poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Święto Bzury


Wczorajszy dzień upłynął na wesołej zabawie nad rzeką, na Święcie Bzury. Pochwalę się, że z kolegą Tomkiem również mieliśmy wkład w imprezę, przygotowując wystawę zdjęć naszej rzeki na przestrzeni niemal 100 lat. A działo się nad nią sporo... 
Było gorąco. Rano pomknęliśmy do muzeum zabrać sztalugi i plansze. Niestety było zamknięte. Dobiliśmy się do środka, otworzyła nam nieco zaspana Pani Ania, ale o transporcie wystawy nic nie wiedziała. Wydzwaniamy, do dyrektora muzeum, do kierownika... w końcu zjawiają się pracownicy muzeum. Mamy samochód? Ano nie mamy. Wystawa i namioty zostały przewiezione... samochodem ZGK.

Wystawa ściągnęła sporą grupkę ludzi.
Ponieważ otwarcie oficjalne było o 14, poszliśmy do domu. Z rana odbywały się zawody wędkarskie i rozstawiły się różne kramy, ale postanowiliśmy przyjść po południu. Przyszliśmy całą rodziną. Małas popróbował wszystkich dostępnych chyba atrakcji. - Ulepił czarkę z gliny, uczył się pod okiem harcerzy wiązania węzłów, wziął udział w przeciąganiu liny. O skokach na trampolinach i zjeżdżaniu na dmuchańcach już nie wspominając.

Lepienie kielicha :)

Przeciąganie liny

Traach i wszyscy się posypali

Ćwiczenia w robieniu węzłów

Beztroska zabawa

I skoki na trampolinie
Przy tym przeciąganiu wynikł pewien zabawny incydent. Otóż lina nie wytrzymała dwustronnego naporu zawodników i pękła po środku, a towarzystwo posypało się jak domino w obie strony. Małas, który stał na końcu i nie widział "urwania liny" przyleciał rozradowany do nas z wieścią że jego drużyna wygrała. 

Odbył się też konkurs wiedzy o Bzurze. Wspólnie z Pawłem dyrektorem muzeum przygotowaliśmy 10 pytań o rzece, trudnych i zupełnie łatwych, ale gdy przyszło do konkursu jakoś nikt nie chciał się zgłosić. Wygrały głównie dzieci z łapanki, odpowiadając na zaimprowizowane pytania, zupełnie inne niż przygotowaliśmy, gdyż trudno 10 latkowi zadać pytanie, skąd się wzięła nazwa Bzura...

"Takie pytania mamy, że stówę stawiam że nikt nie zgadnie..."

Pojawił się problem, bo o 16 pracownicy muzeum kończyli dzień pracy i wystawę trzeba było zwinąć. Akurat gdy pojawiać się zaczęło najwięcej ludzi. Na szczęście stwierdziliśmy, że chętnie sami zwiniemy i przewieziemy ją do muzeum, umawiając się z kierowcą na godzinę 18. Tak postałem jeszcze dwie godzinki, rozmawiając trochę z oglądającymi ją ludźmi.

Po odwiezieniu plansz i sztalug do muzeum, byłem totalnie zmęczony. Raz że był upał, dwa że jednak wyczerpały mnie emocje związane z przedsięwzięciem. Ale satysfakcja czynnego udziału w imprezie - nieoceniona. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz