wtorek, 21 października 2014

Z wizytą u Pani Marii

Zgasły kolory i słoneczne lśnienia na fasadach budynków. Przyszła w końcu taka jesień, jaka przyjść nieuchronnie musiała, słotna, mżysta i wietrzna. Nie pamiętam takiego roku, żeby moje wyjazdy do lasu ograniczone zostały do kilku zaledwie wizyt. Grzybów na zimę nie ma prawie wcale, zdjęć też nie porobiłem zbyt wielu w lesie. Zakopałem się natomiast w dawnych historiach i rzetelne ich opisywanie ich nie jest już takie proste jak spontaniczne wpisy na bloga.
Odwiedziłem moją dawną nauczycielkę z ogólniaka, panią profesor Marię i myślę że z tej okazji napiszę kilka słów, zanim przejdę do wyników swojej późniejszej, a w zasadzie naszej, bo byłem z kolegą, wizyty w Niepokalanowie w zeszły czwartek.
Otóż Pani Maria to postać niemal już legendarna w historii sochaczewskiego szkolnictwa. Choć obcnie jest na emeryturze, to powiem w czasie teraźniejszym, że JEST nauczycielką w każdym calu, jedną z nielicznych z powołania. I to od lat wczesnych powojennych. Podejrzewam, że trudno było Jej się odnaleźć w PRLowskiej rzeczywistości. Pochodzi z głęboko wierzącej rodziny, a ustrój komunistyczny w programie edukacyjnym tępił religijność. Lawirowanie w tym programie i zachowanie spokoju sumienia, nie było z pewnością łatwe.
Uczyła wpierw mojego ojca, a później mnie, tuż przed emeryturą. Potrafiła lekcje tak prowadzić, że wszyscy słuchali w milczeniu, nawet ci, którzy niezbyt humanistyczne przedmioty kochali. Nasza klasa musiała wręcz stoczyć walkę, by mogła nas doprowadzić do matury, bo w ostatnim roku komuś na gwałt zaczęło nagle zależeć, by wysłać starą kadrę nauczycielską na emeryturę.
18 lat minęło od tamtej pory, kiedy na maturze ustnej z „polaka” usiłowałem sobie przypomnieć nazwisko lekarza z Dżumy Camusa (Othon, dziś pozapominałem wszystkie nazwiska oprócz tego). Nic dziwnego, że gdy nagle stanąłem przed drzwiami swojej dawnej „pani psor”, nie poznała mnie. Nie przeszkodziło to w serdecznej rozmowie, a jeszcze gdy powiedziałem, że zbieram opowieści i zdjęcia ze starego Sochaczewa, okazało się, że ze starszą Panią można rozprawiać godzinami.
W sumie to niewiele się zmieniła. Ubyło Jej tylko energii i pamięć zauważyłem że nie jest już taka jak kiedyś, jak brzytwa. Ale mówimy o 80 latce, bez jednego roku. I tak moim zdaniem nieźle się trzyma.
Pani Maria zaczęła mi opowiadać jedną ciekawą historię o księdzu Garncarku, proboszczu Sochaczewskim w latach 1919-1927. Ja kopiąc w swoich zbiorach znalazłem fotografię tego księdza wraz ze Stowarzyszeniem Katolickiej Młodzieży Żeńskiej. Podarowałem odbitkę tego zdjęcia Pani Marii, gdyż wśród dziewcząt znajdowała się Jej mama. Miło mi było, że sprawiłem przyjemność tym drobnym bądź co bądź gestem swojej dawnej nauczycielce, a starsza pani się wręcz wzruszyła.
Te rozmowy to i tak dopiero początek mojej podróży w przeszłość, którą rozpocząłem drobnymi kroczkami od niedawna. Tyle wciągających rzeczy jest wśród nas, a czas tak szybko mija nie pozwalając się na nich wszystkich skupić. I pamięć ludzka też bywa zawodna…
Ale napiszę i o księdzu Garncarku i o innych rzeczach...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz