poniedziałek, 26 stycznia 2015

Z kroniki rodzinnej - Kot Prababci Weni

Otóż prababcia Wenia miała kiedyś kota. Niezwykle ponoć mądrego, który za obowiązek swój poczytywał sobie też dbanie o wyżywienie rodziny u której mieszkał. Oprócz łowiectwa, trudnił się też złodziejskim fachem, gdyż nie tylko upolowane ptaszki i myszki znoszone były pod próg drzwi, ale także skrawki słoniny i innego mięsa podkradzione z jakichś spiżarek.
W każdą sobotę od strony dzielnicy żydowskiej wiatr niósł aromatyczny zapach szabasowej kolacji. Wśród palety aromatów dominowała woń ryby, gdyż "szabat bez ryby jest jak wesele bez tańców". Tego dnia zapach był bardzo silny, bo wieczór był ciepły i okna domów żydowskich pootwierane. Kot, swoim zwyczajem wyruszył w ten wieczór pełen zmysłowych atrakcji dla jego powonienia i smaku. Jakoż po jakimś czasie rwetes straszny podniósł się w najbliższym starozakonnym domu. Wpierw krzyki i rumor, a potem narzekania. Kot zwabiony wystawnie zastawionym stołem wskoczył nań przez okno i począł częstować się stojącą na stole rybą. Lokator w pierwszym odruchu zamknął okno, chcąc uchronić się przed wizytą dalszych nieproszonych gości, odcinając tym samym drogę ucieczki zwierzęciu, które harcowało po jego stole. Potem wziął się na jeszcze bardziej drastyczne środki, by rozprawić się z intruzem i chwycił za kij. Większą nim szkodę szkodę wyrządził zastawie na stole, niż hyżemu zwierzęciu, które w końcu hycło w ciemną plamę okna i wybijąjąc szybę, zrezygnowało z dalszej gościny.
Żyd opowiadał potem o tym wydarzeniu, ale ponieważ stosunki sąsiedzkie miedzy nami były dobre, sprawa rozeszła się po kościach.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz