piątek, 17 kwietnia 2015

Fragment Wiosny zawieszony w moim dzieciństwie

2015-04-17

 


Mamy wprawdzie kwiecień, ale znalazłem tą pocztówkę z obrazem Józefa Rapackiego p.t "Marzec" i przywołała pewne wspomnienia z dzieciństwa, związane z tym miesiącem właśnie. Patrzę poza tym na nią i konkluduję, że zniknęły nam pory roku. A w zasadzie niektóre okresy przejściowe, np. przedwiośnie.
Przedwiośnie było czasem roztopów, kiedy śnieg zalegający lasy i pola nikł pospiesznie pod nieśmiałym jeszcze słońcem, a zmarznięta ziemia nie była w stanie przyjąć powstałej z niego wody. Po polach rozrzucone więc były tafle przezroczystej i nieruchomej po nocnych przymrozkach wody, które w ciągu dnia tajały w promieniach bladego słońca. Po lasach, gdzie panował cień, porozrzucane były przybrudzone kołdry śniegu, który gdzieniegdzie potrafił zalegać bardzo długo, pomimo nawet plusowych temperatur.  Pierwsze promienie słońca wyganiały zawsze dziadka Bolka z domu, co oznaczało początek podróży między lasy i pola, na które obowiązkowo mnie zabierał. Chyba w dużym stopniu odziedziczyłem po nim zamiłowanie do podobnych tułaczek w odludne miejsca. A miałem wtedy lat może z 5, może mniej...
Jechaliśmy do Kozłowa Biskupiego autobusem, dziś dopiero rozumiem w pełni czemu akurat tam, do tego niepozornego lasku przy szosie na Bolimów. Bolek urodził się w pobliskim Leonowie i musiał często bywać w nim jako dzieciak, bo znajdował się po drodze do kościoła i na cmentarz, który także był często odwiedzany przez nas, bo tam spoczywali pradziadkowie. Może biegał beztrosko po lesie kozłowskim z rodzeństwem, Klimkiem, Władą i Helą, zanim jeszcze Europą targnęły dwie wojny i miał wspomnienia jeszcze bardziej barwne niż moje?
Pojechaliśmy autobusem lini numer 2 i wysiedliśmy przy ulicy Pięknej, na przystanku przy jabłoniowym sadzie. Szliśmy do lasu, kilka kroków szosą, przy wtórze gdakania kur z przydrożnych obejść. Wchodziliśmy zawsze do niego wąską ścieżynką między krzewami głogu i tarniny, w których dziadek miał ukryty kijaszek. Zawsze chodził po lesie z zestruganym na końcu kijkiem, który musiał być w miarę prosty i nie łamliwy. I powiem szczerze, że nie było wcale prosto taki znaleźć, dlatego Bolek zawsze ukrywał go w sobie znanym miejscu przy wejściu do lasu.
Wiosenny las jest jeszcze szary i cichy, ale jego cisza jest inaczej odczuwalna, niż ta jesienna, smutna i przerywana poświstami wiatru. Czuć w niej zapowiedź pobudki i niecierpliwość drzew oraz owadów, które czekają by trysnąć zielenią i napełnić powietrze gamą  brzęczeń i paletą nasłonecznionych zapachów.
Na razie jednak to była tylko zapowiedź tych wydarzeń, zawieszona w ciszy...
Tego dnia dziadek zaplanował sobie powrót pociągiem.  Na stację trzeba było dojść do pobliskiego Kornelina, wtedy można było kupić tam bilet, dziś stoi pusta poczekalnia, podejrzewam, że w niezbyt dobrym stanie.
Po spacerze wyszliśmy z lasu przy samych torach, i wzdłuż nich rozpoczeliśmy marsz w kierunku stacji. Wtedy to chyba widziałem wokół zalane wodą pola jak na obrazie mistrza Rapackiego. Widywałem je zresztą przecież nie raz... A potem dziadek przemoczył buty, przenosząc mnie na rękach przez szeroko rozlaną wodę, której nijak nie mogliśmy ominąć bokiem.

A teraz jestem w innej roli. Swoje dziecko prowadzę na spacer, w miejsca gdzie bywałem z dziadkiem. Może Małas nie ma aż takiego zacięcia do włóczęgi jak ja kiedyś, ale teraz dopiero wyobrażam sobie w pełni, jak wielką radość musiał mieć Boleś z pokazywania wnuczkowi tego całego świata, który mi przekazał...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz