środa, 9 marca 2016

Starość jest głupia

Od razu powiem, że opisana historia to w pewnym sensie sprawozdanie z mojego zeszłego tygodnia, który pozwolę sobie tu odreagować...

Zaniemogła nam babcia Ala nieboga, serce mało z piersi nie wyskoczy, zdyszana kroku zrobić nie mogła, tylko opadła na poduszki i jęczy. Pulsu wariującego ciśnieniomierz zmierzyć nie daje rady, co staruszkę tylko w większą frustrację i zalęknienie wprowadza. A może się zepsuł, albo co gorsza rozrusznik wysiadł? Nic z tego, nasze ciśnienie daje się mierzyć bez problemu. Elektroniczny aparat po prostu nie wyłapuje tak szybkich uderzeń tętna, czyli sporo ponad 100. Babcia nie daje za wygraną, trzeba nowy kupić, lekarza wzywać... zastrzyki dawać, bo tchu złapać nie może i mdleje... Przyznam się, że widzę że nie jest kwitnąco i decyduję się szukać lekarza, który by do domu się pofatygował. Nie chcą lenie i co im zrobić? W tym wypadku można powiedzieć, na co czekać, pogotowie trza było wezwać. Ha, w normalnym kraju bym wezwał, ale: po pierwsze wiem, że przyspieszony puls babciny to niestety objaw jej choroby serca, po drugie... u nas strach oddawać starszą osobę do szpitala. Dobijam się więc w końcu do lekarza, który wprawdzie by chętnie przyszedł na wizytę domową, ale akurat jest na urlopie. Udziela jednak rady przez telefon, by zwiększyć dawkę jednego z leków. Dobre i to.
No cóż, zostaje lekarz domowy, który do domu zjawić się może za trzy dni. A babcia odgraża się, że nocy kolejnej już nie przeżyje, co niestety daje nam do myślenia, bo te jej 96 lat to nie przelewki. Psychika też babce siada, trzeba jej głośno powtarzać kilka razy, kiedy przyjdzie lekarz, zaordynowanego leku brać nie chce, bo upiera się, że nie od tego jest i kłóć się tu z nią... Po wielu trudach udaje mi się w końcu ją przekonać. Za chwilę jednak zapomina całą gadkę i od nowa Polska Ludowa... Łeb mi zaczyna puchnąć jak kocioł parowozu... Dotrwaliśmy jednak do wizyty, a lekarz nie patyczkując się wypisuje skierowanie do szpitala i załatwia od razu tzw. transport medyczny. Tu wybucha panika, babka płacze jak bóbr, że do szpitala nie chce, bo stamtąd to już żywa nie wróci. Zapakowaliśmy jej torbę, sanitariusze zapakowali ją, ponieśli po schodach i zawieźli do szpitala. Na zakończenie zostałem obdarzony tak złowieszczym spojrzeniem, że aż ciarki mi przejechały po plecach od góry w dół jak zepsuta winda. W domu zrobiło się cicho jak makiem zasiał, a we mnie poczęło narastać poczucie winy: A może nie trzeba było jej do tego szpitala dawać? Idę w końcu, zobaczyć co jej tam robią. Żona mi czapkę na łeb wciska, bo wieje, mało łba nie urwie i ruszam. Nic nie robili, siedziała na sorze w wózku inwalidzkim, torbę w ręku trzymała i na wjazd do gabinetu czekała. W końcu przyjął nas śniady jakiś lekarz (Ahmed jakiśtam, jak z wypisu potem wynikło) i wypytuje się, co tam nas sprowadza. Po przesłuchaniu stwierdził, że stan babki to normalka niestety i nie trza było im gitary zawracać, ale dla spokojności badania zrobi, a jak źle nie wyjdą to najchętniej się z nami pożegna. Za trzy godziny wyniki. No dobra, ale kobiecina mieszka na 2 piętrze, jak ja ją tam wtargam, skoro nie chodzi, bo ma zwyrodnienie stawu? Spojrzał na mnie tak trochę boczkiem, jak gołąb. W końcu cmoknął i stwierdził, że może wypisać transport, ale kiedy karetka będzie to on nie wie.
Po drodze do domu stwierdziłem że kicham na jego transport i sam coś wymyślę, bo nie będę babki godzinami trzymał na szpitalnym korytarzu. Zadzwoniłem do kuzyna Sławka, jej siostrzeńca zresztą, a On obiecał, że ją przywiezie w razie potrzeby. Po wspomnianych trzech godzinach okazało się, tak jak się zresztą spodziewałem, że babka jest do zwrotu, zdrowa jak byk. Śmignęliśmy znów do szpitala i powiozłem ją wózkiem na parking do auta... Wyniki chyba faktycznie, jak zerknąłem ma lepsze od moich.
Pod domem stwierdziłem że Alcię trzeba wnieść. Ani Boże mój, sama wejdzie! Jeszcze ją upuszczę. Pokonała parę schodków i dyszy... To mnie w końcu zirytowało, nie po to ją zabierałem ze szpitala, żeby zawału na schodach dostała. Złapałem ją na półpiętrze, a ponieważ chucherko z niej to i lekka jak piórko była, więc z wniesieniem mniejszy nawet problem niż myślałem. Jeno opór wyczułem, bo zaskoczona poręczy się chwyciła kurczowo ręką. Wnieśliśmy ją ze Sławkiem w sekundę. I jednak wizyta w szpitalu pomogła, bo babcia, która najwyraźniej zadobyła po tych wrażeniach troszkę adrenaliny ozdrowiała. O badaniach tylko zapomniała, że USG robili i krew pobierali, bo pomstowała na lekarzy, że cały czas na izbie przyjęć siedziała i na diabła w ogóle ją zabieraliśmy do tego szpitala. Stwierdziłem z przekąsem, że skoro jej mało badań, mogę ją za chwilę odstawić tam z powrotem. Szczerze mówiąc ciśnienie zaczęło ze mnie schodzić, jak z przekłutego balonu, teraz tak lekko się o tym pisze, ale pewien pozytywnego zakończenia tego karambolu wcale nie byłem.

2 komentarze:

  1. Ktoś według mnie źle starość pomyślał. Bo to w jakiejś mierze powrót do przeszłości, do czasów jak się było dzieckiem małym jeśli o pewne sprawy psycho-fizyczne chodzi. Coś tam znam z takich sytuacji jeśli o moją Babcię chodzi. Szczególnie ostatnio Rodzicielce opowiada przez telefon jak okropna bywa pani Sława co się opiekuje Babcią. I tu problem jak to zbadać, kto mówi prawdę. Ale poza tym Babcia trzyma się dobrze, choć ma 87 lat.

    Cóż co do feminizmu to chyba jak z gender, obecnie jest daleko od zakładanych wartości. Tak mi się wydaje.

    A co niecoś znalazłem wartego uwagi w dobrej cenie.

    Widziałem, widziałem. Może klimaty nie do końca moje, ale muzyka odnosząca się do historii na przykład też powinna mieć swoje miejsce w sztuce.

    Pozdrawiam i zdrowia dla Babci!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jest takie powiedzenie znane lekarzom: "Jeśli pacjent uprze się, żeby żyć, medycyna jest bezradna."
    Zdrówka dla babci, cierpliwości dla Ciebie. :)

    OdpowiedzUsuń