poniedziałek, 3 października 2016

Nie protestujemy, ale idziemy na orzechy



Na lewo ściana i na prawo ściana
po środku barykada, świeżo malowana
Ci są za ustawą, ci im się postawią
pokłócą się wszyscy, wtedy będzie klawo, 

Ci pójdą na biało, ci pójdą na czarno 
Z taką zabawą przyszłość widzę marną...

Już nawet nie chciało mi się wnikać za czym ten czarny protest, czy za liberalizacją ustawy, czy utrzymaniem obecnego kompromisu... Kotoj ma do pracy ubrać się na czarno, koleżeństwo dało Jej też do podpisu jakiś manifest. Stwierdziła, że nie jest sprzeczny z jej przekonaniami, więc może go podpisać, ale i tak razem sądzimy, że to zamieszanie to jakaś hucpa. Dochodzę do wniosku, że już przestały się liczyć konkrety, została sama interpretacja, nad którą się kłócą nasi rodacy do upadłego. Popatrzyłem po forach i blogach, gdzie się gotuje, padają wyzwiska, a dobrzy ludzie skaczą sobie do gardeł i... postanowiłem wyjść z rodziną na spacer.
Bo pogoda była piękna tej niedzieli i poszliśmy sobie na orzechy, które rosną dość licznie wzdłuż starego torowiska. Drzew rośnie sporo, ale orzechów na każdym nie było, bo ludzie je zbierają na potęgę. Wcale nam to bardzo nie przeszkadzało i tak uzbieraliśmy ich niedużą reklamówkę, przy okazji szliśmy sobie powolutku trzymając się za ręce i wszytko oprócz jesiennych pejzaży zostało w tyle. Do takich spacerów za rączkę przylgnęło niegdysiejsze moje określenie "rąk zajętych miłością".  Bo osoba idąca w środku ma ręce obydwie zajęte.
Teren wzdłuż torowiska przekształca się w prawdziwą dzicz. Zastanawiam się, kiedy ktoś to wykarczuje. Tory też już zdjęto jakiś czas temu. Kiedyś, gdy działała kolej wąskotorowa łączyły wąskotorówkę z koleją szerokotorową w celach towarowych, obecnie tylko gdzieniegdzie z ziemi sterczą resztki podkładów. Wyszliśmy sobie tą ścieżyną na biegnącą za miasto ul. Głowackiego, przy której rosną kasztanowce. Kotoj z Małasem napchali mi kasztanów do plecaka. W drodze powrotnej spotkaliśmy natomiast wiewiórkę w swej jesiennej szacie, z tym charakterystycznym puszystym ogonem. Wyjątkowo przyjemne zwierzątko, choć nie chciało być fotogeniczne, ani podejść, pomimo, a może właśnie dlatego, że Małas usiłował ją na różne sposoby wabić... 
Oczywiście parę kadrów ze spaceru zatrzymałem sobie na stałe. 








3 komentarze:

  1. Doszłam do podobnego wniosku co Ty; "Dochodzę do wniosku, że już przestały się liczyć konkrety, została sama interpretacja, nad którą się kłócą nasi rodacy do upadłego.". Bo to nie chodzi o to, aby dogonić i złapać króliczka, lecz byle go gonić.
    https://www.youtube.com/watch?v=cnYdd2xMys8
    SMACZNEGO przy spożywaniu tych darmowych orzechów :)

    OdpowiedzUsuń
  2. I niedziela upłynęła w miłym towarzystwie :) bez polityki :) tak jak u nas :)

    OdpowiedzUsuń
  3. wczoraj rano prawie dokładnie taka wiewiórka przebiegła mi drogę. niestety, nie miałam aparatu, a zanim znalazłabym i wygrzebałabym telefon z torebki... wiadomo, mogłyby lata świetle upłynąć ;)
    popołudniu natomiast drogę przebiegł mi kot. albo to ja jemu przecięłam ścieżkę i teraz biedaczysko kocisko może mieć pecha ;)
    super, ze udało Wam się wykorzystać weekend, bo faktycznie był piękny. patrząc teraz w okna, za którymi leje i leje i... leje, aż trudno uwierzyć, ze tyle co, było tak cudnie.
    ps. dzięki za bajkę o Tymitunie ;)

    OdpowiedzUsuń