niedziela, 22 lutego 2015

Spacer z Rybą

W piątek z reguły jemy rybę, kupowaną w jednynym słusznym sklepie. Bez kilograma glazury i nie rozłażącą się na patelni. Sklep rybny mam akurat w połowie drogi do szkoły, z której odbieram Małasa, więc wstąpiłem tam po drodze. Z reguły kupuję dwa fileciki z miruny, bądź mintaja, tym razem trafił mi się jeden ogromny rybon, którego po zapakowaniu w reklamówkę wystawała z torebki prawie połowa od strony ogona. Szedłem więc po mieście nosąc swój kawał ryby.
Po wejściu do sali w której rezyduje grupa mojego syna wywołałem ogólne zaciekawienie. Rozległy się szepty: "Co to jest?", "Chyba rekin jakiś...".
- To nasze nowe zwierzątko domowe. Na obiad. - Zażartowałem.
Do szkoły od naszego domu idzie się ze dwadzieścia minut, więc niespiesznie ruszyliśmy z powrotem. Pogoda nas nie goniła, bo była całkiem niezła, słoneczko, dość ciepło i lekki wiaterek, tylko ogon ryby rozmarzł i zaczął trochę zwisać. Gdy już byliśmy prawie u celu, pojawił się mały problemik.
- Tato, but mi się rozwiązał.
- To zawiąż.
Oczywiście zasupłał zamiast zawiązać.
- Tato, chyba sobie nie poradzę...
Wręczyłem mu rybę, którą ujął oburącz niczym puchar i dzierżył przed sobą, sam zająłem się natomiast rozplątywaniem sznurowadła. Widok pewnie musiał być pocieszny, bo przechodzący mężczyzna rzucił mimochodem dowcipem:
- Ale masz wielkiego lizaka.
Muszę przyznać, że uwaga wydała mi się niezwykle śmieszna, rechotanie mnie nawet trochę rozproszyło przy wiązaniu buta.
A ryba... cóż, pod wieczór trafiła na patelnię, zupełnie nieśwaodoma zabawnych zdarzeń, których była przyczyną.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz