czwartek, 24 grudnia 2015

Życzenia Świąteczne



Wszystkiego najlepszego ludziom dobrej woli. Niech te Święta Bożego Narodzenia napełnią blaskiem pozytywnych uczuć Wasze serca.


Czytelnikom przesyłam kartki, takie jakie przesyłali sobie nasi przodkowie przed 70 laty.








czwartek, 17 grudnia 2015

Rak Makary

Święta zbliżają się wielkimi krokami. Nawet w pracy zauważam zwolnienie tempa, większość osób odkłada sprawy służbowe na przyszły rok. Siedzę więc i przysypiam.
Wygląda na to, że do końca roku przejeżdżę też do roboty na rowerku. Oto poniżej fragment mojej trasy codziennej. Pomimo sprzyjającej aury myslę jednakowoż, że człowiek powinien wstawać jak się rozwidni, bo wtedy dopiero jest wyspany. Po co przesuwać godziny w czasie letni i zimowym? Przesunąć godziny pracy!


 Małas uczy się dzielnie, przy czym z zadowoleniem stwierdzam, że zarówno oceny są dobre, jak i zapał do nauki.
Zerknąłem jednak na jego elementarz i nie mogłem się pozbyć wrażeniu, że dzieciom się naukę utudnia, tak skonstruowanymi czytankami, że brzmią  jakby służyły do łamania języka. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nic lepszego od Elementarza Mariana Falskiego nie wynaleziono, o czym dowodzi jego ponad 100 letnia tradycja i obecność w szkołach. Ja się jeszcze uczyłem o Ali i jej kocie, a nie o raku Makarym. Małas nie ma tego szczęścia, a szkoda.

A tam kto? A tam Makary.
Rak Makary? O, tak, tak.
Ale rak! Ale rak!

Ale wdzięku i finezji brak... Dopowiedziałbym.
Piotrek zaskoczył nas całkowicie, wymyślając po lekturze czytanki swojej własnej wersji wierszyka, wykazując się wyrafinowaniem.

Rak Makary pozbył się kary
i został tylko Rak Mak.

A, znalazłem też podbiznę raka Makarego :)

wtorek, 8 grudnia 2015

Spotkanie z Historią

Odbyło się 5 grudnia w sobotę. A ja znów obecny choć tym razem, nie jako widz, tylko jako prelegent. Razem z Tomkiem zaprezentowaliśmy przeszłość jednej z miejskich ulic w Sochaczewie.


I cóż tu można napisać o sobie? Mieliśmy frajdę, jest satysfakcja, a zainteresowanych odsyłam do artykułu na E-Sochaczew

środa, 25 listopada 2015

Pierwszy mróz

Pierwszy mróz napadł mnie wczoraj rano, kiedy jechałem do roboty na rowerze. Dzisiaj zaatakował ze zdwojoną siłą, 4 stopni. Tymczasem za oknem niebo niezwykle błękitne i klarowne, w poniedziałek i środę za wyjątkiem pochmurnego czwartku.

A wstawać się do roboty nie chce. Życie tak mi ostatnio zleniwiało... Małas ze szkoły, do szkoły, obadek, lekcje, rutyna. Ale zauważam, że moje dziecko zrobiło się niemiłe. Niemiłe i nerwowe. Myślę że to jakiś chwilowy kryzys, który staram się zwalczyć szlabanem na kompa. Szał go dopadł na coś co się nazywa Mine Craft. Od wniknięcia o co w tym chodzi odrzuca mnie toporna grafika, zabieg pewnie celowy, nadanie oldschoolowego wyglądu, czy coś, ale mimo sentymentu do czasów Amigi i bitu gładzonego... nie nada.

 Na 5 grudnia wyznaczona znów prezentacja historyczna moja i Tomka, tym razem będzie to "Spacer ulicą Traugutta w przeszłość", a zaprosiło nas do współpracy Stowarzyszenie Lokalna Grupa Działania Nad Bzurą. Prelekcja będzie dotyczyła historycznego wyglądu jednej z ważniejszych ulic miasta.  Przygotowujemy się do niej powoli, przy czym zauważyć się daje różnicę w działaniu "Nad Bzurą", a naszym muzeum przy organizacji tego typu przedsięwzięć. Dostaliśmy mianowicie szczegółowy plan, z deadlinami na poszczególne daty, w których mają być realizowane poszczególne punkty przygotowań, podczas gdy muzealna prezentacja na 11 listopada zdawała się bardziej spontaniczna - robimy pokaz na 11 listpada i szlus. Prawie zaczynam odczuwać tremę, przed tak przygotowywanym wystąpieniem, :), choć nie ukrywam, że propozycja jego przygotowania sprawiła mi sporą satysfakcję.

24 listopada - wybieramy się z wspólnie z pracownikami muzeum (wyciągam na wyjazd Kubę) do Dębówki. Twierdza zielona niezdobyta była podczas eskapad wiosenno letnich, teraz weszliśmy do środka, odkrywając stary cmentarz ewangelicki. Dodaję go do panteonu tych miejsc szczególnych z odległej przeszłości.




 

czwartek, 19 listopada 2015

Z kroniki rodzinnej - Dzieje Jana i Zygmunta.

W domowym albumie znajduje się zdjęcie, młodego człowieka w mundurze, Jana Dukaczewskiego. To brat cioteczny mojej Babci Alicji. Życiorys który poznałem pewien jest niedomówień, nie mniej jednak przytoczę go, tak jak zasłyszałem.
Jan Dukaczewski
Zaczyna się od błędu, który popełniła Babcia, twierdząc że Jan był lotnikiem i latał w RAFie. Nie był. Szkołę podoficerów Lotnictwa skończył jego brat, Zygmunt. Mężczyzna ze zdjęcia ma na sobie mundur kaprala piechoty. Błąd odkryłem szukając pilota Jana na forum "Myśliwcy". Otrzymałem wtedy taką odpowiedź:

Mieczysław Hasiński "Encyklopedia - Szkoła Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich" znajduje się następujący biogram Zygmunta Dukaczewskiego: 

Urodził się 8 grudnia 1920 roku w Grądach, pow. Grodzisk Mazowiecki. W 1934 roku ukończył Szkołę Powszechną w Wiskitkach i do 1938 roku odbywał praktykę czeladniczą w zakładach mechanicznych w Żyrardowie. W tym samym roku wstąpił do SPLdM w Świeciu. Podczas kampanii wrześniowej był ewakuowany z Krosna do Łucka. Po zbombardowaniu koszar i lotniska, nastąpiła dalsza ewakuacja do pobliskich lasów i wiosek. Pod miejscowością Gródek, jego oddział został rozwiązany i powrócił do domu.  
Podczas okupacji mieszkał w Warszawie. Został wciągnięty di Armii Krajowej i do Powstania Warszawskiego pracował na kolei. Po uzyskaniu wolności, rozpoczął pracę w zakładach lniarskich w Żyrardowie do 1946 roku. Następnie uczęszczał do Liceum Pedagogicznego w Grodzisku Mazowieckim. Liceum ukończył w 1948 roku i zaczął uczyć w Szkole Podstawowej do 1955 roku. Ze względu na niskie uposażenie, przeniósł się z powrotem do PKP, gdzie pracował do 1 lutego 1981 roku na stanowisku samodzielnego referenta ekonomicznego.
    

O Janie słuch zaginął podczas wojny. Wiadomo było tylko, że przedostał się na Zachód i walczył wspólnie z Anglikami. Poszukiwania Jana przez Czerwony Krzyż po wojnie na nic się zdały, aż do lat 60 nie wiadomo było co mogło się z nim stać. Do momentu gdy pojawił się niespodzianie w Sochaczewie. W domu była niestety tylko prababka Weronika, siostra jego matki. Z opowieści okazało się, że bił się pod Monte Cassino, że został postrzelony w czasie walk w Afryce i na jakiś czas stracił pamięć. Do Polski nie wrócił, otrzymując mylną informację, ze rodzina zginęła podczas okupacji. Jak trafił do mojej rodziny nie wiadomo, lecz ucieszywszy się, że ich odnalazł, obiecał rychło do Polski znów przyjechać. Niestety, nie było mu dane. Zginął w wypadku samochodowym w 1964 roku w Anglii.

środa, 18 listopada 2015

Z kroniki rodzinnej - Historia z palmą w tle

Palma uschła. W zasadzie Babcia ją ususzyła, twierdząc, że jak umrze nie będzie co z nią zrobić.
 
Palma miała swoją historię do opowiedzenia. Czas zatarł trochę w pamięci fakty, a niektóre wątki tej opowieści są znane bardziej z pogłosek (nawet rzekłbym, że są trudne do uwierzenia), więc Babcia poprosiła mnie, żebym ze względów rodzinnych nie podawał szczegółów takich, jak nazwiska i nazwy miejscowości. Powiem tylko tyle, że moi przodkowie ze strony Babci, mieszkali w małej wsi pod Żyrardowem. Prababcia miała rodzeństwa dziesięcioro i właśnie jednego z wujów Babci historia dotyczy. Mieszkał On właśnie w owej rodowej wsi, wraz z żoną i dwoma synami. Gospodarstwo musiało być znaczne, gdyż pracowali na nich parobkowie. Wśród nich był Ukrainiec Iwan. Nie wiadomo czego wujowi bardziej zazdrościł, majątku, czy żony. Wuj zginął w końcu z ręki Iwana, a ten, by zatuszować zbrodnie, zakopał ciało na polach, mając być może nadzieję osiąść teraz już bez przeszkód na włościach wraz z majętną wdową. Lecz zbrodnia wyszła na jaw w niesamowitych okolicznościach. Oto koń wuja, wyskoczył rozszalały ze stajni i począł galopować po okolicznych polach. Rył kopytami w pewnym szczególnym miejscu… tam gdzie spoczywał jego pan. Morderca przepadł na zawsze, zanim dosięgła go ręka sprawiedliwości a wybuch wojny uniemożliwił śledztwo w tej sprawie. Cóż, może spotkało go to na co zasłużył w innych okolicznościach tego burzliwego okresu, kiedy śmierć chadzała niczym nie skrępowana wszystkimi drogami. Podejrzenie padło na wdowę i ogólne odium, reszta rodziny odwróciła się od niej, szeptano, że to ona właśnie pchnęła Ukraińca do tego czynu. Ale ta kara ostentacyjnego milczenia i ciężkich spojrzeń widać była niewystarczająca, bo zapadła także wkrótce na paraliż. Podczas czasów wojny, kobieta trudniła się handlem alkoholem. Ale miała najwyraźniej też inne grzeszki na sumieniu, bo pewnego dnia, pojawili się u niej ludzie z AK, kończąc ostatecznie historię jej życia. Zastrzelony został też jeden z jej synów. Po wojnie, jeden tylko człowiek pozostał na gospodarstwie, ostatni syn. Jego śmierć także była nagła, od kuli znikąd
Palma, za życia
.
Czy wszystko było tak jak opisałem? Nie wiem. Nazwę wsi znalazłem, nie mieszka tam już prawdopodobnie nikt z babcinej rodziny, choć po wojnie mieszkali tam jeszcze. Losy dziesięciorga pozostałych ciotek i wujów i ich dzieci były również burzliwe, wojna rozsiała ich po świecie… Najtragiczniejsza chyba historia dotyczy siostrzeńca i chrześniaka mojej prababki, Jana. Podczas wojny latał w siłach RAFu, po wojnie wysyłał listy na znane adresy i otrzymał mylną wiadomość, że rodzina nie przeżyła okupacji. Ożenił się, miał dzieci i żył szereg lat bez świadomości, że jego bliscy żyją i go szukają. Gdy się w końcu dowiedział, przyjechał natychmiast, ale już w latach 60. Odnalazł część rodziny, nie zdążył się spotkać ze wszystkimi, musiał wracać do Anglii. Obiecał przyjechać niebawem znowu do Polski. Nigdy nie było mu to dane, zginął w Anglii w wypadku.

piątek, 13 listopada 2015

Nieszczęśliwa miłość

Zdjęcie z domowego albumu przedstawia Marię, sąsiadkę babci, nazwiska nie podam, ze względu na tragiczną historię, która stała się jej udziałem.
Maria mieszkała na ul. Staszica, wraz z siostrą i spadło na nią nieszczęście, które dotyka ludzi dość często - ulokowanie uczuć w osobie, która nie jest tego warta, albo uczucia tego wcale nie pragnie. Wybranek, mieszkający w domu Śliwy na Staszica wzgardził miłością. Zrozpaczona kobieta otruła się przed drzwiami jego domu "modną" przed wojną trucizną - esencją octową.
Siostra Marii wysyłała mu w każde święta karkę, na których nie było bombek, ani baranka, tylko kościotrup, z życzeniem rychłego zgonu i upodobnienia się do rysunku.
Samo zdjęcie uznałbym za fotos jakiejś gwiazdy kina niemego, gdyby nie pieczątka zakładu fotografcznego Foto Moderne, Zandmana, znanego sochaczewskiego fotografa. Jeśli można mówić w przypadku fotografa o artyźmie, to na tym zdjęciu uchwycony została cała nieszczęśliwa dusza tej dziewczyny...

Napisałem, że esencja octowa była trucizną "modną". Statystyka dziennika warszawskiego "ABC" (Nr. 30 23.10.1926) wskazuje że na 1000 samobójstw 300 dokonano  przy pomocy silnie stężonego kwasu octowego. Wśród wybierających taki sposób na rozstanie się z żywotem przodowały kobiety.

czwartek, 12 listopada 2015

Wspomnienia, wspomnienia....


Jest rok 1937. Po prawej stronie zerka w bok moja babcia, Alicja, jeszcze wtedy Dorywalska. Dwaj starsi, poważni panowie z tyłu to nauczyciele: Adam Jadach matematyk (po lewej) i Kazimierz Ruszkowski dyrektor szkoły (po prawej). W środku stoi Stasia Cieślakówna, którą razi w oczy letnie słońce i koniecznie chce chyba jeszcze coś powiedzieć, a młody człowiek uśmiechający się do obiektywu z lewej strony to Stanisław Skupiński.

piątek, 6 listopada 2015

Listopad

Listopad, czyli pora roku raczej smutna. Zapomnijmy o wycieczkach i złotej jesieni, witaj plucho i poranne przymrozki. Na Wszystkich Świętych udaliśmy się wszyscy na cmentarz i porobiłem zdjęcia, z długim czasem naświetlania, tak że znicze wyglądają jak planety w jakiejś odległej galaktyce.



 
Szykujemy prezentację na 11 listopada, "Sochaczewskie drogi do wolności" Dlaczego akurat sochaczewskie?
Wychodząc z założenia, że niepodległość była wynikiem I Wojny Światowej, to Sochaczew wyjątkowo jej doświadczył. Zachowało się sporo zdjęć z frontu, Rawka, Bolimów, Sochaczew... wszędzie toczyły się boje, a cmentarze żołnierskie są wręcz na każdym kroku. Po odzyskanej niepodległości natomiast, postawiono kilka symboli odrodzenia - tablic pamiątkowych, figur i kapliczek.

sobota, 31 października 2015

poniedziałek, 26 października 2015

Wybory 2015

Już wiemy, kto będzie rządził. Wieszcze rozmaici, źle wróżą Polsce pod rządami Kaczora. Ja wyrosłem już z nadziei, że ten rząd wprowadzi jakieś cudowne zmiany, któe sprawią, że będzie dobrze. Sprawy potoczyły się chyba już za daleko na ich naprawę jest za późno. Głosowałem jednak za PISem, bo rząd PO wypalił się do cna, a jego przedstawiciele, są zupełnie oderwani od życia zwykłych ludzi. Nie wiem też, czy coś można jeszcze w naszym kraju bardziej zepsuć. Żeby nie było smutno napisałem dziś wiersz, czytając lamenty Michnika, jak to społeczeństwo polskie strzeliło sobie w stopę. Niech będzie zatytuowany "Nic już nie pomoże".

Nie pomogą już Michniki,
gdy zaszkodziły naleśniki
z kawiorem spożyte w Sowie,
nagrana po kryjomu spowiedź
i myśli rządzącej kliki
Przesądziły wyborów wyniki.

Lewactwo całe w strachu
będzie chyba wiać na zachód
bo w Polsce taki klimat
że, sorry - nie wytrzyma,
Nastanie Sodoma i Gomora
Remake "Wejścia Kaczora".
Skarży się Wojewódzki
Że nie pomaga picie wódki
I nawet z rozmowy u Zelnika
nic dobrego nie wynika
Ogólny brak wytycznych
dał mentalny stan krytyczny...
I Tusk nawet nie pomoże,
Kopaczowej niebodze
Dyć on pobiera pensje z Unii
W Polsce nie musi się trudzić
wciskając prostym ludziom lipę
że kraj nasz słynie dobrobytem.
I Karolak nie pomoże
Bo w teatrze puste loże
chamstwo nie chce na sztuki chodzić
Więc czas może się pomodlić
lub zacząć grać w jasełkach
jakiegoś grubego diabełka?
Jedni się cieszą, inni płaczą
A rodacy wnet zobaczą
kto blotki miał w rękawie
Komu asa przyniosło rozdanie.

niedziela, 25 października 2015

Pasowanie 16 października



Małas recytuje swoją kwestię.

Nasz Małas został oficjalnie uznany za ucznia. Uroczystość trwała chyba ze dwie godziny. Spróbowałem z daleka uwiecznić tą chwilę, co wyszło mi niestety tak sobie. Ale zawsze jakiś ślad jest. :)



czwartek, 8 października 2015

Jedno z miejsc opuszczonych...

06.10.2015 
Na dojazd do Matyldowa i powrót do Sochaczewa mieliśmy tego dnia 3 godziny. Aż nadto, jeśli pominąć ceremonię robienia zdjęć wszystkim przydrożnym ciekawostkom. Wyjazd zaczął się niefortunnie, jakieś krzaki wkręciły mi się w koło, luzując szprychy i jechałem na lekkiej ósemce.
 Wjeżdżając do Matyldowa trafiamy na feralny zakręt. Obfituje on nie tylko w wypadki, ale też krążą o nim pogłoski, że silniki samochodów gasną w tym miejscu i nie chcą zapalić. Obok szosy, pod przydrożną wierzbą krzyż niewielki, drewniany luzem położony świadczy prawdopodobnie o jakiejś tragedii.
Celem wyprawy był cmentarz ewangelicki, pozostałość po Olendrach. Co można powiedzieć o samym Matyldowie? Cóż, mogę powtórzyć to, co odkrył Marcin Prengowski, autor książki "Olendrzy w Powiecie Sochaczewskim". Zabłoccy założyli Matyldów, sprowadzając tu kolonistów luterańskich. Wieś nazwano na cześć żony Cypriana Zabłockiego, Matyldy de Proft. Działo się to w roku 1827, a siłą rzeczy przybysze musieli mieć także swój cmentarz, który datuje się gdzieś na połowę XIX wieku. Po wskazowkach uzyskanych od pani napotkanej na posesji, trafiliśmy w końcu do niego, skrytego w gęstwie krzewów....

Tu świerszcze polne, pomiędzy kamienie
Przed nadgrobowym pochowane słońcem,
Jakby mi chciały nakazać milczenie:
Sykają. — Strasznym jest Rapsodu końcem:
Owe sykanie co się w grobach słyszy —
Jest objawieniem — jest i pieśnią ciszy.
(J. Słowacki)

Z trudem znaleźliśmy jakąś lukę między krzewami, by wejść do środka. Nic ponad pieśń ciszy nie docierało tam do nas... Wśród zapomnianych i potrzaskanych mogił, zatopionych w gęstwinach, szukaliśmy grobu ocalałego, który dałby jakieś świadectwo o pochowanych tu ludziach. Nic tylko ułomki kamieni z fragmentami niemieckich słów. Nagle, przedzierając się przez chaszcze, odwróciwszy się już z rezygnacją, stanąłem wobec krzyża żeliwnego, kutego, który jako jedyny ostał się cały wśród resztek pomników. Jakim cudem go minąłem? August Krentz, zmarły w 1908 spoczywa w jedynej ocalałej mogile cmentarza, którego granice wyznaczają jednynie drzewa wyrastające ponad gęste krzewy. Obok ułomek metalowy przy samej ziemi świadczy o istnieniu drugiego, bliźniaczego krzyża, który stanowiąc zapewne wartość materialną, wywędrował w świat...
Stary Matyldów leży po południowej stronie drogi i gdzieniegdzie zachowało się trochę charakterystycznego budownictwa. To najstarsze odchodzi już niestety w szybkim tempie w niebyt. Np. okazałą chatę z glinianych cegieł, którą sfotografowałem kilkanaście lat temu można zobaczyć już tylko na zdjęciu, nie wytrzymała naporu lat i opuszczenia. Z końca lat 30 pochodzą dwie obory, murowane, solidne, na których widnieje tabliczka z datą i inicjałami A.W.  Nawet komórka jakaś niewielka przterwała do czasów dzisiejszych. W latach czterdziestych wysiedlono stąd ludność, która to wszystko pobudowała. Niemiecka mowa wtedy była bardziej kłująca w uszy, niż kiedykolwiek. Czy słusznie? Jak mieszkańcy Matyldowa zachowywali się w czasie okupacji? Różne są przekazy. Niektórzy z pewnością z sentymentem witali rodaków i powpisywali się na folkslisty. 
Wracamy z wycieczki pod wiatr. Być może ten krótki wypad to już ostatnia wycieczka w 2015 roku...








czwartek, 1 października 2015

Przeszpiegłe oczy rozprutka

Takie rzeczy tylko w rodzinie. Czyli powiedzonka zarezerwowane.
Rys sytuacyjny:
Idziemy do sklepu. Nagle zauważamy że Małas ma dziurę w spodniach. Jakże to, niedziela a młody w dziurawych spodniach? Młody się tłumaczy że to wcale nie dziura...
- Nie dziura, to co?
- Taki tylko rozprutek...
Za chwilę kolejny tekścik, tym razem w wykonaniu Kotoja podczas tego samego wypadu. Zauważam (stary grzybiarz), że za płotem na jakiejś działce rosną pieczarki.
- Masz ty te oczy jednak "przeszpiegłe"... - moja żonka w ten sposób kwituje moje odkrycie.
Że jakie? A cóż to znaczy przeszpiegłe. Szczerze mówiąc skojarzyło mi się od razu z jakąś wszystkowidzącą sąsiadką, która wie o wszystkim, co się dzieje w okolicy. Okazuje się że powiedzonko moja małżonka odziedziczyła po swojej Babci i chyba faktycznie oznaczało w jej ustach wścibstwo.

Na zakończenie bonus w postaci zagadki Małasa:

- Tato, mam zagadkę. Jest łukiem ale nigdy nie strzelał.
Wysilam łysawą i siwą łepetynę, rzucając że może tęcza, a może jakiś łuk w arkadzie...
- Nie tato, to łuk nieużywany.

Czas upływa mi na spisywaniu wspomnień mojej 95 letniej Babci, które publikuję w lokalnej gazecie. Zaniedbałem przez to troszkę bloga. Ale złe nie ginie, więc jeszcze z pewnością coś nasmaruję niebawem.

środa, 16 września 2015

Piłka nożna

Wczoraj Małas spełnił w końcu swoje marzenie i udał się na pierwszy trening piłki nożnej. Kupiłem mu w tym celu buciki do gry na hali, zaopatrzyłem w krzepiące błogosławieństwo i ruszyliśmy z Mamą na pierwszy trening. Kotoj był wielce sceptycznie nastawiony do predyspozycji Małasa, zwłaszcza, że od początku nie obyło się bez problemów natury technicznej. Biedny nasz syn zapomniał jak się wiąże buty. Panikował przyt tym i lamentował, a Kotojka usiłowała go uspokoić, że przypomni sobie, bo z wiązaniem butów jest jak z jazdą na rowerze (w znaczeniu, że się nie zapomina), na co rozżalony Małas spytał z przekąsem:
- To co mam jeździć na nich?
Jakoż udało się mniej więcej buciki okiełznać i udaliśmy się na ten pierwszy trening. Trener, starszy pan, musiał się wykazać zaiste anielską cierpliwością usiłując zebrać w karby rozwrzeszczaną młodzież. Każdy ma inną koncepcję gry, dzieciaki stały jak słupy soli, albo rozbiegały się we wszystkie kierunki, jak tylko dostały piłkę. Dodajmy do tego nasilenie decybeli rozgorączkowanych głosów i mamy totalny chaos. Uciekliśmy stamtąd, bo 90 minutowy mecz przekraczał nasze możliwości psychiczne. Wróciliśmy jednak na ostatnie pół godziny i muszę przyznać, że Piotrek podniósł mi adrenaline i wyzwolił żyłkę kibica, po tym, jak dwa razy przejął piłkę i ruszył na bramkę przeciwnika, wyprowadzając nawet strzał na bramkę, niestety jeszcze niecelny. Niby nic specjalnego, ale dwie akcje naszego Małasa były jedyne podczas meczu.
Wracał czerwony jak wiosenny buraczek, a oczka świeciły jak węgielki. Czyżbyśmy się wszyscy mylili?

niedziela, 6 września 2015

Bieg Cichociemnych 2015

Tym bardziej ciekawa impreza, bo udział w niej brała nasza Ania. I ukończyła ten wyczerpujący rajd otrzymując medal. Wyczyn to nie byle jaki, bo pomimo zimna duża część szlaku wiodła korytem Bzury. Kibicowaliśmy całą rodziną, żeby nie było. :) Małas też dopingował ciotkę i był niezwykle dumny.


Strażacy "lali wodę", żeby się uczestnicy zbytnio nie zgrzali.


Anka brodzi z tyłu :)

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Święto Bzury


Wczorajszy dzień upłynął na wesołej zabawie nad rzeką, na Święcie Bzury. Pochwalę się, że z kolegą Tomkiem również mieliśmy wkład w imprezę, przygotowując wystawę zdjęć naszej rzeki na przestrzeni niemal 100 lat. A działo się nad nią sporo... 
Było gorąco. Rano pomknęliśmy do muzeum zabrać sztalugi i plansze. Niestety było zamknięte. Dobiliśmy się do środka, otworzyła nam nieco zaspana Pani Ania, ale o transporcie wystawy nic nie wiedziała. Wydzwaniamy, do dyrektora muzeum, do kierownika... w końcu zjawiają się pracownicy muzeum. Mamy samochód? Ano nie mamy. Wystawa i namioty zostały przewiezione... samochodem ZGK.

Wystawa ściągnęła sporą grupkę ludzi.
Ponieważ otwarcie oficjalne było o 14, poszliśmy do domu. Z rana odbywały się zawody wędkarskie i rozstawiły się różne kramy, ale postanowiliśmy przyjść po południu. Przyszliśmy całą rodziną. Małas popróbował wszystkich dostępnych chyba atrakcji. - Ulepił czarkę z gliny, uczył się pod okiem harcerzy wiązania węzłów, wziął udział w przeciąganiu liny. O skokach na trampolinach i zjeżdżaniu na dmuchańcach już nie wspominając.

Lepienie kielicha :)

Przeciąganie liny

Traach i wszyscy się posypali

Ćwiczenia w robieniu węzłów

Beztroska zabawa

I skoki na trampolinie
Przy tym przeciąganiu wynikł pewien zabawny incydent. Otóż lina nie wytrzymała dwustronnego naporu zawodników i pękła po środku, a towarzystwo posypało się jak domino w obie strony. Małas, który stał na końcu i nie widział "urwania liny" przyleciał rozradowany do nas z wieścią że jego drużyna wygrała. 

Odbył się też konkurs wiedzy o Bzurze. Wspólnie z Pawłem dyrektorem muzeum przygotowaliśmy 10 pytań o rzece, trudnych i zupełnie łatwych, ale gdy przyszło do konkursu jakoś nikt nie chciał się zgłosić. Wygrały głównie dzieci z łapanki, odpowiadając na zaimprowizowane pytania, zupełnie inne niż przygotowaliśmy, gdyż trudno 10 latkowi zadać pytanie, skąd się wzięła nazwa Bzura...

"Takie pytania mamy, że stówę stawiam że nikt nie zgadnie..."

Pojawił się problem, bo o 16 pracownicy muzeum kończyli dzień pracy i wystawę trzeba było zwinąć. Akurat gdy pojawiać się zaczęło najwięcej ludzi. Na szczęście stwierdziliśmy, że chętnie sami zwiniemy i przewieziemy ją do muzeum, umawiając się z kierowcą na godzinę 18. Tak postałem jeszcze dwie godzinki, rozmawiając trochę z oglądającymi ją ludźmi.

Po odwiezieniu plansz i sztalug do muzeum, byłem totalnie zmęczony. Raz że był upał, dwa że jednak wyczerpały mnie emocje związane z przedsięwzięciem. Ale satysfakcja czynnego udziału w imprezie - nieoceniona. :)

wtorek, 25 sierpnia 2015

Skarby z wody

Nie tylko Bzura wysycha. Szczęściem w nieszczęściu jest to, że wychodzą na światło dzienne niesamowite ciekawostki, zatopione do tej pory w rzekach. Po znalezionym w starorzeczu rosyjskim Tupolewie z II Wojny Światowej przyszła pora na kanonierkę z I Wojny Światowej, która wyłoniła się z Bugu.

Piszę o tym, gdyż są to dla mnie fakty niesamowite, że tego typu obiekty, mogły przeleżeć w wodzie tyle czasu praktycznie niezauważone. A lato obfituje w niesamowite wydarzenia nie tylko spod wody. Głośno zrobiło się także o "Złotym Pociągu", odnalezionym przez dwóch poszukiwaczy skarbów. Ciekawe jak się sprawa rozwinie.

Stateczek ostrzelano z brzegu i poszedł na dno. Ciekawe co wokół niego można znaleźć?



Tu już szczątki Tupolewa. W samolocie znaleziono także załogę - pilota i strzelca.



niedziela, 23 sierpnia 2015

Z tekstów Małasa

Z dzisiejszej rozmowy podczas spaceru.
- Tato, moje geny są coraz bardziej podobne do twoich.
- Zawsze miałeś moje geny, od urodzenia.
- No tak, ale teraz się dopasowują. 
- Jak to?
- No bo rosną mi włoski. I kiedyś będę miał brodę, tak jak ty. I wąsy.
- A jak to nie będzie się podobać twojej narzeczonej?
- Powiem, że brodę i wąsy mam po tatusiu i już!



Podczas pewnej sobotniej wizyty u teściów. Mama podała sernik na zimno żonie i małemu. Kotoj stwierdził na widok talerzyka:
- Ten sernik to zawsze lubiłam, Mama mi go robiła jak byłam mała.
- To ma już kilka lat... - Małas zastrzelił nas tym tekstem zupełnie.


2015-04-03 


Mama włączyła Śmierdzące Stulecie!
- Dlaczego śmierdzące? Nie podoba Ci się ten film?
Nie podoba. Jedna sułtanka chciała zabić księcia. To morderstwo z krytyką* przecież! No i szablanowi* ucięli głowę. Nie lubię jak się mordują. Trzeba mamie zakazać oglądać ten film.

* - chyba premedytacją.
* - szambelana chyba spotkał ten los, na szczęście tylko w czyimś śnie.


2015-03-23
 
- Ja to sobie nie będę szukał za ładnej żony...
No bo będzie cały czas przed lustrem siedziała, a potem pójdzie na jakieś Top-Modele...

Wszystkie inne dalsze teorie wymiękają przy tej. Generalnie stwierdził jeszcze, że żony na wsi będzie szukał. Bo tata znalazł na wsi.
Tata, tak po prawdzie żonę znalazł na studiach, nie na wsi i obojętne było mu miejsce zamieszkania. Nie była to też i taka typowa wieś, jak ktoś sobie wyobraża w tym miejscu zagrodę, obory itd itp. A może szkoda...
 


piątek, 21 sierpnia 2015

Robimy wystawę na Święto Bzury

30 sierpnia odbędzie się Święto Bzury. Pan Janusz Szostak, redaktor naczelny Expressu Sochaczewskiego wpadł na taki pomysł, twierdząc że skoro inne miasta mają podobne imprezy, to czemu nie Sochaczew? Jesteśmy z Tomkiem współorganizatorami wystawy "Bzura na starych zdjęciach". Wystawę organizujemy wraz z Expressem Sochaczewskim oraz z Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą.



Od czasu zmiany dyrektora muzeum, dostęp do materiałów do istna bajka. Nowego dyrektora Pawła Rozdżestwieńskiego znałem już, choć raczej z widzenia już wcześniej, ale i tak określił, że muzeum jest dla ludzi i że powinno być otwarte dla ludzi z inicjatywą i pasjonatów. Jak na razie współpraca układa się ekstra i mam nadzieję, że tak zostanie.
Udostępniono nam na wystawę szereg zdjęć, nawet sprzed 1914 roku, na których uwieczniono takie wydarzenia jak budowę drewnianego mostu na Bzurze, sam most i zabudowę na skarpie. Przygotowaliśmy z legendą  prawie 60 zdjęć, które pojawią się na 10 tematycznie złożonych planszach. Ponieważ redaktor Expressu, Pan Janusz również zbiera całkiem prywatnie zdjęcia dawnego Sochaczewa, udało się stworzyć archiwum dość imponujące.

Bzura tymczasem ponoć wysycha, mając najniższy poziom od 1945 roku. Nic w tym dziwnego, desczu było w to lato jak na lekarstwo.

środa, 19 sierpnia 2015

Zawiało... jesiennie?

Po fali upałów, zrobiło się niemal chłodno. Przynajmniej mój organizm zareagował na temperaturę niemal jak na jesienne ochłodzenie. A jeszcze w sobotę pławiliśmy się w Rawce przy 30-stopniowym upale... Przyjechał znowu mój brat i pojechaliśmy pociągiem, a reszta rodziny ze znajomymi ich samochodem.
Za pierwszym, z Justyną i Evą, wszyscy pociągiem pojechaliśmy na stare miejsce, na tzw. wodospad. Wodospad to takie sztuczne spiętrzenie przed młynem wodnym w Kęszycach, choć tym razem woda tak opadła, że wodospad niemal znikł, przepuszczając  tylko wąską strugę plumkającej nieśmiało wody. Woda opadła znacznie, przez większość rzeki można spacerować wpław, chociaż i tak Rawka nie należy do rzek głębokich, a co za tym idzie idealna jest dla małych dzieci.
Za drugim razem, z Marcinem i "Rafałami" (Rafał, Jola i Patryk) pojechaliśmy w inne miejsce, nie na wodospad, tylko na zakole rzeki. "Ludziów", było jak mrówków, a koło nas rozpostarło się ciekawe towarzystwo. Młodzi ludzie rozstawili sobie grilla i na cały zycher przywalili disco polo. Ochoczo zaczęli sobie też popijać piwko, jedna młoda mamusia wykazała się nawet zdolnościami akrobatycznymi, dzierżąc dwuletnie na oko dziecko w jednej ręce, piwsko w drugiej. 
Cóż, zabraliśmy z Kotojem dzieciaki na podróż do wodospadu. "Stare", nie chcieli iść, trudno - siedzieli słuchając "umcy, umcy". Tam był spokój, wyszedłem na rozlewisko z Małasem i Patrykiem i bawiliśmy się piłką. Po powrocie nasi znajomi zwinęli mandżur i odjechali do Sochaczewa, my z bratem mieliśmy jeszcze godzinę do pociągu. Przysiedliśmy na ławeczce nad rzeką i gadaliśmy, skryci za krzakami, gdy tymczasem kolejny epizod do całej wyprawy dopisało poznane już wcześniej towarzystwo. Otóż przez jakiś czas kilka kroków za nami wędrował sobie powolnym krokiem młodzian z piwkiem w ręku. Akurat gdy przechodził za nami, a my siedzieliśmy nad rzeczką, dogoniła go "piwna mamuśka". Szamotali się przez chwilę, mimochodem usłyszeliśmy pyskówkę i odgłos plaskacza w policzek. Laska z płaczem rzuciła się z powrotem w kierunku plaży, młodzian majestatycznym krokiem, dzierżąc butelczynę oddalał się w kierunku przeciwnym.  Za chwilę jednak panna zmieniła kierunek i popędziła za uchodzącym w siną dal chłopakiem. Co więcej, za kilka sekund wyłoniła się zza horyzontu kolejna dziewczyna, ze wspomnianym wcześniej dzieckiem na rękach, i wzrokiem wielce zaniepokojonym poczęła wypatrywać zaginionej "piwnej mamusi". Nie widząc jej, zawróciła...
W sumie historia jest o niczym. Sęk w tym, że przytrafia się niejako drugi raz i świadczy o coraz powszechniejszym zdziczeniu obyczajów i coraz powszechniejszej patologii. Martwi mnie, w jakim świecie będzie dorastał mój syn...
Wracając do optymistycznej puenty...
Te wakacje były wyjątkowe pod względem odwiedzin. Z Anglii głównie, bo i dawno nie widziana koleżanka i dawno nie widziana kuzynka. Ale też dwa razy był mój brat, z którym daaawno już nie spędziłem tyle czasu. A teraz spadek temperatury kojarzy mi się z jesienią i brakiem odwiedzin.

Nasze rozlewisko




Taplamy się, grając w piłkę z przypadkową dzidzią

W drodze powrotnej...

wtorek, 18 sierpnia 2015

Niech się stanie jasność....

Szwankująca interia w końcu skłoniła mnie do spakowania węzełka i wyniesienie się stamtąd w diabły. Może i dobrze. Spakowany węzełek trudno będzie rozpakować w nowym miejscu, w całości ale też część niepotrzebnych zupełnie gratów zostawię na starym tonącym blogu. 

No i wracam do genezy Kota Morskiego, bloga ściśle wspomnieniowego i kronikarskiego. 
Kot Morski to taki wymysł naszego Małasa, który bawiąc się figurką kota u Ciotki Maryli, stwierdził iż to jest kot morski. Chrzestna Ania zaoponowała, że przecież nie ma czegoś takiego, na co Małas stwierdził:

- Jak to nie? Kiedyś idę sobie plażą, a tu mnie coś ugryza w nogę. No to się pytam, a kto ty jesteś przyjacielu? - Kot Morski...



poniedziałek, 10 sierpnia 2015

W Pilawie

W weekend pojechaliśmy do Pilawy, gdzie mieszka rodzina Kotoja, dwie siostry ojca - Regina i Grażyna z rodzinami. Zatrzymaliśmy się u Cioci Reginy, zamieszkałej w dość dużym jednorodzinnym domu. W zasadzie dwurodzinnym, bo brat cioteczny Sylwii, Wojtek jest najwyraźniej zwolennikiem posiadania sporej rodziny, bo po domu biega czworo, a w zasadzie troje, bo najmłodsze jeszcze nie chodzi, rodzeństwa. Najstarsza jest Agatka, szczupłe dziewczę, o zachowaniu niezwykle kokieteryjnym w stosunku do rodziny. Dziewczynka ma lat bodajże 9, a ubawiłem się nieźle będąc świadkiem zabawnej pantomimy, połączonej z baletem, wykonanej wokół dziadka - Wuja Zygmunta. Taneczne kroki zostały opłacone symboliczną złotówka, którą dziewczynka schowała do różowej portmonetki, noszonej cały czas ze sobą, zapewne na wszelki wypadek. Antoś, jest pięć miesięcy młodszy od naszego Małasa, toteż on stał się towarzyszem jego zabaw i... kłótni. Niestety nasz syn dał pokaz przy tym wyjątkowo niemiłego zachowania. Sam Antoni jest kędzierzawym gadułą, o wyglądzie psotnika, natomiast albo wygląd jest mylny, albo umie się sprzedać dobrze, bo podczas naszego pobytu był raczej grzeczny. Janek ma lat cztery i wszędzie go pełno, a najbardziej by chciał uczestniczyć w zabawie ze starszymi chłopcami. Niestety oni nie bardzo chcieli. Szymonek jest jeszcze pocieszną małą kluchą, spędzającą większość czasu na ramionach rodziców. Główka jednak chodziła na wszystkie strony, co wokół się dzieje. Rzadko widuje się tak pogodne dziecko, w ciągu naszego pobytu nie widziałem go plączącego (słyszałem i owszem, prawdopodobnie nie podobało mu się usypianie) natomiast dał się poznać jako niestrudzony obserwator i eksplorer podłóg na czworaka. Zdecydowany faworyt Kotoja, zapewnie przez zachowaną jeszcze "bobasowatość". Starsza siostra używa wobec niego przydomku "Tyci", zaś Janek zdaje się być nieco zazdrosny, gdyż przestał się cieszyć względami najmłodszego w rodzinie.
Fajnie mieć taką rodzinę... Ale też i warunki ku temu są dobre, bo dom spory. Pokoje jak dla mnie niemal za bardzo uporządkowane, sprawiały wrażenie sal muzealnych i to nie ze względu na ilość eksponatów, tylko charakterystyczną "sterylność". Zero bałaganu i przypadkowych rzeczy. Inaczej niż u nas. Podobnie zresztą jest u drugiej Ciotki, Grażyny, do której też wpadliśmy na moment, będąc pod wieczór na cmentarzu u dziadków Sylwii.
Wracaliśmy w niedzielę rano. Do Warszawy wlecze się pociąg niemożebnie, co chwila zatrzymując na stacjach i stacyjkach. Upał się wzmaga...

Dworzec w Pilawie


 
Harce na podwórku