wtorek, 26 sierpnia 2014

Spacer z Anką

2014-08-26
Gdy wybieramy się gdzieś z moją siostrą cioteczną, należy się spodziewać ubawu, albo niecodziennych wydarzeń. Korzystając z wolnego czasu i dość dobrej pogody w poniedziałek wybraliśmy się do Czerwonki, zabierając Małasa. Małas zażyczył sobie żelaznej porcji żywności i dodatkowego osprzętu w postaci kartki i ołówka - do narysowania ciekawych rzeczy w lesie.
Wrażenia estetyczne obcowania z naturą zakłócił nam już na wejściu wyjątkowo intensywny zapach... przypuszczalnie nawożonego gnojówką pola. Plątaliśmy się zatem kręcąc nosem.





Generalnie zbieraliśmy grzybki... troszkę mimochodem, bo zajmowaliśmy się też fotografowaniem wszystkiego, co uznaliśmy za ciekawe i dyskusjami z księżyca na różne mniej lub bardziej naukowe tematy, przeważnie dotyczące napotkanych okazów fauny i flory.
Ot np. taki grzyb...




To sromotnik bezwstydny, nazwa aż nadto adekwatna. Po łacinie jeszcze bardziej dosadna, phallus impudicus. Sromotnik natomiast, to bardzo stare polskie miano chultaja siejącego zgorszenie. Grzybek sieje zgorszenie kształtem, lecz przebywanie w jego sąsiedztwie nie tylko oczy narażają na obrazę, ale też nozdrza, bo śmierdzi niebywale. Zdjęcia robiliśmy mu na wdechu. Z tego powodu masowo zlatują się do niego muchy, gdyż zapach przypomina rozkładające się truchło. Muchy roznoszą zarodniki, którymi pokryty jest kapelusz. To nie koniec ciekawostek. To kuriozum wykluwa się mianowicie z jaja... Młody owocnik jest zupełnie biały i idealnie niemal okrągły. Wyrasta z niego grzyb, przebijając kapeluszem osłonę... A gdy się starzeje... cóż więdnie smętnie i zwisa na zgiętym wpół trzonie.



"- Co to jest?" - Tu siostra moja wygrzebała kijaszkiem kawał żelastwa z ziemi... Zapalnik pocisku artyleryjskiego. A parę sekund wcześniej padło pytanie "Co to za dziura?", na widok pokaźnej wyrwy w ziemi. Bardziej żartem strzeliłem, że lej po bombie, a teraz się okazuje, że daleki od prawdy najwidoczniej nie byłem. Słyszałem wprawdzie, że w Czerwonce sporo się poniewierało żelastwa tego typu, ale myślałem raczej że w ogrodzonej strefie lotniska na Bielicach. Małas nazbierał natomiast szereg bardzo ciekawych patyczków, które z zapałem znosi do domu ku konsternacji Kotoja (zapalnikiem też się zresztą nie zachwyciła...).
Chyba można powiedzieć, że każdy coś z tej wycieczki wyniósł...

Żelastwo za parę dni okaże się gorące...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz