środa, 17 września 2014

Wilczy Szaniec cz. 1

2014-09-17
30 lipca udaliśmy się zgodnie z planem do Wolfshanze, czyli Wilczego Szańca w Gierłoży. Ta buńczuczna nazwa pochodzi od przydomku samego Hitlera, „Wilk” to jego przedwojenny pseudonim partyjny. Ów Wilk czmychnął w końcu z szańca przed zbliżającym się frontem wschodnim, a niemieccy żołnierze wysadzili go w powietrze, pozostawiając w gierłoskim lesie tysiące ton betonu i poskręcanych drutów zbrojeniowych. Stąd śmieszyły mnie komentarze w necie, że oprócz żelastwa i betonu nie ma tam co oglądać… A czego się tu spodziewać?
Niemcy zaczęli budować to betonowe wesołe miasteczko jesienią 1940 roku, przygotowując się do ataku na ZSRR. Z początku były to niezbyt pokaźne budynki, posiadające nawet okna. Potem, w miarę większego zagrożenia ze strony zbliżającego się frontu, obudowywano je grubymi na 4 metry żelbetonowymi ścianami i 9 metrowymi stropami, tworząc budowle wysokie gdzieś na 20 metrów. Żeby je zamaskować, na wierzchu sadzono drzewka, kładziono sztuczną trawę i krzaki, czym zajmowała się wyspecjalizowana firma ogrodnicza Seitenspinner. Pod tysiącami metrów siatki maskującej tętniło życie, jeździły auta, maszerowali żołnierze, którzy mieli swoje kino, kasyno i diabli wiedzą jakie inne atrakcje.


Za dodatkową opłatą można się po bunkrach przjechać wozem bojowym. Ze względu na koszty benzyny do tych potworów, nie jest to tania atrakcja.


To pierwszy budynek przy wejściu, obecnie hotel i restauracja. Dawniej biurowiec Gwardii Hitlera. Na dachu rosły jakieś drzewka, a te rury sterczące u stropu odprowadzały nadmiar wody.

Od Giżycka Szaniec jest oddalony o około 25 km, krętej drogi, która bujała w górę i w dół, aż biednego Małasa zemdliło. Na szczęście przed samym celem. Wysiedliśmy zaraz na parkingu, gdzie pełno było aut pielgrzymów z Germanii do ziemi przeklętej. Gdzie bym się nie ruszył niemieckie szprychanie. Znajduje się tu miejsce kultu – resztki baraku w którym von Stauffenberg dokonał zamachu na Hitlera. Po ostatniej wojnie naród niemiecki nie może się poszczycić zbyt wielką liczbą bohaterów, więc chwyta się brzytwy. Sam Stauffenberg nie jest bohaterem mojej bajki. Był nazistą, który uważał, że miejsce narodów podbitych jest pod butem i batem rasy panów. W Tunezji został ranny, stracił oko, prawą rękę i dwa palce lewej. Leżąc w szpitalu miał dużo czasu na kwaśne rozmyślania. Wówczas istniał już spisek za plecami Adolfa, wyżej postawieni oficerowie zdawali sobie sprawę, że tysiącletnia rzesza idzie na dno właśnie przez niego. Żeby zachować część podbitych terytoriów, postanowili dać aliantom na tacy głowę fuhrera, a rozgoryczony Stauffenberg idealnie nadawał się do roli głównego kelnera. Jak wiadomo nie udało się i spiskowcy skończyli źle, albo bardzo źle.


Tyle zostało z baraku, w który zamachnięto się na Adolfa.

Nie mniej jednak postawiono Stauffenbergowi pamiątkowy obelisk przed resztkami słynnego baraku, który znajduje się nieopodal wejścia. Dla mnie dużo ciekawszy i na miejscu jest obelisk poświęcony saperom, którzy rozminowywali bunkry.
Niemcy zaminowali pas szeroki na 800 metrów i długi na 11 kilometrów, zmiennym systemem, używając 7 rodzajów min, z czego 3 były hybrydami, nie stosowanymi nigdzie indziej. Niektóre były nierozbrajalne, inne w szklanych obudowach uniemożliwiających ich wykrycie innym sposobem niż nadepnięcie. Wyciąganie tego żelastwa zajęło w dwóch etapach 10 lat od 1945 do 1955. W pierwszym podjął się tego cudem uchowany przedwojenny jeszcze oficer Edmund Józefowicz, ale dopiero por. Widłak, podczas drugiego etapu rozminowania rozwikłał system, jakim Niemcy kładli miny. Był to największy pas zapory minowej zastosowany do tej pory, zdetonowano ich 54 tysiące. Zginęło 3 saperów, z tego co wiadomo z powodu lekkomyślności, bo mieli miny detonować, a nie rozbrajać.


Pamiątkowe obeliski.

Mijając pamiątkowe obeliski i pozostałości pierwszych budynków gwardii Hitlera ruszamy w tą przedziwną krainę, gdzie czas wymieszał beton z zielenią lasów i mchów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz