piątek, 16 września 2016

Przyszli z Wehrmachtem

Z wywiadów, przeprowadzanych przeze mnie z ludźmi, którzy przeżyli wojnę wyłania się pewna ciekawa obserwacja, o której pisze się raczej rzadko, albo marginalizuje, a nad którą chciałbym się dziś pochylić. Cóż, powody są raczej oczywiste, bo sprawa dotyczy Niemców, na ogół przydzielonych do wojsk frontowych, których zachowanie, wedle relacji moich rozmówców było "ludzkie". Dopatrywanie się tego elementu człowieczeństwa we wrogu było dość trudne, bo przecież należało z nim walczyć i nienawidzić, a nie współczuć, lub liczyć na jego pomoc. Do tego jeszcze wrócę, powołując się na ciekawe refleksje Eugeniusza Macewicza, łącznika Szarych Szeregów i AK, ale może już nie w tej notce. Te zachowania i tak utonęły niemal w ogromie krzywd, jakie spotkały naród polski od wojsk niemieckich..
 Na początek przytoczę garść zebranych przeze mnie relacji, które zdążyłem już opublikować:

Na początek relacja p. Teresy Kalińskiej, z artykułu "Dzieciństwo na kolei", opublikowanego w Expressie Sochaczewskim:

"Któregoś dnia zachorowałam. Poniżej pleców pojawiło się owrzodzenie i dostałam gorączki. Tata udał się wtedy do lekarza, który przebywał wśród załogi wspomnianego wcześniej pociągu*, poprosić o jakąś maść. Ten przyszedł nawet osobiście, oprócz maści tranowej przyniósł również jakieś leki, dzięki którym wyzdrowiałam. Później często odwiedzał, przynosząc słodycze lub pomarańcze. Często opowiadał o swoim synku, który został w Rzeszy. Już później, gdy Niemcy napadły na Związek Radziecki, a front zaczął się zbliżać i pociąg miał gdzieś odjechać, niemiecki lekarz przyszedł się pożegnać. Był bardzo poruszony i zrozpaczony, martwił się, że nie wie, co się dzieje z jego dzieckiem i resztą rodziny. Na pamiątkę zostawił zdjęcie swojego dziecka z dedykacją."

 *W artykule  jest mowa o postoju niemieckiego pociągu pancernego na stacji kolei wąskotorowej w Sochaczewie.
Tego zdjęcia p. Teresa nie mogła znaleźć, ale w końcu się udało. Sam fakt, że Niemiec podarował zdjęcie kogoś sobie najdroższego, jest znamienny, świadczący o jakimś zaufaniu, może nawet przyjaźni. Niestety, załączoną dedykację trudno odcyfrować i nawet osoby niemieckojęzyczne mają z tym problem, ale zaczyna się od ciepłego "Droga Rodzino", czy coś w tym stylu:


Dedykacja na odwrocie zdjęcia pozostawionego na pamiątkę przez niemieckiego lekarza rodzinie p. Teresy.


P. Helena Matyjaszczyk, opisuje swoje pierwsze spotkanie z frontowymi w folwarku w Szczytnie, dokąd uciekła z rodzicami przed wojną:

Biegaliśmy potem, dzieciaki, między żołnierzami, to nam dawali, a to czekoladki, a to jedzenie, a to garczek kazali przynieść i zupy nam nalewali. Nie podobało się to państwu we dworze i wysłali ekonoma, który przyszedł z rózgą i dzieciarnię odpędził, aby od Niemców nic nie brała. 

Relacja p. Jerzego Felczaka:

Pierwsze spotkanie z wojskiem frontowym, nie było jeszcze straszne. Kilku żołnierzy mówiło po polsku, rozmawiali z ludźmi, a nawet rozdawali im różne drobiazgi, jak na przykład scyzoryki.

Obydwie pochodzą z artykułu mojego autorstwa "Dzieciństwo urwało się nagle", również opublikowanego na łamach Expressu.
Dzieciństwo faktycznie urwało się, tak jak urwało się normalne życie wszystkim Polakom... Głód, brak perspektyw, zamknięte szkoły, brak pracy - takie były dzieciństwa moich rozmówców. Niemcy mieli doskonałe zaopatrzenie, okupant regularnie ściągał z rolników kontyngenty. Mimo tej litościwości co poniektórych Niemców, sytuacja nie jest tak moralnie więc przejrzysta, choć mogli przecież nic nie dać.

Żołnierz niemiecki dokarmiający polskie dzieci (263 INF. DIVISION, rok 1941 Polska).
Zdjęcie niemieckiego żołnierza wykonane z pociągu stojącego na stacji w Krośnie.
Ostatnia pochodzi ze wspomnień wydanych drukiem p.t "Opowiadanie Niedokończone", przez mojego dobrego znajomego ks. Tadeusza Kraszewskiego:

"W naszym domu zjawił się młody żołnierz niemiecki. Grzecznie powiedział, że poczuł zapach smażonych placków ziemniaczanych i zobaczył za naszym domem stawy rybne. Powiedział, że pochodzi z miejscowości położonej nad Renem. Jeszcze dwa miesiące temu łowił ryby w tej rzece. Zapytał czy posiadamy sprzęt do łowienia ryb: sieć i wędkę. Mówił, że jego oddział stacjonuje na sąsiednim polu. Prosił o sprzęt rybacki, aby mógł pójść łowić ryby, bo będzie to dla niego odpoczynek psychiczny i przypomni u dom i pozostawioną tam rodzinę.
W krótkim czasie przynosi złowione ryby i prosi moją mamę o przyrządzenie do spożycia.Kiedy mama przystąpiła do przygotowania ryb, ów żołnierz niemiecki wyszedł na zewnątrz z domu. Wraca po kilku minutach i płacze jak małe dziecko... Nie mógł wydobyć słowa...
Kiedy się nieco uspokoił, powiedział, że jego oddział wyrusza w kierunku Warszawy, że nie zdąży się posilić rybami. Wziął ze sobą kilka placków kartoflanych, podziękował i odszedł, również ze łzami w oczach. Był bardzo młody, chyba z katolickiej rodziny, bo na widok krzyża wiszącego na ścianie zdjął czapkę i przeżegnał się."

 Ciekawe jest to, że gdy rozmawiałem z księdzem Tadeuszem, człowiekiem oczytanym i cieszącym się mimo wieku doskonałą pamięcią, zauważył On, że najlepiej zachowywali się wobec Polaków Bawarczycy. Istotnie, znalazłem jeszcze jedną relacje w archiwach muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą, podoficera 16 pułku piechoty z Grudziądza, Jana Białeckiego, który trafił do szpitala polowego nr 802 w Sochaczewie. Szpital ów po wkroczeniu wojsk niemieckich do Sochaczewa stał się szpitalem jenieckim, a kilka słów Białecki poświęcił strażnikom, właśnie Bawarczykom:

W sali w której leżeliśmy były powybijane wszystkie okna, prawdopodobnie od granatów, czy bomb. Był więc straszny przewiew, a w nocy zimno. [...] Okna te, jeden z żołnierzy niemieckich (strażnik) pozatykał nam tekturą, obrazami biblijnymi ze szkół* i dyktą. Należy dodać, że żołnierze ci, Bawarczycy, byli dla nas dość grzeczni, nie odczuwaliśmy wcale, że jesteśmy jeńcami.

*Szpital znajdował się w budynku Szkoły Powszechnej nr 1.

W dalszym ciągu relacji jest mowa, o żołnierzu, który wiedząc, że koniec jest bliski wygłosił przemowę do współtowarzyszy, pełną otuchy i nadziei. Wspomnieni Bawarczycy wzruszyli się bardzo śmiercią tego człowieka, określając go mianem bohatera.

Czy działo się tak dlatego, że Bawaria posiada tradycję katolicką?  Być może, ale przecież nie wszyscy żołnierze Wehrmachtu pochodzili z Bawarii. Nie mniej jednak byli to normalni ludzie, synowie rolników i sklepikarzy, ojcowie, oderwani od swoich domów i rodzin. Wyobraźnia, nawet jeżeli duża ich część popierała dążenia Hitlera, nie takie zapewne obrazki im podsuwała, jakie przyszło im spotkać na szlaku, którym podążali za Führerem. Głód, nędza i nieszczęście na niespotykana skalę, stały się widokiem codziennym stacjonującego tu okupanta. Pomimo całej wtłoczonej ideologii "rasy panów", zapewne trudno im było przechodzić obok tego obojętnie, bez wyrzutów sumienia. Czy te drobne gesty współczucia były w stanie je zagłuszyć? Pewnie nie u każdego. Byli też tacy, być może większość, którzy brnęli w okrucieństwo. Wszystko to jest ceną wojny, a każda strona medalu się liczy, nawet ta która zdaje się nie błyszczeć zbyt jaskrawo.

11 komentarzy:

  1. Sytuacja z Wermachtem jest chyba zdecydowanie bardziej skomplikowana i wiąże się nie tylko z Bawarczykami. Mój ojciec, Ślązak, Polak (dziadkowie byli powstańcami śląskimi), któremu administracja niemiecka przyznała III grupę, został wcielony do Wermachtu. Miał w tym nieszczęściu to szczęście, że skierowano go do Holandii i Francji. Inni mieli gorzej, bo kierowano ich na front wschodni. To dotyczyło też Polaków zamieszkałych Pomorze i Wielkopolskę, bo te regiony zostały przyłączone do III Rzeszy. Szacuje się, że w Wermachcie służyło 375 tys. Polaków, z czego zdecydowana większość nie utożsamiała się w ogóle z Rzeszą Niemiecką, mimo to w krajach przez Rzeszę okupowanych traktowana była jako właśnie okupant.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ oczywiście, nie twierdzę, że nie jest skomplikowana. Po prostu skupiłem się na aspekcie, do którego miałem zebrany materiał od naocznych świadków.
      Sądzę że nawet rodowici Niemcy, których zmobilizowano do Wehrmachtu nie utożsamiali się z III Rzeszą.

      Usuń
  2. Trochę opowieści o tych dramatycznych latach wojny znam tylko z opowiadań Mamy. Blisko nas była granica zaboru pruskiego i rosyjskiego, a potem w czasie II wojny św. front przesuwał się na przemian; raz w tą, a innym razem w drugą stronę. Tak wiele zależało od człowieka. Jeden dał kromkę chleba a drugi kulkę z karabinu. Strach...strach..strach trwał przy nich przez cały czas. Nigdy więcej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Strach, nigdy nie jest sojusznikiem człowieka. Zmusza do czynów, które serca skuwają lodem.

      Usuń
  3. Losy wojenne bywają bardzo skomplikowane, po każdej stronie zdarzają się oprawcy i bardziej ludzkie osobniki. W mojej miejscowości był nawet obóz koncentracyjny, które ślady przetrwały do dziś. Mimo tego, gdy zbliżał sie front, miejscowi bardziej bali sie Rosjan - wyzwolicieli, niż Niemców.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, u mnie też niektórzy lepiej wspominają tych Niemców niż Rosjan. Ale wtedy lata promoskiewskiej propagandy nie mieszały ludziom w głowach, za to pamiętali dobrze nóż w plecy, wbity przez Armię Czerwoną w 1939 roku.

      Witam u siebie.

      Usuń
  4. Z górnoślązakami też różnie bywało: mój Ojciec w 1939 walczył w bielskich podhalańczykach u generała Kustronia.Został cięzko ranny pod Tomaszowen Lubelskim i przez reszte wojny ukrywał się w Krakowie zaś jego trzej bracia zamieszkali w Radlinie zostali wcieleni do wehrmachtu z czego jeden zginął na froncie wschodnim a dwaj uciekli jeden do anglików drugi do Andersa.Taki był los jednego pokolenia Ślązaków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie niestety były losy... Część Ślązaków, nie chciała, część chciała, generalnie mieli wąski wybór.

      Usuń
  5. Losy międzywojenne, wojenne i tuż po wojnie według mnie są tak różne ile osób napotkanych na drodze wtedy czy z żyjących do dziś. Znam parę historii moich nie żyjących Dziadków, także składały się z różnych mniej czy bardziej porażających epizodów.

    Ano taki spacer w tych Łazienkach. :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. Nieżyjący dziadek mojego męża wspominał, że ludzie bali się Niemców, ale Niemcy zabrali jajka a zostawili kury. Ale jak przeszedł front i zostali Ruscy to nie oszczedzali nic... Jednak wydaję mi się, że po jednej i drugiej stronie mogli się znajdować młodzi przestraszeni chłopcy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niemal zawsze to byli przestraszeni chłopcy, przynajmniej na początku. Potem wojna robi swoje, znieczula i obiera z uczuć.

      Usuń