poniedziałek, 8 września 2014

Dziadka Bolka i brata jego Klemcia eskapady

W sobotę odbyło się pożeganie lata, ostatnie ognisko u koleżanki na działce. Siedzieliśmy do wieczora, korzystając z ostatnich ciepłych chwil tego roku.
W niedzielę byliśmy u dawno nie widzianej rodziny. I powiem szczerze, że spotkanie po latach było niezwykle udane i miłe. Było sporo wspomnień o rodzinie, zjazdach w Szymanowie i słynnych ucieczkach dziadka i jego brata wpierw od żon, a potem do nich.
Pomysł wyjazdu do rodziny kiełkował im czasem nawet podczas wynoszenia śmieci, być może po jakiejś różnicy poglądów z współmałżonką. Dziadek wychodził z domu i lądował gdzieś u rodziny (nie było to notoryczne, nie mniej jednak zdarzyło się raz czy dwa). Powody jestem w stanie zrozumieć, Babcia Ala jak się rozkręciła nad jakimś tematem, mogła go wałkować do upadłego. Nawet dziś, będąc 94 letnią staruszką nie straciła nic a nic na sile głosu. Dziadek z reguły nie reagował. Rozwiązywał sobie krzyżówkę, siedząć w swoim ulubionym fotelu. Brak reakcji chyba tylko babkę nakręcał,  a przecież co za dużo...
Innym razem, po jakiejś zakrapianej imprezie rodzinnej jednak tak zatęsknił za swoją Lilcią, że udał się pieszo do oddalonego o 16 kilometrów domu w Sochaczewie i to w środku nocy. Ponieważ w domu nocowało więcej osób, ktoś jednak angielskie zniknięcie dziadka Bolcia zauważył i siostrzenica jego, wraz z mężem wsiedli w wysłużoną wierną syrenkę by go odszukać i przywieźć z powrotem. A wujo był już ostro "zmęczony" imprezowaniem, na szczęście było to w latach, kiedy w nocy na drodze nie było żadnego auta, a i w dzień nie zdarzały się zbyt często. Odnaleźli go niemal w połowie drogi i dowieźli już w ramiona Babci Ali. Droga powrotna była ciężka. Wujek przysypiał podczas jazdy, w zasadzie akrobatycznymi zdolnościami prowadzenia auta w warunkach ekstremalnych z bocznego siedzenia wykazywała się ciotka, docierając do domu z pokładającym się na kierownicy do snu mężem...
Po powrocie też było wesoło. Żeńska część rodziny, siostry dziadka i kuzynki miały odmawiać różańce w intencji bezpiecznego powrotu uciekiniera. Posnęły ponoć podczas tej zbożnej czynności, z różańcami w rękach, w przedziwnych pozach. Być może podczas ich snu mogłoby powstać jakieś dzieło obrazujące strudzonych modlitwą orantów?
Stryj Klemek miał podobne pomysły. Byli z dziadkiem bardzo zżyci, jeszcze za mojej pamięci gdy się spotykali, jako już ludzie starsi, witali się bardzo serdecznie i mogli godzinami rozprawiać o wszystkim i niczym. Stryj odwiedził razu pewnego moich dziadków podczas wakacji w Młodzieszynie. Spędzali tam całe lato, wynajmując Izbę od jakichś gospodarzy. Bracia nie mogli się rozstać. Klemcio w końcu wsiadł do autubusu PKS, drzwiami obok kierowcy, tylko po to, by... za chwilę wysiąść drzwiami z tyłu.
Ostatnią wielką ucieczkę odbył tuż przed śmiercią, chorując już na cukrzycę, z niewładnymi w pełni nogami, na wózku inwalidzkim. Dojechał na nim z domu w Leonowie na stację kolejową w Kornelinie i wsiadł do pociągu do Sochaczewa. Koniecznie chciał się zobaczyć jeszcze z ukochanym bratem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz