sobota, 30 kwietnia 2016

1 maj 1989

Powiesiliśmy plakat na StarymSochaczewie.pl Jest tak miodny, że wrzucę go i tu... Ale się działo... Normalnie przypomniałem sobie, że istniało w moim mieście coś takiego jak klub "Bzyk". Pamiętam że na video oglądałem tam z wytrzeszczonymi gałami taki film jak "Top Secret", komedię z Valem Kilmerem. Klubu "Cegiełka" tez już nie ma...


wtorek, 26 kwietnia 2016

Targi rolnicze


24 kwietnia odbyły się kolejne targi rolnicze w Sochaczewie. Co roku idziemy się przejść po straganach, bo przeca zawsze to jakaś rozrywka. Ludzie na ogół kupują tam rośliny i sadzonki, przynajmniej tym wracają najczęściej obładowani, ale jest też sporo innych rzeczy, typu wędliny, zdrowa i niezdrowa żywność, miody, wyroby z wikliny, takie tam.
Idę z Kotojem pod rękę, Małas statecznie w miarę maszeruje obok. Chłodnawo i wieje... Mijamy coś firmowane nazwą oscypki, he he... Ponieważ nie mamy działki, omijamy wszelką zieleninę z niczym nieskrępowaną obojetnością. Podchodzimy do stoiska na którym nasiekana jest sterta warzyw, sprzedaje się tu jakąś super tarkę, która na różne sposoby ściera i kroi owoce i warzywa. Prawie i byśmy kupili takie cudeńko do kuchni, zwłaszcza że słyszę cenę zaledwie 10 zł. Ale z reguły najpierw wszystko oglądamy, potem kupujemy, więc idziemy dalej. Tuż obok przykuwają jakieś wirujące ozdoby na balkon, które sprawiają trochę hipnotyczne wrażenie. Ciekawe, acz na dłuższą metę niezbyt przyjemne dla oka, może się zakręcić w głowie.
Młodemu obiecałem gofra, więc kupuję mu jednego, obficie przywalonego bitą śmietaną i truskawkami w żelu, toteż musimy znaleźć miejsce do spałaszowania. Siadamy koło sceny, gdzie gra jakiś zespół, ni to ludowo, ni to dyskotekowo, taki stylistyczny miszmasz ze znanych polskich kawałków. Przed sceną pląsa wesoło jakiś chłopina, ku uciesze lidera zespołu. Stoisko z zabawkami (czytaj tandetnego plastiku) Młody o dziwo mija bez zbytniego entuzjazmu, co nawet nas cieszy. Wracamy do tych tarek, tylko na inne stoisko. Tu cena jest już wyższa, tarka kosztuje 20 zł. Rzekomo na sąsiednim niemal stoisku mają chińskie, a te są ... niechińskie. Idę porównać, ale zaprawdę nie widzę żadnej różnicy. Producenta na opakowaniu się nie dopatrzyłem również, zarówno na jednych, jak i na drugich.  Kobitka z drugiego stoiska twierdzi że tamci sprzedają to samo drożej, a jeszcze wchodzą jej w konkurencję... Małas komentuje "Albo na odwrót". Gęba młodego coraz bardziej niewyparzona, ale sprzedawczynię to określenie rozbawiło, przynajmniej takie sprawiała wrażenie. "Dobrze, że mówi co myśli"... "O tak, nam też..." dodaję w myślach.
Wychodząc kupujemy jeszcze 5-litrowy karton soku jabłkowo truskawkowego, tłoczonego z owoców na zimno i obchód targów uznajemy za odfajkowany.






wtorek, 19 kwietnia 2016

Po słynnym wrześniu

Znów natrafiłem na kilka ciekawych i refleksyjnych zdjęć z kampanii wrześniowej w Polsce.


Jakaś wieś o poranku,  poranku innym niż zwykle, bo swąd dymu i przygasające płomienie są nowym elementem krajobrazu.

Jakieś miasto... Pusto, przygnębiająco, beznadziejnie. Bo tędy przeszedł front, bo strzelano i niszczono...


Warszawa. Wydaje mi się, że była jakaś dzika satysfakcja wśród Niemców, że mogą ten znienawidzony Naród Żydowski zapędzić do roboty. Przypomina mi się przeczytana gdzieś piosenka, którą kazano im śpiewać podczas pracy:
Marszałek Śmigły Rydz,
nie nauczył nas nic
Hitler nasz złoty,
nauczył nas roboty.

Jeżeli komuś się wydaje, że człowiek zna jakieś granice w upodleniu swego bliźniego, to niestety takie incydenty zawsze świadczą, iż jest w błędzie.


czwartek, 14 kwietnia 2016

Chmurna wiosna


Kolejny rok fotografuję swoją drogę do pracy. Powstałby już fajny album. Wiosna tego roku jakaś niemrawa, jakby nie miała siły rozbujać przyrody do pełni zieloności. Szarość dnia nie sprzyja fotografowaniu, bo gdzieś w giną w niej kontrasty. Ale zapach z rana jest niesamowity...


Wszystko niby zwyczajne... a jednak zawsze napawa mnie jedną myślą. Świat jest piękny. Zmienność pór roku, kolorów, gry świateł... to wszystko sprawia, że nic nie wygląda tak samo. Efemeryczny widok ucieka już po sekundzie, by czasem nigdy nie wrócić. Czasem zdążę zrobić zdjęcie, które już po minucie jest obrazem historii. 


czwartek, 7 kwietnia 2016

Cmentarz Żydowski

Dziś pracownicy Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy Nad Bzurą wspierani przez specjalistyczną firmę uprzątali cmentarz żydowski. Zniknęły bazgroły wandala, wyzbierane zostały śmieci i przycięte niebezpieczne gałęzie drzew. Ja też na chwilę pojawiłem się na miejscu, donosząc pracującym bułeczki ufundowane przez dyrekcję muzeum we własnej osobie mojego kolegi. Robota była już wykonana, ale nie omieszkałem też wziąć worka na śmieci i udać się przy okazji na mały spacer po cmentarzu, odwiedziłem także wnętrze ohelu chasyda Bornszajna, na ogół zamkniętego.

Byłem na cmentarzu na ogół o innych porach roku, a co bym nie poszedł to wygląda on zupełnie inaczej. Dziś miałem tylko telefon, ale wystarczy do pokazania ciekawostek z tego miejsca. Pisałem już o jego historii tutaj, jak ktoś ma ochotę poczytać zapraszam.

Usuwanie napisów. Z tyłu ohel cadyka Abrahama Bornsztajna

W środku

Półeczka z torą i jakimiś papierami.
Nie przeglądałem ich.

Żydzi z całego świata przyjeżdżają do cadyka z prośbami,
które na karteczkach wrzucają do urny.

Znicz w konserwie...
Taka ciekawostka podczas zbierania śmieci.

Tak niestety wygląda obecnie większość macew.

Te nagrobki sterczą jak połamane zęby...

Mur cmentarny okalał zapewne cały cmentarz przed wojną.

Specyficzny system ochrony przed intruzami, potłuczone butelki....

I niestety ocalała próbka tylko żydowskiej sztuki sepulkralnej.

wtorek, 5 kwietnia 2016

Wiosna

Weekend zaserwował nam wiosnę całą gębą, temperatura dochodziła do 20 stopni. Grzech było siedzieć w domu, więc udaliśmy się na spacer. Młodego zostawiliśmy na chwilę na "Jordanku", a sami udaliśmy się na zakupy do pobliskiego marketu. Dziaciaków było co niemiara, wszyscy chyba postanowili spuścić swoje pociechy z domowej uwięzi. Do naszego powrotu Małas zdążył się już wytarzać w piachu... 
- A ty nie za duży już na plac zabaw? - Zadałem mu to pytanie wiedząc, że z pewnoscią tak nie uważa. 
- Nie no skąd, co ty, teraz jest nawet lepiej bo mogę do niektórych mówić "mały"...
Ano tak, nie ma jak poczucie własniej "wyższości" :)
W poniedziałek spotkała mnie wątpliwa przyjemność wizyty u dentysty, spowodowana świąteczną jakąś karą za grzechy - ząb pękł mi niemal na pół. Wypadł mi w sobotę opatrunek, który został założony w zeszłym tygodniu. Japa mnie po tym zabiegu zaczęła boleć, choć nic przecież nie było robione. Krzywiąc się, znów zabrałem młodego na spacer, tym razem do parku Garbolewskich. Park nazywa się tak na cześć sochaczewskiego społecznika i właściciela majątku Czerwonka - Włodzimierza Ignacego Garbolewskiego. Obecnie w jego pałacyku mieści się szkoła muzyczna. Wchodząc spojrzałem na płytę pamiątkową... W sumie teraz zauważyłem, że wygląda paskudnie, może ten bolący ząb spotęgował wrażenie...

Jak będę następnym razem zrobię swoje zdjęcie
 Tych mazajów nie ma aktualnie, ale i tak wygląda brzydko i kojarzy mi się z płytą nagrobną. Zresztą nomen omen, kiedyś park się nazywał dwudziestolecia PRL i taki napis był na tej płycie. A PRL w końcu diabli wzięli przecież. 
Postanowiliśmy pokarmić kaczki, wziąłem nawet w tym celu reklamówkę suchego chleba. Podeszliśmy do stawku, ale kaczek akurat prawie w nim nie było, za to chmary gołębi wokół. Tak były natuczone, że nawet nie chciały spojrzeć na nasz chleb, rzucaliśmy im go pro forma, bo przecież nie będę nosił z powrotem do domu. Młody skakał, biegał, dzięki czemu miałem poczucie spełnionego pożytecznego obowiązku, pomimo bólu. 
Wiosna sypnęła się kwiatkami, które widzieliśmy w parku i które już widuję przy drodze podczas jazdy rowerem. Koło szkoły osiemdziesiątki rosły kwitnąć gęsto całe wręcz połacie fiołków fioletowych i białych, które niosły swój intensywny zapach aż na chodnik i ulicę.
Cieszy mnie to wszystko, bo oznacza początek naszych rowerowych wypraw po powiecie. Tymczasem przypomniała mi się personifikacja wiosny Alphonse Muchy, którą zamieszczam. Bardzo mi się jego twórczość podoba, a odmalował w ten sposób wszystkie pory roku...




poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Dom Dziecka Rodziny Policyjnej

Było trochę ostatnio o barwieniu zdjęć w komentarzach. Szczerze mówiąc temat od razu skojarzył mi się z pewną gazetą. Kiedyś mianowicie, kiedy technika nie pozwalała na robienie zdjęć w kolorze, także je barwiono, by publikacje upiększyć. Ba, nawet na podstawie zdjęcia robiono barwne portrety, obie moje babcie taki mają. Przy okazji wspomnę o domu na ulicy Ziemowita. Ulica w zasadzie od szpaleru kasztanów rosnących po obydwu jej stronach bardziej kojarzona jest jako "Kasztanki".

Gazeta to "Głos Rodzin Policyjnych" z 1939 roku. Jest tam bardzo obszernie opisana idea organizacji Rodziny Policyjnej, oraz stworzenia centralnego Domu Dziecka w Sochaczewie właśnie, na ulicy Ziemowita. Wybudowano go w 1936 r., a w 1939 planowano zbiórkę na dobudowanie bursy na wykupionym już od miasta placu. Niestety nic takiego nie nastąpiło z wiadomych przyczyn. Za moich młodych lat, budynek stał się siedzibą Szkoły Specjalnej nr. 5, o obniżonym programie nauczania. Jak w gronie kolegów chciało się komuś przygryźć, mówiło się że jest z "piątki". Szkoła funkcjonowała od 1979 do 2010, kiedy przenisiono ją do Erminowa, a przez ostatnie 6 lat budynek stał pusty. 

źródło: zss.e-sochaczew.pl
Ale wróćmy do lat 30 i poniższego zdjęcia z "Głosu...". Takie kolorowanki to norma w latach przedwojennych i powojennych, oczywiście mają także swój klimat. W zasadzie użyto tu dwóch kolorów, czerwieni i błękitu w różnych nasyceniach. Nawet mam wrażenie że ta zielonkawość to jakiś jednak odcień niebieskiego.


Tak niby szczęśliwie na zjdęciu wyglądało życie wychowanków Domu Dziecka. Parę lat temu wpadła mi w ręce książka Kazimierza Racławskiego, "Uśmiech przez Łzy", w której autor, wychowanek placówki opisał swoje przeżycia. Wyłania się z niej wizerunek kierowniczki szkoły, osoby nerwowej i nieco apodyktycznej, na której stan psychiczny dodatkowo źle wpłynęła okupacja niemiecka. Niemniej jednak, dzieci sporo jej zawdzięczały, bo pomimo tych wad czuła się za nie konsekwentnie odpowiedzialna. Sam autor również z perspektywy lat ocenia ją bardziej pozytywnie, a jego opowieść jest sentymentalną podróżą do lat dziecięcych, a nie opisem mrożących krew w żyłach prześladowań ze strony sadystycznych wychowawców.