piątek, 22 sierpnia 2014

Giżycko dzień 3

2014-08-22
Pora na powrót na Mazury, bo zapomnę co kiedy robiliśmy :).

Dziś upał ma osiągnąć swoje apogeum. A Ja czapkę zgubiłem gdzieś. Piaskowa patrolówka, wzór pustynna burza, bardzo mi wierna. Moje towarzystwo drwi sobie z moich lamentów. Ruszamy, mając w planie wieżę ciśnień, przerobioną na widokową i znów plażę. Idziemy powoli, w tempie ślimaczym. Zaglądamy a to do sklepu z ciuszkami, a to na lody, a to przysiadamy obok fontanny, na której roznegliżowana księżniczka zamierza pocałować żabę…


Giżycko jest ładnym miastem, ciągle w rozbudowie. Podczas pierwszej wojny wyburzono kawał zabudowy, by móc zauważyć z twierdzy nadchodzące wrogie armie, toteż przez większość naszego spaceru obserwujemy domy w miarę nowe (Ale nie tylko, jest tam parę zabytków, np. kościół ewangelicki). Zadbano jednak o stylistykę, co pozwala uniknąć widoku stalowo szklanych potworków nowoczesnej architektury.





















Urzekł nas ten niebieski domek. Niestety nijak nie mogłem uchwycić na zdjęciu wyjątkowości bliskiego sąsiedztwa starej lipy i budyneczku. Z bliska wygląda to dość... niesamowicie.

Docieramy w końcu do wieży. Na 5 piętro dojeżdża się windą, gdzie znajduje się przytulna kawiarenka, a na platformę widokową trzeba się przedreptać kręconymi schodami. Tam można sobie przysiąść, oglądając przy kawce okolice z lotu ptaka. Troszkę się poplątaliśmy, porobiliśmy zdjęcia i kopnęliśmy się w dół. Wystrój wieży to takie niby muzeum, w którym znajduje się mydło i powidło. Poroże zwierzaków, obrazy, stare zdjęcia, przedmioty codziennego użytku. Z ciekawostek zauważam niemieckojęzyczne wydanie biografii Księcia Józefa Poniatowskiego, autorstwa Szymona Askenazego. Mam reprint tego dzieła, dziwi mnie książka napisana przez polskiego historyka, w dodatku Żyda, o polskim bohaterze przełożona na język niemiecki i wydana w Gotha w roku 1912. Inna sprawa, że książę Poniatowski cieszył się szacunkiem w Europie jeszcze za życia i żal po nim przejawiano nie tylko na ziemiach polskich. Dzieciaki dostają pieczątkę na łapę i znów ruszamy na plażę, tym razem miejską.

























Zrobiliśmy masę zdjęć z wieży widokowej. Wybrałem taki mój numer 1.


Później od naszego gospodarza dowiadujemy się, że wybraliśmy dwie najgorsze z możliwych plaż. Ale 5 dni to stanowczo za mało na ogarnięcie wszystkiego, wyjazdy powinny trwać minimum dwa tygodnie, wtedy jest czas na wszystko, z myszkowaniem po terenie włącznie.
Miejska plaża ma jedną przewagę nad tą za LOKiem. Nie jest taka kamienista. Nad wydzielonymi dwoma strefami dla pływających i pływających inaczej czuwają ratownicy. Poza tym tłum i mętna woda, stragany z różnymi wabikami dla nieletnich, oraz rozmaitej kubatury przybytki serwujące jadło. Jak dla mnie najgorsze aspekty spędzania urlopu, ale cóż, młodzież wygląda na szczęśliwą.













Graffiti przy porcie




Dziś wracamy na jedzonko do domu. Wyczailiśmy wprawdzie jakąś stołówkę, ale okazała się... dziwna. Opustoszały korytarz zaprowadził mnie pod mało zachęcające drzwi:



Tak to jest, jak się włazi nie tam gdzie trzeba. Napotkana w końcu kobietka oświadczyła z przepraszającym uśmiechem, że do końca tygodnia nie obsługują.
Nazajurz planujemy wyjazd do Kwatery Hitlera. Odbywamy z Kotojką spacer na stację, żeby sprawdzić dojazd. Niby niedaleko, bo trzydzieści parę kilometrów, niby pociągi i autobusy dojeżdżają do pobliskiego Kętrzyna, a okazuje się to problem. Co dalej? Od Kętrzyna do Gierłoży jest z 8 kilometrów, a z dzieciakami z buta tyle nie obrócimy, dodatkowo jeszcze będzie trzeba trochę drogi przeznaczyć na zwiedzanie szańca. Decydujemy się na dojazd autem, troszkę nie bardzo zgodnie z przepisami, po któryś z ancymonów będzie bez fotelika. Ale jak inaczej się tam dostać? Okazuje się, że w pobliżu jest park miniatur Mazurlandia i tam też zamierzamy się dostać. Kładziemy się spać więc wcześniej…



I fruu.