środa, 29 października 2014

Zimno w domu

2014-10-29
Nadszedł w końcu ten czas, kiedy bez dodatkowych starań docieplających w domu nie da się komfortowo przebywać bez koców i ciepłych skarpet. Odkąd pamiętam, ogrzanie naszego mieszkania było nie lada wyzwaniem z kilku co najmniej powodów. Jest przedstawicielem starego budownictwa, co oznacza wysokie sufity i duże pomieszczenia, szybko się wychładzające. Najbardziej kłopotliwe było to za mojego dziecięctwa, bo wyrwanie mnie w zimę z ciepłej pościeli równało się wręcz hipotermii… Jako dziecko też targałem na drugie piętro wiadra z węglem, bo do dziś mamy taki zabytek jak piece kaflowe. Wprawdzie nie pamiętam kiedy ostatnio paliło się w nich węglem, bo zamontowano w nich w nich ogrzewanie elektryczne jak byłem bardzo mały, ale węglem opalana była dość długo kuchnia, także kaflowa. Ta kuchnia to była niezła atrakcja muszę przyznać. Chyba nigdy nie zapomnę tych garów z kapustą, pyrkających nad fajerkami, między którymi prześwitywał pomarańczowy płomień… Lubiłem po kryjomu pryskać na fajerki wodą z małej psikawki i wyobrażać sobie, że prowadzę ostrzał jakiejś wrogiej bazy kosmicznej, bo parująca w oka mgnieniu woda sprawiała wrażenie małych eksplozji. W ogóle kuchnia wydawała szereg interesujących dźwięków, pykającej pokrywki, furgoczącego ognia, pękających w środku węgli, czy sapiącej wody, ulatującej z garków. Nad kuchnią wisiał olbrzymi bojler, pamiętający czasy przedwojenne, przywieziony z ruin Warszawy tuż po wojnie. Nagrzanie wody w nim trochę trwało, ale wykąpać się byliśmy w stanie wszyscy. A jakie pasztety i ciasta powstawały w piekarniku…
No dobra, ale miałem o zimnie opowiadać, a nie roztaczać sielską wizję kuchennego pomieszczenia… Gdy się w niej nie paliło, rano można było podziwiać pomalowane mrozem szyby, a przy oddechu unosiły się obłoczki pary. Tutaj dochładzało jeszcze przedziwne ustrojstwo, pozostałość po Niemcu, który w czasie okupacji zajmował lokal. Otóż ten Niemiec, miał coś w rodzaju lodówki, czy chłodni, po której został tylko sterczący z sufitu kawał rury. Z tej rury, pomimo zapchania jej plikiem gazet wiał przeraźliwy ziąb. I to nawet w lato, jak się wyjęło te gazety wiało chłodem. Ot taki ciekawy odprysk germańskiej wynalazczości, który zlikwidowaliśmy też stosunkowo niedawno ucinając boshem i zatykając zaprawą.
Mój pokój znajdował się przy ścianie bocznej budynku, ta natomiast emanowała piwniczną wręcz aurą, którą upodobał sobie grzyb, sadowiący się w rogu zarówno kuchni, jak i mojej komnaty. Wieloletnią walkę z nim zakończyło dopiero dobudowanie domu obok i ocieplenie chałupy, ale to akurat czasy nie tak dawne.
A i okna. Piękne, z mosiężnymi fantazyjnymi okuciami i klameczkami… Powypaczane jak diabli po 50 letniej wysłudze. Uszczelniając je na zimę, ładowaliśmy w nie z dziadkiem nie tylko uszczelki, ale nawet paski filcu, watę, styropian. A i tak przepuszczały zimno.
Dziś wprawdzie budynek jest już po licznych remontach, wymieniono okna, ocieplono go. Tylko niestety instalacja zamontowana w piecach ponad 30 lat temu zaczyna się sypać. Jedyny działający piec znajduje się w pokoju babki, my dogrzewamy się olejakiem.
Podobno człowiek przebywający w niższej temperaturze jest zdrowszy, niż standardowy piecuch. I faktycznie, chorowałem raczej rzadko, a moja tolerancja na niskie temperatury była znacznie zawsze wyższa niż innych osób. Ale powiedzmy sobie szczerze – wszyscy wolą ciepło od zimna.

sobota, 25 października 2014

Wizyta w muzeum

2014-10-24  
Dziś jak tylko zobaczyłem, że jest dwa stopnie na minusie, ale suche chodniki postanowiłem mimo wszystko jechać do roboty rowerem. Polar, kurteczka i jedziemy. Wydaje mi się, że od tych jazd lepiej się czuję, mam więcej energii.
A wczoraj byłem w muzeum. Podobno lokalny dyrektor to najdłużej panujący dyrektor w historii powojennego muzealnictwa w Polsce. Niestety, takie przyspawanie do stanowiska nie sprzyja jakości pracy tej szacownej instytucji. Jest tam wszakże zatrudnionych kilku ludzi z prawdziwą pasją i posiadających odpowiednie wykształcenie, ale mam wrażenie, że przytłacza ich szara rzeczywistość.
Jakoś tak na początku lata zaniosłem swoje zeskanowane zbiory na użytek muzeum, pytając się czy w zamian nie mogliby mi udostępnić swoich skanów. Odpowiedź była twierdząca, tylko poproszono mnie bym zgłosił się po Dniach Sochaczewa, gdyż teraz mają zajęcie z organizowaniem stoisk itd. Zgłosiłem się grubo po czerwcowych dniach Sochaczewa bo w październiku i był to chyba błąd... Już wtedy, kiedy przyszedłem ze zdjęciami tak naprawdę zainteresowana była przeglądaniem jedna osoba, reszta patrzyła na mnie wzrokiem "idź stąd", ale spuściłem to na karb zbliżających się uroczystości. Tylko moja żona zinterpretowała sygnały chyba bardziej poprawnie jako "mamy to w nosie".
Wczoraj skierowano mnie do gabinetu dyrektora i rozmowa przebiegła tak:
- Nie mamy, czasu, zajęci jesteśmy, trzeba się umawiać... - I zerwał się zza biurka, idąc w moim kierunku, generalnie w celu chyba wyjścia z gabientu wraz ze mną, by wraz z drzwiami zamknąć dalszą dyskusję.
Rozśmieszyło mnie to, że są zajęci. Czym? W tym roku odbyły się dwie wystawy, ludzi praktycznie nie ma... Na publikacje nie ma funduszy, choć może i projekty jakieś powstają... Straszny zastój. Na terenie Sochaczewa działa kilka stowarzyszeń czy instytucji zajmujących się historią i mam wrażenie, że ich współdziałanie przebiega na zasadzie konkurencji, a nie współpracy.
Bąknąłem coś, że się umawialiśmy i stwierdziłem, że nic tu po mnie. Coś jednak chyba zatrybił, bo się spytał czy dawałem jakieś zdjęcia. No dawałem. W tym miejscu zainterweniował pracownik muzeum (ten zainteresowany), z którym rozmawiałem wcześniej. Wyłuszczył w skrócie w czym rzecz. I tak za chwilę nastąpiła kaskada powtarzających się kilkakrotnie zdań, - co pan chce, co pan przyniósł, a czy my mamy co dać... Czekałem tylko, że finalnym bedzie "A kim pan jest i czego chce?" Wynikało by z tego, że dyrektor jest w stanie psychicznym nienajlepszym i chyba jak standardowy 70latek powinien udać się na emeryturę. No bo jak w takim razie wygląda rozmowa z przedstawicielami jakichś innych instytucji, czy gości, skoro włodarz ważnej placówki kulturalnej zapomina po 5 minutach o czym była mowa chwilę wcześniej?
Wyszedłem lekko sfrustrowany, tym bardziej że większość zdjęć miałem, choć nie powiem jestem zadowolony i z tych, część była w lepszej jakości, parę zupełnie dla mnie nowa.
Nie wiem do końca jak jest z zamieszczaniem zdjęć na stronach. Prawa autorskie ma autor zdjęcia, a nie jego posiadacz, odbitek może być przecież i 100 i posiadanie którejś nie czyni nikogo właścielem pełni praw. Wygasają po 70 latach od śmierci autora zdjęć, wcześniej ma je jego rodzina. W przypadku zdjeć z okresu okupacji próżno poszukiwać ich autorów, bo większość i tak nie żyje. Czy posiadacz zdjęcia ma pawo wymagać ode mnie usunięcia fotki ze strony? Chyba w takim przypadku nie warto się handryczyć po prostu...

piątek, 24 października 2014

Dziś jak tylko zobaczyłem, że jest dwa stopnie na minusie, ale suche chodniki postanowiłem mimo wszystko jechać do roboty rowerem. Polar, kurteczka i jedziemy. Wydaje mi się, że od tych jazd lepiej się czuję, mam więcej energii. A wczoraj byłem w muzeum. Podobno lokalny dyrektor to najdłużej panujący dyrektor w historii powojennego muzealnictwa w Polsce. Niestety, takie przyspawanie do stanowiska nie sprzyja jakości pracy tej szacownej instytucji. Jest tam wszakże zatrudnionych kilku ludzi z prawdziwą pasją i posiadających odpowiednie wykształcenie, ale mam wrażenie, że przytłacza ich szara rzeczywistość. Jakoś tak na początku lata zaniosłem swoje zeskanowane zbiory na użytek muzeum, pytając się czy w zamian nie mogliby mi udostępnić swoich skanów. Odpowiedź była twierdząca, tylko poproszono mnie bym zgłosił się po Dniach Sochaczewa, gdyż teraz mają zajęcie z organizowaniem stoisk itd. Zgłosiłem się grubo po czerwcowych dniach Sochaczewa bo w październiku i był to chyba błąd... Już wtedy, kiedy przyszedłem ze zdjęciami tak naprawdę zainteresowana była przeglądaniem jedna osoba, reszta patrzyła na mnie wzrokiem "idź stąd", ale spuściłem to na karb zbliżających się uroczystości. Tylko moja żona zinterpretowała sygnały chyba bardziej poprawnie jako "mamy to w nosie". Wczoraj skierowano mnie do gabinetu dyrektora i rozmowa przebiegła tak: - Nie mamy, czasu, zajęci jesteśmy, trzeba się umawiać... - I zerwał się zza biurka, idąc w moim kierunku, generalnie w celu chyba wyjścia z gabientu wraz ze mną, by wraz z drzwiami zamknąć dalszą dyskusję. Rozśmieszyło mnie to, że są zajęci. Czym? W tym roku odbyły się dwie wystawy, ludzi praktycznie nie ma... Na publikacje nie ma funduszy, choć może i projekty jakieś powstają... Straszny zastój. Na terenie Sochaczewa działa kilka stowarzyszeń czy instytucji zajmujących się historią i mam wrażenie, że ich współdziałanie przebiega na zasadzie konkurencji, a nie współpracy. Bąknąłem coś, że się umawialiśmy i stwierdziłem, że nic tu po mnie. Coś jednak chyba zatrybił, bo się spytał czy dawałem jakieś zdjęcia. No dawałem. W tym miejscu zainterweniował pracownik muzeum (ten zainteresowany), z którym rozmawiałem wcześniej. Wyłuszczył w skrócie w czym rzecz. I tak za chwilę nastąpiła kaskada powtarzających się kilkakrotnie zdań, - co pan chce, co pan przyniósł, a czy my mamy co dać... Czekałem tylko, że finalnym bedzie "A kim pan jest i czego chce?" Wynikało by z tego, że dyrektor jest w stanie psychicznym nienajlepszym i chyba jak standardowy 70latek powinien udać się na emeryturę. No bo jak w takim razie wygląda rozmowa z przedstawicielami jakichś innych instytucji, czy gości, skoro włodarz ważnej placówki kulturalnej zapomina po 5 minutach o czym była mowa chwilę wcześniej? Wyszedłem lekko sfrustrowany, tym bardziej że większość zdjęć miałem, choć nie powiem jestem zadowolony i z tych, część była w lepszej jakości, parę zupełnie dla mnie nowa. Nie wiem do końca jak jest z zamieszczaniem zdjęć na stronach. Prawa autorskie ma autor zdjęcia, a nie jego posiadacz, odbitek może być przecież i 100 i posiadanie którejś nie czyni nikogo właścielem pełni praw. Wygasają po 70 latach od śmierci autora zdjęć, wcześniej ma je jego rodzina. W przypadku zdjeć z okresu okupacji próżno poszukiwać ich autorów, bo większość i tak nie żyje. Czy posiadacz zdjęcia ma pawo wymagać ode mnie usunięcia fotki ze strony? Chyba w takim przypadku nie warto się handryczyć po prostu...

wtorek, 21 października 2014

Z wizytą u Pani Marii

Zgasły kolory i słoneczne lśnienia na fasadach budynków. Przyszła w końcu taka jesień, jaka przyjść nieuchronnie musiała, słotna, mżysta i wietrzna. Nie pamiętam takiego roku, żeby moje wyjazdy do lasu ograniczone zostały do kilku zaledwie wizyt. Grzybów na zimę nie ma prawie wcale, zdjęć też nie porobiłem zbyt wielu w lesie. Zakopałem się natomiast w dawnych historiach i rzetelne ich opisywanie ich nie jest już takie proste jak spontaniczne wpisy na bloga.
Odwiedziłem moją dawną nauczycielkę z ogólniaka, panią profesor Marię i myślę że z tej okazji napiszę kilka słów, zanim przejdę do wyników swojej późniejszej, a w zasadzie naszej, bo byłem z kolegą, wizyty w Niepokalanowie w zeszły czwartek.
Otóż Pani Maria to postać niemal już legendarna w historii sochaczewskiego szkolnictwa. Choć obcnie jest na emeryturze, to powiem w czasie teraźniejszym, że JEST nauczycielką w każdym calu, jedną z nielicznych z powołania. I to od lat wczesnych powojennych. Podejrzewam, że trudno było Jej się odnaleźć w PRLowskiej rzeczywistości. Pochodzi z głęboko wierzącej rodziny, a ustrój komunistyczny w programie edukacyjnym tępił religijność. Lawirowanie w tym programie i zachowanie spokoju sumienia, nie było z pewnością łatwe.
Uczyła wpierw mojego ojca, a później mnie, tuż przed emeryturą. Potrafiła lekcje tak prowadzić, że wszyscy słuchali w milczeniu, nawet ci, którzy niezbyt humanistyczne przedmioty kochali. Nasza klasa musiała wręcz stoczyć walkę, by mogła nas doprowadzić do matury, bo w ostatnim roku komuś na gwałt zaczęło nagle zależeć, by wysłać starą kadrę nauczycielską na emeryturę.
18 lat minęło od tamtej pory, kiedy na maturze ustnej z „polaka” usiłowałem sobie przypomnieć nazwisko lekarza z Dżumy Camusa (Othon, dziś pozapominałem wszystkie nazwiska oprócz tego). Nic dziwnego, że gdy nagle stanąłem przed drzwiami swojej dawnej „pani psor”, nie poznała mnie. Nie przeszkodziło to w serdecznej rozmowie, a jeszcze gdy powiedziałem, że zbieram opowieści i zdjęcia ze starego Sochaczewa, okazało się, że ze starszą Panią można rozprawiać godzinami.
W sumie to niewiele się zmieniła. Ubyło Jej tylko energii i pamięć zauważyłem że nie jest już taka jak kiedyś, jak brzytwa. Ale mówimy o 80 latce, bez jednego roku. I tak moim zdaniem nieźle się trzyma.
Pani Maria zaczęła mi opowiadać jedną ciekawą historię o księdzu Garncarku, proboszczu Sochaczewskim w latach 1919-1927. Ja kopiąc w swoich zbiorach znalazłem fotografię tego księdza wraz ze Stowarzyszeniem Katolickiej Młodzieży Żeńskiej. Podarowałem odbitkę tego zdjęcia Pani Marii, gdyż wśród dziewcząt znajdowała się Jej mama. Miło mi było, że sprawiłem przyjemność tym drobnym bądź co bądź gestem swojej dawnej nauczycielce, a starsza pani się wręcz wzruszyła.
Te rozmowy to i tak dopiero początek mojej podróży w przeszłość, którą rozpocząłem drobnymi kroczkami od niedawna. Tyle wciągających rzeczy jest wśród nas, a czas tak szybko mija nie pozwalając się na nich wszystkich skupić. I pamięć ludzka też bywa zawodna…
Ale napiszę i o księdzu Garncarku i o innych rzeczach...

czwartek, 16 października 2014

Kartka z pamiętnika

2014-10-16
Ciocia Basia przywiozła mi tą małą karteczkę, pisaną ręką dziadka Bolka dla siostry Heli, czyli Jej mamy. Który to mógł być rok? Z pewnością lata przedwojenne. Stroniczka zdążyła już zżółknąć ze starości.
Wiersz Asnyka idealnie pasuje na wpis do pamiętnika. Dla mnie to nostalgiczna konkluzja o przemijaniu i o tym, żeby wobec faktu ulotności życia i czasu chwytać dni pełnymi garściami. Oczywiście analizatorzy poezji widzą w nim jakieś polemiki z romantykami, że niby żyli chwałą przeszłości itd. Dziadek z pewnością żadnych polemik nie miał na uwadze, wypisując swoim zamaszystym charakterem pisma poniższe strofy.



Jeszcze słów kilka o adresatce wiersza, którą pamiętam już jako kobietę dość leciwą.
Za mojej pamięci dziadek utrzymywał kontakty z dwojgiem rodzeństwa, choć braci i sióstr miał więcej. Być może jednak wtedy już nie żyli. Znam imiona niektórych z nich, mam też zdjęcie jednej z sióstr - Klementyny. Ale Ciotka Hela... hmm toż to prawie rodzinny folklor! Powiem szczerze, że nijak nie mogę sobie Jej wyobrazić, jako miłośniczki Asnyka, czy poezji w ogóle, ale każdy kiedyś był młody, a wtedy inne struny w duszy człowieka grają... Zarówno babcia Lilka, jak i ciotka Helena uwielbiały mówić. Obydwie też podobną miały manierę mówienia, żywiołową i nie zostawiającą rozmówcy czasu na jakieś wtręty, czy pytania. Oczywiście starcie tych osobistości zawsze owocowało swoistą stereofonią, kiedy obydwie strony dostaczecznie się już rozochociły.
Dziadek był wtedy biedny. Wciśnięty w swoim ulubionym foteliku między palmę a sekretarzyk przy łóżku, wyłączał się całkowicie z konwersacji, całość uwagi poświęcając krzyżówce. Zapytany o coś, z reguły o potwierdzene zdania jednej albo drugiej strony, prychał tylko coś gniewnie i wracał do swojego zajęcia.
Dla mnie natomiast rozmowy babci z bratową były na tyle ciekawe, że nagrałem pewnego razu jedną na magnetofon marki "Wilga", który dostałem na komunię. Nie słychać było wprawdzie charakterystycznego nadawania na dwa głośniki, bo sprzęt obsługiwał tylko nagrywanie w mono, ale kasetę mam do dziś i nawet usiłowałem jej kilka lat temu odsłuchać, zanim padł mi ostatni kaseciak. Może będzie szansa nagrać to na płytę, są teraz zakłady oferujące takie usługi.
A temat był chyba wtedy o Licheniu... Ciotka opowiadała o jakichś niezwyczajnych cudach, które miały tam miejscu podczas Jej wizyty, Babce natomiast nie stało w pewnym momencie pobłażliwości i zasugerowała dość dosadnie, że opowieść jest wyssana z palca, co oczywiście przeniosło dyskusję na kolejny szczebel nasilenia.
W ogóle Helcia była osobą gorliwie wierzącą i mającą jakieś dziwne konatakty ze światem pozagrobowym. Opowiadała jakieś sny, różne przypadki, które ją spotykały na jawie i we śnie wraz z ich interpretacją. Chyba wiele z nich tłumaczyła sobie, a potem innym jakimiś wizytami z zaświatów.
Przyznam się po latach, że trochę mi przykro, gdyż kobiecina lubiła mnie i była dla mnie zawsze bardzo życzliwa, ja natomiast mając lat 10 nie pałałem jakąś żarliwym uczuciem do ciotki, jej pojawienie się u nas zawsze wprowadzało pewien zamęt. Jakiś komentarz wymknął mi się jednak z ust tylko raz, choć wtedy się chyba na chwilę nawet na mnie obraziła. Dziś pewnie miałbym dla niej więcej szacunku i sympatii, ale jak mówił poeta:

Daremne żale - próżny trud,
Bezsilne złorzeczenia!
Przeżytych kształtów żaden cud
Nie wróci do istnienia.

Świat wam nie odda, idąc wstecz,
Znikomych mar szeregu -
Nie zdoła ogień ani miecz
Powstrzymać myśli w biegu.

Trzeba z żywymi naprzód iść,
Po życie sięgać nowe...
A nie w uwiędłych laurów liść
Z uporem stroić głowę.

Wy nie cofniecie życia fal!
Nic skargi nie pomogą -
Bezsilne gniewy, próżny żal!
Świat pójdzie swoją drogą.

środa, 15 października 2014

Wizyta w Niepokalanowie

W telegraficznym skrócie, bo zamiast udokumentować wizytę na gorąco, poczekałem sobie kilka ładnych miesięcy:

Pojechaliśmy z Tomkiem autem i trafiliśmy po małych perturbacjach do archiwum niepokalanowskiego. Nie da się na miejscu ukryć, że miejsce żyje pamięcią Maksymiliana Kolbe. Dostaliśmy odrębny pokoik, trzy teki dokumentów o Bracie Cyprianie Grodzkim... Czasu było mało, na sprawdzenie wszystkiego, wybrałem kilka najciekawszych zdjęć i artykułów, a przemiła siostra Anna Maria zeskanowała mi je na pendrive. Unzałem że upamiętnie Brata Cypriana artykułem do gazety. 
Jednego trochę żałuję, że nie zeskanowałem zdjęcia zakonnika, podczas pracy fotografa, kiedy jako już siwuteńki starzec klęczał na jednym kolanie na ulicy robiąc zdjęcie, a wiatr łopotał habitem...

Ale cóż, jest możliwość że jeszcze tam powrócę...

Tymczasem otrzymałem, jeszcze na starym blogu komentarz tej treści:

Zbigniew (gość) 2015-03-03 Brat Cyprian Grodzki był moim wujkiem - rodzonym bratem mojej Mamy. Sympatyczny tekst, tylko jedna poprawka - nosił czarny, a nie brązowy habit.
Dziękuję za fotkę, włączam ją do archiwum rodzinnego.
Swoją drogą czym owocowala wizyta u siostry Snny Marii>

Szalenie jestem ciekaw, co by mógłby mi opowiedzieć jeszcze Pan Zbigniew na temat Brata Cypriana, niestety komentarz zauważyłem po czasie i nijak możliwości kontaktu z jego autorem nie mam.

piątek, 10 października 2014

Brat Cyprian

2014-10-10
Czas to zadziwiająca rzecz. Nie wiem, czy nie zacytuję w tym momencie kogoś, ale czas jest jak guma, a to się rozciąga, a to flaczeje i ściska się w zbitą kulę. Nie pozwala wtedy na zrobienie wszystkiego, na co ma się ochotę. Wciągnęła mnie historia, a  z mojej niejednolitej dotychczas pisaniny zaczyna się wyłaniać obraz czegoś... ludzi i miasta które było kiedyś dawno i już nie wróci. Mam nadzieję, że czas, który poświęcam ostatnio na rozmowy i spotkania z różnymi osobami uplastyczni obraz, który tworzę, bo ciężko składać układankę bez wzoru, którego się nie widziało na własne oczy. Ale jestem w stanie w tym wypadku częściowo wymieszać miniony czas ze swoimi własnymi wspomnieniami...

Podczas poszukiwań pamiątek o rodzinie i nie tylko, wpadło mi w ręce dziwne zdjęcie. Ale zanim dojdę do tego dlaczego jest dziwne, zapoznam was z osobą na zdjęciu. Przynajmniej tak mi przekazano, a nie mam powodów wątpić, że przedstawia Franciszkanina Cypriana Marię Grodzkiego. Brat Cyprian przyjaźnił się przed laty z moim dziadkiem i pamiętam go z wizyt w naszym domu, a raz nawet pojechaliśmy do Niepokalanowa. Byłem wtedy dzieckiem, ale nadal wydaje mi się że dobrze go pamiętam, energicznego siwego mężczyznę, w okularach w rogowej oprawce i brązowym habicie.
Brat Cyprian regularnie przysyłał życzenia świąteczne, najstarsze są z lat 50, wtedy podobno dziadek często bywał w Teresinie służbowo, a przyjaźniąc się z braciszkami nocował w klasztorze. Zażyłość musiała być duża, bo Cyprian Grodzki był nawet świadkiem na ślubie dziadków.
No dobrze, ale czemu tą postać uważam za wyjątkową?
Roman Grodzki wcale nie zapowiadał się na zakonnika. Był przed wojną uznanym sportowcem, który zdobył brązowy medal w chodziarstwie na mistrzostwach Polski w Wilnie w 1926. Zainteresowanie sportem było ogromne i wszechstronne, lekkoatletyka, biegi, piłkarstwo. Ale poszedł inną drogą... 1932 wstąpił do zakonu. Do Teresina Ojciec Maksymilian Kolbe przybył 5 lat wcześniej. Młody zakonnik musiał mu przypaść do gustu, bo brat Cyprian został jego sekretarzem. Tak też podpisywał się w korespondencji, nawet po wojnie, na długo po męczeńskiej śmierci Ojca Kolbe.
Drugą pasją Grodzkiego była niewątpliwie fotografia. Utrwalał na kliszy pielgrzymki papieskie i wydarzenia kościelne, między innymi pogrzeb księdza Popiełuszki. Przysłał trochę zdjęć do nas.
Ten raz, kiedy byliśmy z dziadkiem Bolkiem w Niepokalanowie łączy się z pewnym niefortunnym wydarzeniem. Podczas stawiania choinki na Boże Narodzenie spadła stara gipsowa figura Matki Boskiej Niepokalanej, postawiona na półeczce w rogu pokoju. Roztłukła się w drobny mak, a dziadkowie zastanawiali się, co zrobić z odłamkami, bo nie chcieli szczątków poświęconej figurki wrzucić po prostu do śmieci. Nie wiem co się z nimi w końcu stało, dziadek chciał chyba gdzieś je zakopać. Braciszkowie natomiast mieli i mają pewnie do dziś w Niepokalanowie pracownię, w której wytwarzają takie figury, zatem pojechaliśmy z dziadkiem na wiosnę po nową.
Identyczny posąg wita podróżnych wysiadających z pociągu na stacji w Teresinie, a sam klasztor jest tuż przy torach, też widać go z okien pociągu, jeżeli ktoś kursuje na trasie Łowicz Warszawa. Wtedy spotkaliśmy się z Bratem Cyprianem i chodziliśmy po sanktuarium, które robiło na mnie ogromne wrażenie. Na koniec trafiliśmy do owej pracowni, gdzie stały figurki i figury różnej wielkości, jedna przy drugiej. Niektóre niepomalowane jeszcze, śnieżno białe inne kolorowe, lub pomalowane do połowy, jedne bardzo małe, inne większe ode mnie. Nie mogłem się nadziwić mnogości tych wszystkich Matek Boskich. Kupiliśmy jedną o takim samym rozmiarze, jak ta stłuczona, choć dziecko we mnie zauważyło z rozczarowaniem, że rysy twarzy minimalnie się różnią, a i koloryt odbiega od spłowiałego ze starości oryginału. A spodziewałem się, że będzie identyczna...
Zakupiona wtedy figurka stoi do dziś w tym samym miejscu co stara, tylko zawsze już zdejmowaliśmy ją przed stawianiem choinki.

Ale wróćmy do zdjęcia.


Oczywiście zrobione było w czasach, których nie mam prawa pamiętać. Czemu jednak zakonnik jest na nim jakimś dziwnym mundurze? Plakietka na ramieniu ma napis Poland, ale nigdzie nie znalazłem nic na temat krokodyla na żółtym tle. Zdjęcie jest poza tym barwione, w oryginale wcale nie musiało to być żółte. Ciocia, od której skanowałem zdjęcie twierdziła, że to ubiór sceniczny, że braciszkowie wystawiali jakieś przedstawienia. Sprawa ciekawa, a ponieważ i tak chciałem już od dawna dowiedzieć się więcej o bracie Cyprianie, postanowiłem wybrać się do Niepokalanowa. Porozmawiałem telefonicznie z uprzejmą niezwykle siostrą Anną Marią z archiwum i umówiłem się na przyszły tydzień. Będzie możliwość zeskanowania zdjęć, więc zapowiada się ciekawa wyprawa.