sobota, 30 maja 2015

Dzień Dziecka

Byliśmy w Warszawie, z zamiarem zgotowania Małasowi jakichś atrakcji. No i przecież miał się spotkać z Babcią Gosią, na co od dawna czekał. Jako że zbliżał się dzień dziecka, przejrzałem programy imprez przygotowanych na ten dzień w stolicy. Wybraliśmy w końcu Muzeum Karykatury na Koziej, gdzie miała być wystawa prac Zbigniewa Lengrena, a nawet wyświetlony film wg. jego koncepcji.
Pojechaliśmy busem i wysiedliśmy na rondzie Daszyńskiego. Stwierdziłem że coś się pozmieniało, bo w ogóle nie kojarzyłem wieżowca, z napisem "Kocham Warszawę". Po krótkim odpoczynku u Babci Gosi ruszyliśmy na starówce.
Po dotarciu do muzeum okazało się niestety, że film się skończył, pozostaje nam tylko jakiś powtarzający się krótki metraż z wyświetlanego na ścianie ekranu. Pojęcia nie miałem, że powstały filmy animowane z Profesorem Filutkiem. Profesora znałem z książeczki, która od dawna poniewierała się u nas w domu, a któą jako dziecko nawet kolorowałem. Opowiada o perypetiach łysego acz sympatycznego pana w meloniku i z nieodłącznym pieskiem. Obejrzeliśmy jedną taką kreskówkę.


Grająca ławka. wzbudzała żywe zainteresowanie Małasa.











Rysunki Lengrena tchną jakimś ciepłem i mam nadzieję odzwierciedlają pogodny charakter autora. Zastanawiałem się, parząc na niektóre rysunki, niezwykle przewrotne, czemu teraz nie ma nikogo z takim podejściem do tematu żartu rysunkowego. Obecnie jest wielu ciekawych i utalentowanych artystów, ale humor stał się bardziej dosadny, ot klateczka która mignie nam się w gazecie budząc uśmiech, albo i nie i przewrót strony dalej. Na rysunkach Lengrena, trzeba chwilę zawiesić oko i dopiero po krótkiej chwili studiowania rysunku, wybuchamy śmiechem, albo śmieszkiem. Piotras nie ma cierpliwości do studiowania rysunków. Nudzi się wizytą w muzeum, a my dalsze kroki kierujemy na starówkę. Mama moja stwierdza, że może teraz to ona i powoli zaczyna być stara. Mam mieszane uczucia do tych zabudowań. Z jednej strony jest to największa rekonstrukcja na świecie, bo przecież Niemcy zrujnowali ją niemal całkowicie. Nie wiem ile domów na "starówce" pamięta stare czasy, koło rynku znajduje zdjęcie na których domy wprawdzie bez dachów i okien stoją, ale nie wiem czy nie trzeba było ich wyburzyć. To ogromne przedsięwzięcie jednak kosztowało rozbiórkę wielu zabytków z tzw, ziem odzyskanych, z których budulec w barbarzyński sposób pozyskano na budowę warszawskiej starówki. Nie jestem zwolennikiem niszczenia czegoś, żeby odbudować coś innego, co i tak nie będzie tym, czym było.




Wzdłuż murów starówki odbywa się jarmark Zygmuntowski, który postanawiamy obejrzeć. Powiem szczerze, że można go uznać za nietypowy. Co widzieliśmy? Ano, narzędzia z czekolady, ludowe drewniane zabawki, typu kołatki i koguciki, jadło tradycyjne, od chlebów po wędliny. Kompozycje z suszonych kwiatów.






Narzędzia z gorzkiej czekolady :)


Łapa Małasa wyciąga się po zabawkę...




Baba z wozu poleca chleb ze smalcem.

Na starówce zjedliśmy lody i poszliśmy w stronę barbakanu. Warszawska starówka to mieszanina kolorów, starych - pastelowych i nowoczesnych fluorescencyjnych. Jest miejsce na dziwne sklepy, jak choćby sklep z amuletami z pracowni Jacka Kilińskiego. W żadnym innym miejscu, gdzie nie ma turysty nie miałby racji bytu, ale tu wielu jest spragnionych wrażeń, nawet ezoterycznych. Cóż, my do nich nie należymy, ale witryna sklepu ciekawa...



Nie wiedziałem, że znajduje się w barbakanie minimuzeum. To budowla na planie półkola, czy może bardziej elipsy. Wchodząc jednym wejściem, wyszlismy drugim znajdującym się naprzeciw pierwszego, okrążając go dookoła. Znajdują się w nim zdjęcia archiwalne pokazujące zniszczenia Warszawskiej starówki, których w ogóle podczas zwiedzania miasta sporo rzuca się w oczy, co uświadamia z jakiego ogromu zniszczenia musiało się ono podnieść. Poza tym są tu makiety średniowiecznych jeszcze zabudowań, plany i mapy starej Warszawy i krótki film o pracach rekonstrukcyjnych.
Ta część chyba najbardziej przypadła do gustu naszemu synowi, bo latał radośnie wąskimi przejściami barbakanu, co jakiś czas zatrzymując się i podziwiając eksponaty.



Małas oglądał zdjęcia z zainteresowaniem. O dziwo.


Makieta wieży marszałkowskiej z XIV wieku.


Makieta Bramy Krakowskiej po 1696 roku

O radości !

W środku Barbakanu stoiska z szeroko rozmumianą sztuką. Od rzeźbiarstwa po malarstwo.
Warszawa na starej fotografii. Znów głównie zniszczenia.

Kurrra!!!

Wróciliśmy wzdłuż murów, Piotras zażyczył sobie jakąś piłeczkę do miętoszenia wypełnioną żelem... Ta piłeczka pękła potem w autobusie, paćkając zawartością ręce naszej pociechy, wielce z tego powdu niezadowolonej. Zgłodniali zasiedliśmy do obiadu u mojej Mamy i po krótkim odpoczynku wróciliśmy do Sochaczewa.
  Pozdrowienia z Warszawy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz