poniedziałek, 23 marca 2015

Tajemnica Mateusza Przybysza

Poszukiwanie informacji o przodkach to niekiedy ciekawa podróż w przeszlość, która z czasem rodzi więcej pytań niż odpowiedzi. Nie ma kart w publikacjach, które opowiadałyby o zwykłych ludziach, a dokumenty  z biegiem lat odchodzą w niebyt, jak w przypadku ksiąg parafialnych ze zniszczonych kościołów...

Ślad urwał mi się na pradziadku Piotrze Przybyszu, który kupił majątek w Leonowie, pod koniec XIX wieku. Leonów podlegał pod parafię w Kozłowie Biskupim, ale metryki spłonęły w czasie II wojny. Dotarłem jednak z pomocą rodziny do aktu zgonu Piotra w 1938 roku w urzędzie stanu cywilnego w Nowej Suchej, skąd dowiedziałem się imion jego rodziców - Józef i Józefa domo Kuśmider. Dowiedziałem się także, że pradziadek sprowadził do nowego domu niezamężną siostrę i matkę. Akt zaprowadził mnie do Szymanowa, gdzie narodziło się liczne rodzeństwo Piotra, ale nie znalazłem żadnego dokumentu, w którym znajdowałyby się dane rodziców Józefa Przybysza. Znalazłem jednak inny ślad.

W tradycji rodzinnej istniał przekaz ustny o przodku, który się nazywał Frandzelski i ukrywał się przed władzami zaborczymi. Zbieg przedarł się z Galicji na tereny zaboru rosyjskiego i przyjął nazwisko Przybysz. Trudno w takim wypadku mówić o szukaniu przodków, skoro nazwisko pojawiło się znikąd i miało być nomen omen określeniem kogoś, kto przybył z innych stron. Jak się okazuje, niekoniecznie.
W 1823 roku przychodzi na świat we wsi Sokule, parafia Wiskitki Mateusz Przybysz. Matka jego, Agnieszka jest panną, poród odbywa się w domu dziadka.
W następnym dokumencie, akcie ślubu; wdowiec Mateusz Przybysz pojmuje za żonę wdowę Mariannę Ziombską, vel Strużewską (w genetece są dwa rekordy odnoszące się do tego samego aktu) w roku 1894 w parafii Szymanów. Pierwsza żona, Rozalia domo Tomaszewska umiera rok wcześniej. Mateusz jest już dość stary, wg wpisu do księgi parafialnej ma lat 70. Miejsce urodzenia Sokule. Wypadałoby, że jest to ten sam człowiek, nie mniej jednak w akcie pojawia się nazwisko matki - Frandzelska (Agnieszka!) i imię ojca Tomasz. Tylko skąd nagle po 70 latach Mateusz zdobył oboje rodziców? A jeśli był to brat Józefa, mojego przodka, to czy Agnieszka i Tomasz są moimi przodkami w prostej linii?
Instykt podpowiada mi że tak. Rok 1823 najbliższy historycznie jest wojnom napoleońskim, może ktoś z rodziny Frandzelskich brał w nich udział i musiał się ukrywać. Dlatego w pierwszym akcie nazwisko Frandzelski się nie pojawia.
Badania nauczyły mnie jednego. Nigdy nie wiadomo skąd pojawi się kolejny trop. Nieraz niepozorna informacja uruchamia lawinę kolejnych.

Metryka urodzenia Mateusza, jak ktoś ma ochotę odcyfrować.

środa, 11 marca 2015

Rzeczy przyjemne

Do rzeczy przyjemnych z rana należał przytulas jakim obdarzył mnie syn po przebudzeniu. Stwierdził, że chcę przytulić tatę, bo normalnie jak wstaje już go nie ma. Dziś wyjątkowo pobudka Małasa odbyła się wcześniej, bo wyruszał ze swoją grupą na wycieczkę do Płocka i jeszcze nie wyszedłem do pracy. Zastanawiamy się czasem, czy w innych rodzinach też tak się wszyscy przytulają...
Ale z innej beczki.
Idę miastem z takim Małasem, widzę jak działają na niego miliony bodźców, słucham też opowiadań Babci z dzieciństwa i zastanawiam się nad swoją pamięcią o wczesnym dzieciństwie. Generalnie dochodzę do wniosku, że moje wspomnienia z czasów najmłodszych są dla mnie jakieś niewyraźne i dziurawe. Może wrócą na starość? Smaki...zapachy... widoki...hmm, co z tego zostało? Starałem się dziś przywołać jakieś wspomnienie. Ha, mam!
Sklep z "potworami" na warszawskiej starówce. Spacerowaliśmy tam z mamą i ojczymem. Na jedenej z witryn dojrzałem coś, czego nie widziałem nigdzie indziej - całą gromadę pluszowych stworów, które nie były ani misiami, ani laleczkami, a najbardziej kojarzyły się z muppetami, które wtedy lubiłem ogladać. Jako małe dziecko, nie rozumiałem połowy gagów z programu, ale oglądałem twardo. Stałem przed wystawą i gapiłem się jak sroka w gnat, była chyba niedziela i było zamknięte. Nie umiem dziś odtworzyć wyglądu tych zabawek oprócz dwóch... - niebieskiego z długim nosem i stwora na dwóch łapach, z wyłupiastymi oczkami jak piłeczki tenisowe oraz z czułkami. Tego ostatniego pamiętam, bo mi go później kupiono.
W ogóle ta Warszawa to było jakieś Eldorado. Niektórzy może pamiętają Składnicę Harcerską na Marszałkowskiej. Ja pamiętam z racji ogromnej makiety kolejki PIKO na wystawie. Miała dobre kilka metrów długości, były tam góry lasy, miasteczka... szał. Ja miałem małą makietę, zrobił ją mój ojciec, wyklejając łąki z "mechatego" zielonego papieru. Był tam dworzec stacji "Miłosna", budka zawiadowcy ze szlabanem, były szosy z szarego papieru ściernego "gładzika" (głowy nie dam, czy nie wyklejała tego mama). Potem przerobił ją ojczym, obijając zielonym płótnem i dorabiając z tekturowego pudła tunel. Kolejka jest, tylko nie wiem czy działa. Makieta była chowana za piec i zniszczyła się w końcu, połamały się drzewka, zapadł tekturowy dach dworca...
Może już wtedy należało prowadzić jakiś pamiętnik? Małas prowadzi. Lub prowadził, bo nie wiem, kiedy wykonał ostatni wpis. Dziś ze swojego wyczytałbym pewnie wiele ciekawych rzeczy, których absolutnie nie pamiętam. Może on też kiedyś zapomni że chciał się rano przytulać do taty. Na pewno. Tyle z życia radości, ile pamięci o tym co miłe.