piątek, 8 sierpnia 2014

Twierdza Boyen

2014-08-08
Jak się okazało, nie na darmo twierdza nosi nazwę niezdobytej. Miałem ją zdobywać w jeden dzień a borykałem się z wpisem trzy. Przy okazji wyszło chyba na jaw, że mam poważnego... hyzia. Najchętniej bym zamieścił i poopisywał wszystkie zdjęcia. Mam nadzieję, że nie zanudzę...

Nasi zaborcy nie darzyli się zbytnio zaufaniem, ani sympatią mimo zgodnego przesunięcia granic kosztem Rzeczpospolitej (Akurat Giżycko było niemieckie już przed zaborami, ale o tym kiedy indziej). Już na początku XIX w. pruski minister wojny, generał von Boyen uznał giżycki przesmyk dzielący jeziora Niegocin i Kisajno za idealny pod względem strategicznym na budowę warowni, mającej na celu ochronę najdalej na wschód wysuniętych obszarów Prus. A niewiele by brakowało, żeby nic z tego nie wyszło, bo Prusacy chcieli... osuszyć jeziora. Von Boyen okazał się nader przewidujący, bo w końcu podczas I wojny przyszli tu Rosjanie i oblegając twierdzę połamali sobie na niej zęby, więc nosi ona miano także niezdobytej. Budowę twierdzy zakończono w 1855 i na cześć ojca, który niestety nie dożył tej chwili, nazwano „Feste Boyen” - twierdzą Boyen.

Będziemy ją dziś pacyfikować. Na poniższej mapce zaznaczyłem na czerwono trasę naszej wędrówki, w celu dokładnego obejrzenia można ją powiększyć.


Wchodzimy do twierdzy Bramą Giżycką
Gdybyśmy mogli obejrzeć twierdzę z lotu ptaka (nie mamy skrzydeł ale widać to na mapce), zauważylibyśmy, się pobudowano ją na planie nieregularnej gwiazdy o sześciu ramionach, stanowiących bastiony. Każdy z nich ma swoją nazwę – jest Herman, Ludwig, Leopold, Światło (Licht), Prawo (Recht) i Miecz (Shwert). Nazwy te składają się na imiona von Boyena, oraz jego dewizy herbowe. Wchodzimy bramą giżycką do „Miecza”, w którym usytuowano koszary, jedne z wielu na terenie twierdzy bo mieściła nawet i 3000 żołnierzy. Nad bramą podobizna von Boyena, zrekonstruowana dość niedawno po tym, jak Armia Czerwona po zajęciu twierdzy uznała oblicze starego generała za idealną tarczę strzelniczą.

















W budynku koszar, tam gdzie niegdyś na pryczach sypiali żołnierze, znajduje się muzeum, raczej skromne, z tego co mówi przewodnik, w jednym z remontowanych obecnie budynków ma być poważniejsze z bronią z epoki I i II wojny. Obecne eksponaty to trochę zardzewiałego szmelcu znalezionego na terenie twierdzy. Z ciekawostek – krata na górę przytargana z piwnic, gdzie znajdował się areszt (tam nie ma wejścia dla zwiedzających, ale ja i tak wlazłem i zrobiłem zdjęcie) i trochę grafik przedstawiających życie żołnierzy. Nad oknami stalowe pręty, na wypadek wrogiego ostrzału zawieszało się na nich 70 kilowe blachy, chroniące przed odłamkami.












W innych salach wystawa pamiątek z okresu Solidarnościowego podziemia – ulotki, druki, grafiki itp. Nawet modele milicyjnych ‘suk”.

Na wypadek jakby kto nie pamiętał, albo nie wiedział co to "suka".

Ale najfajniejsza z tego wszystkiego jest wystawa rzeźb i grafik, których tematyką są wierzenia ludowe i legendy mazurskie. Wiele z nich jest dla mnie nowe, lecz niektóre w zmienionych postaciach i innych okolicznościach występują też gdzie indziej.

Czarny Pies z Regułówki ma kartkę na nosie. Zdejmuję mu ją, żeby godnie wyszedł na zdjęciu. Wg legendy niegdyś chronił gospodarstwa uczciwego i pracowitego Bucholtza, któremu we znaki dawali się złodzieje. Pojawiał się nagle i patrzył na amatora cudzego mienia takim wzrokiem, że delikwentowi odechciewało się kradzieży.






















Diabelska łapa i Czarny Pies z Regółówki.

Podziemia koszar. Tu było więzienie.

Wychodzimy z koszar. Przed nami szlak czerwony, który pozwoli nam obejrzeć większość obiektów twierdzy.
Na terenie twierdzy były 4 punkty obserwacyjne, z czego trzy miały obrotowe wieżyczki obserwacyjne, jedna nowatorską nieruchomą. Ruchome niestety, jak to rzeczy ruchome wywędrowały z twierdzy, dziwnym trafem akurat wtedy, kiedy przybyli do niej czerwonoarmiści. Ostała się jedna i do niej zmierzamy. Podobno te ruchome nie były zbyt wygodne, obserwatora przypinano do siedziska pasami, na którym jeździł na szczyt wieżyczki i był przez to średnio mobilny. Tutaj zastosowano dwa podesty, z górnego wartownik łypał na okolicę spod grubej żelaznej kopuły, a w razie jakby coś wypatrzył niepokojącego, mógł szybko skomunikować się z niższego podestu przez cynkową rurę. Dziś najwyżej zobaczyłby drzewa, ale kiedyś wszystko wokół twierdzy było wycięte i miał widok na całą okolicę. Poniżej znajduje się warsztat amunicyjny. Ponieważ XIX wieczny proch strzelniczy był do kitu, wilgotniał i się brylił, więc pociski uzbrajano dopiero, gdy zachodziła potrzeba ich użycia. Gdy już je sklecono, wjeżdżały windą na górę, do stanowisk strzelniczych. Idąc dalej widzieliśmy takie stanowiska, z zasypanymi wgłębieniami na amunicje. W warsztacie kolejny przykład ciekawego i prostego rozwiązania ważkiego problemu. Jak do składu, gdzie pracuje się z łatwopalnymi prochami doprowadzić oświetlenie w czasach, gdy nie ma elektryczności? Lampa naftowa strącona ferworze walki na prochy, mogła bardzo szybko wysłać obrońców na łono Abrahama bez bezpośredniej ingerencji wroga. Otóż w grubym murze, pod sufitem znajdowało się małe okienko, z otwieranym przeszklonym lufcikiem. Wnęka była skośna i pomalowana na biało, lampę stawiano za szybką na zewnątrz. I mamy jasną sytuację. W ogóle wnętrze z ograniczoną ilością okien w grubym murze było ciemne, żeby je choć trochę rozjaśnić wpierw ściany bielono wapnem, a potem stosowano białą cegłę.




















Winda na pociski. Po prawej uchwyty na komunikację i kopuła stanowiska obserwacyjengo


Okno warsztatu. Dzięki takiej konstrukcji światło z postawionej po drugiej stronie lampy rozchodziło się po całym pomieszczeniu.

A teraz uwaga, zbliżamy się do pomieszczenia o dużym znaczeniu taktycznym, bomboodpornej latryny. Nie ma się co śmiać, nawet podczas walki, człowiek powinien choć w jednym miejscu mieć spokój, a wiadomo jak bardzo stresująca jest sytuacja w której nie można się spokojne opróżnić. Poza tym śmierć w wygódce nie należy do chwalebnych, jakież byłoby to epitafium, że Franz zginął na sraczu? W związku z czym żołnierze mieli niezbyt dyskretną, bo aż 6 osobową, ale bezpieczną latrynę. Odosobnioną pojedynczą mieli po bokach jedynie oficerowie.


Przechodzimy wałem ze stanowiskami armat do kolejnego bastionu, "Prawo".












Tu stały armaty. W tych zasypanych wgłębieniach przetrzymywano amunicję. Zawsze była to jakaś ochrona przed odłamkami i deszczem. Niefajnie wylecieć w powietrze na własnej bombie. Po prawej fortyfikacje ziemne widziane z wału.

Z góry obserwujemy laboratorium prochowe. To budowla w kształcie rotundy, wkopana w ziemię. Znów ciekawe rozwiązanie problemu oświetlenia przy pracy z wybuchowymi materiałami. Po prostu stanowisko znajdowało się na otwartej przestrzeni, wkopane w nieckę w terenie. Schodzimy z wału do kojca artyleryjskiego. Zwraca uwagę żelazna obręcz wkuta w sufit. Do niej przypinało się działo, żeby nie wyjechało za bardzo do tyłu bo strzale. Widzę, że okno było przebudowane, zmniejszone. To efekt wymiany dział, wprowadzono mniejsze, szybkostrzelne działka zbyt duży otwór nie był już potrzebny. Przechodzimy murowanymi korytarzami do piekarni. To podłużny budynek, z kilkunastoma pomieszczeniami w których znajdują się jeszcze resztki pieców chlebowych. To najniżej położona część twierdzy, do znajdującej się tu bramy wodnej, jak sama nazwa wskazuje kiedyś można było zapasy (np. mąkę) dostarczyć łodziami. Naprzeciw piekarni stoi schron dla wojska. I w środku znów ciekawostka. W tych grubych murach zbierała się wilgoć, więc założono w niej elektryczną wentylację. 100 lat temu! Jej resztki widać pod sufitem, zostały uchwyty rur. Ciemność i wilgoć gości w tych ruchliwych niegdyś miejscach.


Laboratorium.


Zaraz będziemy schodzić w dół do kojca artyleryjskiego, którego dach widać. Całość otacza tzw. mur Carnota.















Stanowisko działa w kojcu. U góry jego umocowanie, lufa sterczała przez okno na zewnątrz. Później zastąpiono je CKMem, lub działkiem szybkostrzelnym i zbyt wielki otwór okienny zamurowano.


Rzut okiem przez otwór strzelniczy.


Przejścia pod wałem.


Docieramy do piekarni.


Piekarnia (na prawo) i schron. W środku mocowania po wentylacji









Brama Wodna. Odbierano nią zaopatrzenie.

Kolejne budynki są już nieco zdewastowane, ale widać też, że odbywają się prace mające na celu przywrócenie twierdzy dawnej świetności. Odchodząc od bramy wodnej w kierunku majdanu - środkowej części twierdzy, widać dwa bliźniacze budynki, z dolepionymi na czubku dwoma białymi budkami. To spichlerze, w których po wojnie były zakłady produkujące sery. Te dobudówki to pozostałości po windach, całość strawił pożar i obecnie czekają na odrestaurowanie.
 
Jeden ze spichlerzy.
Obok stoi drugi, bliźniaczy,
tak samo nawet zeszpencony tą białą budą na górze

 
Ale oto, po minięciu raczej mało interesującego arsenału i baraku ćwiczeń wykonanego z „muru pruskiego” kolejny budynek o ciekawym zastosowaniu. Stacja gołębi pocztowych. Może zabrzmi to nieprawdopodobnie, ale w czasach I, a nawet II wojny gołębie były podstawą komunikacji między armiami. Bardziej niezawodny niż telegraf, którego mógł uciszyć jakiś dywersant, ucinając kabel. W czasach świetności stacjonowało tu 700 jednostek latających tego typu.



Naszemu przewodnikowi zaczyna się spieszyć, więc docieramy znów do bramy giżyckiej. My się nie spieszymy, więc wracamy jeszcze. Idziemy do bastionu Ludwig, pierwszy znajdujący się tam budynek to kolejne koszary. Tu znajduje się też stanowisko obserwacyjne z nieistniejącą obrotową wieżyczką. Została po niej dziura i resztki jakichś mocowań. Nie jest to jedyne takie stanowisko w tym bastionie. Kilkanaście metrów dalej stoi betonowy bunkier, w którym zamontowany był peryskop. To troszkę nowsza historia twierdzy, wybudowano go w roku 1913. W rok później jak już wspomniałem pojawili się tu Rosjanie, a wobec braku skuteczności kilku natarć, usiłowali z dowodzącym Hansem von Bosse pertraktować poddanie twierdzy. Jego odpowiedź brzmiała, że owszem, może ją im oddać, ale jako stertę gruzów.















Tam gdzie była wieżyczka widać niebieskie niebo. Obok bunkier z peryskopem w środku.



I autor pozdrawia z dachu bunkra.

Podczas II wojny światowej twierdza w obliczu wysoko rozwiniętej techniki militarnej traci na znaczeniu obronnym. Mieści się w niej szpital. Przegrywający wojnę Niemcy nie mają już ochoty jej bronić i sami wynoszą się z germańskiego Lotzen, które zmieni wkrótce nazwę na polskie Łuczany, a następnie Giżycko.

Wspierałem się przy pisaniu notki:
Wikipedią,
Stroną Twierdzy Boyen
Jarosław Chorzępa - Fortyfikacje (2007)
Własną pamięcią :)
Fotki są autorstwa grupy wycieczkowej pod wezwaniem dwóch panów R.
Plan twierdzy znalazłem na stronie alpinurek.pl, podobno można też tam wchodzić do jakichś dziur.
A w następnych notkach pokażę Wam złowieszczy Wilczy Szaniec.

1 komentarz:

  1. proszę podać źródło skąd zaczerpnięta została mapka twierdzy lub zgłosić się do autora z prośbą o zgodę na publikację

    OdpowiedzUsuń