sobota, 30 sierpnia 2014

Koncert Mech



Byłem na Mchu. Nie, nie siedziałem w lesie na ściółce... Mowa o "Zjednoczonych Siłach Natury Mech", zespole powstałym akurat w roku, kiedy się urodziłem, czyli 1977. Kapelę kojarzyłem raczej z graniem progresywnym, tymczasem wgniotło mnie ciężkie postsabbathowe brzmienie i wokal niemal osbournowski... Muzycy mają na koncie nawet występ na Metal Hammer Festival i to u boku takich tuzów jak Judas Priest. Koncert odbył się w ramach pożegnania lata w Sochaczewie i trafiłem na niego niemal przypadkiem. Wcześniej odbywał się jakiś happening, polegający na opychaniu się jabłkami na złość Putinowi, który ma oczywiście w nosie, że Lachom wychodzą już uszami owoce, których nie kupi... Ta część piątku również niewiele mnie interesowała, ale dwie starsze panie, które brały w tym udział, znajome Kotoja stwierdziły, że uciekają przed koncertem rockowym, co mnie zainteresowało. Napotkany na miejscu kolega rzucił hasło Mech i poszedłem z Małasem i żoną na koncert.
"Piłem z diabłem bruderszaft", "Twój Morderca", "Painkiller"... Czego się spodziewać po tym, jeżeli nie ostrego porządnego rockowego grania? Do tego członkowie zespołu posiadali olbrzymie popczucie humoru. "Różne są słuchajcie rekiny... rekin młot, rekin ludojad... My mamy w składzie też "Rekina", oto jedyny w swoim rodzaju "Rekin Niedojad". Tak wokalista Maciej Januszko przedstawił perkusistę, Pawła "Rekina" Jurkowskiego, faktycznie niezbyt pokaźnego faceta.
Bawiłem się aparatem. Robienie zdjęć w nocy na koncercie z lampą daje zdjęcia ostre, ale zupełnie pozbawione wyrazu. Nikną światła kolorofonów, wszystkie barwy tłumi blask lampy. Więc próbowałem kombinacji czasem naświetlania i lampą, próbując nawet zdjęć bez lampy. Kilka moim zdaniem wyszło dobrze, więc zamieszczam je, wraz ze sztandarowym utworem grupy.












































Małas szalejący na koncercie.

wtorek, 26 sierpnia 2014

Spacer z Anką

2014-08-26
Gdy wybieramy się gdzieś z moją siostrą cioteczną, należy się spodziewać ubawu, albo niecodziennych wydarzeń. Korzystając z wolnego czasu i dość dobrej pogody w poniedziałek wybraliśmy się do Czerwonki, zabierając Małasa. Małas zażyczył sobie żelaznej porcji żywności i dodatkowego osprzętu w postaci kartki i ołówka - do narysowania ciekawych rzeczy w lesie.
Wrażenia estetyczne obcowania z naturą zakłócił nam już na wejściu wyjątkowo intensywny zapach... przypuszczalnie nawożonego gnojówką pola. Plątaliśmy się zatem kręcąc nosem.





Generalnie zbieraliśmy grzybki... troszkę mimochodem, bo zajmowaliśmy się też fotografowaniem wszystkiego, co uznaliśmy za ciekawe i dyskusjami z księżyca na różne mniej lub bardziej naukowe tematy, przeważnie dotyczące napotkanych okazów fauny i flory.
Ot np. taki grzyb...




To sromotnik bezwstydny, nazwa aż nadto adekwatna. Po łacinie jeszcze bardziej dosadna, phallus impudicus. Sromotnik natomiast, to bardzo stare polskie miano chultaja siejącego zgorszenie. Grzybek sieje zgorszenie kształtem, lecz przebywanie w jego sąsiedztwie nie tylko oczy narażają na obrazę, ale też nozdrza, bo śmierdzi niebywale. Zdjęcia robiliśmy mu na wdechu. Z tego powodu masowo zlatują się do niego muchy, gdyż zapach przypomina rozkładające się truchło. Muchy roznoszą zarodniki, którymi pokryty jest kapelusz. To nie koniec ciekawostek. To kuriozum wykluwa się mianowicie z jaja... Młody owocnik jest zupełnie biały i idealnie niemal okrągły. Wyrasta z niego grzyb, przebijając kapeluszem osłonę... A gdy się starzeje... cóż więdnie smętnie i zwisa na zgiętym wpół trzonie.



"- Co to jest?" - Tu siostra moja wygrzebała kijaszkiem kawał żelastwa z ziemi... Zapalnik pocisku artyleryjskiego. A parę sekund wcześniej padło pytanie "Co to za dziura?", na widok pokaźnej wyrwy w ziemi. Bardziej żartem strzeliłem, że lej po bombie, a teraz się okazuje, że daleki od prawdy najwidoczniej nie byłem. Słyszałem wprawdzie, że w Czerwonce sporo się poniewierało żelastwa tego typu, ale myślałem raczej że w ogrodzonej strefie lotniska na Bielicach. Małas nazbierał natomiast szereg bardzo ciekawych patyczków, które z zapałem znosi do domu ku konsternacji Kotoja (zapalnikiem też się zresztą nie zachwyciła...).
Chyba można powiedzieć, że każdy coś z tej wycieczki wyniósł...

Żelastwo za parę dni okaże się gorące...

sobota, 23 sierpnia 2014

I pojechał!

2014-07-23
Wczoraj dziecię moje z wypiekami na twarzy odbyło samodzielną, bez wspomagań nijakich ze strony dodatkowych kółek, ani przytrzymującego rodzica jazdę na rowerku. Tato Jego, był dumny niesłychanie, gdyż jako osoba niezwykle nerwowa począł tracić cierpliwość i nadzieję, że ten moment w ogóle nastąpi.
Problemy zaczęły się od oburzenia na widok odkręcania kółek. "Jak to, przecież one mnie stabilizują!" Potem było tylko gorzej. Małas odkrył, że rower przewraca się, gdy jego stopy odrywają się od podłoża i przenoszą się na pedały. Tak wcześniej nie było. Ściskanie i kręcenie kierownicą podczas startu doprowadza do natychmiastowego końca jazdy na krawężniku, słupie, koszu na śmieci, jednym słowem wszystkim co w najbliższej okolicy. Zresztą to machanie spazmatyczne kierownicą i wyłapywanie wszelkich przeszkód największą wywoływało konsternację u mnie, bo nijak nie mogłem tych działań zrozumieć.
W ogóle nawet jak przejechał kilka metrów, to włosy dęba stawały, na ten widok, siedzącego jakoś bokiem i krzywo Małasa. A wszystkie okoliczne przeszkody miały właściwości magnesu, nawet jak zdawało się, że je ominie i tak w nie wjeżdżał.
A wczoraj... zacząłem śpiewać improwizowaną piosenkę o tym jak Małas jechać powinien. Biegłem obok truchcikiem i śpiewałem, bo mój Syn stwierdził, że to jest ten brakujący czynnik edukacyjny, który zaważył na opanowaniu sztuki samodzielnej jazdy. I jechał. I jechał, a ja puchłem z dumy, że był mimo wszystko wytrwały.
Nikt nigdy nie mógł strawić śpiewającego Radka, a tu proszę...
Cud, że obyło się bez poważniejszych obrażeń. Były wprawdzie jęki, "aucie" i popłakiwania (głównie ze złości, że się nie udaje), spadania, wywalania się z rowerem, obijania nóg pedałami... ale nie poszły na marne.



piątek, 22 sierpnia 2014

Giżycko dzień 3

2014-08-22
Pora na powrót na Mazury, bo zapomnę co kiedy robiliśmy :).

Dziś upał ma osiągnąć swoje apogeum. A Ja czapkę zgubiłem gdzieś. Piaskowa patrolówka, wzór pustynna burza, bardzo mi wierna. Moje towarzystwo drwi sobie z moich lamentów. Ruszamy, mając w planie wieżę ciśnień, przerobioną na widokową i znów plażę. Idziemy powoli, w tempie ślimaczym. Zaglądamy a to do sklepu z ciuszkami, a to na lody, a to przysiadamy obok fontanny, na której roznegliżowana księżniczka zamierza pocałować żabę…


Giżycko jest ładnym miastem, ciągle w rozbudowie. Podczas pierwszej wojny wyburzono kawał zabudowy, by móc zauważyć z twierdzy nadchodzące wrogie armie, toteż przez większość naszego spaceru obserwujemy domy w miarę nowe (Ale nie tylko, jest tam parę zabytków, np. kościół ewangelicki). Zadbano jednak o stylistykę, co pozwala uniknąć widoku stalowo szklanych potworków nowoczesnej architektury.





















Urzekł nas ten niebieski domek. Niestety nijak nie mogłem uchwycić na zdjęciu wyjątkowości bliskiego sąsiedztwa starej lipy i budyneczku. Z bliska wygląda to dość... niesamowicie.

Docieramy w końcu do wieży. Na 5 piętro dojeżdża się windą, gdzie znajduje się przytulna kawiarenka, a na platformę widokową trzeba się przedreptać kręconymi schodami. Tam można sobie przysiąść, oglądając przy kawce okolice z lotu ptaka. Troszkę się poplątaliśmy, porobiliśmy zdjęcia i kopnęliśmy się w dół. Wystrój wieży to takie niby muzeum, w którym znajduje się mydło i powidło. Poroże zwierzaków, obrazy, stare zdjęcia, przedmioty codziennego użytku. Z ciekawostek zauważam niemieckojęzyczne wydanie biografii Księcia Józefa Poniatowskiego, autorstwa Szymona Askenazego. Mam reprint tego dzieła, dziwi mnie książka napisana przez polskiego historyka, w dodatku Żyda, o polskim bohaterze przełożona na język niemiecki i wydana w Gotha w roku 1912. Inna sprawa, że książę Poniatowski cieszył się szacunkiem w Europie jeszcze za życia i żal po nim przejawiano nie tylko na ziemiach polskich. Dzieciaki dostają pieczątkę na łapę i znów ruszamy na plażę, tym razem miejską.

























Zrobiliśmy masę zdjęć z wieży widokowej. Wybrałem taki mój numer 1.


Później od naszego gospodarza dowiadujemy się, że wybraliśmy dwie najgorsze z możliwych plaż. Ale 5 dni to stanowczo za mało na ogarnięcie wszystkiego, wyjazdy powinny trwać minimum dwa tygodnie, wtedy jest czas na wszystko, z myszkowaniem po terenie włącznie.
Miejska plaża ma jedną przewagę nad tą za LOKiem. Nie jest taka kamienista. Nad wydzielonymi dwoma strefami dla pływających i pływających inaczej czuwają ratownicy. Poza tym tłum i mętna woda, stragany z różnymi wabikami dla nieletnich, oraz rozmaitej kubatury przybytki serwujące jadło. Jak dla mnie najgorsze aspekty spędzania urlopu, ale cóż, młodzież wygląda na szczęśliwą.













Graffiti przy porcie




Dziś wracamy na jedzonko do domu. Wyczailiśmy wprawdzie jakąś stołówkę, ale okazała się... dziwna. Opustoszały korytarz zaprowadził mnie pod mało zachęcające drzwi:



Tak to jest, jak się włazi nie tam gdzie trzeba. Napotkana w końcu kobietka oświadczyła z przepraszającym uśmiechem, że do końca tygodnia nie obsługują.
Nazajurz planujemy wyjazd do Kwatery Hitlera. Odbywamy z Kotojką spacer na stację, żeby sprawdzić dojazd. Niby niedaleko, bo trzydzieści parę kilometrów, niby pociągi i autobusy dojeżdżają do pobliskiego Kętrzyna, a okazuje się to problem. Co dalej? Od Kętrzyna do Gierłoży jest z 8 kilometrów, a z dzieciakami z buta tyle nie obrócimy, dodatkowo jeszcze będzie trzeba trochę drogi przeznaczyć na zwiedzanie szańca. Decydujemy się na dojazd autem, troszkę nie bardzo zgodnie z przepisami, po któryś z ancymonów będzie bez fotelika. Ale jak inaczej się tam dostać? Okazuje się, że w pobliżu jest park miniatur Mazurlandia i tam też zamierzamy się dostać. Kładziemy się spać więc wcześniej…



I fruu.

piątek, 8 sierpnia 2014

Twierdza Boyen

2014-08-08
Jak się okazało, nie na darmo twierdza nosi nazwę niezdobytej. Miałem ją zdobywać w jeden dzień a borykałem się z wpisem trzy. Przy okazji wyszło chyba na jaw, że mam poważnego... hyzia. Najchętniej bym zamieścił i poopisywał wszystkie zdjęcia. Mam nadzieję, że nie zanudzę...

Nasi zaborcy nie darzyli się zbytnio zaufaniem, ani sympatią mimo zgodnego przesunięcia granic kosztem Rzeczpospolitej (Akurat Giżycko było niemieckie już przed zaborami, ale o tym kiedy indziej). Już na początku XIX w. pruski minister wojny, generał von Boyen uznał giżycki przesmyk dzielący jeziora Niegocin i Kisajno za idealny pod względem strategicznym na budowę warowni, mającej na celu ochronę najdalej na wschód wysuniętych obszarów Prus. A niewiele by brakowało, żeby nic z tego nie wyszło, bo Prusacy chcieli... osuszyć jeziora. Von Boyen okazał się nader przewidujący, bo w końcu podczas I wojny przyszli tu Rosjanie i oblegając twierdzę połamali sobie na niej zęby, więc nosi ona miano także niezdobytej. Budowę twierdzy zakończono w 1855 i na cześć ojca, który niestety nie dożył tej chwili, nazwano „Feste Boyen” - twierdzą Boyen.

Będziemy ją dziś pacyfikować. Na poniższej mapce zaznaczyłem na czerwono trasę naszej wędrówki, w celu dokładnego obejrzenia można ją powiększyć.


Wchodzimy do twierdzy Bramą Giżycką
Gdybyśmy mogli obejrzeć twierdzę z lotu ptaka (nie mamy skrzydeł ale widać to na mapce), zauważylibyśmy, się pobudowano ją na planie nieregularnej gwiazdy o sześciu ramionach, stanowiących bastiony. Każdy z nich ma swoją nazwę – jest Herman, Ludwig, Leopold, Światło (Licht), Prawo (Recht) i Miecz (Shwert). Nazwy te składają się na imiona von Boyena, oraz jego dewizy herbowe. Wchodzimy bramą giżycką do „Miecza”, w którym usytuowano koszary, jedne z wielu na terenie twierdzy bo mieściła nawet i 3000 żołnierzy. Nad bramą podobizna von Boyena, zrekonstruowana dość niedawno po tym, jak Armia Czerwona po zajęciu twierdzy uznała oblicze starego generała za idealną tarczę strzelniczą.

















W budynku koszar, tam gdzie niegdyś na pryczach sypiali żołnierze, znajduje się muzeum, raczej skromne, z tego co mówi przewodnik, w jednym z remontowanych obecnie budynków ma być poważniejsze z bronią z epoki I i II wojny. Obecne eksponaty to trochę zardzewiałego szmelcu znalezionego na terenie twierdzy. Z ciekawostek – krata na górę przytargana z piwnic, gdzie znajdował się areszt (tam nie ma wejścia dla zwiedzających, ale ja i tak wlazłem i zrobiłem zdjęcie) i trochę grafik przedstawiających życie żołnierzy. Nad oknami stalowe pręty, na wypadek wrogiego ostrzału zawieszało się na nich 70 kilowe blachy, chroniące przed odłamkami.












W innych salach wystawa pamiątek z okresu Solidarnościowego podziemia – ulotki, druki, grafiki itp. Nawet modele milicyjnych ‘suk”.

Na wypadek jakby kto nie pamiętał, albo nie wiedział co to "suka".

Ale najfajniejsza z tego wszystkiego jest wystawa rzeźb i grafik, których tematyką są wierzenia ludowe i legendy mazurskie. Wiele z nich jest dla mnie nowe, lecz niektóre w zmienionych postaciach i innych okolicznościach występują też gdzie indziej.

Czarny Pies z Regułówki ma kartkę na nosie. Zdejmuję mu ją, żeby godnie wyszedł na zdjęciu. Wg legendy niegdyś chronił gospodarstwa uczciwego i pracowitego Bucholtza, któremu we znaki dawali się złodzieje. Pojawiał się nagle i patrzył na amatora cudzego mienia takim wzrokiem, że delikwentowi odechciewało się kradzieży.






















Diabelska łapa i Czarny Pies z Regółówki.

Podziemia koszar. Tu było więzienie.

Wychodzimy z koszar. Przed nami szlak czerwony, który pozwoli nam obejrzeć większość obiektów twierdzy.
Na terenie twierdzy były 4 punkty obserwacyjne, z czego trzy miały obrotowe wieżyczki obserwacyjne, jedna nowatorską nieruchomą. Ruchome niestety, jak to rzeczy ruchome wywędrowały z twierdzy, dziwnym trafem akurat wtedy, kiedy przybyli do niej czerwonoarmiści. Ostała się jedna i do niej zmierzamy. Podobno te ruchome nie były zbyt wygodne, obserwatora przypinano do siedziska pasami, na którym jeździł na szczyt wieżyczki i był przez to średnio mobilny. Tutaj zastosowano dwa podesty, z górnego wartownik łypał na okolicę spod grubej żelaznej kopuły, a w razie jakby coś wypatrzył niepokojącego, mógł szybko skomunikować się z niższego podestu przez cynkową rurę. Dziś najwyżej zobaczyłby drzewa, ale kiedyś wszystko wokół twierdzy było wycięte i miał widok na całą okolicę. Poniżej znajduje się warsztat amunicyjny. Ponieważ XIX wieczny proch strzelniczy był do kitu, wilgotniał i się brylił, więc pociski uzbrajano dopiero, gdy zachodziła potrzeba ich użycia. Gdy już je sklecono, wjeżdżały windą na górę, do stanowisk strzelniczych. Idąc dalej widzieliśmy takie stanowiska, z zasypanymi wgłębieniami na amunicje. W warsztacie kolejny przykład ciekawego i prostego rozwiązania ważkiego problemu. Jak do składu, gdzie pracuje się z łatwopalnymi prochami doprowadzić oświetlenie w czasach, gdy nie ma elektryczności? Lampa naftowa strącona ferworze walki na prochy, mogła bardzo szybko wysłać obrońców na łono Abrahama bez bezpośredniej ingerencji wroga. Otóż w grubym murze, pod sufitem znajdowało się małe okienko, z otwieranym przeszklonym lufcikiem. Wnęka była skośna i pomalowana na biało, lampę stawiano za szybką na zewnątrz. I mamy jasną sytuację. W ogóle wnętrze z ograniczoną ilością okien w grubym murze było ciemne, żeby je choć trochę rozjaśnić wpierw ściany bielono wapnem, a potem stosowano białą cegłę.




















Winda na pociski. Po prawej uchwyty na komunikację i kopuła stanowiska obserwacyjengo


Okno warsztatu. Dzięki takiej konstrukcji światło z postawionej po drugiej stronie lampy rozchodziło się po całym pomieszczeniu.

A teraz uwaga, zbliżamy się do pomieszczenia o dużym znaczeniu taktycznym, bomboodpornej latryny. Nie ma się co śmiać, nawet podczas walki, człowiek powinien choć w jednym miejscu mieć spokój, a wiadomo jak bardzo stresująca jest sytuacja w której nie można się spokojne opróżnić. Poza tym śmierć w wygódce nie należy do chwalebnych, jakież byłoby to epitafium, że Franz zginął na sraczu? W związku z czym żołnierze mieli niezbyt dyskretną, bo aż 6 osobową, ale bezpieczną latrynę. Odosobnioną pojedynczą mieli po bokach jedynie oficerowie.


Przechodzimy wałem ze stanowiskami armat do kolejnego bastionu, "Prawo".












Tu stały armaty. W tych zasypanych wgłębieniach przetrzymywano amunicję. Zawsze była to jakaś ochrona przed odłamkami i deszczem. Niefajnie wylecieć w powietrze na własnej bombie. Po prawej fortyfikacje ziemne widziane z wału.

Z góry obserwujemy laboratorium prochowe. To budowla w kształcie rotundy, wkopana w ziemię. Znów ciekawe rozwiązanie problemu oświetlenia przy pracy z wybuchowymi materiałami. Po prostu stanowisko znajdowało się na otwartej przestrzeni, wkopane w nieckę w terenie. Schodzimy z wału do kojca artyleryjskiego. Zwraca uwagę żelazna obręcz wkuta w sufit. Do niej przypinało się działo, żeby nie wyjechało za bardzo do tyłu bo strzale. Widzę, że okno było przebudowane, zmniejszone. To efekt wymiany dział, wprowadzono mniejsze, szybkostrzelne działka zbyt duży otwór nie był już potrzebny. Przechodzimy murowanymi korytarzami do piekarni. To podłużny budynek, z kilkunastoma pomieszczeniami w których znajdują się jeszcze resztki pieców chlebowych. To najniżej położona część twierdzy, do znajdującej się tu bramy wodnej, jak sama nazwa wskazuje kiedyś można było zapasy (np. mąkę) dostarczyć łodziami. Naprzeciw piekarni stoi schron dla wojska. I w środku znów ciekawostka. W tych grubych murach zbierała się wilgoć, więc założono w niej elektryczną wentylację. 100 lat temu! Jej resztki widać pod sufitem, zostały uchwyty rur. Ciemność i wilgoć gości w tych ruchliwych niegdyś miejscach.


Laboratorium.


Zaraz będziemy schodzić w dół do kojca artyleryjskiego, którego dach widać. Całość otacza tzw. mur Carnota.















Stanowisko działa w kojcu. U góry jego umocowanie, lufa sterczała przez okno na zewnątrz. Później zastąpiono je CKMem, lub działkiem szybkostrzelnym i zbyt wielki otwór okienny zamurowano.


Rzut okiem przez otwór strzelniczy.


Przejścia pod wałem.


Docieramy do piekarni.


Piekarnia (na prawo) i schron. W środku mocowania po wentylacji









Brama Wodna. Odbierano nią zaopatrzenie.

Kolejne budynki są już nieco zdewastowane, ale widać też, że odbywają się prace mające na celu przywrócenie twierdzy dawnej świetności. Odchodząc od bramy wodnej w kierunku majdanu - środkowej części twierdzy, widać dwa bliźniacze budynki, z dolepionymi na czubku dwoma białymi budkami. To spichlerze, w których po wojnie były zakłady produkujące sery. Te dobudówki to pozostałości po windach, całość strawił pożar i obecnie czekają na odrestaurowanie.
 
Jeden ze spichlerzy.
Obok stoi drugi, bliźniaczy,
tak samo nawet zeszpencony tą białą budą na górze

 
Ale oto, po minięciu raczej mało interesującego arsenału i baraku ćwiczeń wykonanego z „muru pruskiego” kolejny budynek o ciekawym zastosowaniu. Stacja gołębi pocztowych. Może zabrzmi to nieprawdopodobnie, ale w czasach I, a nawet II wojny gołębie były podstawą komunikacji między armiami. Bardziej niezawodny niż telegraf, którego mógł uciszyć jakiś dywersant, ucinając kabel. W czasach świetności stacjonowało tu 700 jednostek latających tego typu.



Naszemu przewodnikowi zaczyna się spieszyć, więc docieramy znów do bramy giżyckiej. My się nie spieszymy, więc wracamy jeszcze. Idziemy do bastionu Ludwig, pierwszy znajdujący się tam budynek to kolejne koszary. Tu znajduje się też stanowisko obserwacyjne z nieistniejącą obrotową wieżyczką. Została po niej dziura i resztki jakichś mocowań. Nie jest to jedyne takie stanowisko w tym bastionie. Kilkanaście metrów dalej stoi betonowy bunkier, w którym zamontowany był peryskop. To troszkę nowsza historia twierdzy, wybudowano go w roku 1913. W rok później jak już wspomniałem pojawili się tu Rosjanie, a wobec braku skuteczności kilku natarć, usiłowali z dowodzącym Hansem von Bosse pertraktować poddanie twierdzy. Jego odpowiedź brzmiała, że owszem, może ją im oddać, ale jako stertę gruzów.















Tam gdzie była wieżyczka widać niebieskie niebo. Obok bunkier z peryskopem w środku.



I autor pozdrawia z dachu bunkra.

Podczas II wojny światowej twierdza w obliczu wysoko rozwiniętej techniki militarnej traci na znaczeniu obronnym. Mieści się w niej szpital. Przegrywający wojnę Niemcy nie mają już ochoty jej bronić i sami wynoszą się z germańskiego Lotzen, które zmieni wkrótce nazwę na polskie Łuczany, a następnie Giżycko.

Wspierałem się przy pisaniu notki:
Wikipedią,
Stroną Twierdzy Boyen
Jarosław Chorzępa - Fortyfikacje (2007)
Własną pamięcią :)
Fotki są autorstwa grupy wycieczkowej pod wezwaniem dwóch panów R.
Plan twierdzy znalazłem na stronie alpinurek.pl, podobno można też tam wchodzić do jakichś dziur.
A w następnych notkach pokażę Wam złowieszczy Wilczy Szaniec.