piątek, 24 października 2014

Dziś jak tylko zobaczyłem, że jest dwa stopnie na minusie, ale suche chodniki postanowiłem mimo wszystko jechać do roboty rowerem. Polar, kurteczka i jedziemy. Wydaje mi się, że od tych jazd lepiej się czuję, mam więcej energii. A wczoraj byłem w muzeum. Podobno lokalny dyrektor to najdłużej panujący dyrektor w historii powojennego muzealnictwa w Polsce. Niestety, takie przyspawanie do stanowiska nie sprzyja jakości pracy tej szacownej instytucji. Jest tam wszakże zatrudnionych kilku ludzi z prawdziwą pasją i posiadających odpowiednie wykształcenie, ale mam wrażenie, że przytłacza ich szara rzeczywistość. Jakoś tak na początku lata zaniosłem swoje zeskanowane zbiory na użytek muzeum, pytając się czy w zamian nie mogliby mi udostępnić swoich skanów. Odpowiedź była twierdząca, tylko poproszono mnie bym zgłosił się po Dniach Sochaczewa, gdyż teraz mają zajęcie z organizowaniem stoisk itd. Zgłosiłem się grubo po czerwcowych dniach Sochaczewa bo w październiku i był to chyba błąd... Już wtedy, kiedy przyszedłem ze zdjęciami tak naprawdę zainteresowana była przeglądaniem jedna osoba, reszta patrzyła na mnie wzrokiem "idź stąd", ale spuściłem to na karb zbliżających się uroczystości. Tylko moja żona zinterpretowała sygnały chyba bardziej poprawnie jako "mamy to w nosie". Wczoraj skierowano mnie do gabinetu dyrektora i rozmowa przebiegła tak: - Nie mamy, czasu, zajęci jesteśmy, trzeba się umawiać... - I zerwał się zza biurka, idąc w moim kierunku, generalnie w celu chyba wyjścia z gabientu wraz ze mną, by wraz z drzwiami zamknąć dalszą dyskusję. Rozśmieszyło mnie to, że są zajęci. Czym? W tym roku odbyły się dwie wystawy, ludzi praktycznie nie ma... Na publikacje nie ma funduszy, choć może i projekty jakieś powstają... Straszny zastój. Na terenie Sochaczewa działa kilka stowarzyszeń czy instytucji zajmujących się historią i mam wrażenie, że ich współdziałanie przebiega na zasadzie konkurencji, a nie współpracy. Bąknąłem coś, że się umawialiśmy i stwierdziłem, że nic tu po mnie. Coś jednak chyba zatrybił, bo się spytał czy dawałem jakieś zdjęcia. No dawałem. W tym miejscu zainterweniował pracownik muzeum (ten zainteresowany), z którym rozmawiałem wcześniej. Wyłuszczył w skrócie w czym rzecz. I tak za chwilę nastąpiła kaskada powtarzających się kilkakrotnie zdań, - co pan chce, co pan przyniósł, a czy my mamy co dać... Czekałem tylko, że finalnym bedzie "A kim pan jest i czego chce?" Wynikało by z tego, że dyrektor jest w stanie psychicznym nienajlepszym i chyba jak standardowy 70latek powinien udać się na emeryturę. No bo jak w takim razie wygląda rozmowa z przedstawicielami jakichś innych instytucji, czy gości, skoro włodarz ważnej placówki kulturalnej zapomina po 5 minutach o czym była mowa chwilę wcześniej? Wyszedłem lekko sfrustrowany, tym bardziej że większość zdjęć miałem, choć nie powiem jestem zadowolony i z tych, część była w lepszej jakości, parę zupełnie dla mnie nowa. Nie wiem do końca jak jest z zamieszczaniem zdjęć na stronach. Prawa autorskie ma autor zdjęcia, a nie jego posiadacz, odbitek może być przecież i 100 i posiadanie którejś nie czyni nikogo właścielem pełni praw. Wygasają po 70 latach od śmierci autora zdjęć, wcześniej ma je jego rodzina. W przypadku zdjeć z okresu okupacji próżno poszukiwać ich autorów, bo większość i tak nie żyje. Czy posiadacz zdjęcia ma pawo wymagać ode mnie usunięcia fotki ze strony? Chyba w takim przypadku nie warto się handryczyć po prostu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz