piątek, 28 października 2016

Groby zapomnianych

W okolicach Sochaczewa znajduje się kilkanaście wsi, gdzie mieszkali tzw. Olendrzy, czyli osadnicy najczęściej niemieckiego pochodzenia. Po roku 1945 tych ludzi wysiedlono, mniej lub bardziej zasłużenie. O ile niektórzy faktycznie stanowili tzw V kolumnę i wspólnie z okupantem gnębili swoich dawnych sąsiadów, inni praktycznie nie identyfikowali się wcale z hitlerowskim najeźdźcą pomagali w miarę swoich możliwości Polakom podczas tych ciężkich lat. Pozostały po nich gdzieniegdzie jeszcze ich domy murowane na inną modłę niż gospodarzy polskich i niewielkie cmentarzyki, zatopione w chaszczach, o które już nikt nie dba, tyle że omija z szacunku dla spokoju zmarłych. Widok tych, godzien jest pożałowania, a przynajmniej przez wzgląd dla tych wielu przecież lat wspólnych dziejów powinno się je szanować i o nie dbać.
Czas, ten nieubłagany czarodziej sprawi, że niedługo znikną całkowicie. Nie ma komu się zaopiekować mogiłami, pomimo, że przecież są jeszcze zbory ewangelickie w Polsce, a nawet konkretnie na Mazowszu. 
Wizyta na takim opuszczonym cmentarzu robi niesamowite wrażenie. Może dlatego, że tu jeszcze bardziej odczuwa się nieodwracalność i nieuchronność przemijania, niż na uczęszczanym cmentarzu, gdzie ktoś o groby dba, sprząta, pali lampki. 
Trudno jest trafić na stare nekropolie. Czasem cechą charakterystyczną, która je wyróżnia z otoczenia jest nieznaczne, regularne - w formie na ogół czworokąta podwyższenie terenu, lub okalający kiedyś cmentarz mały wał. Tak robiono, by nie zalewała go woda. 
Zdjęcia pochodzą z dwóch nekropolii, Matyldowa i Dębówki. Pierwsza miejscowość znajduje się około 15 kilometrów na zachód od Sochaczewa, druga niemal pod Szymanowem, około 10 km na wschód.

CMENTARZ W MATYLDOWIE



(6 październik 2015)

 CMENTARZ W DĘBÓWCE




 24 listopad 2015


środa, 26 października 2016

Cmentarz pod ziemią

O istnieniu cmentarza w Kozłowskim wiedziałem, bo jako dziecko bywałem tam, kiedy spod ziemi sterczały jeszcze pojedyncze małe płyty. Nawet nie kojarzyły się koniecznie z płytami nagrobnymi, ot takie betonowe klocki porozrzucane w nieładzie. Temat likwidacji cmentarza i przeniesienia szczątków na cmentarz parafialny w Kozłowie Biskupim sięga roku 1960, kiedy pojawiła się tam kwatera żołnierzy września, oraz poległych w I Wojnie. Z rozmów wiedziałem, że ta ekshumacja nie była przeprowadzona dokładnie - niektórzy powątpiewali w zaistnienie tego faktu poza dokumentacją.
W zeszłym roku szukałem w lesie pozostałości cmentarza chcąc uwiecznić jakieś widoczne jeszcze relikty. Bez rezultatu, choć powinien się w tym miejscu znajdować jeszcze postument dostawiony w latach międzywojennych. Nic nie znalazłem oprócz krzaków, lokalizację cmentarza pamiętałem zresztą bardzo mgliście, wiedziałem tylko że jest przy drodze.

Kwatery żołnierzy z I i II Wojny (źródło: www.dobroni.pl)



Dziś już wiadomo, że cmentarz tylko zlikwidowano oficjalnie i znajdował się on pod ziemią praktycznie nietknięty. Że nadal spoczywają tam żołnierze rosyjscy i niemieccy, którzy zginęli głównie 12 czerwca 1915 roku od zatrucia chlorem. Być może też Polacy wcielani do obu armii. Fakty te podał kierownik historyczny sochaczewskiego muzeum Jakub Wojewoda, po tym jak odsłoniła go grupa archeologów pod kierownictwem Anny Zalewskiej w ramach projektu "„Archeologiczne przywracanie pamięci o wielkiej wojnie. Materialne pozostałości życia i śmierci w okopach na froncie wschodnim oraz stan przemian krajobrazu pobitewnego w rejonie Rawki I Bzury”. Rozmiar nekropolii zadziwia. Według spisu z ewidencji dokonanej w okresie międzywojennym spoczywa tam 147 Rosjan i 23 Niemców.

fot. Jakub Wojewoda

fot Jakub Wojewoda

fot. Jakub Wojewoda
fot. Wiktor Wachowski
Miejsce po dokonanych oględzinach zostanie oznakowane i opisane jako miejsce pamięci.

źrółdła: E-Sochaczew

wtorek, 25 października 2016

Czy Bóg chciał być zagadką?

Kiedyś wszystko było prostsze. Modlitwa wieczorna, taka sama jaką odmawiali dziadkowie i ich dziadkowie płynęła w przestrzeń, nie koniecznie wyrażana słowami, bo przecież Bóg wie, co każdy z jego wyznawców ma w myśli. Mnie kazano odmawiać przez pewien czas modlitwę na głos, by się upewnić, że pamiętam i nic nie przekręcam.

***
Piaszczysta droga, wiodła w kotlinę, wcinając się w pola złotych zbóż, pachnących chlebem, aż do bramy cmentarza w Kozłowie Biskupim, na którym spoczywają moi przodkowie. Słońce dawało radość owadom i ptakom, które rozpraszały śpiewem ciszę letniego południa. Rosnące poza furtą wśród alejek otoczonych krzyżami drzewa akacji kipiały zielonością na tle lazurowego nieba i taka to była prawda - tu śmierć, tam życie - a za wszystko, za cały porządek odpowiedzialny jeden Bóg. Ławeczkę przy rodzinnym grobie, na której siedział mały chłopiec obserwując dziadkową krzątaninę wokół grobu obejmował namiastką cienia młody kasztan, rosnący przy samym murze, a mierząc go wiekiem drzewa być może jego rówieśnik. Myśli młodego drzewka były jednak nieznane. Chłopiec dopytywał się o zmarłych, których Bóg zabrał już do siebie, a dziadek odpowiadał, że wszystko dzieje się według pewnego porządku, ale nie przemija ze wszystkim.
Wtedy nie zastanawiałem się głębiej, jak Bóg może widzieć i słyszeć wszystko, ale gdy coś przeskrobałem, po jakimś czasie wiedziałem, że patrzy, bo czułem Jego wzrok. Już wtedy przyjąłem, że tego nie da się zrozumieć. Krzyże na grobie pradziadków świadczyły o ich wierze i ja także wierzyłem wtedy najsilniej, mając nadzieję, że jak ich kiedyś spotkam wszystko stanie się jasne.

***
Później, gdy moje dzieciństwo zanurzyło się w swawolne wyprawy z domu samopas, a świat zaczął odkrywać swoje zagadki, Bóg jakby stanął obok i czasem zdawał się patrzeć gdzie indziej. Co jakiś czas jednak przypominało mi się, że nawet jak nie patrzy, to widzi i robiło mi się przykro.
Mijały lata, myśli o Bogu zmierzały do książek, gdzie szukały odpowiedzi na różne pytania, czasem w przypływie rozmaitych kryzysów uciekały na jakieś mroczne manowce, gdzie nie czuło się w ogóle Jego obecności. W końcu, nawet po dłuższych chwilach zwątpienia uznałem, że dobrze mieć nadzieję i wierzyć, że to wszystko co nam się przydarzyło tutaj, nie jest jakąś przypadkową układanką, która porzucona w kosmicznej próżni ułożyła się sama, tylko stoi za tym czyjaś wola. Że gdzieś w głębi duszy wiemy, czego od nas wymaga. I już nic innego nie było mi potrzebne, oprócz świadomości, że tak może być. Tylko tyle i aż tyle.

poniedziałek, 24 października 2016

Czy leci z nami Arab? Spokojnie, to tylko awaria.

Myliłby się ten kto twierdzi, że nasi muzułmańscy goście nic tylko siedzą na zasiłkach. Otóż nie, pracują nawet ponad plan i obowiązki służbowe. Francuski dziennik "Le Canard Enchaîné", dotarł do efektów ich wysiłków na lotnisku de Gaule'a. Polegają one nie tylko na upiększaniu wlewów paliwa napisami Allah Akbar, czy zmianach kosmetycznych nazw państw na "kalifaty" w mapach lotu, ale też bardziej radośniejszą twórczość w postaci choćby próby wyłączenia przekaźnika łączącego kokpit i silnik w kilku samolotach, lub sabotowanie pochylni ewakuacyjnej w jednym z hangarów. 
Air France oficjalnie zaprzecza, jak się doczytałem na anglojęzycznym portalu publikującym wiadomości z Francji "The Local" - "Air France denies 'extremist staff sabotaged planes". Napisy miały się pojawić podczas międzylądowań w krajach Północnej Afryki, reszta to tylko wymysły "Le Canarda", lotnisko miało tylko do czynienia z "marginalnymi incydentami związanymi z problemami behawioralnymi", cokolwiek by to miało znaczyć...
Czytam dalej, tym razem amerykański "New York Post" i artykuł p.t. "Dozens of Paris airport workers on terror watch list." Jest tam mowa o kontroli, jaką poddano pracowników lotniska po styczniowych zamachach w 2015. Liczba 57 pracowników, którzy widnieli na listach osobników związanych z islamskim radykalizmem (terror watchlist - brzmi o wiele lapidarniej - lista osób niebezpiecznych, terrorystów) może nie mieć nic wspólnego z jakimikolwiek incydentami. Zapewne osoby, których nikt nie zidentyfikował jako radykałów, są już całkowicie poza wszelkimi podejrzeniami i nie ma się czego obawiać. Tym, których zidentyfikowali wręczono wymówienia i cofnięto pozwolenia na dostęp do wrażliwych części lotniska (ciekawe, czy Francuzi dali im chociaż zasiłki?). Pełen sukces, pytanie dlaczego dopiero po tym jak zginęli ludzie.

"Ale my mamy pozwolenie na pracę na lotnisku..."
 W świetle wydarzeń, które mają miejsce w Europie trudno uwierzyć w zapewnienia Air France. Niektórzy z pewnością chcą jednak w nie wierzyć. Tak jak udawało się przekonywać pasażerów samolotów z amerykańskich komedii absurdu "Czy leci z nami pilot" i "Spokojnie, to tylko awaria". Nawet mam odpowiedni kadr z filmu, gdzie Lesie Nielsen przekonuje pasażerów, że wszystko jest w porządku i lot przebiega bez większych zakłóceń:


Tylko, że Francuzi nie grają w amerykańskiej komedii...


niedziela, 23 października 2016

Patriota roku, czy lat minionych?


 M.in. Gazeta.pl donosi, że Macierewicz został patriotą roku. Takim wyróżnieniem uhonorowały go środowiska związane z krakowskim wydawnictwem "Biały Kruk", jak spojrzałem na ich stronę są to środowiska katolickie, prawicowe i konserwatywne (ktoś się spodziewał innych?). Komentujący ten fakt skupili się głównie na zbieżności słów patriota, z innym o wydźwięku na tyle niemiłym, że nagród z jego tytułu nikomu się nie przyznaje. Być może też dlatego, że liczba aspirujących przekracza liczbę dni w roku, które trzeba by poświęcić na jakieś uroczystości wręczenia...
Różne środowiska wzajemnej adoracji przyznają sobie różne fajne tytuły żeby było miło i nic w tym dziwnego. Z reguły owo tytułowanie rozpływa się z biegiem czasu i nie ma większego znaczenia. Niektóre deprecjonują się z czasem, inne budzą wesołość już w chwili nominacji.
Nazwanie kogoś patriotą w obecnej sytuacji może oznaczać bardzo wiele różnych rzeczy. Nawet sprzecznych ze sobą, w zależności kto o tym patriotyzmie będzie decydował.
Poczynania Macierewicza budzą kontrowersje, zresztą całkiem zrozumiałe. Nawet prawa strona nie znalazła słów na logiczne uzasadnienie honorowania niejakiego Misiewicza, nie wspominając już na głos o innych jeszcze bardziej drażniących sprawach, ciągnących się od kilku lat jak gil z nosa. Pytanie czy na ich podstawie można potwierdzić, lub zanegować jego patriotyzm.  
Gdybyśmy cofnęli się w czasie i spojrzeli na poczynania młodego Macierewicza, zobaczylibyśmy człowieka który poświęcił swoją pasję - historię Ameryki Łacińskiej w imię działalności opozycyjnej. Nie wydano mu wówczas książki (zresztą do dziś) i nie wydano paszportu na wyjazd w celach badawczych do Argentyny. Zresztą, można długo wymieniać jego opozycyjne perypetie, dla mnie najistotniejsza była jego postawa już po transformacji. M.in. podczas "Nocy Teczek", której fiasko odbiło się bardzo źle na Polsce, oddając jej majątek w ręce mafijnych układów byłych służb. Drugim istotnym posunięciem, krytykowanym przez ówczesną opozycję, była likwidacja WSI i dekonspiracja agentów, zdaniem Macierewicza podwójnych (może nawet potrójnych). Obecnie oba te wydarzenia są ocenianie skrajnie różnie. Poczucie niemal życiowej misji udowodnienia zamachu smoleńskiego, nieumiejętne prowadzenie medialne spraw związanych ze śledztwem i działalnością w różnych komisjach, powoływanie wątpliwych ekspertów, wystawiły Macierewicza na zmasowaną krytykę i pośmiewisko.
W związku z powyższym Macierewicz nie ma zbyt dobrej prasy.
Ale ja niegdyś, jeszcze za władzy poprzedniej zauważyłem pewną dziwną rzecz. Otóż gdy Macierewicza pokazywał program 1, lub TVN, zawsze jego przemowa była chaotyczna, twarz pokazywana była pod dziwnym, niekorzystnym kątem, zaś  na Trwam, jego osoba nagle normalniała, a wypowiedzi stawały się składne. Dzisiaj już co by Macierewicz nie powiedział, jest to postrzegane przez pryzmat pewnego "obłędu". Przykre, ale czy skreśla cały życiorys?

sobota, 22 października 2016

Warszawa gorszych dni (2)


 Część drugą galerii poświęcam szacie zimowej stolicy. Ale jakże w istocie żałobnej. Gdzieś poza normalnym życiem nadal stały ruiny, a miasto było pokaleczone.











piątek, 21 października 2016

Cysorz Walensa...

Muszę przyznać, że po lekturze artykułu z wypowiedziami Piotra Gontarczyka i Andrzeja Friszke na temat Wałęsy i jego teczki naszły mnie pewne refleksje, w których trochę odstąpiłem od skrajnie negatywnej oceny tego człowieka, choć nadal uważam, że w jego przypadku Polska miała pecha. Obaj historycy już w kwietniu stwierdzili, że niezależnie od wyników testów grafologicznych teczka jest autentyczna, choćby i niepisana jego ręką. Fakt, że temat zgasł, świadczy że faktycznie tak było, tzn nie udało się potwierdzić że Wałęsa pisał cokolwiek własnoręcznie. Natomiast w świetle treści teczki ocena moralna całej tej współpracy nie jest jednoznaczna - wzbogaca portret psychiczny i wyjaśnia motywy postępowania LW. Otóż według Gontarczyka Wałęsa przejawia cechy urodzonego przywódcy, Friszke dodaje, że stopniowo, odchodzi od współpracy z SB (wierząc w to, że ma do odegrania jakąś rolę). Co więcej, "z teczki można odczytać motywy Wałęsy, których nie można nazwać wyłącznie niskimi - z niektórych rozmów TW Bolka z oficerem prowadzącym wręcz wprost można wyczytać, że Wałęsa postrzega swą rolę jako np. zapobieżenie dalszemu rozlewowi krwi."
Okres późniejszy nadal jest nie wiadomy, moją teorią jest, że SB dopatrzyło się megalomanii LW i posterowało nim mniej lub bardziej świadomym ku transformacji. Inaczej próbowano by go zniszczyć, gdyby nie wpisywał się plan założony przez władze. Fakty świadczące nawet na korzyść Wałęsy wcale nie nobilitują go na nic więcej niż pionka w grze. 
"Nie można zrozumieć fenomenu Wałęsy bez zwrócenia uwagi na jego wybujałą pychę. Bez niej nie zdobyłby się na krok, który do dziś stanowi jego największą dziejową zasługę" – pisze Rafał A. Ziemkiewicz. I to jest ta zabawna strona Wałęsy, który nawet dziś powierza sobie rolę zbawcy narodu.

"Miałem tak wielką pozycję, że mogłem zostać cesarzem. Mogłem mieć ogromną władzę lub wybrać demokrację. Przegrałem siebie po to, byście mogli być wolni."
(przemówienie na KULu, 19 października 2015)

Prawie mesjasz...

Ale do czego zmierzam... Do treści pewnej zabawnej rozmowy z bratem.

LECH WAŁĘSA: …więc ty musisz się zająć się tymi sprawami. Tak jak ci mówiłem już dawno wcześniej. Oczywiście moja stara uważa, bo ona jest zaślepiona w tych Polsce, i tak dalej. Ona uważa to inaczej, ale ona się na tym nie zna. W ogóle się nie zna. Nic nie zna. Więc na to nie zwracajmy uwagi, ale my jako jako dalekowzroczni politycy, mi pamiętając o tym, że mamy – bo nie wiem czy zauważyłeś i nie wiem, czy o tym wiesz – że my mamy w naszym gronie, znaczy w rodzinie, cholernie wielkiego przodka.
STANISŁAW WAŁĘSA: Mhy?
LECH WAŁĘSA: Wiesz o tym, że w 410-tym roku Gostynin był cesarzem, kurwa, y całego imperium.
STANISŁAW WAŁĘSA: Tak?
LECH WAŁĘSA: - Cesarz Rzymu, którego pokonał Rusek z Konstantynopola, w 410 roku wygonił go.
STANISŁAW WAŁĘSA: - Jak była bitwa pod Grunwaldem w 1410 roku?
LECH WAŁĘSA: - Nie, w 410 roku wygonił go jakiś szpec z Konstantynopola. Nazywał się Wałensa. Dosłownie, z tym , że w Rzymie nie ma "ę" tylko "en" i on uciekł. Jeden brat uciekł do Francji, a drugi tutaj. Gdzieś na słowiany.
STANISŁAW WAŁĘSA: - A trzeci na Włochy.
LECH WAŁĘSA: - Nie. On rządził we Włoszech, on miał dwóch braci.
STANISŁAW WAŁĘSA: - Acha.
LECH WAŁĘSA: - Jego, nie wiem, czy tam zamordowali, bo to Grzegorz doszedł, to wygonili z tronu cesarskiego z Włoch. W tej książce tak było.
STANISŁAW WAŁĘSA: - To był Wałensa?
LECH WAŁĘSA: - Wałensa, nie "ę" tylko "en". Doszedłem do tego, że on uciekł tu gdzieś na Słowację, Czechosłowację, na Słowiany a drugi uciekł do Francji. My pochodzimy prawdopodobnie z tych, co uciekli tutaj. Tak jak ktoś kiedyś w religii uczył, że po jakimś czasie się odnawia, to prawdopodobnie los trafił na mnie. Na cwaniaka prostego itd. Mnie się udało bez większego przygotowania coś tam zrobić, ale nie chcę wychodzić przeciwko Kościołowi, więc muszę poczekać wieki, 100 lat, 200 lat. W związku z tym chcę ustawić swoją rodzinę, która dokończy naszego dzieła. Przykra sprawa, że mnie zrobili kontrkandytatem papieża.
LECH WAŁĘSA: I tak jak doszedłem do wniosku, inaczej do wniosku, te książki, które czytałem, to rzeczywiście się zgadza…
STANISŁAW WAŁĘSA: …to …nawet chyba „Prawda” czy „Nowostki”?
LECH WAŁĘSA: Ktoś tam podał, że byliśmy cesarzami. Tak. Faktem jest rzeczywiście, że on później jego tam przewrócili z konsen, z Kontantinopola rzucił go ten Rusek i on jego rodzina rozjechała się do Francji, i do Włoch i tu gdzieś, na Wschód. I my jesteśmy z tego szczepu, ale to już nie wnikając w to. Jesteśmy z rodziny, która musi – kurwa – pokierować sprawami tymi wielkimi. I ja się wjebałem w to i z tego nie mogę się cofnąć choćbym chciał. (…)


Dla niewtajemniczonych, Lechu musiał przeczytać coś o cesarzu rzymskim Flawiuszu Juliuszu Walensie. Jak ktoś chce może jeszcze posłuchać tego kabaretu.



 I to tłumaczy to jedno wielkie JA, wypływające z wypowiedzi LW.


czwartek, 20 października 2016

Warszawa gorszych dni (1)

Pewną perełkę znalazłem na serwisie aukcyjnym - szereg unikalnych zdjęć okupacyjnej Warszawy. Są unikalne ze względu na fakt, iż są to jeszcze wtedy mało popularne zdjęcia kolorowe (być może dwóch różnych autorów). Widać na nich, że życie w zrujnowanym mieście wraca jako tako do życia, wykonane zostały zimą i chyba wiosną, stawiałbym na rok 1940, może 1941 bo na ulicach jeszcze widać Żydów. Tego świata już nie ma, zatrzymał się tu jeszcze na moment w kadrze. Zapraszam na wystawę, którą podzieliłem na kilka setów tematycznych.



 








środa, 19 października 2016

Gęby w skale bez masek.


Modne jest ostatnio burzenie różnych pomników, co budzi we mnie ambiwalentne uczucia. Stawia się często w to miejsce nowe, które czasem też niekoniecznie zniosą historyczną krytykę. Ile takich niezasłużonych pomników postawiono? Z drugiej strony zmuszanie ludzi, by patrzyli ciągle na tych stalinów, leninów, wykutych lub odlanych, też cholera niesmaczne... Pół biedy jak to jakiś mały pomniczek, który można sobie gdzieś przestawić, ale co, gdyby tak rewizjonizm dotknął amerykańskich prezydentów wykutych Górach Czarnych?

O skale Rushmore słyszał chyba każdy. To tam, gdzie na początku XX wieku rzeźbiarz fantasta Gutzon Burglum wyciosał w skale 4 gęby prezydentów USA. Amerykanie lubują się symbolach, a dla Burgluma nabrały te monumentalne gęby niemal mistycznego wymiaru, marzyło mu się wykute za głowami tajemne pomieszczenie, gdzie złożone miały być największe skarby Ameryki, typu deklaracji niepodległości, czy oryginalnego tekstu konstytucji. Pomysł w sam raz na miarę kiepskiego filmu przygodowego p.t. "Skarb Narodów", gdzie go wykorzystano. W ogóle zarówno te papierzyska, jak i osoby, których podobizny wyryto w Rushmore są traktowani niemal jak świętość w wielkiej reklamie American Dream na świecie. Pomnik budzi zachwyt wszystkich niemal Amerykanów, oprócz rdzennych mieszkańców tych terenów - Indian z plemienia Dakotów, którym traktaty rządu amerykańskiego zagwarantowały prawa do tych ziemi i którzy pomysł wykucia tych facjat uznali za świętokradztwo, tym bardziej że nie mają żadnych powodów do fetowania tych panów. Ale kto ich tam pytał wtedy o zdanie... 
Przyjrzyjmy się tym "świętoszkom", których tak uhonorowano.
Jurek Waszyngton… Współtwórca demokracji i narodowego fetyszu, jakim do dziś jest konstytucja Stanów Zjednoczonych. Z tą demokracją to taka bajka dla grzecznych jankeskich dzieci. Generalnie wykorzystano wzorzec europejski, spotkało się oto paru ojców założycieli i wysmażyli sobie konstytucję, w oparciu o dobro wąskiej grupy bogaczy, bo żadnych legalnych poświadczeń narodu amerykańskiego do jego reprezentowania nie mieli. Zresztą tenże naród w większości był pozbawiony praw wyborczych, posiadali je tylko właściciele ziemscy płci męskiej, co pewnie wpłynęło na fakt, że Georguś został wybrany 11 procentami głosów. Sam Waszyngton wsławił się drobną rzezią Indian nad Ohio. Jako uczestnik wojny wyzwoleńczej też nie błyszczał, chyba tym, że mores wśród podkomendnych utrzymywał najchętniej za pomocą stryczka. W ogóle całe wyzwoleńcze przedsięwzięcie ległoby w gruzach, gdyby nie pomoc skonfliktowanej z Anglią Francji. Później już jako oficjalna głowa państwa wypiął się na nią zadem, chociaż społeczeństwo, które się zdążyło się już nałykać haseł wyzwoleńczych walnie wzywało do poparcia rewolucji.
Tomcio Jefferson… miłośnik Indian. „Będziemy musieli ich wygonić jak zwierzęta w Góry Skaliste”. Bo w górach nie ma już nic, co by chciał mieć biały człowiek. A skoro uporano się już z zależnością wobec korony brytyjskiej, zaczęto się rozglądać za „przestrzenią życiową”. Problem w tym, że na tej przestrzeni ktoś już mieszkał. Z problemem poradzono sobie jak wiadomo za pomocą przydatnych wynalazków typu pistolet bębenkowy „colt” i całej masy innych podobnych. W ogóle, Jefferson jest uważany do dziś za krzewiciela amerykańskiego etosu wolności, miłośnika pokoju i twórcę wielu szumnych powiedzonek o zrywaniu kajdan i równości ludzi. Spośród tych cytowanych do dziś nieczęsto chyba się znajduje to kierowane do Indian, że wojna będzie trwać „dopóki choć jeden z nich pozostanie po tej stronie Missisipi”. Ot, takie ostateczne rozwiązanie kwestii indiańskiej.
Abraham Lincoln wyzwoliciel Murzynów… W istocie miał ich w nosie, wręcz nienawidził, zachowały się stenogramy wystąpień w kongresie, jasno obrazujące rasistowski stosunek prezydenta do rasy czarnej - przede wszystkim chęć wysiudania ich z powrotem do Afryki, by nie zaczęli w przyszłości kalać rasy białej. Ale do dziś wśród Amerykanów popularny jest mit szlachetnego Abe, który wszczął wojnę by znieść niewolnictwo. Cała wojna secesyjna toczyła się rzecz jasna z zupełnie innego powodu - proklamowanie abolicji było narzędziem walki gospodarczej z prężnie rozwijającym się Południem. Stany Południowe w obliczu uderzających w nie reform zaczęły występować z Unii, co skończyło się bratobójczą wojną.
I w końcu Teoś Roosevelt. Orędownik pokoju. Do tego stopnia, że dano mu Nobla. Chyba za powiedzenie "przemawiaj łagodnie, ale szykuj pałkę"... A może za usankcjonowanie amerykańskiego interwencjonizmu za pomocą "Rooseveltowskiego uzupełnienia" do doktryny Monroe'a (dktryna grubej pałki), czy innych szachrajstw, za pomocą których USA przyznało samo sobie rolę szeryfa na dwóch kontynentach amerykańskich, dzięki czemu wszystko tam i na Kubie mogą załatwić marines, nie pytając się nikogo o zdanie. Ale jak rzekł kiedyś Bohdan Smoleń "Amerykanie nie są tacy źli. Oni napadną, a potem przeproszą."
Na ręce Burgluma pieszczącego dynamitem Góry Czarne patrzył uważnie młody Polak Korczak Ziółkowski, któremu powierzone zostanie w przyszłości zadanie wydobycia z gór wizerunku innej słynnej osobistości - wodza Oglalów Szalonego Konia. Projekt kontynuują jego synowie i wnuki do dziś, ma on przyćmić wielkością gęby czterech cwaniaków.


O prezydentach pochwał nie pisali:
Waldemar Łysiak
Karheinz Deshner
ich prace zachęciły mnie do krytycznego spojrzenia na panów z Rushmore, ale nawet gdyby historia przyznała im rację, trudno byłoby teraz ruszyć ich z tej góry...

wtorek, 18 października 2016

Raport z odciętego miasta

Ktoś uznał za doskonały pomysł, żeby rozpocząć trzy remonty na trasach wylotowych z Sochaczewa - od zachodu most na Bzurze, od wschodu rondo przed wiaduktem kolejowym, dodatkowo na południu ograniczenie ruchu na małym mostku na Pisi i nie wiem czy to jeszcze aktualne, ale w wakacje jak najbardziej było - na północy rondo w Chodakowie.  Teraz dopiero, po awarii roweru odczułem cały smaczek tych przedłużających się kilka już miesięcy robót drogowych, choć rondo na Żyrardowskiej jest już częściowo drożne. Po pierwsze zaatakowała mnie zmiana rozkładu jazdy autobusów - nie wiedzieć czemu wraz z końcem wakacji zlikwidowano jedną z dwóch linii, którą mogłem dostać się do pracy. Ponieważ dla młodzieży szkolnej jest to również jedyna alternatywa - autobus nr 4 jest nabity jak puszka ze śledziami. Młodzież wysypuje się na szczęście przystanek dalej przy ogólniaku, a autobus wykonywał do tej pory zawijas (niebieska linia), by ominąć rozgrzebane rondo i dojechać do stacji. Obecnie trasa na Boryszew jest pozbawiona już tych esów floresów i autobus jedzie przez udrożnione co dopiero rondo normalną trasą (zielona). Natomiast w drodze powrotnej jedzie już nie widzieć czemu cały czas drogą awaryjną (niebieska linia) - czyli wraca się jakiś kawałek by dotrzeć do głównej ulicy przecinającej Socho z północy na południe. Sporządziłem aż sobie z nudów mapkę, a co. :)

Do sporządzenia rysunku wykorzystałem mapę GOOGLE

1.Zamknięty most na Bzurze
2, Zamknięte rondo na Żyrardowskiej
3. Ograniczenie ruchu na moście na Pisi
Trasa zielona - normalna trasa autobusu
Trasa niebieska - trasa zmieniona na czas remontu ronda
Trasa pomarańczowa - trasa zmieniona w związku z remontem mostu

Informacje rozlepione na przystankach są dość zawiłe, bo piszą o ograniczeniach ruchu do najmniejszych przewozów - bo normalny autobus przez numer 3 się nie przeciśnie. Niestety żadnych konkretów. W związku z zamknięciem mostu (1) trasa pomarańczowa wyklucza z transportu centrum miasta - dymaj człowieku do szpitala z buta, albo na stację - prawie jedna droga. Ja wczoraj ze zdziwieniem stwierdziłem, że zaczynam się nagle wracać do punktu wyjścia i wysiadłem z autobusu w połowie drogi do domu. Ale - moja wina, kartka o takiej bezsensownej trasie wisiała, choć można ją sobie było różnie interpretować.
Jedyna szansa na opuszczenie Sochaczewa to zjazd na obwodnicę - ta jasnożółta linia. Korek jest tam z rana jak diabli, jadąc rowerem mijam czasem szpaler samochodów o długości prawie kilometra, a przy moście uwija się policja kierująca ruchem, bo w innym wypadku wszystko to by stanęło na dobre. 
Rower mam mieć dziś i nie zawaham się go użyć jutro bez względu na pogodę.

poniedziałek, 17 października 2016

USA wesołe wybory

Mówi się że u nas jest cyrk.
Ale takiej wyborczej żenady jak w Stanach to chyba dawno nikt nie widział. Nigdy? Kampania prezydencka w zasadzie nie ma już nic wspólnego z merytorycznym przygotowaniem kandydatów do pełnienia tej funkcji, jest to wielki festiwal zaglądania sobie wzajemnie w rozporki, podczas którego wynika, że zarówno Clinton, jak i Trump to faktycznie: - tu zacytuję wielce dyplomatyczne stwierdzenie ministra Morawieckiego "wybór między dżumą a cholerą". 
Gdyby Trump był choć trochę normalniejszy, pokonałby nijaką i pozbawiona charyzmy Clinton w przedbiegach. Ale kandydat republikanów zdaje się być w ogóle pozbawiony instynktu politycznego i oderwany od rzeczywistości, waląc farmazonami m.in. o budowaniu muru antyimigracyjnego. Wiedza o sytuacji międzynarodowej - prawie zerowa. Populistyczne hasła trafiają jednak do jakiegoś elektoratu - ale ponieważ społeczeństwo amerykańskie jest przykładem kolejnego otępiałego nadmiarem uciech i zabawek społeczeństwa - jaki kraj, taki prezydent.
Clinton nie zostaje w tyle - czego przykładem wyciągnięta afera z wysyłaniem ściśle tajnych maili z prywatnej skrzynki pocztowej i w następstwie ich wycieku, dzięki czemu wszyscy mogli się dowiedzieć, że interwencja USA w Syrii była podyktowana chęcią ustabilizowania pozycji Izraela na Bliskim Wchodzie poprzez osłabienie rządu Syrii i otoczenie Iranu. A że jakaś wojna wybuchła i giną ludzie... co tam. Zresztą w kwestii nieodpowiedzialności niewiele odbiega od męża, który zostawił kody do teczki z guzikiem nuklearnym w garniturze, który oddał do do chińskiej pralni.
W ogóle mam wrażenie, że świat tkwi w jakimś kryzysie - brak zdecydowanych przywódców, brak autorytetów, wszystko się rozmydla w jakichś ideologicznych papkach i biadoleniach publicystów. Zapowiada się na to, że największe mocarstwo świata będzie reprezentowane przez polityczne zera, ale to jakby gwarantuje że rozmowy międzynarodowe będą się odbywać na zbliżonym poziomie. 

WWW.TOONHOLE.COM


niedziela, 16 października 2016

Przeszłość i historia

Czy zainteresowanie przeszłością i historią jest tym samym? Otóż nie jest to w moim przypadku równoznaczne. Lubię rzeczy stare, niestety niektórych z nich nie da się wyciągnąć żadnego kontekstu historycznego.Ostatnio trafiłem na dwa ciekawe zdjęcia, zbieram takie rzeczy na serwisach aukcyjnych, skanuję od znajomych, kupuję na pchlich targach. Głównie chodzi o przedmioty związane z historyczną ziemią sochaczewską, ale nie tylko. Na przykład te zdjęcia, które ostatnio mnie zafascynowały.


Dla tych ludzi w 1928 roku tło było romantycznym reliktem przeszłości, dziś w 2016 sami z pewnością są już jej częścią. Cóż to za ruiny? Czyżby część Wysokiego Zamku, który ongiś wzniósł Kazimierz III Wielki? 



To zdjęcie wykonano w w 1937 roku w Chochołowie. Dokładnie 9-VII. Jest perfekcyjnie klarowne, poza tym rozmieszczenie osób na zdjęciu nie jest przypadkowe, gdyż jest zbyt idealne. Podobnie jak w przypadku zdjęcia pierwszego nic nie wiadomo o ludziach ze zdjęcia.
Co można z niego natomiast wysnuć w kontekście historycznym z posiadaną szczątkową wiedzą? Niewiele. Trochę o modzie panującej w danym okresie, troszkę o architekturze. Ale jest w nich coś fascynującego.

sobota, 15 października 2016

Polska w oparach absurdu (1)

Pogoda spaprała się do reszty po w miarę przyjemnym piątku. Mamy jednak połowę października i jest to w pełni usprawiedliwiona aura. Więcej czasu na czytanie, niestety również głupot. Głupot dzieje się sporo, Polska przypomina okręt szaleńców, który już nie wiadomo gdzie płynie, a każdy majtek z załogi i pasażer ma inne zdanie na temat kursu. Oczywiście wszyscy na wszystkim się znają najlepiej.

Jeden z moich "ulóbieńców" Adam Michnik, udzielił Navidowi Kermaniemu wywiadu dla niemieckiego "Der Spiegel" podczas którego padły ciekawe słowa:

Kermani: - Powiedziałby pan, że wypędzenie (Niemców) to było barbarzyństwo?
Michnik: - No a co innego?
Kermani: - Gdyby ktoś tak powiedział w Niemczech, to byłby skandal.
Michnik: - Dlatego ja to muszę powiedzieć, jako Polak, którego rodzice zginęli w Holokauście.

Być może  pomyliło mu się z dziadkami, bo Michnik, który urodził się w 1946 roku posiadał jeszcze rodziców przez długie lata, przez które miał okazję uwierzyć w wyznawany przez oboje komunizm. Matka Helena Michnik zmarła w 1969, ojciec Ozjasz Szechter w 1982. Nie przypominam sobie żadnego holokaustu w tych latach.

Mateusz Kijowski, chce zaś udać się 11 listopada z towarzyszami na Marsz Niepodległości, bo według niego ten zbytnio przypomina bez nich marsze w Berlinie w roku 1933, a obecność KODu "przyda temu dniu radości i uśmiechu". Nie wiem skąd lider Kodu ma skalę porównawczą, z tego opisu mniemam jednak że osobiście nie było go dotąd na ani jednych, ani na drugich. Natomiast mam wątpliwości, czy wszystkim będzie tego dnia do śmiechu.

piątek, 14 października 2016

Humor sklepowy

Dziś bylem świadkiem dialogu w sklepie. po którym o mało co nie parsknąłem śmiechem.
Klient płaci przy kasie kartą, ekspedientka wyciąga terminal i pyta:
- Wystarczy że pan dotyka?
- Nie, muszę wsunąć...
Może, jestem jakiś spaczony ale bardzo mnie to rozśmieszyło.

środa, 12 października 2016

Historia z kawałka fajansu

Odkąd pamiętam, interesowała mnie ziemia pod nogami. To co dla innych nie było niczym ciekawym, dla mnie skrywało często tajemnice, które warto rozwikłać. Myśl, że moje ślady krzyżują się z niewidzialnymi śladami innymi, ludzi, którzy byli przede mną, skłania do zadumy, a fakt, że oprócz nich zostały inne, całkiem namacalne, zgubione, bądź wyrzucone, które po latach nabierają wartości, albo co najmniej tajemniczości jest już fascynujący. Toteż od najmłodszych lat zbierałem różne rzeczy, które wydawały mi się dziwne, lub których nie mogłem zidentyfikować.
Kiedy chodziłem do podstawówki, poniewierające się po mieszkaniu przedmioty były notorycznie wyrzucane, zresztą nic dziwnego, gdyż były to na ogół śmieci. Obecnie żałuję, że ich już nie mam, były to np. miedziane łyżeczki, kowalska baba, niemiecki nieśmiertelnik i tym podobne.
Nie tak dawno na terenie toru morocrossowego, w zasadzie byłego już toru, znalazłem odłamek potłuczonego naczynia.


Co można z niego wydedukować? Fajans... koło - A.Freudenreic.. - Freudenreich! Fabryka Fajansu i Majoliki w Kole. Litera A. to pierwsza litera imienia August. August Freudenreich był właścicielem fabryki w latach 1884 - 1904, więc wyrób, po którym została tylko skorupa pochodzi z czasów zaborów. 
Fabryka w kole była typowym przykładem rodzinnego interesu, przechodzącego z ojca na syna. Założono ją w roku 1844, a jej ojcami byli pochodzący z Austrii Józef Freudenreich oraz Henryk Wendler. August był jego spadkobiercą, a po nim zarządzali jego synowie od 1904 Stefan i od 1914 Czesław. Ten ostatni był osobą nader ciekawą, kolekcjonerem wyrobów porcelanowych, powstających przez dziesięciolecia w fabryce oraz działaczem społecznym i oświatowym. Musiał żywić głęboki szacunek i sentyment do rodzinnej tradycji, bo w 1930 chciał w Kole otworzyć nawet muzeum porcelany, co niestety się nie powiodło. Na nim niestety jednak kończy się dynastia Freudenreichów, naziści zamordowali go wraz z córką Krystyną w konińskim więzieniu 10 listopada 1939 roku.

I tyle w zasadzie opowiedział mi kawałek fajansu, bo bez niego pewnie bym tej historii nie poznał.

wtorek, 11 października 2016

Nie żyje Andrzej Wajda

9 października zmarł Andrzej Wajda. Istotnie, można ten fakt uznać za koniec pewnej epoki kina polskiego. O ile nie można odmówić Wajdzie wirtuozerii w robieniu dobrego kina (przynajmniej do pewnego momentu), to już co do jego wielkości jako człowieka miałbym pewne wątpliwości, nad którymi nie będę się rozwodził, na pewno temat pojawi się rychło w innych miejscach i w dużej ilości. Już pojawiają się "nieznane fakty", itp. chwytliwe nagłówki na portalach, a komentarze pod newsami o zgonie reżysera są różne. Zmarł, a w kontekście jego znaczności jako twórcy jest to strata i na tym koniec.
Program 1 zmienił ramówkę z tego powodu, w związku z czym wczoraj obejrzałem  fragment "Pana Tadeusza", akurat przypadkiem scenę z Marianem Kociniakiem, który grał  Protazego. Tego charakterystycznego aktora również pożegnaliśmy w tym roku. Zdałem sobie sprawę, że Wajda opędził sporą część istotnych dla polskiej literatury tematów. Z tego powodu gdzieś usłyszałem opinię, że był twórcą połowicznym, bo brał się na ogół za gotowe. Ba, może, ale adaptacja takiego "Pana Tadeusza", poematu była rzuceniem się w pewnym sensie na minę, przedsięwzięciem niezwykle trudnym. Postawienie w tym filmie na aktorskich pewniaków - starych wyjadaczy gwarantowało jednak co najmniej tylko i aż solidne wykonanie. I na tej solidności niestety koniec, gdyż nic ponadto z dzieła Wajda nie wycisnął, ale pytanie otwarte, czy ktoś zrobiłby to lepiej. 
"Pan Tadeusz" to jednak, jak by nie powiedzieć okres schyłkowy twórczości - bo za najlepsze uważa się jednak "Kanał", "Popiół i Diament" i "Ziemię Obiecaną".  Jeżeli przychylimy się do teorii, że każdy artysta dąży do stworzenia dzieła, które będzie zwieńczeniem jego twórczości, to za taką pieśń nad pieśniami uznałbym chyba "Popiół i Diament", choć nie mogę do końca odrzucić ex aequo "Ziemi Obiecanej", która jest obrazem o wiele bardziej epickim i rozbudowanym. Jednak to scenę śmierci na śmietniku AKowca Chełmickiego, zagraną przez Cybulskiego, zapamiętałem na długo przed tym zanim zrozumiałem jej symbolikę i to może trochę determinuje moją ocenę.
'Wałęsy" nie oglądałem i nie zamierzam, póki co "Pan Tadeusz" jest ostatnim filmem, który pamiętam w miarę dobrze, choć oglądałem również późniejsza w czasie "Zemstę". Nie oglądając filmów mam niejasne tylko wrażenie, że coraz wyraźniejsza obecność Wajdy w polityce wpłynęła na jego końcową twórczość, wcale nie in plus.

poniedziałek, 10 października 2016

Małas w Toruniu

W chwili, gdy ja oddawałem się obcowaniu ze sztuką, Małas pacyfikowął Toruń podczas wycieczki szkolnej. Pogoda była kiepska, na szczęście zwiedzali wnętrza - czyli muzeum piernika. To muzeum kiedyś zwróciło moją uwagę i nawet nadmieniłem o nim na blogu w temacie reklamy fabryki pierników, którą znalazłem w przedwojennej prasie. 
Małas podczas zwiedzania sam zrobił swojego piernika, którego niestety nie obejrzeliśmy, ani nie posmakowaliśmy, bo zjadł go w drodze powrotnej do domu. Zostały nam jedynie zakupione przez niego "katarzynki". Przywiózł też legendę, wedle której owej Katarzynce, która przy wypieku zastąpiła pierwszy raz chorego ojca, skleiło się ciasto, tworząc charakterystyczne serca, które dziś noszą jej imię. Nie znałem tej wersji.
Dziecię nasze cześć podarowanej mu na wyjazd kasy przeznaczyło na prezenty dla nas, ja dostałem pamiątkowy dukat z Kopernikiem trzymającym piernika, Kotojka filcową zakładkę do książki z napisem Toruń. Szczerze mówiąc, ja byłem bardzo zadowolony, żonka trochę zazdrościła. :)

Skoro już przy Małasie jesteśmy, to wspomnę o kolektywnym odrabianiu lekcji - tworzeniu zielnika. Należało wkleić liść jakiegoś drzewa i je narysować. Był na to tydzień, ale my zabraliśmy się do dzieła w niedzielę, bo cały prawie tydzień padało. Przy okazji zauważyłem, że nie pamiętam nazw niektórych drzew, miałem problem ze zidentyfikowaniem jesionu. A kiedyś w podstawówce sam podobny zielnik musiałem zrobić.
Pamiętam swoje spacery z dziadkiem, kiedy wypytywałem się go nazwy różnych roślin i drzew. Pomimo, że nie był przecież botanikiem, ani nie zajmował się żadnym pokrewnym zawodem, znał z nazwy niemal każdy krzaczek. A mnie się uparcie myli głóg z tarniną i nigdy nie jestem pewien co odpowiedzieć, jak się Małas pyta.

piątek, 7 października 2016

Wystawa Malarska "Potrzeba malowania"

W zasadzie nie jestem jakimś wielkim fanem malarstwa, ale na otwarciu wystawy pojawiłem się ze względu na znajomą starszą panią, która mnie zaprosiła. Wystawiane były też jej obrazy. Gdy jednak dziś zadzwoniłem okazało się, że grypa nie pozwoli mojej znajomej na przyjazd. Stwierdziła jednak, żebym się nie martwił, bo są z nią jej koty i "kostucha" nie ma dostępu. 
Poszedłem i tak na otwarcie. Prace są dziełem słuchaczy Uniwersytetu Trzeciego Wieku - ludzi starszych, którzy chcą być aktywni, albo mają w końcu czas na swoje pasje. Ponieważ nie znam się na sztuce i jestem pozbawiony ciężaru spoglądania na obrazy pod kątem profesjonalizmu, pozostaje samo "podoba mi się" i "nie podoba mi się". Wystawa mi się podobała, a najczujniej rzecz jasna oglądałem dzieła związane z Sochaczewem. Poniżej kilka fotek i parę obrazów, które wpadły mi w oko.



 

 Dla niewtajemniczonych - to fragment najstarszej kamienicy w mieście.


Ta dziewczynka ze smutnymi oczami to dzieło mojej znajomej. 
 
Może trudno w to uwierzyć, ale autorką tej pracy, jest mała dziewczynka ze zdjęcia poniżej, która zaraziła się pasją od babci.  Mała artystka chyba zawstydziła się owacjami. :)


Te akwarele najbardziej mi się spodobały. ich autorem jest pan Włodzimierz Chilicki, z tego co usłyszałem emerytowany inżynier, widoczny na ostatnim zdjęciu. 

Dworzec w Sochaczewie
 
Żelazowa Wola
Ruiny zamku