sobota, 23 sierpnia 2014

I pojechał!

2014-07-23
Wczoraj dziecię moje z wypiekami na twarzy odbyło samodzielną, bez wspomagań nijakich ze strony dodatkowych kółek, ani przytrzymującego rodzica jazdę na rowerku. Tato Jego, był dumny niesłychanie, gdyż jako osoba niezwykle nerwowa począł tracić cierpliwość i nadzieję, że ten moment w ogóle nastąpi.
Problemy zaczęły się od oburzenia na widok odkręcania kółek. "Jak to, przecież one mnie stabilizują!" Potem było tylko gorzej. Małas odkrył, że rower przewraca się, gdy jego stopy odrywają się od podłoża i przenoszą się na pedały. Tak wcześniej nie było. Ściskanie i kręcenie kierownicą podczas startu doprowadza do natychmiastowego końca jazdy na krawężniku, słupie, koszu na śmieci, jednym słowem wszystkim co w najbliższej okolicy. Zresztą to machanie spazmatyczne kierownicą i wyłapywanie wszelkich przeszkód największą wywoływało konsternację u mnie, bo nijak nie mogłem tych działań zrozumieć.
W ogóle nawet jak przejechał kilka metrów, to włosy dęba stawały, na ten widok, siedzącego jakoś bokiem i krzywo Małasa. A wszystkie okoliczne przeszkody miały właściwości magnesu, nawet jak zdawało się, że je ominie i tak w nie wjeżdżał.
A wczoraj... zacząłem śpiewać improwizowaną piosenkę o tym jak Małas jechać powinien. Biegłem obok truchcikiem i śpiewałem, bo mój Syn stwierdził, że to jest ten brakujący czynnik edukacyjny, który zaważył na opanowaniu sztuki samodzielnej jazdy. I jechał. I jechał, a ja puchłem z dumy, że był mimo wszystko wytrwały.
Nikt nigdy nie mógł strawić śpiewającego Radka, a tu proszę...
Cud, że obyło się bez poważniejszych obrażeń. Były wprawdzie jęki, "aucie" i popłakiwania (głównie ze złości, że się nie udaje), spadania, wywalania się z rowerem, obijania nóg pedałami... ale nie poszły na marne.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz