niedziela, 28 września 2014

Rekonstrukcja obrony Sochaczewa

2014-09-28 Z roku na rok jakoś rekonstrukcja Bitwy nad Bzurą jest dla mnie coraz mniej nęcąca. W tym roku było mało sprzętu, mało liczna grupa rekonstrukcyjna, ale za to ludzi przybyło sporo. Ponieważ teren jest taki, jaki jest, całość imprezy mogli obejrzeć ci, którzy stłoczyli się wokół barierki i loża vipów. Reszta oglądała plecy oraz wąchała dym palonej słomy i prochu strzelniczego. Niemcy i tak wygrali, jak zwykle. Nie chcę mówić że było źle. Ale porównując imprezę z rozmachem tej sprzed lat dwóch, można zauważyć tendencję spadkową. A szkoda, bo miałem wrażenie, że wraz z przeniesieniem jej z Brochowa do Sochaczewa nabiera rozmachu.
Najciekawszy moment to bombardowanie naszych oddziałów przez wrogi samolot. Luftwaffe odegrała decydującą rolę w przełamaniu polskiej obrony. Wystarczy wspomnieć przeprawę w Witkowicach, gdzie jak okiem sięgnąć widać było rozbite tabory, końskie truchła i poległych żołnierzy. Zdarzało się jednak, że piechota zdołała "zdjąć" natręta, tak jak inscenizacji, gdzie pilot zdołał odlecieć po bezpośrednim trafieniu.




niedziela, 21 września 2014

Smutny Początek września

Po licznych przeprowadzkach rodzina moja osiadła na czas jakiś na ulicy Staszica, naprzeciw straży, w domu należącym na spółkę do Janiszewskiego i Rotchimla (jak się później dowiedziałem Rotchimlowie tylko administrowali tym budynkiem), gdzie wcześniej znajdowało się biuro cechów rzemieślniczych. Dom miał wtedy jednopiętrową oficynę wychodzącą na ulicę Kozią, dalej natomiast nie było już prawie nic oprócz gruntów ornych. Dorywalscy zajmowali parter, sąsiadując z piętro wyżej mieszkającymi państwem Skupińskich i państwem Trakulów.


Tu stał ten dom, chyba że to ten sam przebudowany.

Tam właśnie zastała ich wojna. Jej pierwsze znaki to rozbrzęczane nagle niebo, które przestało już być przyjazne. Przekonali się o tym rychło mieszkańcy... Idących ulicą Kozią między polami buraków ludzi wypatrzył pilot messerschmidtta i najwyraźniej poczuł się w swojej latającej maszynie panem życia i śmierci, bo począł krążyć nad nimi jak wściekły szerszeń, ryjąc ziemię ogniem z pokładowych karabinów kaliber 7,92 mm. Przerażeni ludzie rozpierzchli się po polu, szukając schronienia wśród buraczanych liści... Niemiec szatkował je zaś z upodobaniem pociskami, niczym jakąś wielką sałatkę. Żyd jakiś w panice na klęczkach głośno zaczął się modlić do Boga, nie zważając na nawoływania pozostałych, by się położył i leżał nieruchomo. Lilka* leżała jak placek i odważyła się podnieść i uciec dopiero, gdy przycichły silniki samolotu, nie odwracając się nawet za siebie.
Pradziadkowie rychło opuścili Sochaczew, chroniąc się w Grądach, rodzinnej wsi prababci Weni i powrócili dopiero wtedy, gdy Niemcy zaczęli tworzyć w Polsce swój nowy ład.
Dlaczego pilot wykazał się takim barbarzyństwem?
Sönke Neitzel docierając do alianckich archiwów, znalazł stenogramy rozmów wziętych do niewoli żołnierzy niemieckich podsłuchanych w celi. Wydał nawet książkę "Podsłuchane", i poniższy fragment wyjaśnia, co się dzieje ze zwyczajnymi ludźmi podczas wojny.

"Drugiego dnia wojny w Polsce musiałem zrzucić bomby na dworzec w Poznaniu. Osiem z szesnastu bomb spadło na miasto, prosto na domy. Nie podobało mi się to. Trzeciego dnia nic mnie to nie obchodziło, a czwartego dnia sprawiło mi to przyjemność. "

Jednym z pierwszych budynków Sochaczewa, które padły ofiarą niemieckich bomb był kościół pod wezwaniem św. Wawrzyńca. Organiście Stanisławowi Ochalskiemu serce się krajało na widok zniszczenia, jakie dokonuje się w jego kościele, o pomoc prosił też proboszcz. Począł ratować monstrancje, księgi parafialne, wszystko co w jego oczach stanowiło wartość. Kilkakrotnie wchodził do Domu Bożego, gdzie szalały płomienie, wpuszczone przez germańską czeladź diabła. Ileż można kusić los? Odłamek pocisku dosięgnął go w końcu i Pan Stanisław zmarł tego samego dnia, kiedy zginął kościół. Odłamek poszarpał mu na pierwszy rzut oka tylko nogę, przewieziono go do szpitala, gdzie lekarz zdecydował o amputacji, lecz okazało się, że żelazo wdarło się też do jelit i wątroby...
Córka Stanisława Ochalskiego była pierwszą żoną mojego dziadka... Zmarła tuż po wojnie, zakażając się włośnicą. Ale to już inna tragedia.




Zrujnowany kościół


Tablica umieszczona w głównej nawie kościoła w Sochaczewie.
*Moja Babcia

Jubileusz klubu kolekcjonerów


Klub istnieje 15 lat, choć ja pojawiam się tam od chyba 6. Tym razem było uroczyściej, bo rozdaliśmy sobie dyplomy. Bardzo przyjemnie jest dostać jakiś dyplom, tym bardziej, że od czasów szkolnych żadnego nie dostałem. Był burmistrz, był przedstawiciel lokalnej prasy, który cyknął nam fotkę i w ogóle pełna kultura. 
 
(fot. Archiwum Ziemi Sochaczewskiej)

czwartek, 18 września 2014

Wilczy Szaniec cz 2

2014-09-18
Oczywiście mógłbym dysponując mapką, przewodnikiem po bunkrach i porobionymi przez nas zdjęciami odbyć podróż krok po kroku, opisując gdzie co było i kto tam siedział. Ale że nie są to jakoś urozmaicone obiekty, wydaje mi się że tak dokładna retrospekcja byłaby po prostu nudna. Kompleks robi wrażenie, (albo i nie robi, zależy co kto lubi) podczas zwiedzania, zdjęcia nie oddają chyba ogromu zniszczenia i rozmiarów tych zabudowań. Żeby rozpirzyć takie molochy, użyto do kilkunastu nawet ton ładunków wybuchowych na jeden bunkier. Na ogół wyglądało to tak, że jedna ściana wypychana była siłą eksplozji, rozlatując się na kawały i siejąc wokół bryłami betonu, a w jej miejsce walił się częściowo strop. I tak idąc do pierwszego bunkra, tzw Gästebunker, czyli gościnnego, widzimy niemal cały front, tak jakby stał nienaruszony. Dopiero zaglądając z tyłu, widać, że to tylko sterta potłuczonego żelbetu. I tak wygląda większość zabudowań szańca. Gdzieniegdzie z tego rumowiska da się wyłowić jakieś szczegóły. Niektóre fragmenty pozwalają na wejście do środka, ale bez latarki nie ma to sensu, można co najwyżej powybijać sobie zęby, a i tak kończy się dojściem do jakiegoś zwaliska. Tak wyglądają bunkry ciężkiego typu, w wysadzanie zabudowań ceglanych, garaży, domów mieszkalnych itp. Niemcy się nie bawili. Z tymi uporał się czas, demontując je równie skutecznie to trotyl. Straszą pustymi oczodołami okien i kłami nacieków zwisającymi z sufitu budynki służb stenograficznych i dowódcy służb bezpieczeństwa, tuż obok bunkra gościnnego. Zresztą bryły tego ostatniego doleciały tutaj, kiereszując je dotkliwie. Plączemy się tu mieszając z jakąś niemiecką rodziną, atakują nas jakieś nazistowskie komary. Rozplaszczam jednego na ręku, tworząc niewielką krwawą plamę, na co drobna Niemka nawet wzdycha ze współczuciem, mam nadzieję że nie nad owadem dojącym słowiańską krew…



Bunkier Gościnny z przodu...


I z tyłu


Murowane budynki wyglądają w większości tak jak na zdjęciu. To akurat pomieszczenie stenotypistów

Ze względu na zabagniony teren i wysoki poziom wód gruntowych zrezygnowano z rycia pod ziemią, w czym Niemcy się lubowali. Ale zbliżamy się do wzniesienia na którym stał bunkier sekretarza Adolfa, Martina Bormanna i przed nim znajduje się jedyny podziemny magazyn żywności. Widać tylko zakratowane schodki prowadzące pod ziemię.
Pod przechyloną ścianę bunkra Bormanna, ktoś nawkładał gałęzi i patyków, które udają podpory. Istotnie wygląda to, jakby się zaraz miało przewalić i chyba każdy robi sobie tu podobne zdjęcie udając Atlasa.


Przechylona ściana bunkra Bormanna (rym niezamierzony)

Ponieważ Bormann zawsze trzymał się blisko wodza, nie trzeba daleko szukać bunkra Hitlera. Schron Adolfa jest wielki i zachował się cały front, popękany jednak w kilku miejscach. Prawdziwa Piramida Hitleropsa, jak ją nazwał Rafał. Oprócz grubych ścian był chroniony stanowiskami dział przeciwlotniczych i gniazdami karabinów maszynowych, obok niego znajdował się mniejszy ochrony przeciwlotniczej. Eksplozja wywaliła jego wieżyczkę na bok, a kilkutonowe bloki z jego konstrukcji zwaliły się do sąsiadującego z nim basenu przeciwpożarowego. Zachodząc gniazdo Wilka od tyłu widzimy tylko rumowisko porośnięte drzewami, niczym w jakichś Górach Świętokrzyskich. O nienaturalności całego miejsca świadczą tylko jeżące się zewsząd stalowe pręty i stalowe tregle. Prawdziwa orgia zniszczenia oszalałych gigantów.


Bunkier Hitlera.


I nasza gromadka
























Ściany się rozstąpiły pokazując swoje stalowe wnętrzności... Resztę czas przykrył zielenią.

Wywalona wieżyczka bunra przeciwlotniczego

Sąsiadem Hitlera z drugiej strony był Hermann Goering. Łaziliśmy wewnątrz jego bunkra, natrafiłem nawet na pomięte jak papier stalowe drzwi wciśnięte między betonowe złogi. Goering miał tu niedaleko do dyspozycji luksusowy domek, w którym poprawiał sobie przed kominkiem humor whiskaczem i maryśką. Ale i tak nienawidził tego miejsca i pryskał kiedy tylko mógł na polowanie do Krępkowic na Kaszubach. Dziś jego dom w Szańcu to ruina, jednakowoż widać w nim pozostałości terakoty i kominka.
























Tam gdzie da się wejść podziwiać możemy tylko gruzy.


Hołd dla całkowitej destrukcji

Siedlisko marszałka rzeszy i zarazem głównego łowczego (sam sobie wymyślił ten tytuł dla siebie), to najdalej wysunięte punkty Szańca na trasie naszej wycieczki. Zatoczywszy koło wokół bunkra wracamy do wyjścia. Po drodze mijamy głównie raczej dobrze zachowane budynki ceglane, kasyno, garaże, kotłownię, ba, nawet kino mieli. W jednym z tych pomieszczeń jest strzelnica i jakiś sklepik z pamiątkami, ale było tam dość drogo i zresztą nic ciekawego. Ostatnim punktem zwiedzania jest bunkier łączności, przez który można przejść na wylot…

Halt!

Na pożegnanie kupujemy w automacie pamiątkową monetę – medal i ruszamy dalej w drogę. Przed nami Mazurolandia, park miniatur i atrakcji dla dzieci.

środa, 17 września 2014

Wilczy Szaniec cz. 1

2014-09-17
30 lipca udaliśmy się zgodnie z planem do Wolfshanze, czyli Wilczego Szańca w Gierłoży. Ta buńczuczna nazwa pochodzi od przydomku samego Hitlera, „Wilk” to jego przedwojenny pseudonim partyjny. Ów Wilk czmychnął w końcu z szańca przed zbliżającym się frontem wschodnim, a niemieccy żołnierze wysadzili go w powietrze, pozostawiając w gierłoskim lesie tysiące ton betonu i poskręcanych drutów zbrojeniowych. Stąd śmieszyły mnie komentarze w necie, że oprócz żelastwa i betonu nie ma tam co oglądać… A czego się tu spodziewać?
Niemcy zaczęli budować to betonowe wesołe miasteczko jesienią 1940 roku, przygotowując się do ataku na ZSRR. Z początku były to niezbyt pokaźne budynki, posiadające nawet okna. Potem, w miarę większego zagrożenia ze strony zbliżającego się frontu, obudowywano je grubymi na 4 metry żelbetonowymi ścianami i 9 metrowymi stropami, tworząc budowle wysokie gdzieś na 20 metrów. Żeby je zamaskować, na wierzchu sadzono drzewka, kładziono sztuczną trawę i krzaki, czym zajmowała się wyspecjalizowana firma ogrodnicza Seitenspinner. Pod tysiącami metrów siatki maskującej tętniło życie, jeździły auta, maszerowali żołnierze, którzy mieli swoje kino, kasyno i diabli wiedzą jakie inne atrakcje.


Za dodatkową opłatą można się po bunkrach przjechać wozem bojowym. Ze względu na koszty benzyny do tych potworów, nie jest to tania atrakcja.


To pierwszy budynek przy wejściu, obecnie hotel i restauracja. Dawniej biurowiec Gwardii Hitlera. Na dachu rosły jakieś drzewka, a te rury sterczące u stropu odprowadzały nadmiar wody.

Od Giżycka Szaniec jest oddalony o około 25 km, krętej drogi, która bujała w górę i w dół, aż biednego Małasa zemdliło. Na szczęście przed samym celem. Wysiedliśmy zaraz na parkingu, gdzie pełno było aut pielgrzymów z Germanii do ziemi przeklętej. Gdzie bym się nie ruszył niemieckie szprychanie. Znajduje się tu miejsce kultu – resztki baraku w którym von Stauffenberg dokonał zamachu na Hitlera. Po ostatniej wojnie naród niemiecki nie może się poszczycić zbyt wielką liczbą bohaterów, więc chwyta się brzytwy. Sam Stauffenberg nie jest bohaterem mojej bajki. Był nazistą, który uważał, że miejsce narodów podbitych jest pod butem i batem rasy panów. W Tunezji został ranny, stracił oko, prawą rękę i dwa palce lewej. Leżąc w szpitalu miał dużo czasu na kwaśne rozmyślania. Wówczas istniał już spisek za plecami Adolfa, wyżej postawieni oficerowie zdawali sobie sprawę, że tysiącletnia rzesza idzie na dno właśnie przez niego. Żeby zachować część podbitych terytoriów, postanowili dać aliantom na tacy głowę fuhrera, a rozgoryczony Stauffenberg idealnie nadawał się do roli głównego kelnera. Jak wiadomo nie udało się i spiskowcy skończyli źle, albo bardzo źle.


Tyle zostało z baraku, w który zamachnięto się na Adolfa.

Nie mniej jednak postawiono Stauffenbergowi pamiątkowy obelisk przed resztkami słynnego baraku, który znajduje się nieopodal wejścia. Dla mnie dużo ciekawszy i na miejscu jest obelisk poświęcony saperom, którzy rozminowywali bunkry.
Niemcy zaminowali pas szeroki na 800 metrów i długi na 11 kilometrów, zmiennym systemem, używając 7 rodzajów min, z czego 3 były hybrydami, nie stosowanymi nigdzie indziej. Niektóre były nierozbrajalne, inne w szklanych obudowach uniemożliwiających ich wykrycie innym sposobem niż nadepnięcie. Wyciąganie tego żelastwa zajęło w dwóch etapach 10 lat od 1945 do 1955. W pierwszym podjął się tego cudem uchowany przedwojenny jeszcze oficer Edmund Józefowicz, ale dopiero por. Widłak, podczas drugiego etapu rozminowania rozwikłał system, jakim Niemcy kładli miny. Był to największy pas zapory minowej zastosowany do tej pory, zdetonowano ich 54 tysiące. Zginęło 3 saperów, z tego co wiadomo z powodu lekkomyślności, bo mieli miny detonować, a nie rozbrajać.


Pamiątkowe obeliski.

Mijając pamiątkowe obeliski i pozostałości pierwszych budynków gwardii Hitlera ruszamy w tą przedziwną krainę, gdzie czas wymieszał beton z zielenią lasów i mchów.

wtorek, 16 września 2014

Kartka z Pamiętnika

2014-10-16
Ciocia Basia przywiozła mi tą małą karteczkę, pisaną ręką dziadka Bolka dla siostry Heli, czyli Jej mamy. Który to mógł być rok? Z pewnością lata przedwojenne. Stroniczka zdążyła już zżółknąć ze starości.

Wiersz Asnyka idealnie pasuje na wpis do pamiętnika. Dla mnie to nostalgiczna konkluzja o przemijaniu i o tym, żeby wobec faktu ulotności życia i czasu chwytać dni pełnymi garściami. Oczywiście analizatorzy poezji widzą w nim jakieś polemiki z romantykami, że niby żyli chwałą przeszłości itd. Dziadek z pewnością żadnych polemik nie miał na uwadze, wypisując swoim zamaszystym charakterem pisma poniższe strofy.





Jeszcze słów kilka o adresatce wiersza, którą pamiętam już jako kobietę dość leciwą.
Za mojej pamięci dziadek utrzymywał kontakty z dwojgiem rodzeństwa, choć braci i sióstr miał więcej. Być może jednak wtedy już nie żyli. Znam imiona niektórych z nich, mam też zdjęcie jednej z sióstr - Klementyny. Ale Ciotka Hela... hmm toż to prawie rodzinny folklor! Powiem szczerze, że nijak nie mogę sobie Jej wyobrazić, jako miłośniczki Asnyka, czy poezji w ogóle, ale każdy kiedyś był młody, a wtedy inne struny w duszy człowieka grają... Zarówno babcia Lilka, jak i ciotka Helena uwielbiały mówić. Obydwie też podobną miały manierę mówienia, żywiołową i nie zostawiającą rozmówcy czasu na jakieś wtręty, czy pytania. Oczywiście starcie tych osobistości zawsze owocowało swoistą stereofonią, kiedy obydwie strony dostaczecznie się już rozochociły.
Dziadek był wtedy biedny. Wciśnięty w swoim ulubionym foteliku między palmę a sekretarzyk przy łóżku, wyłączał się całkowicie z konwersacji, całość uwagi poświęcając krzyżówce. Zapytany o coś, z reguły o potwierdzene zdania jednej albo drugiej strony, prychał tylko coś gniewnie i wracał do swojego zajęcia.
Dla mnie natomiast rozmowy babci z bratową były na tyle ciekawe, że nagrałem pewnego razu jedną na magnetofon marki "Wilga", który dostałem na komunię. Nie słychać było wprawdzie charakterystycznego nadawania na dwa głośniki, bo sprzęt obsługiwał tylko nagrywanie w mono, ale kasetę mam do dziś i nawet usiłowałem jej kilka lat temu odsłuchać, zanim padł mi ostatni kaseciak. Może będzie szansa nagrać to na płytę, są teraz zakłady oferujące takie usługi.
A temat był chyba wtedy o Licheniu... Ciotka opowiadała o jakichś niezwyczajnych cudach, które miały tam miejscu podczas Jej wizyty, Babce natomiast nie stało w pewnym momencie pobłażliwości i zasugerowała dość dosadnie, że opowieść jest wyssana z palca, co oczywiście przeniosło dyskusję na kolejny szczebel nasilenia.
W ogóle Helcia była osobą gorliwie wierzącą i mającą jakieś dziwne konatakty ze światem pozagrobowym. Opowiadała jakieś sny, różne przypadki, które ją spotykały na jawie i we śnie wraz z ich interpretacją. Chyba wiele z nich tłumaczyła sobie, a potem innym jakimiś wizytami z zaświatów.
Przyznam się po latach, że trochę mi przykro, gdyż kobiecina lubiła mnie i była dla mnie zawsze bardzo życzliwa, ja natomiast mając lat 10 nie pałałem jakąś żarliwym uczuciem do ciotki, jej pojawienie się u nas zawsze wprowadzało pewien zamęt. Jakiś komentarz wymknął mi się jednak z ust tylko raz, choć wtedy się chyba na chwilę nawet na mnie obraziła. Dziś pewnie miałbym dla niej więcej szacunku i sympatii, ale jak mówił poeta:

Daremne żale - próżny trud,
Bezsilne złorzeczenia!
Przeżytych kształtów żaden cud
Nie wróci do istnienia.

Świat wam nie odda, idąc wstecz,
Znikomych mar szeregu -
Nie zdoła ogień ani miecz
Powstrzymać myśli w biegu.

Trzeba z żywymi naprzód iść,
Po życie sięgać nowe...
A nie w uwiędłych laurów liść
Z uporem stroić głowę.

Wy nie cofniecie życia fal!
Nic skargi nie pomogą -
Bezsilne gniewy, próżny żal!
Świat pójdzie swoją drogą.

piątek, 12 września 2014

2014-09-12
Zima 1957... Wszyscy przygotowywują się do Świąt Bożego Narodzenia. No może jacyś gorliwi towarzysze uznają to za przesąd i relikt czasów, które nie wrócą i udają że nic się nie dzieje. W sklepach mimo wszystko gorączka przedświąteczna trwa, a moja przyszła rodzina także wybiera się do Warszawy zakupy. A tam na Bankowym ruch... W jakimś domu handlowym choinki, bombki, prezenty... Jest Mikołaj, albo może adekwatnie do tamtych czasów niemocy i wschodnich lodowatych wiatrów Dziad Mróz, ale rola ta sama - sprawianie dziatwie radośći. Mała Gosia interesowała się chyba niezmiernie tym błyszczącym, migotliwym światem.
Dziecięce oczy wypatrzyły coś w tej feeri barw i blasków, rączka podążyła za wzrokiem a pan fotograf właśnie ten moment zdziwienia i zaciekawienia utrwalił na kliszy. Chyba było w zdjęciu coś wyjątkowego, skoro zaproponowano umieszczenie go na okładce świątecznego wydania "Twojego Dziecka".




Święta dopiero za 3 miesiące, wpis idealny na grudniowy wieczór. I dużo i mało, ale jakoś nie chce mi się czekać z tą notką do zimy. Gdyby nie to zdjęcie, nidy bym nie zobaczył unikalnego, bo zaklętego w czasie minionym, dziecięcego zachwytu mojej Mamy.

poniedziałek, 8 września 2014

Dziadka Bolka i brata jego Klemcia eskapady

W sobotę odbyło się pożeganie lata, ostatnie ognisko u koleżanki na działce. Siedzieliśmy do wieczora, korzystając z ostatnich ciepłych chwil tego roku.
W niedzielę byliśmy u dawno nie widzianej rodziny. I powiem szczerze, że spotkanie po latach było niezwykle udane i miłe. Było sporo wspomnień o rodzinie, zjazdach w Szymanowie i słynnych ucieczkach dziadka i jego brata wpierw od żon, a potem do nich.
Pomysł wyjazdu do rodziny kiełkował im czasem nawet podczas wynoszenia śmieci, być może po jakiejś różnicy poglądów z współmałżonką. Dziadek wychodził z domu i lądował gdzieś u rodziny (nie było to notoryczne, nie mniej jednak zdarzyło się raz czy dwa). Powody jestem w stanie zrozumieć, Babcia Ala jak się rozkręciła nad jakimś tematem, mogła go wałkować do upadłego. Nawet dziś, będąc 94 letnią staruszką nie straciła nic a nic na sile głosu. Dziadek z reguły nie reagował. Rozwiązywał sobie krzyżówkę, siedząć w swoim ulubionym fotelu. Brak reakcji chyba tylko babkę nakręcał,  a przecież co za dużo...
Innym razem, po jakiejś zakrapianej imprezie rodzinnej jednak tak zatęsknił za swoją Lilcią, że udał się pieszo do oddalonego o 16 kilometrów domu w Sochaczewie i to w środku nocy. Ponieważ w domu nocowało więcej osób, ktoś jednak angielskie zniknięcie dziadka Bolcia zauważył i siostrzenica jego, wraz z mężem wsiedli w wysłużoną wierną syrenkę by go odszukać i przywieźć z powrotem. A wujo był już ostro "zmęczony" imprezowaniem, na szczęście było to w latach, kiedy w nocy na drodze nie było żadnego auta, a i w dzień nie zdarzały się zbyt często. Odnaleźli go niemal w połowie drogi i dowieźli już w ramiona Babci Ali. Droga powrotna była ciężka. Wujek przysypiał podczas jazdy, w zasadzie akrobatycznymi zdolnościami prowadzenia auta w warunkach ekstremalnych z bocznego siedzenia wykazywała się ciotka, docierając do domu z pokładającym się na kierownicy do snu mężem...
Po powrocie też było wesoło. Żeńska część rodziny, siostry dziadka i kuzynki miały odmawiać różańce w intencji bezpiecznego powrotu uciekiniera. Posnęły ponoć podczas tej zbożnej czynności, z różańcami w rękach, w przedziwnych pozach. Być może podczas ich snu mogłoby powstać jakieś dzieło obrazujące strudzonych modlitwą orantów?
Stryj Klemek miał podobne pomysły. Byli z dziadkiem bardzo zżyci, jeszcze za mojej pamięci gdy się spotykali, jako już ludzie starsi, witali się bardzo serdecznie i mogli godzinami rozprawiać o wszystkim i niczym. Stryj odwiedził razu pewnego moich dziadków podczas wakacji w Młodzieszynie. Spędzali tam całe lato, wynajmując Izbę od jakichś gospodarzy. Bracia nie mogli się rozstać. Klemcio w końcu wsiadł do autubusu PKS, drzwiami obok kierowcy, tylko po to, by... za chwilę wysiąść drzwiami z tyłu.
Ostatnią wielką ucieczkę odbył tuż przed śmiercią, chorując już na cukrzycę, z niewładnymi w pełni nogami, na wózku inwalidzkim. Dojechał na nim z domu w Leonowie na stację kolejową w Kornelinie i wsiadł do pociągu do Sochaczewa. Koniecznie chciał się zobaczyć jeszcze z ukochanym bratem.

czwartek, 4 września 2014

Marzenie o Gujanie

Nie pamiętam dokładnie, kiedy ojczulkowi zakiełkował pomysł wyprawy (a nawet zamieszkania) do Gujany Francuskiej, ale było to kilka lat temu. Rzekomo miał tam już przygotowaną bazę u jakiegoś koleżki. Osłupiałej rodzinie oświadczył po prostu, że rychło wyjeżdża i rozpoczął przygotowania, czyli szczepienia przeciwko egzotycznym choróbskom i zbieranie funduszy. Niektórzy się śmiali, inni cokolwiek przestraszyli, jeszcze inni do końca nie wierzyli, ale cóż... Miał zabrać się z owym znajomym przy okazji jego wizyty w Polsce, lecieć wpierw do Paryża, następnie innym lotem do Gujany. Nie wiem, co to był za facet... rzekomo Polak, który służył ileś tam lat w Legii Cudzoziemskiej, potem zdecydował się osiąść właśnie w Gujanie Francuskiej i otworzyć knajpę u wybrzeży Atlantyku, postać wg. mnie conajmniej podejrzana.
Nigdy się nie dowiedziałem czemu akurat Gujana. Przecież chyba nie dlatego, że nie trzeba było tam wyrabiać paszportu, bo to terytorium Francji, jak tłumaczył. Od zwiedzania regionu nazywanego ze względu na klimat "zielonym piekłem", powinien odstraszać los i zapiski nijakiego Raymonda Mufrais. Raymond również uparł się na Gujanę, a dokładniej na pokonanie 700 kilometrowej drogi przez dżunglę do gór Tumuc-Humac, gdzie miał nadzieję znaleźć jakieś zaginione plemiona indiańskie.

"To jedno z najgorszych miejsc na świecie. Mordercza dżungla, węże, atakujące na rzece kajmany, robactwo, wilgoć, parzące słońce i 40-stopniowy upał, przed którym nie ma ucieczki. Nie bez powodu ta najstraszniejsza dżungla świata określana była mianem zielonego piekła."

Zielone Piekło pochłonęło Mufraisa bez śladu, odnaleziono jedynie jego zapiski, te ostatnie bardzo dramatyczne, młody podróżnik praktycznie już konał z wycieńczenia i głodu.

Oczywiście ojcarz mój nie zamierzał pokonywać dżungli z maczetą i plecakiem. Nie ma 23 lat jak Raymond, a piesze długie wycieczki nie są w jego stylu. Poza tym nawet w naszych łagodnych letnich upałach nie funkcjonuje najlepiej, oblewając się potem przy najmniejszym wysiłku i przybierając barwę świeżo ugotowanego raka, co dopiero tam. A mimo to decyzja wydawać by się mogło zapadła. Szczepionki zrobione, termin wyjazdu umówiony... Tyle, że nagle jego kontakt w Gujanie nabrał wody w usta. Myślę, że dopóki sprawa była w sferze swobodnych rozmów, gość był chętny, lecz gdy nabrała znamion realności, strefił i wcale mu się nie dziwię. Ojciec oświadczył, że w takim razie jedzie sam. Popatrzyliśmy na siebie z Kotojem.
- No i trzeba będzie lecieć na lotnisko do Paryża i go ściągać, przecież zaginie już tam...
Raczej miała rację, wątpię żeby ojcu udało się wydostać z Francji. Ani angielskiego, ani francuskiego, doświadczenia z podróży ograniczające się do przejazdów Itercity i autokarem... On sam chyba doszedł do tego samego wniosku, bo temat Gujany wymydlił się sam. Nie mniej jednak tatusiek jeszcze się czasem odgraża: "- Zobaczycie, sprzedam wszystko i jeszcze kiedyś tam pojadę!"...
Bon Voyage...

poniedziałek, 1 września 2014

Weekendowo - wycieczkowo

2014-09-01
Jak to padać miało w weekend... Tymczasem nic z tego nie wynikło i mogłem oddać się buszowaniu po terenie z Małasem. Najbardziej poszkodowana była Kotojka, która goniła w piętkę przez cały weekend. Otóż w niedzielę odbywały się targi rodzinne i niestety była konieczna jej obecność na stoisku. Nie wiem, czemu podział obowiązków wygladał akurat tak, że moja żona miała załatawiać wszystko, od ulotek, do wydruków, pakowania nagród itd, itp, a jej "koleżanka" ograniczyła się do zabrania stołu do auta, ale zaskutkowało to położeniem się jej do łóżka około godziny 2 w nocy i całodniowej nieobecności w domu w niedzielę. My natomiast olaliśmy imprezę całkowicie, z tego powodu, że wstęp na nią kosztował dorosłego osobnika 10 zł. Można było w ten sposób złożyć się na wycieczkę do krytych plaż "Tropical Islands" pod Berlinem dla jakiegoś szczęśliwca. Zamiast tego wybraliśmy się w sobotę do lasu. Matuchno, ile tam było ludzi... W lesie znaczy się. A to kilka drzew na krzyż zaledwie, do przejscia wzdłuż i w szerz w 20 minut. Nawet jednak tam sypnęło się trochę grzybów, więc nazbierałem nawet pół reklamówki, na które w domu rzuciła się uwielbiająca je Babcia.
Co tam jednak parę grzybków. W niedzielę poszliśmy z moją ciotką i siostrą cioteczną do opuszczonego sadu za torami. Tam nie było ludzi, natomiast drzewa uginały się od śliwek i jabłek. Było dość ciepło, ale wewnątrz sadu utworzył się jakiś dziwny mikroklimat, sprawiający złudzenie wnętrza sauny. Roślinność opuszczona przez człowieka wybujała do góry, trawy i mimozy były prawie mojego wzrostu. Przedzieranie się przez tą dżunglę było nie lada sztuką, myślałem co chwila o konieczności zabrania ze sobą maczety. W takiej gęstwie można było zapomnieć o jakimkolwiek przewiewie, tony opadłego owocu fermentowało pod drzewami, wytwarzając słodkawą, ciężką woń, a miejscami dodatkowe pułpapki w postaci ślizgawek (tak, tak, nie tylko nasi rolnicy przejechali się na jabłuszkach...)
Finałem naszego myszkowania po krzaczorach było około 30 kg jabłek i 7 kg śliwek. Ciotka robi z nich 1000 rodzajów przetworów na zimę - od typowych prażonych jabłek do słoika, powideł i pasteryzowanych soków, do mniej typowych powideł kakakowych i mieszanek śliwek z jabłkami. Te ostatnie wyjątowo ciekawe w smaku. Na miejscu po powrocie została zrobiona szarlotka z kaszą manną, a Małas poił się świeżo wyciśniętym sokiem z marchwii i jabłek.
Aha, trzeba pamiętać, że sad jest Sabiny... Nazwa pochodzi od żartu ciotki, po napotkaniu w nim dwóch chłopaków, którzy kiedyś także wpadli na jabłuszka.
- I co ta Sabina ma zamiar zrobić z tym sadem?
Młodzieńcy ponoć się stropili, przepraszając i tłumacząc się, że nie wiedzieli, że sad ma jeszcze jakiegoś właściciela.
Pozostaje pytanie, kim u licha jest Sabina?




Sweet Green Hell




Nasz łup

A dziś Małas poszedł pierwszy raz po wakacjach do zerówki. Chyba się spodobało, bo nie chciał wracać do domu. Skwaszony całą drogę powrotną był. Okazało się też, że rodzice wyposażyli niektóre swoje pociechy w telefony komórkowe. Posunięcie byłoby mądre, gdyby dziecko chodziło już gdzieś samo, ale sześciolatkowi, który czas znajduje się pod opieką dorosłych? Dziwny trend, który muszę wybić z głowy naszemu synowi.

"Roku pamiętnego" 1939, dzieci, które w piątkowy poranek poszły do szkoły, miały w kolejnych dniach kolejne, przedłużone o 6 lat wakacje. Albo miały inną szkołę - rzeczy, których nie powinno uczyć się, ani poznawać żadne dziecko. Niestety, ludzie jako zbiorowość to krótka pamięć, albo co najmniej wybiórcza. Dlatego tą datę trzeba przypominać zawsze, wszędzie i każdemu. Ciekaw wojny jest tylko ten, kto nie widział jej z bliska. Albo psychopata.