środa, 29 czerwca 2016

Słabość do strzechy

Strasznie mi się podobają w krajobrazie wiejskim porozrzucane domki, drewniane "chałupy" wiejskie, najlepiej jak kryte strzechą. Tworzą już one nawet w jakichś "zapadłych dziurach" pewien anachronizm, bo któż by chciał jeszcze mieszkać w takich warunkach, oprócz staruszków, którzy przeżyli w nich całe życie? Dlatego też popadają w ruinę i znikają, nieuchronny efekt wypierania starego przez nowe. W okolicy jest wprawdzie sporo takich domków, ale strzecha to już rzadkość, najczęściej spotyka się paskudny eternit. 

Tymczasem zachwyciły mnie zdjęcia jakiegoś niemieckiego żołnierza, który udokumentował w 1940 roku spacer jakąś podradomską wsią, gdzie zapewne kwaterował. Oto kilka z nich:







poniedziałek, 27 czerwca 2016

Upały nie z tej ziemi i ucieczka na rowerach.

Weekend zaserwował nam falę niesamowitych wręcz upałów. Po prostu leżeliśmy jak śnięte betki, lepiąc się do wszystkiego, czego się dotknęliśmy. W sobotę rano zaproponowałem wycieczkę rowerową, najlepiej o 6 rano, żeby przed największym upałem zdążyć wrócić do domu.
Zerwałem się o 6:00, podczas gdy moja druga, droga połowa łóżka smacznie jeszcze spała, nie zamierzałem jednak zbyt długo Jej na to pozwalać. Zaopatrzeni w wodę ruszyliśmy w trasę i faktycznie, gdzieś do godziny 10 było przyjemnie, pod warunkiem, że nie robiło się dłuższych przestojów. Upał uderzył już od 8. Poplątaliśmy się po bezdrożach, z których często trzeba było wracać, po czym, gdy żar zaczynał być nie do zniesienia, a butelka z wodą zagroziła otwarcie zakończeniem dalszej współpracy, zwróciliśmy się w kierunku domu. Weteran szos, czyli ja - pomylił trochę trasy i zaczął jechać w nieco odmiennym od pożądanego kierunku, a na nieśmiałe uwagi żony odpowiedział parsknięciem i rykiem nadepniętej ambicji, przez co później trzeba było przełykać pigułę i przepraszać. Dobrze mu tak, bucowi (znaczy mnie), pewności siebie nigdy za wiele.


Przy okazji w Ćmiszewie w końcu spenetrowałem ruiny jakiegoś okazałego budynku, który kilkakrotnie widziałem z drogi. Młyn, lub raczej spichlerz, stary bez wątpienia, bo mury grube na trzy warstwy cegieł, jak w jakiejś warowni niemal. Wcześniej jeszcze po drodze widoczny szpaler starodrzewu sugerował jakiś park, więc wysnułem wniosek, że musiał być tu jakiś dworek lub folwark. Rzuciłem się po powrocie do internetów i faktycznie, był tam dworek jeszcze w latach 50. Wciągnięto go na listę zabytków i... rozebrano na cegły. Całość przed wojną należała do rodziny Grzybowskich.  A poniżej wspomniany dworek, zdjęcie znalazłem na Fotopolsce. Złapałem już bakcyla ćmiszewskiego, żeby obadać jego historię...



piątek, 24 czerwca 2016

Czy trudno być dorosłym?

Lubię rozmawiać ze swoim synem, choć rzadko tematy są tak intrygujące, jak ten, który zaczął się od pytania, które jest tytułem notki.
- Tato, czy trudno jest być dorosłym?
Odpowiedź, że "oj tak, synu bardzo trudno, tyle ma się na głowie, i w ogóle, a dzieciństwo było takie beztroskie, bla bla..." uznałem za totalnie zlewczą. Jak się nie chce komuś zastanowić nad sensowną odpowiedzią na to trudne bądź co bądź pytanie, to można dzieciakowi taki farmazon wcisnąć. Mnie zawsze jako dziecku życie dorosłych wydawało, się prostsze, bo: a) nie chodzą do szkoły, tylko do pracy, za co dostają pieniądze. b) Sami decydują gdzie chce im się iść i na ile, co zjeść na obiad itd. c) z setek innych powodów, które wynikają niemal co chwila, w zderzeniu  z zasadami, typu "jesteś jeszcze za mały" itp.
Uznałem, że zarówno życie dziecka, jak i życie dorosłego niesie za sobą wyzwania adekwatne do psychicznych i fizycznych warunków, więc trudno je porównywać, a na komfort wspominania beztroskiego dzieciństwa mogę sobie pozwolić już jako człowiek dorosły.
Mniej więcej tak odpowiedziałem, że jedno i drugie jest trudne, bo inaczej się przeżywa swoje wyzwania, sukcesy, porażki.
- A jak ty myślisz, co jest trudniejsze?
- Bycie dorosłym, bo przecież dziecku nic nie grozi, oprócz tego, że jak jest niegrzeczne może pójść do gabinetu dyrektora. 
Mój syn dostrzegł więc coś jeszcze. Że poczynania dziecka wiążą się z ograniczoną konsekwencją swoich poczynań. Pochwaliłem go za to spostrzeżenie i potwierdziłem, że będąc dorosłym przejmuje się odpowiedzialność nie tylko za swoje czyny, ale także za osoby bliskie. Ponieważ do rozmowy dołączyła się mama, oboje zauważyliśmy też, że my do takich wniosków doszliśmy o wiele później, w związku  z czym nasz syn jest bystrzejszy najwyraźniej.
- No bo przecież mam być waszą lepszą kopią...
- Nie kopią. Kopia jest taka sama. Masz być lepszym człowiekiem. Lepszym modelem :).

A wczoraj był Dzień Ojca. Dostałem bardzo nietypową laurkę. Aż chciałoby się mieć taką burzę włosów, jak na podobiźnie.



środa, 22 czerwca 2016

Lato... i Sobótka

W zasadzie ostatnio zauważyłem, że mamy od jakiegoś czasu dwie pory roku, że nie ma już wiosny i jesieni, zostało samo lato i zima. Kalendarzowe lato natomiast nadeszło właśnie, wraz z najkrótszą nocą w roku, czyli sobótką, kupalnocką, czy jak tam zwał. Podobno dzieją się w nią istne cuda. Kościół katolicki, nie mogąc sobie poradzić z obchodami tego święta, zaadoptował je na swoje potrzeby, nazywając Wigilią Świętego Jana, czyli nocą świętojańską, przy czym trzeba zauważyć, że nie było to już to samo i nawet nie tego samego dnia (Noc Kupały to 21 na 22, Noc Świętojańska 23 na 24 czerwca). Z Nocą Świętojańską wiąże się obowiązkowo szukanie kwiatu paproci, skoki przez ognisko i pluskanie w jeziorze. Niegdyś kupalnocki owocowały także w następnych miesiącach nadliczbowymi dziećmi, gdyż była to noc wolnego seksu... Wianki zaś spływały w dal z nurtem rzeki. Oczywiście w czasach pogańskich. W tych bliższych nam, na noce wolnego seksu nie trzeba już czekać cały rok.

Straszniem ciekaw, bo obchody nocy świetoańskiej mają się odbyć w sobotę w niedalekich Plecewicach, nie wiem tylko czy będę mógł tam dotrzeć na tą godzinę. No i czy mi wypada, bo w danych czasach pewnie już byłbym uważany za starszyznę :).


Skoro mowa o tych czasach prasłowiańskich, to Pochwist się był tak rozszalał z niedzieli na poniedziałek, że mało łba nie urwał. Cały zaś poniedziałek lało i to chwilami dość rzęsiście, co zmusiło mnie do rezygnacji z roweru. Wczoraj natomiast, wypogodziło się znienacka zupełnie i poszliśmy na długi spacer przedwieczorna porą. Lato się czuło pełna piersią, z zapachami i latającymi chrabąszczami majowymi, czy też czerwcowymi.
Pomimo że nie lubię upałów, coraz bardziej lato uważam za swoją ulubioną porę roku, ze względu na moje rowerowe wycieczki. Będzie to czwarty rok wypraw po powiecie i krok dalej :). Liczę na to, że Małas rozpedałuje się na nowym rowerze i śmignie z nami na dystans większy niż kilkanaście kilometrów. 

piątek, 17 czerwca 2016

Nie śpij, Frère Jacques

Babcia śpiewająca po francusku?
Pamięć ludzka jest zadziwiająca, przypomina jakieś strome zbocze z zakopanymi skarbami, nigdy nie wiadomo kiedy jego coś odsłoni. Wczoraj zajrzałem na lekcję francuskiego, która odbywała się 80 lat temu w "szkole na skarpie". 

 Szkoła na skarpie to zaadoptowany na potrzeby edukacyjne spichlerz poklasztorny, który został pobudowany około XVII w. Z braku laku przeznaczono go po odzyskaniu niepodległości (tym pierwszym) na szkołę. Babci się wczoraj przypomniały czasy szkolne i zaczęła opowiadać.

"Francuskiego uczyła nas Jawicówna, bardzo surowa nauczycielka, która za najmniejsze przewinienie, brak odrobionych lekcji, lub zeszytu biła linią po łapach, albo kazała klęczeć tyłem w kącie. Niezbyt za nią przepadaliśmy i złośliwie przezywaliśmy "Żydowicą". Ale języka potrafiła nauczyć, jedną z piosenek nawet znam do dziś:


Frère Jacques, Frère Jacques
Dormez-vous, dormez-vous?
||: Sonnez les matines, :||
Ding ding dong, ding ding dong"
(źródło: wikipedia)
Normalne zatkało mnie, gdy Babka zaśpiewała mi (nie myląc się, bo znalazłem na podstawie tego śpiewu i melodii w rytm "Wszystkie dzwony biją" francuskie słowa) piosenkę, której uczyła się w 4 klasie szkoły podstawowej.



środa, 15 czerwca 2016

Raport z miejsc opuszczonych

Mała galeryjka z kolejnegeo rajdu po ruinach. Wyruszyliśmy na Karwowo, przez Altankę i Adamową Górę do Młodzieszyna, Marysina, przez Mistrzewice i Żuków do Chodakowa i Chemitexu. Ogółem około 30 km, według poniższej mapki, niekoniecznie się pokrywającej z naszym faktycznym przejazdem, bo nie dało się wyznaczyć trasy przed odcinek torów i kawałek leśniego duktu, ale były to odcinki tam małe, że nie mające znaczenia dla ogółu trasy.


W sumie to chyba najeciakwszym znaleziskom warto poświęcić oddzielną notkę. Nigdy na rowerze nie wytłukłem się po takich krzakach i chaszczach, i pokrzywach (chlera jasna, miałem krótkie spodnie!)
Na początek pewna chałupa w Marysinie, przykład na... hmm przemijanie chyba. "Vanitas vanitatum et omnia vanitas", takie motto przebija się z naszej wycieczki. Ot poniższy dom w lesie... Po raz pierwszy byłem obok niego w latach 90, zrobiłem zdjęcie z wczoraj. Dziś jest to już prawie las.

Dziś

Wczoraj 



Odciski palców na cegle.
Świadectwo nieznanego pracownika cegielni. 
Ta cegła daje do myślenia. Rzemieślnik wyrabiający ręcznie cegły nazywał się strycharzem. Nie wiem, czy cegła była robiona ręcznie, ale na pewno te odciski zostawił pracownik cegielni, żyjący co najmniej przed II Wojną Światową. Może dawniej?
Za Mistrzewicami w krzakach ukryty jakiś PGR... ? Budynki toną w zieleni po same dachy. Genralnie nic ciekawego, Zdjęcia może przy innej okazji. 

Pozostałości jakiegos budynku w Żukowie, został sam fundament i podmurowanie ganku. Skąd jednak ten przyczółek, który znajduje się przed nim?


Prawdziwa ciekawostka za budynkiem. Przydrożna kapliczka. Przydrożna w polu? Droga, która wiodła w kierunku Bzury już nie istnieje, nie ma nawet po niej śladu. Jak stara jest ta pozostałość?



Acha i krajobraz postindustrialny, dawna fabryka Jedwabiu w Chodakowie. Byłem tam stosunkowo niedawno. Dziś w miejscu elektrociepłowni kupa gruzu, ostał się ino komin, a w zasadzie kominy, bo jest ich więcej, strzelające w niebo z tego gruzowiska.


Słóńce zachodziło i budynek wydawał się idealnie wręcz czerwony.








poniedziałek, 13 czerwca 2016

Dni Sochaczewa... bleh.

Rozwodnione piwo, baloniki na patyku i disco polo w występie gwiazdy wieczoru. Szkoda słów. Nawet zjazd zabytkowej motoryzacji wypadł jakoś blado, inna sprawa że może za późno przyszliśmy. Małas przynajmniej miał uciechę, bo i watę cukrową opylił i poskakał na trampolinie i w dyskopiłkę pograł, skupiając wokół siebie gromadkę naprędce poznanych kolegów.
Zjadłem niedobrą zapiekankę i poprawiłem sobie humor małym "co nieco". Przy wejściu niemal rewidowali, ale ani o suchym pysku nie zamierzałem siedzieć, ani pić rozwodnionych siuśków, których smaku nawet sok malinowy nie poprawiał. Nawet występ znanego (w kręgach) zespołu diskopolowego stał się zjadliwy. A na początku zapowiadało się nieźle, zagrał zespół, który wygrał festowal w Mrągowie, "Teren C", po nich grał znośnie 'Golden Life", ale Bayer Full mnie przerastał wyrafinowaniem linii melodycznej...

Dla dzieci Bofzin, sochaczewski rysownik komiksów dla dzieci.
Autograf dla Małasa był swego rodzaju autoportretem.







czwartek, 9 czerwca 2016

Wyprawa na cegły

Bodajże 2 czerwca po południu pojechaliśmy sobie z kolegą Łukaszem, na mały rajd po okolicy, który nazwałem wyprawą na... cegły. Nie wiem, czy jest dział historii, archeologii zajmujący się cegłami, często zastanawiałem się czego można się z nich dowiedzieć. Okazuje się, że student z politechniki Wrocławskiej opracował system szacowania wieku budynków na podstawie pomiarów cegieł. Ciekawe, choć moim zdaniem cegła może brać udział w budowie więcej jak jednego budynku.
 Sygnatury na cegłach w okolicznych domach mogą być również ciekawym źródłem informacji, np jakie działały w okolicy cegielnie, bo nie musiały być to wcale wielkie zakłady. Naszą uwagę przykuwają zwłaszcza domy w stanie rujnacji, pozwalające na obejrzenie materiału ze wszystkich stron. Kolega nawet zbiera te cegły, chcąc z nich wybudować jedną ścianę w swoim domu. Na zbieraniu się nie kończy, bo towarzyszy mu spora wiedza na ich temat. Trasa wiodła przez Kuznocin, Boryszew i Andrzejów Duranowski. Oto parę ciekawostek:


Obora w Kuznocinie. Na jej szczycie znajduje się tabliczka poniżej:


1928 P.I

Z cegielni w Kuznocinie, czyli z niedaleka

Na Malesinie

Wujtowizna... Cóż to takiego?
Cegielnia Błonie

W Duranowie zauważyłem na jednej ze ścian taki oto krzyż.
 


poniedziałek, 6 czerwca 2016

Nareszcie wiatr we włosach...

W zasadzie to po pozostałościach włosów. Wyjechaliśmy rano o 6 w niedzielę z Rafałem, a kilkugodzinna wycieczka zamknęła się na dystasie 60 km z hakiem. Przejechaliśmy przez Kozłów Biskupi na Braki i Stary Dębsk, obejrzeliśmy cmentarz - mauzoleum w Złotej i wycieliśmy niemal pod Łowicz, lądując w Sromowie. W Sromowie jest muzeum ludowej rzeźby, pomimo, że było zamknięte, to i tak napatrzyliśmy się na nią sporo, bo dużo jej w tej malowniczej wsi, pełnej drewnianych domów. Potem zawinęliśmy w Stronę Sochaczewa, mijają Boczki Chełmońskie, gdzie urodził się słynny malarz.
Wróciliśmy przez Kocierzew, Lipnicę i Rybno... to tak w skrócie. Na stronie o wycieczkach powoli rozwinę temat, jak będę miał wenę. Zdjęć zrobiłem przeszło 200, jest z czego wybierać.

Kapliczka w Sromowie

czwartek, 2 czerwca 2016

Dzień dziecka

- Tato, wiesz co dziś za dzień?
- Eee nie...
- No pomyśl.
- No nie wiem.
- Kurde, patologii rzymskiej!
- Co?
....
- Aaaa!


No zaskoczyłem w końcu, że mowa o dniu dziecka. Poszliśmy na razie z tej okazji na deser lodowy. W lokalu, była dodatkowa atrakcja dla małoletnich, fontanna z czekolady. Można było nadziać sobie na wykałaczkę kawałek owocu i zanurzyć w spływającym strumieniu czekolady. Małas zrobił sobie takiego właśnie słodkiego szaszłyka.  Z tyłu po lewej stronie wzmiankowana fontanna.