wtorek, 27 maja 2014

Sceniczny debiut Małasa

2014-05-27
Wczoraj z okazji Dnia Matki w sochaczewskim Domu Rzemiosła odbyły się występy dzieci dedykowane rodzicom. Były śpiewane piosenki, była teatralna adaptacja Ptasiego Radia (świetna zresztą), były  w końcu układy taneczne. Małas hasał po scenie, choć za pierwszym wejściem miał taką minę, że zastanawiałem się, czy publika nie ucieknie. Za drugim wejściem było już super, pięknie tańczył :).



Dedykacja dla rodziców.


Zielone spodenki rządzą :)

sobota, 3 maja 2014

Legendy o zwierzakach domowych

Odkąd pamiętam w domu były zwierzaki. Rodzice i dziadkowie matuli je uwielbiali, ja mam bardziej sceptyczne podejście do trzymania czworonogów w domu, zapewne po ojcu. Niemniej w domu odkąd pamiętam zawsze był obowiązkowo pies. W okolicach szkoły podstawowej sam miałem swojego ulubieńca, małego pinczera Kajtka, którym nie nacieszyłem się zbyt długo, bo zdechł na parwowirozę. Potem jakoś nie przywiązałem się zbytnio do żadnego, który przebywał w domu, ale też nie było tak charakterystycznych, jak te z opowieści.

A zacznę od stołu. Otóż u Babci w salonie stoi masywny, okrągły stół z orzecha, w którym zwraca uwagę wybita pokaźnych rozmiarów dziura. Nie jest to dziura na wylot, blat jest gruby, ale po środku wykruszony jest sporych rozmiarów odprysk. Co ma jednak wspólnego stół z psem? Cofnijmy się do stycznia 45 roku. Ofensywa wiślańsko odrzańska, Niemcy bronią się zaciekle w Sochaczewie przed nadciągającymi wojskami radzieckimi. Miasto jest kluczowe, bo otwiera atakującym drogę do Rzeszy. Moja rodzina mieszka wtedy na ulicy Staszica, Pradziadek Feliks, prababcia Wenia, wujek Jurek, ciotka Danka i moja babcia Alicja. Ulica Staszica jest równoległa z rzeką, zza której ostrzeliwuje miasto artyleria Czerwonej Armii. Rodzina siedzi z sąsiadami w piwnicy, stół wraz z innymi meblami zatyka okienko piwniczne. Wyłom w nim to dziura po odłamku. Do piwnicy bez przerwy ktoś wpada, a to Niemcy, a to rozhisteryzowana Rosjanka w mundurze, w końcu... pies. Zadbany owczarek, charakterystyczny towarzysz oficerów niemieckich. Gdzie jego pan? Pies też się zastanawia, wyruszając na jego poszukiwania, ilekroć przycicha kanonada. Nie znajduje go jednak. A może znajduje martwego wśród gruzów? Pies zostaje, gdy Niemcy zostają wyparci z miasta. Staje się ulubieńcem siostry babci, Danuty. Niestety wpada też w oko czerwonoarmistom, którzy "pożyczają" psa do pilnowania prowizorycznego mostu na Bzurze. Pies buntuje się przeciw służbie w Armii Czerwonej i ogłasza strajk głodowy. Ciotka Danka musi chodzić go karmić osobiście, bo od nikogo innego nie chce jeść. Jednocześnie idzie do jakiegoś kacapskiego komisarza z prośbą o oddanie psa. Ten nawet się przychyla do niej, wypisując bumażkę nakazującą jego zwrot. Co z tego... nad rzeką nie było już ani psa, ani owych żołnierzy.
Drugie psisko – Mars też wywodzi się z wojska. Otóż brat Babci, wujek Jurek także po wojnie służył w wojsku, dochodząc do stopnia majora. W latach 50 przebywał w Modlinie i miał już jakichś ludzi pod sobą oraz przydziałowego psa. Niezwykle charakternego i zbyt niezależnego do służby w wojsku. Pamiętliwe zwierzę upatrzyło sobie mianowicie żołnierza, który je kiedyś uderzył. Gdy po ćwiczeniach wojsko brało kąpiel w rzece, Mars uderzył… Był szkolonym psem, więc mając przewagę w wodzie, prawie swojego wroga utopił. Po tym incydencie pies nie mógł zostać w armii, a nawet zawisła nad nim groźba uśpienia. Wuj przywiózł go dziadkom. Tu pies przydzielił sobie nowe obowiązki – ochronę domu i rodziny. Polegało to na tym, że kto się zapomniał i podał dziadkowi rękę, ryzykował dotkliwe pogryzienie tej ręki. Przy czym pies łapał w ten sposób, żeby nie skaleczyć, ale siniaki były. Do domu można było wejść, ale Mars czuwał, żeby nikt nie wyszedł. Przekonał się o tym listonosz, który przy drzwiach natknął się na wracającego z samotnego spaceru Marsa i musiał pół godziny czekać na powrót domowników. Cyganka, która podczas nieobecności dziadków weszła sobie do mieszkania, wyjątkowo źle trafiła. Pies jej wprawdzie nie pogryzł, ale stoczył po schodach na dół po klatce schodowej. Wrzasku ponoć było co niemiara…
Samodzielne spacery były nawykiem Marsa, a do stałego obowiązku należała codzienna kąpiel w rzece bez względu na porę roku. Łobuz potrafił się zresztą urywać z domu na dłuższe wycieczki, wracał nawet po kilku dniach żywiąc się w terenie. Musiał się dawać w okolicy ludziom we znaki, bo zdarzyło się raz że na szyi wisiał poszarpany postronek.
Niestety po którymś wypadzie wrócił ze śrutem w głowie. Weterynarz nie był w stanie go wyjąć, wdała się ropa i psa trzeba było uśpić.
Każde zwierzę ma swój rozum. Niektóre opowieści o mądrych czworonogach są naprawdę zadziwiające.

czwartek, 1 maja 2014

W Mistrzewicach

1 maj powitał łaskawą pogodą i zaczęło się od rujnacji planów. Mieliśmy mianowicie iść na ognisko, ale z rana koleżanka, która nas zaprosiła odwołała imprezę, tłumacząc że powodem jest katar córeczki. Ale ani nam w głowie było siedzenie w domu, zwłaszcza że 1 maj był zapowiadany jako jedyny ładny dzień przedłużonego weekendu.
Szybko dogadaliśmy się z przyjaciółmi i pojechaliśmy na spacer do Mistrzewic. Miejscowość jest położona nad Bzurą w ten sposób, że idzie się rozległą łąką, mając z jednej strony las, z drugiej rzekę. Dodatkowo gdzieniegdzie, ciągną się wzdłuż drogi zarośnięte stawy, pozostałości po wysokim stanie rzeki, kiedy to woda wylała i pozostała we wszelkich możliwych zagłębieniach. Raj dla wędkarzy i bobrów, ktorych ślady napotkaliśmy po drodze.



Takie właśnie starorzecze sfotografował Małas. Biegał z dyndającym się aparatem i robił zdjęcia, jak widać całkiem udane. Za tymi drzewami wzdłuż lasu wiedzie droga, którą przyjechaliśmy

A za rzeką z oddali widać imponującą budowlę - kościół w Brochowie. Nie jest to taki zwykły wiejski kościółek, ale świątynia typu obronnego, czyli warownia. Myślę, że jeszcze tam wrócimy i napiszę oddzielną notkę poświęconą samemu kościołowi.


Kościół w Brochowie wygląda prawie jak zamek.

My tymczasem ruszyliśmy wzdłuż rzeki, zaopatrzeni w poważną baterię aparatów fotograficznych. Chyba każdy robił zdjęcia. Rzeka wyjątkowo w tym miejscu malownicza, oblężona była przez kajaki - nie tylko my korzystaliśmy z pięknego dnia.




Ponieważ kolega wziął swoją słynną nalewkę imbirową, humory nam dopisywały coraz bardziej. W takim otoczeniu i towarzystwie moglibyśmy iść bez końca. Wszystko obudziło się na dobre, każdy owad zasługiwał na zdjęcie, tym bardziej, że po zimowaniu wszelkie życie wyjątkowo tłumnie wyległo na słońce i nawet niezbyt szybko uciekało.


Kotojka upolowała tym razem motyla.


Pająk niemal wszedł w obiektyw. Ambicje modela?
 

Nie wiem  co to, ale poczuło wiosnę.
Mam nadzieję że ich
nie stresowałem zdjęciem.


Biegacz Granulowany ma wyjątkowo pracowitą wiosnę.
 
W końcu zgłodnieliśmy. Stwierdziliśmy, że wrócimy do miasta i pójdziemy na pizzę. Spacer i alkohol wzmógł apetyt, pizzę wręcz pochłonęlismy, a naleweczkę poprawiliśmy piwkiem, co w moim przypadku nie okazało się wieczorem zbyt zbawienne. Nie mniej jednak dzień zaliczam do wyjątkowo udanych.