piątek, 24 kwietnia 2015

O imionach dziwacznych i na pozór dziwacznych

Choć kwestia nadawania dzieciom wyróżniających i obcobrzmiących imion frapowała mnie od dawna, to Nikoletta i Nikola (Nie wiem, co leżało w beciku, bo Nicola to imię męskie na zachodzie, pochodne od greckiego Nicholas, ale czy rodzice mają o tym pojęcie?), usłyszane podczas ceremonii chrztów przelała czarę goryczy i postanowilem się sprawie przyjrzeć bliżej. I to nawet na czasie, bo akurat 1 marca zmieniły się zasady nadawania dzieciom imion, zliberyzowano ustawę i od tej pory rodzice będą mogli się dowartościować nadając dziecku egzotycznie brzmiące miano. Czy to dobrze? Cóż, wszystko zależy od zdrowego rozsądku, bo zbytnia fantazja może być traumą na całe życie dla pechowego dziecka.
Z początku myślałem, że trend zainicjowali niezbyt rozgarnięci celebryci, którzy uwierzyli w swą wyjątkowość na fali chwilowego zainteresowania i postanowili ją podkreślić, nadając swojemu potomstwu równie wyjątkowe miana. No bo któż w Polsce słysząc imię Etiennette nie skojarzy jeszcze i dziś słynnego przed paroma laty piosenkarza? Dlaczego dziecko fryzjerki, czy magazyniera ma być gorsze? Choć pewnie stwierdzenie jest sporym uproszczeniem, zauważyłem prawidłowość, że im prostsi ludzie, tym bardziej udziwnione imię. Aż do przesady, bo na siłę spolszczone imiona Dżulia, albo Dżastin, wręcz chrzęszczą w uszach i w ustach. Nie pachną też nowością, w zasadzie funkcjonowały, bez tego sztucznego "zhamerykanizowania" już wcześniej, jako Julia i Justynian lub Justyn - imiona o genezie bodajrze włoskiej. Wśród ludzi wykształconych także panuje wprawdzie trend nadawania imion niespotykanych, ale sięgają oni raczej do tradycji staropolskiej, odkrywając na nowo Zosie, lub Jerzych, czy nawet Gniewoszy i Dobromiły. Moda jednak, jak to moda, także na imiona zmienia się cały czas, a do celebrytów (nie wszystkich!) można mieć jedynie pretensje, że pokierowali ją na takie tory a nie inne.
Nie tylko względy modowe decydują o doborze imienia. Na szczęście w nowej ustawie nie znalazło przyzwolenia nadawanie imion bezosobowych, które nie określają płci dziecka, co szło by w parze z ideologią gender.
Moda modą, ideologia ideologią, najłatwiej się je ocenia i analizuje przez pryzmat czasow w jakich żyjemy, ale przecież zmieniać się musiały i wcześniej. Weźmy lata 80. Panie oszalały wtedy na punkcie imienia Isaura, fascynując się losami pięknej niewolnicy z brazylijskiego serialu. Nie wiem czy kogoś udało się tak nazwać, bo imienia nie ma w kalendarzu, ale próby były. Udało się wtedy natomiast przepchnąć inne imię na fali zmian ustrojowych. Solidariusz. Pierwszy Solidariusz został ochrzczony w roku 1985, a jakby ktoś chciał składać mu życzenia imieninowe to 31 sierpnia jest odpowiednią datą. Powyższe przykłady brzmią jak ciekawostki, ale w tamtych latach pojawiły się też imiona, które dziś już zdążyły przylgnąć i spowszechnieć - np. Klaudia, Martyna, czy Robert. Dwa pierwsze wywodzą się z czasów rzymskich, ostatnie jest germańskie.
My natomiast cofniemy się dalej, ale do czasów przedwojennych póki co. Mój dziadek nazywał się Bolesław. I nie było w tym nic dziwnego, tak jak w Klemensie, Teodorze, Felicji, Władysławie - bo takie imiona przewijają się w albumie rodzinnym, wśród moich przodków i ich znajomych narodzonych przed wojną. Odeszły do lamusa, a dziś prędzej mamusie i tatusiowie zdecydują się na Nicolettę, niż na Pelagię, choć na dobrą sprawę obydwa imiona mogą uchodzić za kuriozalne. O ile nie ma żadnego powodu, dla którego Bolek czy Klimek stał się nagle obciachowy, niektóre miana zgasły przez ich niesławnych nosicieli, jak chociażby popularny przed wojną Adolf (ciekawe czemu nie stało się podobnie z Józefem...). To po prostu przykład na to, nazewnictwo zmieniało się i dawniej, a motorem zmian było być może to, że do buzi dziecka, nie pasowało imię kojarzone z epoką babci lub dziadka. Skąd taka teoria? Cóż, nie wiem jak w innych rodzinach, ale w mojej ukuło się powiedzonko "imię starego chłopa, vel baby". - To jak chcą ochrzcić dziecko? - Klementyna. - Eee, to imię starej baby... Konia z rzędem temu, kto powie jednak według jakiego wzorca uznaje się niektóre imiona za starodawne, a niektóre nie. Czemu losu Klemensów i Florentyn nie podzielił np. Andrzej, lub Agnieszka. Nie mniej jednak, wyjaśniłoby się czemu stają się ponownie popularne dawne imiona przodków, którzy przenieśli się już w zaświaty i raczej się w pamięci młodych rodziców już się nie kojarzą z twarzami osób starszych. A jeszcze wcześniej? No cóż, znamy Mieszka, Siemowita, Bolesława, Leszka - bo są to imiona historyczne. I choć Mieszko, czy Siemowit nie był od dawna zjawiskiem częstym, to zdarza się współcześnie, sam osobiście znam jednego Mieszka. Jest to imię na wskroś słowiańskie i popularne, ale gdy zajrzymy do "Słownika staropolskich nazw osobowych" Witolda Taszyckiego, dowiemy się że masa innych, nie spopularyzowanych przez historię powszechną przepadła w odmętach przeszłości i brzmi dziś obco i egzotycznie.
A jest z czego wybierać. Żyli sobie więc kiedyś Borzywoj, Dobrowit, Modliboga, Biedziesława, czy Bolemira. Nadanie imienia dziecku było dobrym życzeniem na początek drogi życiowej. Borzywoj miał być krzepkim wojownikiem (borz - walka, woj - wojownik) Dobrowit miał być dobrym panem (wit - władca) Modliboga miała być pobożna, Biedziesława zdobyć poważanie (biedzić - staropol. starać się) Bolemira wieść spokojne życie (Bole - więcej, mir - pokój). Ale uwaga - Kazimierz (Kazimir) oznaczał burzącego pokój (od kazić, czyli psuć). To tylko część z kilku setek imion, które występowały na naszych terenach w dawnych czasach. Dlaczego zniknęły? Zauważmy, że w czasach Mieszka, Gniewka, Siemowita, Dobromira itp. nie było np. Marii, Piotrów, Pawłów, bo te imiona przyszyły z zachodu wraz z chrystianizjcją, tak jak dziś Dżulie, Allany i Dżastiny pchają się z kulturą masową. Wraz z nową wiarą, zmieniła się mentalność i być może nasi przodkowie nie chcieli już nosić pogańskich imion. Lepiej zachowały się te, które nosili królowie i możnowładcy, bo któż by ośmielał się im wmawiać, że ich miana są niemodne?
Cóż, pora na konluzję. Nie imię stanowi o charakterze człowieka, ale zachowajcie ludziska umiar w ucudaczneniach. No chyba, że już jesteście dorośli, wtedy nic nikomu do tego, jeżeli np. niczym niejaki Marin Lewidzew, zechcecie się nazywać Manchester. Manchester United.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Zadra

2015-04-21
Cały wczorajszy dzień był jak zadra. I całe szczęście że się skończył. Zaczał się od pewnej sprawy, którą nazwę "SPRAWĄ" i nie będę dalej wnikał w szczegóły. "SPRAWA" spowodowała nasze poddenerwowanie, pomimo, że ulotniła się od razu z rana i to że tak się stało, wcale nie powoduje nastąpienia długotrwałego spokoju.Ogólne przez przez "SPRAWĘ" mieliśmy cały dzień z du... wzięty. W międzyczasie wpadł z wizytą mój Ojciec. Mądrości życiowe ojczula potrafią dać w kość, po prostu trzeba mieć nastrój na ich słuchanie i tyle. My nastroju nie mieliśmy, ale jakoś pobyt upłynął we względnie przyjemnej atmosferze. Poszliśmy wszyscy po Małasa do szkoły, który zaciął się, że nie chce iść na trening. I tu dokonam małego wtrętu o treningach Małasa, który przełamie działanie poniedziałkowej zadry.

Zapisaliśmy młodego na trening samoobrony. Sprawność fizyczna naszego syna jest w normie, ale jakoś mi się wydaje, że jedak troszkę mniej rozwinięta niż u innych dzieci. Nie mogłem już w zeszłym roku patrzeć jak męczy się na tańcach, które najwyraźniej go nudziły i zacząłem myśleć nad czymś innym. Chrzestna Ania zaproponowała samoobronę, którą prowadzi jej koleżanka ze szkoły, ale był za mały. Nadal jest, ale ponieważ brakuje zaledwie paru miesięcy, "wcisło", się go. Małas tymczasem został nastawiony, prawdopodobnie przez jakiegoś koleżkę z zerówki na piłkę nożną. Znam swojego syna i wiem, że to raczej nie dla niego sport. Treningi piłki nożnej nie są takie jak sobie wyobraża, nigdy też nie zauważyłem żeby dobrze czuł się na boisku, czy nawet jakoś wybitnie chciał się bawić piłką. Nie zmienia to faktu, że zapisałbym go na tą piłkę, chociażby po to, żeby sam się do tego przekonał, albo mnie że się mylę.  Poszliśmy póki co na pierwszy trening samoobrony i mnie się spodobało, Małasowi chyba też, bo gęba mu się śmiała, a nastawienie innych dzieci było raczej motywujace dla "nowego". Jest najmniejszy, w związku z tym nie musi być najlepszy, ale rywalizował dzielnie i podczas ćwiczeń nawet został pochwalony. Ku mojemu zdziweiniu instruktorka, Pani Ola, stwierdziła że widać po niektórych ćwiczeniach, że mój syn coś jednak ćwiczył, więc rok tańcowania nie poszedl na marne.
Jeśli ktoś myśli że samoobrona dla dzieci to ćwiczenia ciosów i siłowanie się, to się grubo myli. Takie elementy występują, ale marginalnie. Zabawy są skonstruowane tak, by dopiero do tego przygotować. Łączą np. ćwiczenia pamięci z motoryką, do tego dochodzą rozciągania i skłony uelastyczniające i usprawniające ciało. Ich elementem jest nawet zabawa w berka i coś co się szczególnie dzieciakom podoba - "woda zalewa". Chodzi o to, by zapamiętać co zalewa woda i uciec na suchy teren, czyli np. kiedy Pani Ola mówi, że woda zalewa czerwone, zielone (maty) i ściany, to dzieciaki muszą biec na drabinki. Z każdym kolejnym poziomem (wody) dochodzą nowe "miejsca". Rewelacyjna sprawa.

Małas tymczasem po przejawieniu ochoty pójścia na trening drugi raz, bo pierwszy był taki na próbę, od trzeciego usiłował się wymigać. Wkurzyłem się, bo już oczami duszy zobaczyłem za parę lat lebiegę (takiego jak tatuś), który ani ręką ani nogą...
Dał się jednak namówić w końcu, a ja ruszyłem w czasie trwania treningu dopytać się o tą piłkę... Sezon się zaczął i nie ma raczej zapisów, choć pewnie sprawa jest do dogadania z trenerem. Postanowiliśmy z Kotojem, że jak mu ochota nie minie, zapiszę go na kolejny sezon, a potem najwyżej wybierze, co mu się bardziej podoba.

Wieczorem zadra dała znać o sobie znów. Pilnie musieliśmy wykonać przelew i nijak nie można było się zalogować na stronę banku. Pani na infolinii oznajmiła, że u niej wszystko działa, więc bye, a my zachodzimy w głowę co dalej i gdzie po nocy lecieć puszczać przelew. Nerwy, nerwy, nerwy. W końcu odinstalowałem jakieś dwa dodatki od przegladarki, załadowanie się strony blokował prawdopodobnie MCaffe, taki badziew, który się doinstalowywuje pod przegladarkę z każdą prawie duperelą typu flash player, jako niby antywirus.
Prawidziwa trauma nastąpiła przed pójściem do łóżka. Zadra weszła Małasowi w nogę i to już tak bez przenośni. Ponieważ wystawało jej kawałek, sprawa wydawała się prosta. Niestety, kawałek wyszedł, a z odłamkiem parkietu, który utkwił mu w nodze głębiej mocowaliśy się chyba 40 minut, mocząc stopę na przemian w gorącej wodzie z mydłem i sodą. Usiłowałem wydłubać cholerstwo igłą, pocąc się przy tej czynności jak wieprz. Młody piszczał i popłakiwał, ale znosił bolesną czynność ze spokojem i grzecznie się jej poddawał. Przyznam się, żewymiękłem podczas tego zajęcia. Wyjęcia całkowitego zadry dokonała Mama Małasa. Okazało się, że to co utkwiło pod skórą miało po wyjęciu ze 3 mm, a że wbiło się prawie pod kątem prostym, nie chciało za nic wyleźć. Powiem jedno, wolę cały dzień rów kopać niż jeszcze raz dokonywać takich zabiegów.?
 

Z kroniki rodzinnej - przygoda na kolei

Działo się to tuż przed wielkanocą, w latach 40. Ala jechała do krewnych w Wieliszewie. Mieszkala tam jej ciotka, Koczarowa (imię się nam chwilowo zgubiło, ale pewnie się znajdzie), siostra ojca. W tych ciężkich czasach okupacji niemieckiej, brakowało pożywienia i zdarzało się, ze Lilka kursowała pociągami albo z jedzeniem, albo po jedzenie do rodziny, w zależności gdzie było lepsze zaopatrzenie. Tym razem to ona ruszyła do ciotki z wiktuałami. Miała spirytus, masło, jakąś wędlinę, wszystko zapchane do pokaźnej walizy.
Trasa do Wieliszewa biegła, z dworca praskiego w Warszawie do Modlina, z tym, że ten ostatni leżał już w granicy Rzeszy, a nie Guberni. Wpierw trzeba było dojechać do Warszawy, następnie przesiąść się do pociągu na Modlin i wysiąść gdzieś po drodze. To po drodze się trochę skomplikowało, bo Lilka w panującym w pociągu tłoku przejechała stacje. Na dworcu gdzie wysiadła wisiały już niemieckie napisy, toteż zorienowała się że trafiła do Rzeszy. Znalazła się wtedy w Nowym Dworze Mazowieckim, wchodzącym w skład tzw. Rejencji Mazowieckiej.
Sytuacja nie była wesoła. W Rzeszy były lepsze warunki niż w Guberni, szmuglowano więc stamtąd co się dało. Kwitnący na granicy przemyt, był jednak surowo karany przez Niemców, można było trafić do obozu, albo nawet postradać życie. Co robić? Wyrzucić walizkę? Ruszyć pieszo wzdłuż torów? Dworzec opustoszał, a Lilka nie mając gdzie iść, siadła i zaczęła rozmyślać. Jakoż za chwilę przyplątał się kolejarz, Polak i zaczął wypytywać ją, skąd się tu wzięła. Posłuchał, podrapał się po głowie i rzekł.
- Ciężka sprawa. Muszę powiadomić naczelnika* stacji. Akurat ten co dziś jest to kawał drania. Katuje ludzi. Nie sądzę, żeby panience uszło to na sucho.
Jakoż za chwilę przyszedł niemiecki oficer, z plecionym, skórzanym pejczem w ręku, po czym zastygł przed Lilką w posągowym, wyniosłym rozkroku i postukując wspomnianym pejczem o oficerki i spytał:
- Was macht du hier?
Łamaną niemczyzną Lilka wyjaśniła, jak jadąc do rodziny, przegapiła stacje i wysiadła tutaj.
- No. To teraz trzeba wracać.
Lilce trochę spadł kamień z serca. Skoro mówi o powrocie, to chyba nie jest źle. Tylko jak wracać i skąd wziąć niemieckie marki na bilet? Nie myśląc nad tym, że być może przeciąga strunę, coś bąknęła o braku niemieckich pieniędzy. Niemiec spojrzał na nią przeciągle, sięgnął do kieszeni i wyjął jakieś drobne. Kolejarz wybałuszył oczy na ten widok. Czyżby Hansa świąteczne nawrócenie naszło?
Rodzina, do której w końcu Lilka trafiła uznała całą historię za bujdę. Sama Lilka stwierdziła, że pomimo faktu iż Niemcy dopuszczali się wielu odrażających uczynków i nie ma powodu by ich wybielać, nigdy personalnie nic jej nie zrobili. Co więcej, miała nawet adoratora Niemca, który łaził za nią jak cień, gdy szła do prowizorycznej kaplicy na różaniec. Kaplica znajdowła się na ulicy 1 maja, w budynku gdzie dziś jest bank. Kościół został całkowicie zniszczony, choć niemal dopiero co podniósł się z ruiny po I wojnie, a Niemcy nie zgodzili się na odbudowę. Msze odbywały się w budynku, w którym przed wybuchem wojny mieściło się coś w rodzaju klubu z pokaźnych rozmiarów salą balową, na której bawiło się okoliczne ziemiaństwo. Wtenczas nikomu w głowie balowanie nie było i codziennie o 18 był odmawiany tu różaniec. Później była już godzina policyjna i zakaz chodzenia po ulicy. Niemiec czekał przy wejściu do domu na Staszica, ale Lilka nie chciała, żeby z nią szedł, bo się wstydziła, co też mu zakomunikowała. Toteż szedł kilkanaście kroków za nią i  wten sposób odprowadzał ją do kaplicy. Spytała się w końcu kiedyś, czego od niej chce. Coś zaczął wtedy mówić o rasie nordyckiej i germańskiej urodzie Alicji, ale ona w ogóle nie mogła wtedy pojąć, o jaką "rasę" mu chodzi, domyśliła się jedynie, że stała się obiektem westchnień żołnierza.
Jako osoba w podeszłym wieku twierdzi, że nie chce wybielać Niemców, było w Sochaczewie wiele kanalii, a mieszkańcy zaznali od nich wielu prześladowań i w zasadzie to, że udało jej się przetrwać okupację bez szkody z ich strony nie jest zasługą dobroci Niemców, tylko tego, że się dużo modliła o bezpieczeństwo swoje i rodziny.

* też by trzeba ustalić jakie Niemcy mieli struktury organizacyjne na kolei.

piątek, 17 kwietnia 2015

Fragment Wiosny zawieszony w moim dzieciństwie

2015-04-17

 


Mamy wprawdzie kwiecień, ale znalazłem tą pocztówkę z obrazem Józefa Rapackiego p.t "Marzec" i przywołała pewne wspomnienia z dzieciństwa, związane z tym miesiącem właśnie. Patrzę poza tym na nią i konkluduję, że zniknęły nam pory roku. A w zasadzie niektóre okresy przejściowe, np. przedwiośnie.
Przedwiośnie było czasem roztopów, kiedy śnieg zalegający lasy i pola nikł pospiesznie pod nieśmiałym jeszcze słońcem, a zmarznięta ziemia nie była w stanie przyjąć powstałej z niego wody. Po polach rozrzucone więc były tafle przezroczystej i nieruchomej po nocnych przymrozkach wody, które w ciągu dnia tajały w promieniach bladego słońca. Po lasach, gdzie panował cień, porozrzucane były przybrudzone kołdry śniegu, który gdzieniegdzie potrafił zalegać bardzo długo, pomimo nawet plusowych temperatur.  Pierwsze promienie słońca wyganiały zawsze dziadka Bolka z domu, co oznaczało początek podróży między lasy i pola, na które obowiązkowo mnie zabierał. Chyba w dużym stopniu odziedziczyłem po nim zamiłowanie do podobnych tułaczek w odludne miejsca. A miałem wtedy lat może z 5, może mniej...
Jechaliśmy do Kozłowa Biskupiego autobusem, dziś dopiero rozumiem w pełni czemu akurat tam, do tego niepozornego lasku przy szosie na Bolimów. Bolek urodził się w pobliskim Leonowie i musiał często bywać w nim jako dzieciak, bo znajdował się po drodze do kościoła i na cmentarz, który także był często odwiedzany przez nas, bo tam spoczywali pradziadkowie. Może biegał beztrosko po lesie kozłowskim z rodzeństwem, Klimkiem, Władą i Helą, zanim jeszcze Europą targnęły dwie wojny i miał wspomnienia jeszcze bardziej barwne niż moje?
Pojechaliśmy autobusem lini numer 2 i wysiedliśmy przy ulicy Pięknej, na przystanku przy jabłoniowym sadzie. Szliśmy do lasu, kilka kroków szosą, przy wtórze gdakania kur z przydrożnych obejść. Wchodziliśmy zawsze do niego wąską ścieżynką między krzewami głogu i tarniny, w których dziadek miał ukryty kijaszek. Zawsze chodził po lesie z zestruganym na końcu kijkiem, który musiał być w miarę prosty i nie łamliwy. I powiem szczerze, że nie było wcale prosto taki znaleźć, dlatego Bolek zawsze ukrywał go w sobie znanym miejscu przy wejściu do lasu.
Wiosenny las jest jeszcze szary i cichy, ale jego cisza jest inaczej odczuwalna, niż ta jesienna, smutna i przerywana poświstami wiatru. Czuć w niej zapowiedź pobudki i niecierpliwość drzew oraz owadów, które czekają by trysnąć zielenią i napełnić powietrze gamą  brzęczeń i paletą nasłonecznionych zapachów.
Na razie jednak to była tylko zapowiedź tych wydarzeń, zawieszona w ciszy...
Tego dnia dziadek zaplanował sobie powrót pociągiem.  Na stację trzeba było dojść do pobliskiego Kornelina, wtedy można było kupić tam bilet, dziś stoi pusta poczekalnia, podejrzewam, że w niezbyt dobrym stanie.
Po spacerze wyszliśmy z lasu przy samych torach, i wzdłuż nich rozpoczeliśmy marsz w kierunku stacji. Wtedy to chyba widziałem wokół zalane wodą pola jak na obrazie mistrza Rapackiego. Widywałem je zresztą przecież nie raz... A potem dziadek przemoczył buty, przenosząc mnie na rękach przez szeroko rozlaną wodę, której nijak nie mogliśmy ominąć bokiem.

A teraz jestem w innej roli. Swoje dziecko prowadzę na spacer, w miejsca gdzie bywałem z dziadkiem. Może Małas nie ma aż takiego zacięcia do włóczęgi jak ja kiedyś, ale teraz dopiero wyobrażam sobie w pełni, jak wielką radość musiał mieć Boleś z pokazywania wnuczkowi tego całego świata, który mi przekazał...

czwartek, 16 kwietnia 2015

Z kroniki rodzinnej - Opowieść o Famułkach Królewskich

2015-04-16
Dziwnym trafem, już trzy osoby z moich znajomych, w tym jedna blogerka, zaczyna na poważnie badanie historii rodziny. Spisane przeze mnie historie zaczynają żyć własnym życiem, ostatnio trafiłem na akt slubu moich prapra i już na wstępie zauważyłem, że moje przeświadczenie, że brali ślub w Kaskach było błędne, gdyż panna Małgorzata, późniejsza żona Wawrzyńca pochodziła z Mszczonowa.

Ale dziś będzie o czym innym i ta historia też jest rozwojowa, pomimo że dotyczy lat 50. Szczerze mówiąc, zastanawiam się od czego zacząć. Może od sytuacji powojennej inteligencji w Sochaczewie. Zostało jej niewiele, Niemcy postarali się już o to, żeby Polacy za mądrzy nie byli, wiedząc, że ludzie rozumni to zarzewie skutecznego oporu przeciwko okupantowi. Władza komunistyczna po zrobieniu hucpy z praworządności i niezawisłości Polski też nie hołdowała ludziom wychowanym na przedwojennych wartościach i sytuacja była taka, że bezpartyjny inteligent klepał biedę, a przefarbowany na czerwono jełop zasiadał na intratnym stanowisku. I niestety ten zwyczaj się u nas przyjął, tylko o stanowiskach decydują inne przynależności. Ale do rzeczy. Dziadek Bolek się na czerwono nie chciał przemalować, gdyż jeszcze za mojej pamięci reagował bardzo alergicznie na ten kolor. Wyjściem awaryjnym stało się zapisanie do ZSL, Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Pomimo że tradycją miała ta partia nawiązywać do PSL, z którym Bolek był związany przed wojną, to nie było złudzeń, że jest tylko "przydupasem" PZPRu, jedynie w przystrojeniu zielonym, zamiast czerwonego. Do partii wciągnął dziadków znajomy z pracy, Szymon Pietrzak. Pan Pietrzak, lewicujący chyba był już wcześniej, bo synowie działali podczas wojny w AL, a nie jak większość w AK, (po wojnie doczekali się nawet jakichś stopni wojskowych), zaś Pan Pietrzak był w Banku Spółdzielczym członkiem zarządu jeszcze od czasów okupacji niemieckiej. Babcia Ala się jednak w ZSL nie nabyła, ale żeby opowiedzieć dlaczego, przeniosę akcję do wsi, co się nazywa Famułki Królewskie.
Otóż w Famułkach byłem na rowerze kilka ładnych lat temu i nazwa wieś, dla tej miejscowości straciła już swą adekwatność. Osada powstała dawno, w XVIII wieku, a założyli ją drwale pozyskujacy drewno z lasu. Wbiła się wtedy w puszczę niczym klin, by ponownie teraz ustąpić jej miejsca. Przejeżdzaliśmy piaszczystą drogą wzdłuż krajobrazu osady widma, bo po obejściach zostały same fundamenty, sterczące gdzieniegdzie z ziemi wejścia do zapadłych komór piwnicznych i porzucone na pastwę przyrody zdziczałe sady. Wieś została wysiedlona gdzieś w latach 70 z kilku powodów. Romantyczność bliskości natury i odcięcia od cywilizacji, zakłócił w połowie XX wieku brak możliwości pociągnięcia tam kanalizacji czy lini energetycznej oraz problem z zaopatrzeniem w podstawowe produkty, nie mówiąc już o tym, że teren włączono do chronionej strefy Parku Kampinowskiego, którego zarząd rozpoczął wtedy wykup gruntów położonych na terenie puszczy i dokonał wysiedlenia. Zostało tam jeszcze może kilka chałupek zasiedziałych, mieszkańców, którzy przylgnęli do tego miejsca i chcą w nim pozostać, nie bacząc na przeciwności.
Ciekawostką jest fakt, że w 1981 Famułki u schyłku swojego istnienia zagrały w filmie "Konopielka". KPN wypożyczył wtenczas ekipie filmowej gospodarstwo państwa Szymczaków i dzięki temu zachowało się na fotosach filmowych.

Fotos z "Konopielki" Te chałupy w tle to już historia...
(http://www.sochaczewianin.pl)


Będę się starał pojechać tam w tym roku znowu i uwiecznić na zdjęciach pozostałości tej osady. Mam nadzieję że nie natknę się na kłusowników, bo te resztki zabudowy służą im chyba za bazę. W jednej z piwnic znalazłem podczas ostatniej wizyty świeżo upolowanego zająca.
Za czasów przynależności Lilki do ZSL wieś jednak była, mieszkali tam ludzie, a ona sama dostała bojowe zadanie, by jako aktywny członek partii przeprowadzić agitację światopoglądową i wyłuszczyć chłopom zalety systemu komunistycznego. Jakoż dostała program prelekcji i dzierżąc go pod pachą wsiadła do wagonu kolejki wąskotorowej, kursujacej podówczas na trasie Sochaczew - Wyszogród. Na stacji w Brochowie czekał na nią miejscowy rolnik z wozem oraz zaprzęgniętym doń koniem i kolejną godzinę trwał dojazd do samych Famułek, oddalonych o ok. 10 kilometrów od linii kolei. Podobno było dość egzotycznie, droga wiodla przez lasy i pola, znikomo tknięte ludzką obecnością, raz nawet przemknął przed furmanką jakiś ryś, czy inny dziki zwierz i Lilka żartem wyraziła obawę, czy nic jej w lesie nie napadnie, co rolnik skwitował głośnym śmiechem. Gdy dotarli na miejsce, "aktyw" zgromadził się w jakiejś stodole i miał się odbyć odczyt. Tymczasem Lilkę bardziej interesowało jak mieszkańcy radzą sobie z dala od cywilizacji i jak w ogóle wygląda ich codzienność. Gdy się wszyscy wygadali, została odwieziona na stację, wsiadła w kolejkę i wróciła do Sochaczewa. Niestety, po którymś tam odczycie w jakiejś dziurze, ktoś w końcu się dowiedział jak Lilka agituje i usunięto ją dyscyplinarnie z szeregów partii...


Taki widok obecnie przedstawiają sobą Famułki Królewskie. Zdjecie ściągnąłem z netu, ze strony www.polskaniezwykla.pl

wtorek, 7 kwietnia 2015

Wielkanoc

Intensywna. Dziś ziewam i czuję się jeszcze lekko odłączony od rzeczywistości. W sobotę się rozgościliśmy u rodziny i czas tak popłynął przy rozmowie oraz lampkach z winem i cieście, że zrobiła się godzina 22... Niedziela to znów chrzciny, a jeszcze przed nimi zaliczyliśmy śniadanie u moich teściów. Robiłem troszkę za fotografa, na chrzcinach małej Basi, dzień oczywiście upłynął jak z bicza trzasnął. A w poniedziałek znów goście, od rana do wieczora. To tak pokrótce.

W kościele usiadłem tuż za młodymi rodzicami, żeby być w pogotowiu do robienia zdjęć co znaczniejszych momentów. Większość maluchów trzymana była w becikach na rękach i smacznie sobie spała. Jeden jednak osobnik, starszy od reszty i przjejawiający daleko już idącą świadomosć własnego ja, nie bardzo chciał uczestniczyć w uroczystości na rękach swojej mamy. Powiem wprost, darł się przez większość mszy, jakby w ciągu nieługiego jeszcze żywota zdążyła się w nim już zagnieździć cała czereda diabełków, które obawiały się święconej wody. Puszczony w końcu samopas, zmilkł na chwilę eksplorując okolice ołatarza, wznowił jednak koncert powstrzymany przed dołączeniem do oprawiania mszy przy księdzu... Wniosek? Dzieciaki podczas podawania do chrztu powinny być w wieku nieświadomym, bo lepiej znoszą tą ceremonię...

Wyobrażenie Chrystusa nad ołtarzem w w kościele w Chodakowie.

Ksiądz w końcu zaciekawił się urzędowo, jakie imiona rodzice postanowili nadać swoim pociechom. Przy ich wymienianiu naszło mnie trochę refleksji. Basia mi się spodobała, trafił się jakiś Sebastian i ogólnie imiona normalne, ale gdy w uszach zachrzęściła mi Nikola, a w chwile później Nikoletta (A może Nicoletta, tak czy siak skojarzyło mi się z gumą antynikotynową Nicorette), zacząłem się zastanawiać skąd u ludzi się biorą takie pomysły na udziwnianie dzieciom imion. Ale o tym może innym razem...
Z przyjęcia w "Czterech Porach Roku", bo tak się nazywał lokal pod miastem, w którym odbywało się przyjęcie, wyszliśmy koło godź. 19. Zastanawia mnie od jakiegoś czasu ten fenomen wyprawiania przyjęć komunijnych i chrztów w lokalach. Kiedyś chyba tego nie było - ścisła rodzina zaproszona była do domu na jakiś obiad. Tutaj i tej ścisłej rodziny jednak jest sporo, bo sami najbliżsi wujowie i ciocie małej Basi to ogólem 5 osob, część już z własnym potomstwem i faktycznie ciężko byłoby wszystkich zaproszonych umieścić w domu, nie mówiąc już, że nagotowanie strawy dla gości zgięło by chyba gospodarzy w pół już przed imprezą. "Cztery Pory Roku" natomiast okazały się adekwatną nazwą dla panującej aury. Spogladając między jednym a drugim kieliszkiem trunku w okno, widziałem na przemian słońce, deszcz, grad i śnieg, czyli symptomy faktycznie wszystkich pór roku.

Cztery Pory Roku

Tak jak policzyć, w poniedziałek przez chałupę przewinęło się 10 osób z rodziny bliższej i dalszej. Bez sensu, żebym wszystkich wymieniał czy literowal, grunt, że gości mieliśmy z krótkimi przerwami od 10 do ok 19. Pomimo, że padliśmy ze zmęczenia, było super. Zwłaszcza, że z kuzynostwem od strony babci brata niejako nawiązujemy stosunki na nowo, są to ludzie starsi ode mnie, ale tylko trochę i kiedyś po prostu nie utrzymywałem jako dzieciak jakichś zażyłych stosunków z chłopakami, którzy właśnie dorastali. Teraz jesteśmy wszyscy dorośli i zainteresowania się zrównały, co mnie cieszy, bo rodziny nigdy za wiele. Przynajmniej dla mnie...

środa, 1 kwietnia 2015

1 kwietnia

Czyli prima aprilis dziś. Powinienem sobie z kogoś zrobić jaja, polewkę, albo po staropolsku wystrychnąć go na dudka. Na razie w ten dzień kwietniowy żarty płata sobie tylko pogoda.
Nie będę swoim zwyczajem rozbijał na atomy genezy święta, bo nic ponad Wikipedię bym dziś nie wykminił. Usiłowałem sobie przypomnieć jakieś żarty ze swojego życia, związane z tym dniem, ale jakoś też nic mi nadzwyczajnego nie utkwiło w pamięci, oprócz drobnych oszustw. A nie, przepraszam jedno mi utkwiło. Z czasów podstawówki. Od razu uprzedzam, że nie jest to jakiś wyrafinowany kawał, zatem przemycę przy okazji parę moich wspomnień z dzieciństwa dotyczących szkoły.
Pierwsze moje doświadczenia oświatowo edukacyjne związane są ze szkołą "jedynką", czyli Szkołą nr 1 im Ludwika Waryńskiego, a zaczęły się w roku 1983. Wtedy na parterze była zerówka, trzecie piętro okupowały klasy 1-3, natomiast na piętrach 1 i 2 były kasy tematyczne dla uczniów klas od czwartej do ósmej.
Pierwsze kroki uczeń zawsze kierował do szatni, bo stojąca przy drzwiach woźna nie wpuszczała na piętra bez miękkiego obuwia. Miękkiego... dobre sobie. Jak ktoś chodził kiedyś w juniorkach to wie, jakie to miękkie. Ten szał PRLu, był jedynym słusznym obuwiem szkolnym, nie pozwalano nawet na trampki, bo rzekomo gumowa podeszwa brudziła podłogi z wyślizganych płytek pcv. Można było obuć kapcie, ale takiego desperata w ciągu 8 lat podstawówki nie spotkałem, przynajmniej nie wśród męskiej populacji szkoły, bo miałby zagwarantowaną ksywkę i drwiny do samego jej końca. Więc nosiliśmy juniorki, sztywne niewygodne buciki na twardej podeszwie. Szatnia dla dzieci powyżej 3 klasy w "jedynce" była pomieszczeniem na parterze przy wejściu (logiczne, nie?), tuż za klitką, gdzie woźne przy stoliku nakrytym ceratą doiły herbatę. Wchodziło się tam z korytarza, przechodząc pod taksującym wzrokiem herbacianych cerberów (cerberek?), jak przez bramkę na lotnisku. Szatnia był kwadratowym ciemnym pomieszczeniem do ścian którego w dwóch rzędach przybita była podłużna decha ze stalowymi hakami. Na wyższym wieszało się kurteczkę, na niższym worek na buty, żadnych boksów, numerków nie było, a szatnia pomimo zakazu wchodzenia do niej podczas zajęć stała w zasadzie cały czas otworem, toteż pozostawianie czegokolwiek interesującego w kieszeniach było błędem, tak jak i przychodzenie do szkoły w odzieży lepszej niż standardowy ortalion. Herbaciane cerbery wprawdzie czuwały, żeby nikt się tam nie plątał, ale przecież nie cały czas, bo w szkole co i rusz działy się jakieś wypadki wymagające interwencji osób biegłych w używaniu szczotki lub szmaty.
Dzieciaki, które dnia pewnego 1 kwietnia roku osiemdziesiątego któregoś zawitały do szkoły zastały widok niecodzienny. Szatnię zamkniętą na klucz. Na drzwiach natomiast wisiała kartka z tajemniczym napisem: "kuszące wiry". Tłum zdążył się zgromadzić przed drzwiami i z otwartymi ustami wpatrywać w kartkę. Gdzie woźna? Ktoś poszedł szukać Tekli. Woźna nazywana była Teklą na cześć pajęczycy z pszczółki Mai, z racji na podobnie wycyzelowany tembr głosu. Sama Tekla był to korpulentny "kawał baby", a jej "głosik" o subtelności papieru ściernego niósł się echem po korytarzu, gdy ktoś plątał się tam podczas trwania lekcji, albo coś przeskrobał. A wytargać za ucho też potrafiła. Woźnych było kilka, ale zapamiętałem wyjątkowo tą jedną, woźną nad woźnymi. Tego dnia po raz pierwszy odwieczny mars na jej twarzy ustąpił czemuś na kształt osłupienia. A bo klucze przecie w środku...
Tekla i personel pomocniczy rozbiegli się w poszukiwaniu zapasowych i nie było ich jakąś chwilę. Gdy klucz się odnalazł nastąpił chaos, bo szatnia, nie bardzo była w stanie pomieścić nagromadzony tłumek żądnych wiedzy uczniów, którzy pospóźniali się już na lekcje.
Lekcje… szkoła. Kiedyś muszę powspominać jak to wyglądało… Szukałem zdjęcia mojej budy w necie, ale to co teraz tam stoi po modernizacji jej nie przypomina.