środa, 1 kwietnia 2015

1 kwietnia

Czyli prima aprilis dziś. Powinienem sobie z kogoś zrobić jaja, polewkę, albo po staropolsku wystrychnąć go na dudka. Na razie w ten dzień kwietniowy żarty płata sobie tylko pogoda.
Nie będę swoim zwyczajem rozbijał na atomy genezy święta, bo nic ponad Wikipedię bym dziś nie wykminił. Usiłowałem sobie przypomnieć jakieś żarty ze swojego życia, związane z tym dniem, ale jakoś też nic mi nadzwyczajnego nie utkwiło w pamięci, oprócz drobnych oszustw. A nie, przepraszam jedno mi utkwiło. Z czasów podstawówki. Od razu uprzedzam, że nie jest to jakiś wyrafinowany kawał, zatem przemycę przy okazji parę moich wspomnień z dzieciństwa dotyczących szkoły.
Pierwsze moje doświadczenia oświatowo edukacyjne związane są ze szkołą "jedynką", czyli Szkołą nr 1 im Ludwika Waryńskiego, a zaczęły się w roku 1983. Wtedy na parterze była zerówka, trzecie piętro okupowały klasy 1-3, natomiast na piętrach 1 i 2 były kasy tematyczne dla uczniów klas od czwartej do ósmej.
Pierwsze kroki uczeń zawsze kierował do szatni, bo stojąca przy drzwiach woźna nie wpuszczała na piętra bez miękkiego obuwia. Miękkiego... dobre sobie. Jak ktoś chodził kiedyś w juniorkach to wie, jakie to miękkie. Ten szał PRLu, był jedynym słusznym obuwiem szkolnym, nie pozwalano nawet na trampki, bo rzekomo gumowa podeszwa brudziła podłogi z wyślizganych płytek pcv. Można było obuć kapcie, ale takiego desperata w ciągu 8 lat podstawówki nie spotkałem, przynajmniej nie wśród męskiej populacji szkoły, bo miałby zagwarantowaną ksywkę i drwiny do samego jej końca. Więc nosiliśmy juniorki, sztywne niewygodne buciki na twardej podeszwie. Szatnia dla dzieci powyżej 3 klasy w "jedynce" była pomieszczeniem na parterze przy wejściu (logiczne, nie?), tuż za klitką, gdzie woźne przy stoliku nakrytym ceratą doiły herbatę. Wchodziło się tam z korytarza, przechodząc pod taksującym wzrokiem herbacianych cerberów (cerberek?), jak przez bramkę na lotnisku. Szatnia był kwadratowym ciemnym pomieszczeniem do ścian którego w dwóch rzędach przybita była podłużna decha ze stalowymi hakami. Na wyższym wieszało się kurteczkę, na niższym worek na buty, żadnych boksów, numerków nie było, a szatnia pomimo zakazu wchodzenia do niej podczas zajęć stała w zasadzie cały czas otworem, toteż pozostawianie czegokolwiek interesującego w kieszeniach było błędem, tak jak i przychodzenie do szkoły w odzieży lepszej niż standardowy ortalion. Herbaciane cerbery wprawdzie czuwały, żeby nikt się tam nie plątał, ale przecież nie cały czas, bo w szkole co i rusz działy się jakieś wypadki wymagające interwencji osób biegłych w używaniu szczotki lub szmaty.
Dzieciaki, które dnia pewnego 1 kwietnia roku osiemdziesiątego któregoś zawitały do szkoły zastały widok niecodzienny. Szatnię zamkniętą na klucz. Na drzwiach natomiast wisiała kartka z tajemniczym napisem: "kuszące wiry". Tłum zdążył się zgromadzić przed drzwiami i z otwartymi ustami wpatrywać w kartkę. Gdzie woźna? Ktoś poszedł szukać Tekli. Woźna nazywana była Teklą na cześć pajęczycy z pszczółki Mai, z racji na podobnie wycyzelowany tembr głosu. Sama Tekla był to korpulentny "kawał baby", a jej "głosik" o subtelności papieru ściernego niósł się echem po korytarzu, gdy ktoś plątał się tam podczas trwania lekcji, albo coś przeskrobał. A wytargać za ucho też potrafiła. Woźnych było kilka, ale zapamiętałem wyjątkowo tą jedną, woźną nad woźnymi. Tego dnia po raz pierwszy odwieczny mars na jej twarzy ustąpił czemuś na kształt osłupienia. A bo klucze przecie w środku...
Tekla i personel pomocniczy rozbiegli się w poszukiwaniu zapasowych i nie było ich jakąś chwilę. Gdy klucz się odnalazł nastąpił chaos, bo szatnia, nie bardzo była w stanie pomieścić nagromadzony tłumek żądnych wiedzy uczniów, którzy pospóźniali się już na lekcje.
Lekcje… szkoła. Kiedyś muszę powspominać jak to wyglądało… Szukałem zdjęcia mojej budy w necie, ale to co teraz tam stoi po modernizacji jej nie przypomina.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz