czwartek, 16 kwietnia 2015

Z kroniki rodzinnej - Opowieść o Famułkach Królewskich

2015-04-16
Dziwnym trafem, już trzy osoby z moich znajomych, w tym jedna blogerka, zaczyna na poważnie badanie historii rodziny. Spisane przeze mnie historie zaczynają żyć własnym życiem, ostatnio trafiłem na akt slubu moich prapra i już na wstępie zauważyłem, że moje przeświadczenie, że brali ślub w Kaskach było błędne, gdyż panna Małgorzata, późniejsza żona Wawrzyńca pochodziła z Mszczonowa.

Ale dziś będzie o czym innym i ta historia też jest rozwojowa, pomimo że dotyczy lat 50. Szczerze mówiąc, zastanawiam się od czego zacząć. Może od sytuacji powojennej inteligencji w Sochaczewie. Zostało jej niewiele, Niemcy postarali się już o to, żeby Polacy za mądrzy nie byli, wiedząc, że ludzie rozumni to zarzewie skutecznego oporu przeciwko okupantowi. Władza komunistyczna po zrobieniu hucpy z praworządności i niezawisłości Polski też nie hołdowała ludziom wychowanym na przedwojennych wartościach i sytuacja była taka, że bezpartyjny inteligent klepał biedę, a przefarbowany na czerwono jełop zasiadał na intratnym stanowisku. I niestety ten zwyczaj się u nas przyjął, tylko o stanowiskach decydują inne przynależności. Ale do rzeczy. Dziadek Bolek się na czerwono nie chciał przemalować, gdyż jeszcze za mojej pamięci reagował bardzo alergicznie na ten kolor. Wyjściem awaryjnym stało się zapisanie do ZSL, Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Pomimo że tradycją miała ta partia nawiązywać do PSL, z którym Bolek był związany przed wojną, to nie było złudzeń, że jest tylko "przydupasem" PZPRu, jedynie w przystrojeniu zielonym, zamiast czerwonego. Do partii wciągnął dziadków znajomy z pracy, Szymon Pietrzak. Pan Pietrzak, lewicujący chyba był już wcześniej, bo synowie działali podczas wojny w AL, a nie jak większość w AK, (po wojnie doczekali się nawet jakichś stopni wojskowych), zaś Pan Pietrzak był w Banku Spółdzielczym członkiem zarządu jeszcze od czasów okupacji niemieckiej. Babcia Ala się jednak w ZSL nie nabyła, ale żeby opowiedzieć dlaczego, przeniosę akcję do wsi, co się nazywa Famułki Królewskie.
Otóż w Famułkach byłem na rowerze kilka ładnych lat temu i nazwa wieś, dla tej miejscowości straciła już swą adekwatność. Osada powstała dawno, w XVIII wieku, a założyli ją drwale pozyskujacy drewno z lasu. Wbiła się wtedy w puszczę niczym klin, by ponownie teraz ustąpić jej miejsca. Przejeżdzaliśmy piaszczystą drogą wzdłuż krajobrazu osady widma, bo po obejściach zostały same fundamenty, sterczące gdzieniegdzie z ziemi wejścia do zapadłych komór piwnicznych i porzucone na pastwę przyrody zdziczałe sady. Wieś została wysiedlona gdzieś w latach 70 z kilku powodów. Romantyczność bliskości natury i odcięcia od cywilizacji, zakłócił w połowie XX wieku brak możliwości pociągnięcia tam kanalizacji czy lini energetycznej oraz problem z zaopatrzeniem w podstawowe produkty, nie mówiąc już o tym, że teren włączono do chronionej strefy Parku Kampinowskiego, którego zarząd rozpoczął wtedy wykup gruntów położonych na terenie puszczy i dokonał wysiedlenia. Zostało tam jeszcze może kilka chałupek zasiedziałych, mieszkańców, którzy przylgnęli do tego miejsca i chcą w nim pozostać, nie bacząc na przeciwności.
Ciekawostką jest fakt, że w 1981 Famułki u schyłku swojego istnienia zagrały w filmie "Konopielka". KPN wypożyczył wtenczas ekipie filmowej gospodarstwo państwa Szymczaków i dzięki temu zachowało się na fotosach filmowych.

Fotos z "Konopielki" Te chałupy w tle to już historia...
(http://www.sochaczewianin.pl)


Będę się starał pojechać tam w tym roku znowu i uwiecznić na zdjęciach pozostałości tej osady. Mam nadzieję że nie natknę się na kłusowników, bo te resztki zabudowy służą im chyba za bazę. W jednej z piwnic znalazłem podczas ostatniej wizyty świeżo upolowanego zająca.
Za czasów przynależności Lilki do ZSL wieś jednak była, mieszkali tam ludzie, a ona sama dostała bojowe zadanie, by jako aktywny członek partii przeprowadzić agitację światopoglądową i wyłuszczyć chłopom zalety systemu komunistycznego. Jakoż dostała program prelekcji i dzierżąc go pod pachą wsiadła do wagonu kolejki wąskotorowej, kursujacej podówczas na trasie Sochaczew - Wyszogród. Na stacji w Brochowie czekał na nią miejscowy rolnik z wozem oraz zaprzęgniętym doń koniem i kolejną godzinę trwał dojazd do samych Famułek, oddalonych o ok. 10 kilometrów od linii kolei. Podobno było dość egzotycznie, droga wiodla przez lasy i pola, znikomo tknięte ludzką obecnością, raz nawet przemknął przed furmanką jakiś ryś, czy inny dziki zwierz i Lilka żartem wyraziła obawę, czy nic jej w lesie nie napadnie, co rolnik skwitował głośnym śmiechem. Gdy dotarli na miejsce, "aktyw" zgromadził się w jakiejś stodole i miał się odbyć odczyt. Tymczasem Lilkę bardziej interesowało jak mieszkańcy radzą sobie z dala od cywilizacji i jak w ogóle wygląda ich codzienność. Gdy się wszyscy wygadali, została odwieziona na stację, wsiadła w kolejkę i wróciła do Sochaczewa. Niestety, po którymś tam odczycie w jakiejś dziurze, ktoś w końcu się dowiedział jak Lilka agituje i usunięto ją dyscyplinarnie z szeregów partii...


Taki widok obecnie przedstawiają sobą Famułki Królewskie. Zdjecie ściągnąłem z netu, ze strony www.polskaniezwykla.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz