piątek, 22 sierpnia 2014

Giżycko dzień 3

2014-08-22
Pora na powrót na Mazury, bo zapomnę co kiedy robiliśmy :).

Dziś upał ma osiągnąć swoje apogeum. A Ja czapkę zgubiłem gdzieś. Piaskowa patrolówka, wzór pustynna burza, bardzo mi wierna. Moje towarzystwo drwi sobie z moich lamentów. Ruszamy, mając w planie wieżę ciśnień, przerobioną na widokową i znów plażę. Idziemy powoli, w tempie ślimaczym. Zaglądamy a to do sklepu z ciuszkami, a to na lody, a to przysiadamy obok fontanny, na której roznegliżowana księżniczka zamierza pocałować żabę…


Giżycko jest ładnym miastem, ciągle w rozbudowie. Podczas pierwszej wojny wyburzono kawał zabudowy, by móc zauważyć z twierdzy nadchodzące wrogie armie, toteż przez większość naszego spaceru obserwujemy domy w miarę nowe (Ale nie tylko, jest tam parę zabytków, np. kościół ewangelicki). Zadbano jednak o stylistykę, co pozwala uniknąć widoku stalowo szklanych potworków nowoczesnej architektury.





















Urzekł nas ten niebieski domek. Niestety nijak nie mogłem uchwycić na zdjęciu wyjątkowości bliskiego sąsiedztwa starej lipy i budyneczku. Z bliska wygląda to dość... niesamowicie.

Docieramy w końcu do wieży. Na 5 piętro dojeżdża się windą, gdzie znajduje się przytulna kawiarenka, a na platformę widokową trzeba się przedreptać kręconymi schodami. Tam można sobie przysiąść, oglądając przy kawce okolice z lotu ptaka. Troszkę się poplątaliśmy, porobiliśmy zdjęcia i kopnęliśmy się w dół. Wystrój wieży to takie niby muzeum, w którym znajduje się mydło i powidło. Poroże zwierzaków, obrazy, stare zdjęcia, przedmioty codziennego użytku. Z ciekawostek zauważam niemieckojęzyczne wydanie biografii Księcia Józefa Poniatowskiego, autorstwa Szymona Askenazego. Mam reprint tego dzieła, dziwi mnie książka napisana przez polskiego historyka, w dodatku Żyda, o polskim bohaterze przełożona na język niemiecki i wydana w Gotha w roku 1912. Inna sprawa, że książę Poniatowski cieszył się szacunkiem w Europie jeszcze za życia i żal po nim przejawiano nie tylko na ziemiach polskich. Dzieciaki dostają pieczątkę na łapę i znów ruszamy na plażę, tym razem miejską.

























Zrobiliśmy masę zdjęć z wieży widokowej. Wybrałem taki mój numer 1.


Później od naszego gospodarza dowiadujemy się, że wybraliśmy dwie najgorsze z możliwych plaż. Ale 5 dni to stanowczo za mało na ogarnięcie wszystkiego, wyjazdy powinny trwać minimum dwa tygodnie, wtedy jest czas na wszystko, z myszkowaniem po terenie włącznie.
Miejska plaża ma jedną przewagę nad tą za LOKiem. Nie jest taka kamienista. Nad wydzielonymi dwoma strefami dla pływających i pływających inaczej czuwają ratownicy. Poza tym tłum i mętna woda, stragany z różnymi wabikami dla nieletnich, oraz rozmaitej kubatury przybytki serwujące jadło. Jak dla mnie najgorsze aspekty spędzania urlopu, ale cóż, młodzież wygląda na szczęśliwą.













Graffiti przy porcie




Dziś wracamy na jedzonko do domu. Wyczailiśmy wprawdzie jakąś stołówkę, ale okazała się... dziwna. Opustoszały korytarz zaprowadził mnie pod mało zachęcające drzwi:



Tak to jest, jak się włazi nie tam gdzie trzeba. Napotkana w końcu kobietka oświadczyła z przepraszającym uśmiechem, że do końca tygodnia nie obsługują.
Nazajurz planujemy wyjazd do Kwatery Hitlera. Odbywamy z Kotojką spacer na stację, żeby sprawdzić dojazd. Niby niedaleko, bo trzydzieści parę kilometrów, niby pociągi i autobusy dojeżdżają do pobliskiego Kętrzyna, a okazuje się to problem. Co dalej? Od Kętrzyna do Gierłoży jest z 8 kilometrów, a z dzieciakami z buta tyle nie obrócimy, dodatkowo jeszcze będzie trzeba trochę drogi przeznaczyć na zwiedzanie szańca. Decydujemy się na dojazd autem, troszkę nie bardzo zgodnie z przepisami, po któryś z ancymonów będzie bez fotelika. Ale jak inaczej się tam dostać? Okazuje się, że w pobliżu jest park miniatur Mazurlandia i tam też zamierzamy się dostać. Kładziemy się spać więc wcześniej…



I fruu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz