sobota, 30 maja 2015

Dzień Dziecka

Byliśmy w Warszawie, z zamiarem zgotowania Małasowi jakichś atrakcji. No i przecież miał się spotkać z Babcią Gosią, na co od dawna czekał. Jako że zbliżał się dzień dziecka, przejrzałem programy imprez przygotowanych na ten dzień w stolicy. Wybraliśmy w końcu Muzeum Karykatury na Koziej, gdzie miała być wystawa prac Zbigniewa Lengrena, a nawet wyświetlony film wg. jego koncepcji.
Pojechaliśmy busem i wysiedliśmy na rondzie Daszyńskiego. Stwierdziłem że coś się pozmieniało, bo w ogóle nie kojarzyłem wieżowca, z napisem "Kocham Warszawę". Po krótkim odpoczynku u Babci Gosi ruszyliśmy na starówce.
Po dotarciu do muzeum okazało się niestety, że film się skończył, pozostaje nam tylko jakiś powtarzający się krótki metraż z wyświetlanego na ścianie ekranu. Pojęcia nie miałem, że powstały filmy animowane z Profesorem Filutkiem. Profesora znałem z książeczki, która od dawna poniewierała się u nas w domu, a któą jako dziecko nawet kolorowałem. Opowiada o perypetiach łysego acz sympatycznego pana w meloniku i z nieodłącznym pieskiem. Obejrzeliśmy jedną taką kreskówkę.


Grająca ławka. wzbudzała żywe zainteresowanie Małasa.











Rysunki Lengrena tchną jakimś ciepłem i mam nadzieję odzwierciedlają pogodny charakter autora. Zastanawiałem się, parząc na niektóre rysunki, niezwykle przewrotne, czemu teraz nie ma nikogo z takim podejściem do tematu żartu rysunkowego. Obecnie jest wielu ciekawych i utalentowanych artystów, ale humor stał się bardziej dosadny, ot klateczka która mignie nam się w gazecie budząc uśmiech, albo i nie i przewrót strony dalej. Na rysunkach Lengrena, trzeba chwilę zawiesić oko i dopiero po krótkiej chwili studiowania rysunku, wybuchamy śmiechem, albo śmieszkiem. Piotras nie ma cierpliwości do studiowania rysunków. Nudzi się wizytą w muzeum, a my dalsze kroki kierujemy na starówkę. Mama moja stwierdza, że może teraz to ona i powoli zaczyna być stara. Mam mieszane uczucia do tych zabudowań. Z jednej strony jest to największa rekonstrukcja na świecie, bo przecież Niemcy zrujnowali ją niemal całkowicie. Nie wiem ile domów na "starówce" pamięta stare czasy, koło rynku znajduje zdjęcie na których domy wprawdzie bez dachów i okien stoją, ale nie wiem czy nie trzeba było ich wyburzyć. To ogromne przedsięwzięcie jednak kosztowało rozbiórkę wielu zabytków z tzw, ziem odzyskanych, z których budulec w barbarzyński sposób pozyskano na budowę warszawskiej starówki. Nie jestem zwolennikiem niszczenia czegoś, żeby odbudować coś innego, co i tak nie będzie tym, czym było.




Wzdłuż murów starówki odbywa się jarmark Zygmuntowski, który postanawiamy obejrzeć. Powiem szczerze, że można go uznać za nietypowy. Co widzieliśmy? Ano, narzędzia z czekolady, ludowe drewniane zabawki, typu kołatki i koguciki, jadło tradycyjne, od chlebów po wędliny. Kompozycje z suszonych kwiatów.






Narzędzia z gorzkiej czekolady :)


Łapa Małasa wyciąga się po zabawkę...




Baba z wozu poleca chleb ze smalcem.

Na starówce zjedliśmy lody i poszliśmy w stronę barbakanu. Warszawska starówka to mieszanina kolorów, starych - pastelowych i nowoczesnych fluorescencyjnych. Jest miejsce na dziwne sklepy, jak choćby sklep z amuletami z pracowni Jacka Kilińskiego. W żadnym innym miejscu, gdzie nie ma turysty nie miałby racji bytu, ale tu wielu jest spragnionych wrażeń, nawet ezoterycznych. Cóż, my do nich nie należymy, ale witryna sklepu ciekawa...



Nie wiedziałem, że znajduje się w barbakanie minimuzeum. To budowla na planie półkola, czy może bardziej elipsy. Wchodząc jednym wejściem, wyszlismy drugim znajdującym się naprzeciw pierwszego, okrążając go dookoła. Znajdują się w nim zdjęcia archiwalne pokazujące zniszczenia Warszawskiej starówki, których w ogóle podczas zwiedzania miasta sporo rzuca się w oczy, co uświadamia z jakiego ogromu zniszczenia musiało się ono podnieść. Poza tym są tu makiety średniowiecznych jeszcze zabudowań, plany i mapy starej Warszawy i krótki film o pracach rekonstrukcyjnych.
Ta część chyba najbardziej przypadła do gustu naszemu synowi, bo latał radośnie wąskimi przejściami barbakanu, co jakiś czas zatrzymując się i podziwiając eksponaty.



Małas oglądał zdjęcia z zainteresowaniem. O dziwo.


Makieta wieży marszałkowskiej z XIV wieku.


Makieta Bramy Krakowskiej po 1696 roku

O radości !

W środku Barbakanu stoiska z szeroko rozmumianą sztuką. Od rzeźbiarstwa po malarstwo.
Warszawa na starej fotografii. Znów głównie zniszczenia.

Kurrra!!!

Wróciliśmy wzdłuż murów, Piotras zażyczył sobie jakąś piłeczkę do miętoszenia wypełnioną żelem... Ta piłeczka pękła potem w autobusie, paćkając zawartością ręce naszej pociechy, wielce z tego powdu niezadowolonej. Zgłodniali zasiedliśmy do obiadu u mojej Mamy i po krótkim odpoczynku wróciliśmy do Sochaczewa.
  Pozdrowienia z Warszawy

poniedziałek, 25 maja 2015

Na rowery!


Rafał, mój towarzysz jazdy podłapał bakcyla szperania za reliktami przeszłości i ciekawostkami, więc po przeprowadzeniu wywiadu środowiskowego (przez Niego) udaliśmy się ponownie do wsi Mikołajew. Tam skręciliśmy w polną drogę, która obdarowała nas sowicie większymi i mniejszymi wądołami, co odczuliśmy na siedzeniu. Przy niej miało być tajemnicze "coś". Jakoż jechaliśmy nią i jechaliśmy, a oprócz otwartej na oścież panoramy pól nic nie było. Dojechaliśmy w końcu jednak do okazałej kępy krzewów. Faktycznie wyglądało to niecodziennie, Bzy, głogi i tarniny tworzyły istną twierdzę, rosnąc tak gęsto, że do środka ledwo wbijało się światło. Z doświadczenia wiadomo nam, że przyroda z reguły aż tak nachalnie pacyfikuje tereny niegdyś użytkowane przez człowieka, ale obeszliśmy kępę dookoła i oprócz przecinającej ją przez środek ścieżki nic ciekawego nie zauważyliśmy. Z uczuciem pewnego niedosytu pojechaliśmy dalej, jak się później okazało tylko po to, by planować rychły powrót, bo tajemnica kryła się w środku gęstwiny, w postaci jakiegoś zapomnianego cmentarza z czasów jeszcze wojen napoleońskich. Wprawdzie nie mam jakichś nadziei że coś z niego zostało, ale może choć jakiś kamień lub inny ślad do uwiecznienia? Następna wycieczka planowana jest z maczetą...



Tymczasem minęliśmy wieś Dębówkę, bo nasza polna droga skończyła się przy asfalcie przecinającym ją na drodze do Elżbietowa. Nie chcąc wracać tradycyjną drogą przez Bielice, skręciliśmy w stronę lasu. Tu trochę jazdy przełajowej, by przebić się w końcu na szosę do Teresina. Ponieważ do lasu wiodła droga powrotna, wybraliśmy ją by jeszcze raz przez niego przejechać. W środku lasu znów niespodzianka. Kompleks budynków - całkowicie zdewastowanych, od kilku ładnych lat najwyraźniej opuszczonych. Numeracja i rozkład wskazywały na zastosowanie wojskowe, jakoż faktycznie władowaliśmy się teren byłej jednostki wojskowej 3 Warszawskiej Brygady Rakietowej, co stwierdziłem znajdując logo namalowane na ścianie koszar. Powyrywane poręcze i wykopane ziemi rury wskazywały na bytność "złomiarzy", którzy ogołocili budynki z części metalowych. Co szokujące, jednostkę przeniesiono do Bielic z 2001 roku, więc zabudowania zostały opuszczone stosunkowo niedawno. Utworzono tą bazę w latach 50, wg projektu radzieckiego systemu obrony przeciwlotniczej S-75M Wołchow. Ta była siedzibą 9 Dywizjonu Ogniowego Artylerii Rakietowej OP Teresin, i była jedną z kilku jednostek obrony przeciwlotniczej stanowiącej pierścień okalający Warszawę.








Pomyszkowaliśmy chwilę w środku, całość zarosła już sowicie zielenią, ktoś też wpadł niedawno na pomysł, żeby wywołać pożar bo wnętrza były okopcone i unosił się po nich swąd spalenizny. Gruby stwierdził, że "czuje się jak Stalker w Zonie". Ponieważ zbliżał się wiecżór i towarzysz mój odziany jedynie w koszulkę zaczął narzekać, że zaczynają go "cielaki lizać", postanowiliśmy wracać, próbując jeszcze zdążyć przed ostatnimi promieniami zachodzącego słońca.
To zachodzące słońce stało się przyczyną małego wypadku, bo gdy zatrzymałem się żeby sfotografować owo zjawisko, Rafał fiknął z roweru, rozmawiając wcześniej przez telefon. Stwierdziłem, ze się starzejemy, bo kiedyś bym się z tego urechotał, a teraz przestraszyłem się w pierwszej chwili że coś mu sie stało... Na szczęście przeżył.



niedziela, 24 maja 2015

Wycieczka

2015-05-28
Na rowery!
Rafał, mój towarzysz jazdy podłapał bakcyla szperania za reliktami przeszłości i ciekawostkami, więc po przeprowadzeniu wywiadu środowiskowego (przez Niego) udaliśmy się ponownie do wsi Mikołajew. Tam skręciliśmy w polną drogę, która obdarowała nas sowicie większymi i mniejszymi wądołami, co odczuliśmy na siedzeniu. Przy niej miało być tajemnicze "coś". Jakoż jechaliśmy nią i jechaliśmy, a oprócz otwartej na oścież panoramy pól nic nie było. Dojechaliśmy w końcu jednak do okazałej kępy krzewów. Faktycznie wyglądało to niecodziennie, Bzy, głogi i tarniny tworzyły istną twierdzę, rosnąc tak gęsto, że do środka ledwo wbijało się światło. Z doświadczenia wiadomo nam, że przyroda z reguły aż tak nachalnie pacyfikuje tereny niegdyś użytkowane przez człowieka, ale obeszliśmy kępę dookoła i oprócz przecinającej ją przez środek ścieżki nic ciekawego nie zauważyliśmy. Z uczuciem pewnego niedosytu pojechaliśmy dalej, jak się później okazało tylko po to, by planować rychły powrót, bo tajemnica kryła się w środku gęstwiny, w postaci jakiegoś zapomnianego cmentarza z czasów jeszcze wojen napoleońskich. Wprawdzie nie mam jakichś nadziei że coś z niego zostało, ale może choć jakiś kamień lub inny ślad do uwiecznienia? Następna wycieczka planowana jest z maczetą...



Tymczasem minęliśmy wieś Dębówkę, bo nasza polna droga skończyła się przy asfalcie przecinającym ją na drodze do Elżbietowa. Nie chcąc wracać tradycyjną drogą przez Bielice, skręciliśmy w stronę lasu. Tu trochę jazdy przełajowej, by przebić się w końcu na szosę do Teresina. Ponieważ do lasu wiodła droga powrotna, wybraliśmy ją by jeszcze raz przez niego przejechać. W środku lasu znów niespodzianka. Kompleks budynków - całkowicie zdewastowanych, od kilku ładnych lat najwyraźniej opuszczonych. Numeracja i rozkład wskazywały na zastosowanie wojskowe, jakoż faktycznie władowaliśmy się teren byłej jednostki wojskowej 3 Warszawskiej Brygady Rakietowej, co stwierdziłem znajdując logo namalowane na ścianie koszar. Powyrywane poręcze i wykopane ziemi rury wskazywały na bytność "złomiarzy", którzy ogołocili budynki z części metalowych. Co szokujące, jednostkę przeniesiono do Bielic z 2001 roku, więc zabudowania zostały opuszczone stosunkowo niedawno. Utworzono tą bazę w latach 50, wg projektu radzieckiego systemu obrony przeciwlotniczej S-75M Wołchow. Ta była siedzibą 9 Dywizjonu Ogniowego Artylerii Rakietowej OP Teresin, i była jedną z kilku jednostek obrony przeciwlotniczej stanowiącej pierścień okalający Warszawę.








Pomyszkowaliśmy chwilę w środku, całość zarosła już sowicie zielenią, ktoś też wpadł niedawno na pomysł, żeby wywołać pożar bo wnętrza były okopcone i unosił się po nich swąd spalenizny. Gruby stwierdził, że "czuje się jak Stalker w Zonie". Ponieważ zbliżał się wiecżór i towarzysz mój odziany jedynie w koszulkę zaczął narzekać, że zaczynają go "cielaki lizać", postanowiliśmy wracać, próbując jeszcze zdążyć przed ostatnimi promieniami zachodzącego słońca.
To zachodzące słońce stało się przyczyną małego wypadku, bo gdy zatrzymałem się żeby sfotografować owo zjawisko, Rafał fiknął z roweru, rozmawiając wcześniej przez telefon. Stwierdziłem, ze się starzejemy, bo kiedyś bym się z tego urechotał, a teraz przestraszyłem się w pierwszej chwili że coś mu sie stało... Na szczęście przeżył.

poniedziałek, 18 maja 2015

Noc Muzeów

2015-05-17
Tak, nocka minęła, atrakcje były, a jakże. Zaprezentowaliśmy pokaz dawnych ulic miasta, mimo późnej pory, bo godzina była 22:10, widownia dopisała. Wpadliśmy na pomysł, by pokaz odbył się przy wtórze muzyki ze starych płyt patefonowych. W zasadzie chyba Władek Komendarek wpadł, który początkowo miał zagrać krótki występ, jednak po namyśle stwierdziliśmy że sprowadzanie sprzętu na 10 minutowy film to przesada. Wygrzebałem zatem stare ebonitowe płyty gramofonowe, Władek wykopał swój patefon i w noc popłynęły dźwieki starych walców i tang...
Biorąc pod uwagę, że całość zaimprowizowaliśmy w ciągu tygodnia, możemy być z siebie dumni.
Zadziwiająca rzecz taki patefon... muzyki można słuchać mimo braku prądu, awaryjność urządzenia ze względu na brak elektroniki jest żadna, chyba że nastąpi zmęczenie materiału jakiejś części mechanicznej. Co do samej płyty... są ciężkie i kruche, a wyrażenie "zdarta płyta" nabiera innego wymiaru, gdyż igła po prostu ściera z biegim czasu perforacje z zapisem muzyki, powodując coraz więcej zakłóceń. Generalnie płyta z repertuaru Orkiestry Mandolinistów E. Czukszy pękła nam na trzy części podczas transportu. Taką płytę daje się odtworzyć na patefonie, ale pęknięcia wprowadziły do muzy nowy podkład w postaci galopującego po nich konia.


 
Nasz zestaw mło... starego didżeja, czyli same
przedwojenne szlagiery i muzyka klaszyczna.



\
Dziatwa siedziała w milczeniu na pałatkach przyniesionych przez chłopaków z grupy rekonstrukcyjnej. Ciekawe jak im się podobał nasz pokaz.

Władek chciał mi zrobić zdjęcie, ale zapomniał założyć kliszę. Nikt nie jest doskonały.




 
Prezentacja polegała na porównaniu starego miasta z nowym. Stworzyliśmy 10 minutowy film, do którego cały tydzień cykaliśmy zdjęcia. Użyliśmy programu, który umożliwiał przejście z jednej fotki w drugą w stylizacji na stary film.  Nawet fotkę z drona wykorzystaliśmy. Ta poniżej z góry zamkowej.
 




 

wtorek, 12 maja 2015

Walka o kościół

Dwie niedziele z rzędu. 38 km i 33. Wczoraj zmoczył nas deszcz, ale główna ulewa odbyła się tuż po naszym powrocie. Ale miałem o Białyminie pisać...
 


Taki oto widok zastajemy w Białyminie.

Do Białymina docieramy mijając Rokotów. Stoi tam dziś niewielka kaplica, pobudowana w latach 80. Pomimo, że budynek jest współczesny, to wiąże się z dość interesującą i wielowiekową historią, sięgającą czasów średniowiecza. Już wtedy, w wieku XIII stał tam drewniany kościółek. Prawdopodobnie niszczony był podczas różnych zawieruch dziejowych, by ponownie powstawać z ruin. Na początku XIX, czasy stawały się dla niego coraz cięższe, począwszy od faktu, że zaczęto go systematycznie okradać. Podupadł był w końcu tak dalece, że podczas mszy ptaki latały ze świergotem po świątyni, dostając się przez liczne dziury w budynku, które zatykano kamieniami, a woda podczas deszczu kapała wiernym na głowy. Pobożny ludek białymiński chodził jednak kornie do kościoła pomimo tych niewygód i znosił je nie narzekając zbytnio. Niestety miało się to wkrótce zmienić...
W pobliskim Mikołajewie Pan Jan Paweł Łuszczewski, postanowił ufundować kościół i doprowadzić do założenia "swojej" parafii, co stawiało pod coraz większym znakiem zapytania istnienie podupadłej parafii w Białyminie. Wierni sprzeciwili się jednak planom jej likwidacji i przeniesienia do Mikołajewa, co zaskutkowało kilkuletnim sporem. Kmiecie obawiali się, że im dzieciska do rzeki Gągoliny powpadają, a i droga daleka i błotnista... Poza tym co swoje to swoje, a najlepiej jest tak, jak za naszych dziadów bywało. Ale jak mógł się skończyć spór chłopów ze szlachcicem? Parafię zlikwidowano w roku 1820.
A kościół? Rozebrano go dopiero w 1906. Nie sądziłem, że kiedykolwiek go zobaczę na oczy. A jednak! *




Ponieważ była niedziela, kaplica była otwarta. Weszliśmy do środka, w uroczystą ciszę. Zrobiłem zdjęcie skromnego, wręcz ascetycznego ołtarza.



Ks. Jan Edward Sochala przytacza jeszcze za Gawareckim takie oto podanie wiążące się z pożogą, która pochłonęła miejscowy dwór na Białyminie.
"We wsi Białyminie, odległej o milę, a może trochę więcej od Sochaczewa, przed laty zgorzał dwór właściciela tej włości w której znajdował się wizerunek ukrzyżowanego Zbawiciela Świata, na ścianie zawieszony; wśród płomieni ta tylko z tymże wizerunkiem nietknięta ocalała. Zdumienie i bojaźń ogarnęła dziedziców miejsca, a uznając iż obraz, którego żywioł wzburzony nie zdołał strawić, przyzwoitego wymaga uczczenia, przenieśli go do kościoła sochaczewskiego i w ołtarzu jego celnym umieszczony został".
*  A jednak się pomyliłem... To nie ten Białymin... :(

czwartek, 7 maja 2015

Początek sezonu

  1. 2015-05-06 Mam  taką ambicję, by odwiedzić wszystkie miejscowości powiatu Sochaczewskiego i te krok dalej. Nie wiem, czy mi się to uda w ciągu jednego sezonu rowerowerowego, choć dużą ich część mam już za sobą. Z racji zacięcia pisarsiego planowałby stworzenie nietypowego przewodnika, który opowiadałby nie tylko o tym co można teraz zobaczyć, ale także o tym co można było zobaczyć kiedyś... Granice powiatu się zmieniały, przed wojną należała do niego jeszcze spora część Puszczy Kamipinoskiej, aż po Wiersze. A kraina to płaska jak stolnica, idealna dla niewymagającego cyklisty. Ale cóż, jechać tak i jechać? Bez świadomści dziejów tego co mijamy? Ktoś powie cóż tu do oglądania? Ani zabytków tej klasy co w np. w Krakowie, ani krajobrazów wspaniałych jak np. w Bieszczadach. Najbardziej bolesne jest to, że gdyby z tego co tu kiedyś było została choćby część, to turyści mieliby co podziwiać. Ale skoro nie ma się tego co się chce... W niedzielę poprzedzającą weekend majowy wybrałem się na wycieczkę z Anką, moją siostrą cioteczną. Przejechaliśmy dystansik około 30 km. Wyjeżdżając na północ od Sochaczewa, w stronę Rokotowa, Białymina, żeby skręcić na Wyczółki i Jeżówkę, po czym w obliczu deszczu wycofać się na Skotniki i wrócić do Sochaczewa. Na nietypowe zwiedzanie poszliśmy, tak poszliśmy, bo trzeba było zsiąść z roweru, w Rokotowie, tuż przy torach. Otóż przydrożny gąszcz skrywa scenerię złowieszczą, niczym z jakiegoś "survival horroru" (filmy grozy oparte na schemacie odcięcia od cywilizacji i rzucenia się na pastwę jakichś sadystów, bądź kanibali). Maszyny rolnicze wchłonięte przez drzewa, ruiny jakichś szop i zardzewiałe auta... Ciąg uli z martwymi pszczołami i różniaste rupiecie niewiadomego przeznaczenia. Chodzilśmy pośród tego balaganu, cykając zdjęcia pogrążeni w błogim przeświadczeniu, że penetrujemy opuszczone gospodarstwo po jakichś wymarłych autochtonach. Przeświadczenie prysło jak bańka mydlana, gdy w jednym z zabudowań natrafiliśmy na całkiem żywego psa w klatce. Siostra mając znajomych jakiejś fundacji zajmującej się ochroną praw zwierząt odwiedziła później ze znajomą ową posiadłość, a jej właścicielem okazał się bardzo sympatyczny Pan, na tyły posesji którego się władowaliśmy. Nie męczył psa w klatce, dopiero co przygarnięte zwierzę było chwilowo tam zamknięte, bo uciekało, nie ufając jeszcze nowemu właścicielowi. Ruszyliśmy dalej, o Rokotowie pisałem już w zeszłym roku, można odnaleźć w spisie treści, zaś następny w koljece zwiedzania Białymin... cóż, ma ogromnie ciekawą historię, która będzie tematem następnego wpisu. Do nachodzenia Pana S. nie namawiam, ale pokażę wam tą mroczną część jego włości.

środa, 6 maja 2015

2015-05-06 
 Mam  taką ambicję, by odwiedzić wszystkie miejscowości powiatu Sochaczewskiego i te krok dalej. Nie wiem, czy mi się to uda w ciągu jednego sezonu rowerowerowego, choć dużą ich część mam już za sobą. Z racji zacięcia pisarsiego planowałby stworzenie nietypowego przewodnika, który opowiadałby nie tylko o tym co można teraz zobaczyć, ale także o tym co można było zobaczyć kiedyś...
Granice powiatu się zmieniały, przed wojną należała do niego jeszcze spora część Puszczy Kamipinoskiej, aż po Wiersze. A kraina to płaska jak stolnica, idealna dla niewymagającego cyklisty. Ale cóż, jechać tak i jechać? Bez świadomści dziejów tego co mijamy? Ktoś powie cóż tu do oglądania? Ani zabytków tej klasy co w np. w Krakowie, ani krajobrazów wspaniałych jak np. w Bieszczadach.
Najbardziej bolesne jest to, że gdyby z tego co tu kiedyś było została choćby część, to turyści mieliby co podziwiać. Ale skoro nie ma się tego co się chce...
W niedzielę poprzedzającą weekend majowy wybrałem się na wycieczkę z Anką, moją siostrą cioteczną. Przejechaliśmy dystansik około 30 km. Wyjeżdżając na północ od Sochaczewa, w stronę Rokotowa, Białymina, żeby skręcić na Wyczółki i Jeżówkę, po czym w obliczu deszczu wycofać się na Skotniki i wrócić do Sochaczewa.
Na nietypowe zwiedzanie poszliśmy, tak poszliśmy, bo trzeba było zsiąść z roweru, w Rokotowie, tuż przy torach. Otóż przydrożny gąszcz skrywa scenerię złowieszczą, niczym z jakiegoś "survival horroru" (filmy grozy oparte na schamacie odcięcia od cywilizacji i rzucenia się na pastwę jakichś sadystów, bądź kanibali). Maszyny rolnicze wchłonięte przez drzewa, ruiny jakichś szop i zardzewiałe auta... Ciąg uli z martwymi pszczołami i różniaste rupiecie niewiadomego przeznaczenia. Chodzilśmy pośród tego balaganu, cykając zdjęcia pogrążeni w błogim przeświadczeniu, że penetrujemy opuszczone gospodarstwo po jakichś wymarłych autochtonach. Przeświadczenie prysło jak bańka mydlana, gdy w jednym z zabudowań natrafiliśmy na całkiem żywego psa w klatce.
Siostra mając znajomych jakiejś fundacji zajmującej się ochroną praw zwierząt odwiedziła później ze znajomą ową posiadłość, a jej właścicielem okazał się bardzo sympatyczny Pan, na tyły posesji którego się władowaliśmy. Nie męczył psa w klatce, dopiero co przygarnięte zwierzę było chwilowo tam zamknięte, bo uciekało, nie ufając jeszcze nowemu właścicielowi.
Ruszyliśmy dalej, o Rokotowie pisałem już w zeszłym roku, można odnaleźć w spisie treści, zaś następny w koljece zwiedzania Białymin... cóż, ma ogromnie ciekawą historię, która będzie tematem następnego wpisu. Do nachodzenia Pana S. nie namawiam, ale pokażę wam tą mroczną część jego włości.