wtorek, 29 listopada 2016

W trepach po terpach :)

W sobotę byłem na kolejnym "Spotkaniu z Historią" organizowanym przez Stowarzyszenie nad Bzurą, pod tym właśnie tytułem. Zapewne każdy wie, co to są trepy. A terpy?
Cóż, słowo pochodzi ze słownika olenderskiego, czyli niegdysiejszych osadników, zamieszkujących trudne tereny zalewowe, które dzięki zdolnościom melioracyjnym udawało im się z powodzeniem ujarzmiać. Byli to z początku Fryzyjczycy, później Niemcy, a nawet zwano tak Polaków, którzy posiedli  umiejętność gospodarzenia wzdłuż brzegów rzek.  Na Mazowszu zamieszkiwali zwłaszcza okolice Wisły.

Gospodarz spotkania, dyrektor Muzeum Kolei Wąskotorowej Radosław Konieczny, organizator Marcin Prengowski i prelegentka Magdalena Lica-Kaczan.

Prowadząca Pani Magdalena uważa, że ostatnio daje się zauważyć renesans kultury olenderskiej i wracają do łask ich święta i potrawy, z których najsłynniejszą są bodaj buraczane powidła.

Zresztą, jeżeli temat Was interesuje zapraszam na portal sochaczewski, w którym ująłem go szerzej. No i tam wyjaśniłem co to są terpy. :)



poniedziałek, 28 listopada 2016

Demokracja po hiszpańsku

Dziś odbyłem ciekawą rozmowę z kolegą, który już od kilku lat mieszka w Hiszpanii. W zasadzie nie interesuje się polityką, nie mniej jednak zupełnym przypadkiem w odniesieniu do zakazu wyświetlenia pewnego filmu w tym kraju rozmowa zeszła na chwilę na ten temat.
Wyraziłem zdziwienie, że kraj zachodnioeuropejski wprowadził cenzurę na film. Odpowiedź wprowadziła mnie w osłupienie:

"Tutaj taki rząd jest hmm, trzecia kadencję. Chcą wprowadzić zakaz memowania. Już nie możesz protestować przed sejmem, bo cię zamkną. A ludzie nadal na nich głosują."

Oprócz totalitarnych zapędów, aktualna partia rządząca bije też rekordy korupcji, na co znalazłem potwierdzenie w "Pulsie Biznesu", który donosi, że aresztowanych za korupcje jest około siedmiu osób dziennie. Rzekomo ludzie boją się mimo to głosować na konkurencyjną partię, żeby nie wprowadziła "drugiej Wenezueli", ale kolega mój już nie wiedział, co ten zwrot oznacza. Zajrzałem po netach i okazało się, że rządzi tam konserwatywno-prawicowa Partia Ludowa, a "Prawo o Bezpieczeństwie obywateli" przyjęta w roku 2014 potocznie nazywa się "prawem knebla".

"Hiszpanom zabroniono protestować, a wszelkie publiczne przejawy niezadowolenia będą bardzo surowo karane. Według najnowszych przepisów zabronione będzie fotografowanie i filmowanie policji. Za to przestępstwo grozi grzywna od 600 euro do 30 tys euro. W podobnym przedziale cenowym mieszczą się wykroczenia takie jak pokojowa niesubordynacja wobec władzy czy okupowanie banków w ramach protestów."  (Agata Komosa "Przepis na współczesne państwo totalitarne. Hiszpania wprowadza"prawo knebla")

Z artykułu wynika, że efektem jest nie tylko zamknięcie narodowi ust, ale też ograniczenie roli sądów, oraz wprowadzenia stanu zagrożenia.

Polska ma więc według włodarzy unijnych problem z demokracją, podczas gdy w innym kraju europejskim i unijnym, organizatorzy protestów podobnych do tych organizowanych przez KOD zostaliby po prostu ukarani? Dlaczego tam nie ma jeszcze komisji weneckiej i co najmniej stu innych komisji, dlaczego nie działa jeszcze jakiś odpowiednik Kijowskiego, dlaczego jaśnie oświecona Europa nie poucza hiszpańskiego rządu i nie grozi palcem? Powiedziałbym, że czegoś nie rozumiem, ale...


sobota, 26 listopada 2016

Idą Gacie, chowaj gacie!

Stanisław Gać "Kuba"
zdj, ze zbiorów MZSIPBnB
Na postać Stanisława Gacia ps. "Kuba", natknąłem się kilka lat temu, gdy w ręce wpadły mi dedykowane rodzinie niepublikowane pamiętniki Jana Wojdy. Obok Szymona Pietrzaka (szanowanego nawet przez lokalne AK) i Feliksa Matusiaka był jedynym chyba znanym przedstawicielem partyzantki socjalistycznej na terenie ziemi sochaczewskiej.
Ze zdziwieniem ostatnio przeczytałem nekrolog w GW, który informował, że Stanisław Gać zmarł na początku tego roku w Warszawie w wieku 100 lat. Rodzina przedstawiła go w nim jako żołnierza, patriotę, i historyka choć dziwi mnie, że po wojnie nic nie było o nim słychać ani go widać w Sochaczewie, gdzie ściągali masowo do Muzeum Bitwy nad Bzurą kombatanci i byli członkowie środowisk konspiracyjnych. Postanowiłem tą lukę jakoś wypełnić, ale tu pojawia się problem, w jakim ujęciu przedstawić "Kubę".
Jak wspomniałem,  Jan Wojda opisał wizytę oddziału Gwardii Ludowej pod dowództwem właśnie "Kuby". Skwitował ich krótko: pospolici rabusie, którzy z szaf pozabierali mu nawet bieliznę. Pamiętnik był spisany za PRLu i z pewnością nie nadawał się wtedy do druku, autor - były legionista, uczestnik walk o Wilno w 1920 roku, nie krył w nich fascynacji Piłsudskim i rozgoryczenia władzą ludową, która uznała go za tzw. kułaka. Jeszcze gorzej przedstawiają go dokumenty przytoczone przez Piotra Gontarczyka w książce "Polska Partia Robotnicza (PPR). Droga do władzy (1941-1944)". Nie oszukujmy się jednak, podobnie potrafiła czynić AK, ale oni nie tworzyli w okolicy trwałych partyzanckich struktur,  jej członkowie zbierali się tylko na wykonywanie akcji i rozchodzili po nich do domów ('Kubusie", jak ich nazywała ludność zresztą działali podbnie), najbliższe oddziały "leśnych" korzystające ze wsparcia ludności to oddalona o ok 30 km Puszcza Kampinoska.
O ile nawet ze źródeł PRLowskich, które chwałę AL i GL wynosiły pod niebiosa kosztem AK, można wyczytać, że Gać zajmował się w dużej mierze rekwirowaniem prosiaków z gospodarstw i folwarków zarządzanych przez niemieckich agronomów, to był to jedyny bodaj przedstawiciel lewicowej partyzantki, o dokonaniach którego można było napisać więcej niż jedną stronę*.
Po pierwsze, Gać w przeciwieństwie do zdecydowanej większości watażków z AL i GL  był prawdziwym żołnierzem, podoficerem WP  w stopniu plutonowego, weteranem wojny obronnej 1939 roku, podczas której został ranny. Wydaje mi się też,  że gdyby był tylko pospolitym rabusiem, nie uchowałby się zbyt długo w okolicy bez wsparcia lub choćby tolerowania go ze strony miejscowej ludności. Jego ludzie rekrutowali się z okolic i byli dobrze znani. Faktem jest więc starcie jego oddziału z Niemcami 10 kwietnia 1943 i zlikwidowanie kilku posterunków granatowej policji (w Rybnie, Kampinosie). Co do pierwszego faktu jego okoliczności są trochę niejasne, bo nie chce mi się wierzyć znów, że 35 osobowy odział zaatakował idące na front wschodni zwarte jednostki zmotoryzowane Wehrmachtu, "zadał im dotkliwe straty" i wycofał się ze stratą 5 ludzi do lasu Kozłowskiego, w którym ciężko było nawet w czasie okupacji zgubić choćby kurę (wersja z anonimowych wspomnień przekazanych do sochaczewskiego ZBOWIDU). Inny przypadek wysadzenia rzekomo przez jego grupę pociągu wojskowego zrealizowała grupa AKowców pod dowództwem ppor Malinowskiego. Tak się niestety tworzyło legendę ludową "Kuby". Kim był naprawdę?

* Piotr Gontarczyk

czwartek, 24 listopada 2016

Świat w oparach absurdu...

Winston Churchill powiedział kiedyś, że "Faszyści w przyszłości będą się nazywali antyfaszystami". Miał chłop rację jak cholera i przykładem jak żarówa na mapie Europy zaczyna świecić ta oświecona (nomen omen), liberalna Francja.
Znane są już zakazy noszenia krzyżyków przez chrześcijan, lub tradycyjnych strojów przez Muzułmanów we Francji, batalia o laickość już dawno wkroczyła z życia publicznego w życie prywatne Francuzów. Ale ostatniej akcji nie powstydziliby się Germanie lat 30 ubiegłego wieku. Okazuje się mianowicie, "że pokazywanie uśmiechniętych twarzy osób chorych na zespół Downa jest niewłaściwe, ponieważ takie wyrażanie szczęścia "prawdopodobnie narusza spokój sumienia kobiet, które legalnie dokonały innych osobistych wyborów" (czytajcie - wyskrobały płód obciążony tą wadą). Do takich wniosków nie doszła garstka wywrotowców tylko najwyższy organ sądownictwa administracyjnego we Francji - Rada Stanu. Ale różne eksperymenty na społeczeństwach zachodu polegające na indoktrynowaniu, kontrolowaniu i narzucaniu poprawnego myślenia, są rzekomo objawem demokracji. Zaiste, demokracja pełnym "ryjem".

***

Dziennikarz "GW", Wysmarował pysia pastą do do butów i udał się w poszukiwaniu wrażeń na Marsz Niepodległości. Podobno ludzie się strasznie dziwowali widząc takie "cudo" na marszu, jakby w Wawie nie było wcale Murzynów... Chyba faktycznie takiego z Czerskiej jeszcze nie było. Ktoś rzekomo na niego napadł (może też jacyś przebierańcy, by jeszcze bardziej uwiarygodnić eksperyment?), ktoś inny obronił, (tym razem na pewno według dziennikarza przebierańcy, tyle że z policji) Hugo-Bader musiał też bronić swojej prowokacji mydlinami typu:

"Przede mną przeszło kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którym towarzyszyło zdziwienie: „Matko, czarnuch przyszedł”. Nawet jak tego nie wypowiadali, czułem to."

Telepata, daję słowo... 

A mógł spytać jak to jest być czarnym na Marszu...
Bawer Aondo-Akaa, oryginalny i niefarbowany czarnoskóry obywatel Polski chodzi tam już od trzech lat i może dlatego nie ma farbowanych kierunkiem myślenia z Czerskiej myśli. 

"W tym roku Pańskim byłem po raz III na Marszu Niepodległości, nie spotkałem się na Nim z żadnymi rasistowskimi czy ksenofobicznymi sytuacjami."

I komu to wierzyć? Oryginałowi, czy podróbie?




środa, 23 listopada 2016

Wymarsz ku wolności, czyli ostatnie honory dla Marszałka

Latem 1914, dokładnie 6 sierpnia o 3 w nocy, ruszyła ku wolności  Pierwsza Kompania Kadrowa,  granicę rosyjską przekroczyła pod Michałowicami o 9:45 rano, a wieczorem dotarła do Słomnik. Stan oddziału w momencie przekraczania granicy wynosił 165 żołnierzy. Po oddaniu honorów polskiej ziemi por. Tadeusz Kasprzycki wypowiedział wojnę Rosji.

W dwadzieścia pięć lat później zarządzeniem z dnia 14. 07. 1939 do obiegu wszedł znaczek, który przedstawiał w przemarsz wojsk przed posągiem Józefa Piłsudskiego. Kadrówka mija go i odchodzi, żołnierze idą czwórkami, - czwórka legionowa symbolizowała Królestwo Polskie, Małopolskę, Śląsk i Wielkopolskę. Z prawej strony nadchodzi także czwórkami współczesne polskie wojsko. Piszę posąg, bo postać marszałka jest większa, monumentalna, wzorowana według mnie na projekcie pomnika, który stał przed wojną na terenie koszar 3 p.a.l w Zamościu.  U dołu znaczka widnieje napis „XXV ROCZNICA WYMARSZU KU WOLNOŚCI” i data 6 sierpnia 1914, 1939. Znaczek wydano w nakładzie 10 mln sztuk, złotówka nadpłaty za bloczek szła na Fundusz Obrony Narodowej.
W bloczku znalazło się miejsce na wizerunek Edwarda Śmigłego-Rydza.

Po niecałym miesiącu znaczek przestał obowiązywać, wolność ponownie została utracona. Żołnierze polscy "czwórkami szli", ale "do nieba" w całej Polsce, nie tylko na wybrzeżu, gdzie sławiła ich później tymi słowami "Pieśń o żołnierzach z Westerplatte".
Projektant znaczka, Wacław Boratyński ginie pod Lwowem od odniesionych ran, zaś rytownik Jan Piwczyk zajmuje się tworzeniem znaczków z gapami, wąsatym osobnikiem i nurkującymi podczas nalotu sztukasami.
Dziadka zdjęto na kolejne dziesięciolecia z piedestału. Nawet Śmigły-Rydz umiera na atak serca 2 lata później w wieku 55 lat.





Pomnik Dziadka w Zamościu.
Z tej historii znaczka nasuwa się taka konkluzja, że jakieś dziwnie nieszczęśliwe bywają te nasze polskie koleje losu... Ale to tylko mój taki dzisiejszy ciąg refleksyjny.

sobota, 19 listopada 2016

Polska w oparach absurdu (2)

PEŁO gabinet cieni powołało... Sytuacja jakby z roku 2006, kiedy również powołali i obiecywali...

"Nie spotykamy się po to, żeby obiecywać gruszki na wierzbie, jak niektórzy przed nami, żeby prosić o tani poklask."  Mówi Grzesiu Schetyna....

A mógł prawdę powiedzieć, czyli:

Spotykamy się tu po to, by ponownie jak kiedyś obiecać gruszki na wierzbie i prosić o tani poklask.

Ulubioną przyprawą platformersów nadal jest  pieprz, którym sypali obficie w oczy. Schertyna Straszył też rozliczaniem każdego PIS-iewicza. Jakby mało było pod ręką PO-siewiczów, których dla odmiany widzi w tym gabinecie ciemnia... cieni.



***

Trwa akcja ekshumacyjna. Na razie okazało się, że Lech Kaczyński zginął w wypadku lotniczym. Ale czas wykopków dopiero się zaczął, z rozpędu wykopano również z TVP całkiem żywego Skibę, który pozwolił sobie na wierszyk pt "Wykopki", rozpoczynający się od 

"Stoi nad grobem grabarz z łopatą, bo ekshumacji czas się już zaczął...

Poezja Skiby zawsze była buracka, można powiedzieć że słowami "nie mają wstydu te skur..." sam sobie napisał wymówienie. Rzecz jednak w czym innym. Czy był daleki od prawdy?



***

Adekwatne nazwisko do wypowiedzi nosi posłanka PiS Beata Mateusiak-Pielucha, która tak się przejęła filmem "Wołyń", że stwierdziła co następuje: „powinniśmy wymagać od ateistów, prawosławnych czy muzułmanów oświadczeń, że znają i zobowiązują się w pełni respektować polską Konstytucję i wartości uznawane w Polsce za ważne. A niespełnienie tych wymogów powinno być powodem do deportacji." 

Ja nie wiem, dlaczego bycie katolikiem jest gwarantem znawstwa i respektowania polskiej Konstytucji, natomiast pomysł deportacji spodobał się wielu osobom, które ustawiają się już w kolejkę, wybierając dla siebie najczęściej Kanadę lub Nową Zelandię...


***

 Tymczasem prezes Kaczyński rozwikłał zagadkę spowolnienia gospodarczego. Wszystkiemu winni inwestorzy i przedsiębiorcy.
"Nie chcą podejmować różnego rodzaju zyskownych przedsięwzięć gospodarczych, bo uważają, że lepiej zaczekać, aż wrócą dawne czasy."

Coś w tym jest. Ja ostatnio widziałem na ulicy leżące 100 złotych, ale nie chciało mi się podnieść. Poczekam aż złoty skoczy do góry.

***

Na zakończenie trochę dłużej.
Niesamowitych emocji dostarcza za każdym chyba razem jak się odezwie posłanka Nowoczesnej Joanna Scheuring-Wielgus. Generalnie wpisuje się chyba poziomem inteligencji w wizerunek partii, której wizytówką są równie ciekawe wypowiedzi lidera, co mnie nawet cieszy i śmieszy.
Ostatnio w programie Konrada Piaseckiego "Piaskiem po oczach" zdemaskowała imperium zła Jarosława "Haczyńskiego".



"Nie patrzę na Zjednoczoną Prawicę jako sukces, dlatego, że to jest partia, która działa na zasadzie wojska i takiej dyktatury. Jest tylko jeden generał i poszczególni żołnierze, którzy są zależni od siebie i niestety nikt z nich nie zrobi jednego kroku, będzie tylko słuchał swojego wodza." - snuje swoje teorie Wielgus.

"Pani poseł, ale tam nikogo za gardło nie trzyma, co to za dyktatura z której w każdej chwili można wyjechać, wyjść, ogłosić powstanie nowej partii..."

I tu się pan myli... - ogłasza ze znawstwem Wielgus. - I tu się pan myli, bo to jest zupełnie inne liderstwo, to jest liderstwo trzymania za gardło... - powiedzenie spodobało się najwyraźniej p. poseł. 

Ale jak Jarosław Kaczyński trzyma za gardło Jarosława Gowina i Zbigniewa Ziobrę?

"Tam jeden zależy od drugiego, jeden na drugiego ma haka. Nikt nie wyjdzie z PiS, bo straci bardzo dużo na scenie politycznej. Dla mnie zjednoczona prawica nie jest zjednoczona. W ZP są frakcje, jedna działa przeciw drugiej. Ziobro przeciw Gowinowi, Gowin przeciw Ziobro, Kaczyński przeciw Macierewiczowi, a Macierewicz przeciwko Kaczyńskiemu. Ja nie chcę takiego „liderstwa” [...] (Mnie też przeraża wizja np. Macierewicza przeciwko Macierewiczowi)

 "Co to za haki?" - zaciekawia się Piasecki.

"Sama chciałabym wiedzieć" - Wyznaje z nutką detektywistyczną w głosie.
 "Wie pan co, ja czasami się zastanawiam, dlaczego Kaczyński znosi zachowanie Macierewicza? Dlaczego znosi go na scenie politycznej?

"Może go ceni, jako polityka, działacza podziemia, działacza KORU?"

"Oj nie, nie. Politycy PISu mówią to samo" - (Cóż, ci shaczeni Pisowcy, pewnie wypłakują się pani poseł w ramię.)

"I mówią, że ta haki polegają na czym?

"No nie mam zielonego pojęcia, chciałabym wiedzieć"

"Czyli oni też tak mówią, nie wiedząc?"

 No i za chwile  głoszone są peany na cześć jedynego słusznego lidera Ryszarda... Który jest ludzki i nie wycina swoich ludzi tak jak Kaczyński i Tusk.

"Ale jakby wycinał, to zostałby sam" - Piasecki coraz bardziej rozbawiony.

"Petru inwestuje w swój zespół. Jesteśmy 31 osobowym zespołem i każda wnosi do tego... eee eee jakby wagonu. (jest, jest porównanie!) jaki się nazywa Nowoczesna swoje doświadczenie.

"Przypomnę pani, że Donald Tusk też do pewnego momentu inwestował w swój "wagon",[...] doszedł do władzy i zaczął się ich pozbywać.

"Nie, doszedł do władzy i co zrobił? Wziął kobietę na premiera, ponieważ ktoś musiał posprzątać ten bałagan." - (Tu przynajmniej wiadomo od kiedy p. Wielgus interesuje się polityką, kilka lat bytności Tuska na tym stanowisku jej umknęło.)

Bosz... ustrzeż nas przed takimi liderami i alternatywą dla PISu....








czwartek, 17 listopada 2016

Wczoraj patriotyzm dziś obciach?

 Tak samo jak niektórych dosięgają wtórne przypadłości, tak dziś należałoby uczyć naród ponownie co oznacza patriotyzm, żeby żaden pismak, pokroju Wrońskiego z (a jakże) Wyborczej nie wypisywał takich głupot:

"W mediach społecznościowych symbol biało-czerwonej flagi czy orła to prawie nieomylny znak - że musisz się mieć na baczności. Budzi graniczące z pewnością podejrzenie, że masz do czynienia z osobą wulgarną, agresywną, homofobem, radosnym burakiem."

Skąd u pana W. takie "graniczące z pewnością podejrzenie", nie wiem. Na swoim profilu FB często zamieszczam symbole patriotyczne, głównie na Wielkanoc i Boże Narodzenie. Jeszcze przed wojną takie eksponowanie uczuć do Ojczyzny było całkiem normalne, często okazja do życzeń noworocznych, świątecznych łączyła się z manifestowaniem patriotyzmu i nikt nie miał prawa się do tego przypieprzać. Według pana W. "niemal jedna czwarta, szczególnie młodych ludzi z wyższym wykształceniem i z dużych miast, wstydzi się okazywać uczucia narodowe. Rozumiem ten sprzeciw - to herbertowska kwestia smaku*.", Ponieważ niestety wyższe wykształcenie posiadłem, pozostaje mi się cieszyć chyba tylko, że jestem z zadupia i nie muszę się wstydzić manifestowania swoich uczuć patriotycznych jak "młodzi wykształceni, z wielkich ośrodków miejskich".
Do jakiego sortu z wymienionych zaliczyłby mnie p. W. nie wiem, natomiast wiem, do jakiego sam by się zaliczał w tamtych czasach. Fakt występowania w naszym kraju grup, którym flaga i orzeł kojarzy się z barwami klubowymi i mordobiciem, nie usprawiedliwia nikogo do deprecjonowania wszystkich jak leci, dla których te symbole znaczą coś innego. A mam wrażenie, że jest to grupa trochę większa niż łyse karki. 

Tymczasem, o tym co powinien znaczyć patriotyzm klaruje poniższy tekst z początku XX w. autorstwa Ludwika Finkela. Tu czarno na białym napisano, co powinna oznaczać duma narodowa i miłość do ojczyzny oraz skąd te cechy wypływają. dla niektórych dziś te wartości niewiele znaczą, inni świechtają je w jakich ideologicznych pomyjach i wykorzystują do gier politycznych, jeszcze inni odwracają pojęcia na lewą stronę, próbując je zohydzić przylepiając etykiety buractwa i homofobii. Nie powinno być na to zgody, bo stanowimy i powinniśmy stanowić jedność, nawet różniąc się poglądami.
Elementy tej jedności pogrubiłem w obszernych fragmentach pracy Finkela.

Płyną lala, płyną wieki...  - całe tysiąclecie spłynęło nad naszą ziemią.  Odkąd światło dziejów rozproszyło ciemności i mroki, kt6re pokrywają początki narodu i państwa polskiego. To tysiąclecie pracy i znojów, dążeń i zabieg6w, doli i niedoli, było osnową tych ksiąg, które w obrazach i opisach przesunęły przed oczyma i wyobraźnią czytelnika wszystkie ważniejsze zdarzenia przeszłości, najprzedniejsze zdobycze umysłu i ducha polskiego, trwałe nabytki oświaty i kultury, wreszcie liczny poczet ludzi zasłużonych i znakomitych. Kto to dzieło uważnie przeczytał, przyjrzał się rycinom, zastanowił nad związkiem, kt6ry sprzęga poszczegó1ne jego części w jednolitą całość - ten chyba wie, czem Polska była, czem jest dzisiaj i czem w przyszłości być powinna.

Z chlubą i z rozkoszą czuć się będzie cząstką drogiej Ojczyzny, odważnie i śmiało stawać może wobec całego świata z dostojnem mianem Polaka.

Jest zaprawdę czem się pochlubić, jest na co się powołać w tysiącletniej przeszłości polskiego narodu: wskazać na wyniki owocnej pracy długiego szeregu pokoleń, na ich zasługi położone około dobra powszechnego, bądź to na krwią ociekłych pobojowiskach, bądź też w codziennej, mozolnej a twórczej działalności na wszystkich dziedzinach ludzkiej pracy, w postępie wiedzy i w uszlachetnieniu życia. [...] Naród polski nie tylko przejął oświatę zachodnią, lecz umiał ją w rodzimy, sobie właściwy sposób, przetworzyć i rozwinąć. W wielowiekowych wysiłkach nagromadził mnogie bogactwa, wielki kapitał dóbr narodowych, które tworzą właściwą istotę każdej narodowości. [...]
Do tych bogactw narodowych należy naprzód i przedewszystkiem ziemia ojczysta, nie tylko podstawa i warsztat pracy, lecz r6wnież rodzicielka i żywicielka wszystkich pokoleń, kt6re z niej wyszły i do niej powracają. W niej i przez nią łączą się w jedną wielką rodzinę zmarli z żywymi, żywi z tymi, którzy przyjdą po nich - ona obejmuje społem wszystkich, cały naród od początku aż po dni nasze, - aż po wieki. Polska socha i polski pług rozorały dziewiczą ongi skibę: Polak pierwszy karczował lasy, osuszał moczary i rzucał urodzajne ziarno na sprawioną rolę; wsiąknęły w tę ziemię ojczystą poty i łzy twoich, Czytelniku, przodków, a trudy ich niestracone przeszły, jako dobrze zapracowany narodowy kapitał, na następne pokolenia. [...]
Ale droższe nad wszelakie bogactwa, przyozdobiły ziemię ojczystą wiekopomne czyny dzielności, poświęcenia i miłości najlepszych jej syn6w Niemal każda piędź ziemi, każdy zakątek przypomina chlubne boje stoczone w obronie narodu, bohaterskie zapasy z wrogiem: nie tylko znojem, lecz krwią okupiona, pieśnią i wspomnieniami opromieniona, jest nasza Ojczyzna!
Drugim, niemniej cennym skarbem narodowym jest język ojczysty, język ojców, dziadów i pradziadów, nabytek i spuścizna wieków, najmocniejszy łącznik tych, którzy się czują jedną wielką rodziną. Tworzył się on, kształtował i udoskonalał, nabierał mocy, wyrazistości i piękności pospołu z rozwojem i postępem narodu, naginał się do jego potrzeb, zakreślał coraz szersze kręgi jego pojęciom, przetapiał na swoją modłę przejęte od obcych słowa, mnożył się i uszlachetniał w tw6rczem działaniu wielkich myślicieli i poetów. Język jest wskaz6wką stopnia, do którego przyszedł naród w cywilizacyi i oświeceniu - trafnie powiedział Jan Śniadecki.
Jedynie w ojczystym języku, kt6ry zrodził się i urósł z krwi i ducha polskiego, Polak może wyrazić szczerze i prawdziwie swoje myśli i uczucia czy to w modłach do Boga, czy w cichej z sobą rozmowie, czy też we wzajemnych stosunkach z rodakami; w swoim języku najłatwiej zrozumie i przyswoi sobie wyniki wiedzy i nauki. Ziemia ojczysta i język ojczysty - oto dwie mocne pod waliny, na których spoczywa budowa narodowa: porówno drogie sercu, jak konieczne dla istnienia narodu, krwią
w jedną wielką rodzinę skojarzonego, tworzącego dla siebie całość jednolitą i spoistą, Ziemią związani miejscowo, wsp61nym językiem duchowo, tworzą narody wpośród ludzkości te ustroje, przez które społeczeństwa i jednostki działają i jedynie działać mogą dla dobra powszechnego. [...]
Z rodzimego pnia, chociaż nie bez oddziaływania bliższych i dalszych sąsiadów, zwłaszcza zaś pod wpływem Chrześcijaństwa i Kościoła, rozwijały się inne bogactwa narodowe: jednakowe zwyczaje i obyczaje, owoce długoletniego doświadczenia przodk6w, przystosowane do współżycia
i wsp6łpracy narodu, ujęte p6źniej i ściśle określone w prawach, urządzenia państwowe, które przetrwały wieki i spełniały dobrze swe zadanie. 

W obrębie tychże rozwinęło się całe gospodarstwo społeczne, zakwitło bujne, r6żnolite życie, krzewiło się i pleniło wszystko to, co nazywamy zazwyczaj kulturą polską. 
Ludwik Finkel

Powyższy tekst, pochodzi z wydawnictwa Macierzy Polskiej z 1908 roku - "Polska Obrazy i Opisy". Macierz Polska, założona przez Józefa Ignacego Kraszewskiego, przyjęła za zadanie edukację społeczeństwa polskiego w trudnych zaborczych latach, jak widać stawiając na piedestał miłość do Polski.  I ile w nim żaru i szczerości, której próżno szukać dzisiaj, oby nie spotkała nas kolejna tragedia, która taki żar wznieca.



* Paweł Wroński "Patriotyzm bez wstydu"

środa, 16 listopada 2016

Luna i Kicia

Luna, Luna Luneńka,
płynie twa poświata,
po trawnikach i po kwiatach,
jakżeś wielka - noc maleńka

Mała Kicia myśli,
że to odrobina mleczka
spływa do spodeczka.
O czym innym może śnić?

Luna ją łaskocze
pochylona tuż nad ziemią
i rozgarnia nocy ciemność
świetlistym warkoczem

Srebro Kici sypie się na nos,
i choć jest bardzo grzeczna,
to rozlała jej się Droga Mleczna
Oj, masz ci los!

Kotka macha ogonem
nad rozlaną strużką mleka
która migiem w świat ucieka
Gdzie jej koniec?

Nad ranem.
Kiedy budzik zadzwonił,
Sny lunarne precz przegonił
i otworzył oczy zaspane...

 Dajcie kotu jeść...
Miauu?







poniedziałek, 14 listopada 2016

Nieoczekiwany domownik


Było to tej soboty, ciemną i zimna nocą. Wracaliśmy od znajomych, gdy wtem... Jakieś żałościwe piszczenie i pomiałkiwanie dobiegło zza ogrodzenia z żywopłotem. Gdy pod parkanem zamajaczyło coś białoszarego, schyliłem się i... jakieś kocie dziecię, dopadło mnie z piskiem, tryniąc się niemal na ręce. Odruchowo wziąłem malucha, żywiąc jeszcze nadzieję, że wymknął się właścicielom do ogrodu z pobliskiego domu. Zadzwoniłem, ale okazało się, że państwo mają owszem, psa, ale o kocie nic nie wiedzą. Co było robić, kocię i tak przywarło mi do kurtki i ani nawet myśli o odczepieniu. Zresztą gdzie go zostawić tu na mrozie?


 Po przyjściu do domu przepadliśmy wszyscy na amen. Kotek, a w zasadzie jak mi się zdało już na początku kotka, odegrała prawdziwy festiwal uroczych póz, łącznie z wspinaniem się i zasypianiem w okamgnieniu na kolanach domowników. Małas przeszczęśliwy. Poszliśmy kupić saszetki z karmą, kuwetę, udaliśmy się na wizytę do weterynarza. Okazało się już bez wątpliwości kotka Pusia (Pomysł Małasa) ma około 2 miesięcy, jest czyściutkim zwierzęciem, korzystającym bez żadnego "ale" z kuwety, wydawałoby się ideał... O 5 nad ranem trochę mniej idealny, ze względu na nieustanne miałkanie w przedpokoju, bo zwierzątko domaga się permanentnego towarzystwa. Do roboty i do szkoły dziś udaliśmy się deczko niewyspani...



niedziela, 13 listopada 2016

11 Listopada w Sochaczewie

Kolejna rocznica pięknej daty, pięknego dnia, pięknego pomimo słotnej, listopadowej aury. Uroczystości rozpoczęły się od odsłonięcia przy odremontowanym właśnie moście pamiątkowej tablicy i nadania mu imienia bohatera, który przy nim poległ w w 1939 roku, broniąc przed kolejnym zagrożeniem w zasadzie dopiero co odzyskanej w 1918 niepodległości. Tablica jest kolejną już na Trakcie Pamięci Bohaterów Bitwy nad Bzurą 1939 roku.

Most zamknięto i remontowano... i remontowano... i remontowano...
|i otworzono w końcu, gdy już wszyscy stracili nadzieję.
 Na tablicy znajdziemy dane historyczne o obronie Sochaczewa, biografię majora, oraz informację jak doszło do nazwania mostu imienia majora. Szczegółowo okoliczności śmierci bohatera opisałem już przy okazji relacji z rekonstrukcji obrony Sochaczewa - do przeczytania [tutaj].

Tablica, jedna z wielu, które pojawiły się na Trakcie Pamięci (autor Jakub Wojewoda)


 Dalsza czść obchodów odbyła się na Placu Kościuszki, były przemówienia, kampania honorowa, apel... poległych. Pieśni wojskowe śpiewał ponownie zespół Patria.





Patria przygotowuje się do koncertu. Zespół prowadzi Arkadiusz Mamcarz, organista z Kozłowa Biskupiego.


piątek, 11 listopada 2016

Zabawa z kwiatkami Maliny

Na blogu Maliny znalazłem przepis na "drogę przez krzaki" której celem było stworzenie fotomontażu - zdjęcia monochromatycznego z kolorową "wstawką. 

Maliny droga pod górkę w notce "Weź Kilo"

W zasadzie z początku nie zrozumiałem, dlaczego Malina chce się przeprawiać przez gąszcz do celu, dokumentując skrupulatnie swoje poczynania, mając do dyspozycji inne darmowe rozwiązania. Tym bardziej, że do finalnego efektu doszedłem w trzy minuty, używając GIMPA. Jak się okazuje ma to swoje uzasadnienie, a ja wyszedłem na "mądralę" :). Ale po co rezygnować z zabawy.


Pokrótce pokażę jak:


Narzędzie zaznacza podobne kolory.


Progowanie określa tolerancję na różne poziomy kontrastu. Im niżej tym mniejsza i zaznaczane są fragmenty o najbardziej zbliżonym nasyceniu. Używając narzędzia z klawiszem shift możemy jednak dodawać do zaznaczenia kolejne obszary. W ten sposób zaznaczyłem sobie całe kwiaty.

Odwracając zaznaczenie, można robić dowolne operacje na tle, nie ruszając samych kwiatków. Zamarzyły mi się kwiaty w poświacie księżycowej, może po lekkim przymrozku? Kolor niebieski uznałem za zbyt zimny mimo wszystko, dlatego wpada od troszkę w zieleń. Zdjąłem troszkę nasycenia z samych kwiatów, żeby kontrast zbyt nie walił po oczach. Liście rozjaśniłem narzędziem wypalania, żeby podkreślić padającą na nie poświatę. Generalnie zrobiłem to dość niechlujnie, przyznaję, że efekt byłby lepszy gdybym poświęcił więcej czasu. 


Używałem na przemian rozjaśniania i przyciemniania, jest to o tyle ciekawe narzędzie, że nie rozjaśnia lub nie przyciemnia krechą całego obszaru, tylko inteligentnie eksponuje najjaśniejsze jego części, kontrastując je z ciemnymi. Krycie reguluje dodatkowo natężenie rzucanego światła lub cienia. Rewelacyjnie nadaje się do retuszu źle naświetlonych zdjęć.


Oto efekt finalny. Przyciemniłem nieco tło i rozjaśniłem liście, Co trochę spotęgowało moim zdaniem efekt "księżycowej poświaty". Generalnie zdjęcie się prosi o minimalne skadrowanie

Skoro już jestem przy temacie, to pozwoliłem sobie kiedyś na fotomontażowy żart w grupie amatorów grzybobrania. Był odpowiedzią na niekończące się pytania "A co za grzyb?", wstawienie setnego zdjęcia tego samego gatunku grzyba z tym pytaniem doprowadzić mogło do szału. Wykorzystałem fakt istnienia jadalnych grzybów o nazwie regionalnej "kołpaki" (Płachetka zwyczajna Cortinarius caperatus), zdjęcia poczciwych borowików oraz kołpaków od hondy.



"Przepraszam, znalazłem dziś w lesie a nigdy nie zbierałem, czy to kołpaki?"





czwartek, 10 listopada 2016

Na co komu wiara?

O ile lubię komentować i dołączać do dyskusji na temat wiary, sam nie przepadam o tym pisać. Z kilku przyczyn. Po pierwsze jest to sfera jednak intymna, bo drugie głoszenie jakichś swoich przemyśleń w tej dziedzinie zahacza o kaznodziejstwo, po trzecie trudno mi z moimi przekonaniami dyskutować z kontrargumentami, nie przechylając szali w stronę jakiegoś systemu wierzeń (pokrętne, wiem).

Fenomen wiary jest chyba odwieczny. Ludzie zawsze w coś wierzyli, czy w słońce, czy w Bogów na Olimpie, co za tym idzie Bóg jest im potrzebny. Dzieje ludzkości to nieustające pytanie o Boga. Nawet już nie tylko o jego istnienie, lub nie, tylko o niego samego, jaki jest i czego od nas wymaga. Spisywano na ten temat setki ksiąg, ludzie różnych czasów nazywali Go różnymi imionami, jedne wierzenia wypierały drugie.
Potrzeba Boga wynika z pewnego zagubienia, psychologicznej potrzeby świadomości wsparcia istoty wyższej, wspaniałej, mądrzejszej, utrzymującej porządek, tworzącej rzeczy, które człowiek odbiera zmysłami i nadaje im imię, klasyfikuje na piękne lub brzydkie. Już ta umiejętność jest fenomenalna. Zadziwienie spowodowane różnorodnością świata stawia Boga w roli stwórcy, a piękno stworzenia świadczy o Jego przychylności.
Wiara to ciągła ewolucja, idąca za postępem, rozwojem techniki, ludzką wiedzą. Już wiadomo, że ani grecka góra nie jest siedzibą Bogów, ani słońce nie jest bogiem, ani nie mieszkają oni w oceanie. Wiedza przesuwa granice nieznanego, w domeny często zapomnianych już Bogów, lecz cały czas pozostawia otwarte drzwi w rejony nam nieznane, inny wymiar, który jest dla ludzkości prawdziwą "terra incognita", o której nie wiemy nic, łącznie z tym, czy nie jest mimo wszystko punktem na wyimaginowanej mapie. Ba, nawet nasze życie to ciągła ewolucja naszej wiary. Mikołaje, Wróżki Zębuszki itp. odchodzą z wiekiem w niebyt. Wiedza wyprowadza z bezradności, z coraz większą ilością przeszkód ludzkość próbuje uporać się za pomocą nauki, a nie licząc na bożą opatrzność. Wiedza o procesach fizycznych i chemicznych w przyrodzie odbiera różnym zjawiskom nimb ich boskiego pochodzenia. Czy całkowite oświecenie prowadzi do konkluzji że Boga nie ma? Absolutnie nie, choć jest to jedna z alternatyw. Nie jest wolna jednak od pewnych wad. Nie daje mimo wszystko nadal odpowiedzi na różne wątpliwości, nie tłumaczy fenomenów związanych choćby z powstaniem życia, zrzuca jedynie ich genezę z barków Boga w jakąś nicość, przypadek, a w zasadzie nieskończony ciąg przypadków. Ateizm więc należy postrzegać również jako wiarę. Dlaczego? Gdyż rozumowanie ateisty, podobnie jak człowieka wierzącego nie jest pozbawione szeregu błędów logicznych, począwszy od najpoważniejszego Argumentum ad ignorantiam, - "Nie ma dowodów na istnienie Boga, więc Bóg nie istnieje". Nawet odniesienie istnienia Boga do istnienia krasnali, jest błędem ekwiwokacji, gdyż bezprzesłankowa wiara w krasnale ma się nijak do wiary w Boga.*
Wiara nie wymaga jednak logiki, więc - wniosek nasuwa się sam.
Analizując nawet pobieżnie teksty (Wedy, Tora, Biblia, Koran), za pomocą których nasi przodkowie przekazali nam swoją wiedzę o Bogu, można dopatrzyć się wielu sprzeczności, ba nawet postać samego Boga wydaje się być zmienna, posiadająca cechy wzajemnie się wykluczające. Reakcje na taką wiedzę bywają różne. Można trzymać się prawideł wiary, zdając się na nauki Kościoła, który ustalił normy wiary na sztywno, otworzyć drzwi na własną interpretację, odrzucić je całkowicie, lub przejść do wspomnianego wyżej ateizmu.
Obalanie dogmatów jest zajęciem może i ciekawym, ale powołując się na fakt ich sprzeczności w argumentowaniu nimi nieistnienia Boga, raz że popełnia się kolejny błąd logiczny, a dwa że można wpaść w wiele pułapek, ze względu na to, że część informacji zawartych w przekazach religijnych może być zakodowana, lub potraktowana alegorycznie. Przykład poniżej, który dodatkowo wykazuje, że istnieją elementy wspólne dla wielu pozornie nic nie mających ze sobą wspólnego religii.
Np. stworzenie człowieka wygląda podobnie w wielu wierzeniach - od Egiptu, Chin, Babilonii, Grecji w końcu w Biblii i w Koranie wygląda to tak, że człowiek ulepiony został z gliny, w którą Bóg tchnął życie. Na pierwszy rzut oka - bzdura, którą da się obalić naukowo. A tu właśnie nauka daje nie dość że wyjaśnienie, to jeszcze uzasadnienie tych słów. Z czego składa się glina, czyli ziemia? Z pierwiastków, tych samych, z których składa się ciało ludzkie. Jak można to wytłumaczyć ludziom, którzy pojęcia nie mają o pierwiastkach? W bardzo prosty sposób - człowiek powstał z ziemi. Ten kod dało się wyjaśnić znajomością chemii, choć równie dobrze można powiedzieć że to nie żaden kod, tylko przypadek, dowolna interpretacja.
Skoro mowa o dowolnej interpretacji...
Zależy ona od wielu czynników - wyznanie, zależne od regionu i czasu w jakim się człowiek urodził. To, że jestem przykładowo katolikiem jest wypadkową miejsca urodzenia i świadomości religijnej moich przodków, więc utrzymywanie że moja religia jest tą jedyną prawdziwą byłoby arogancją. Ale też nie znaczy że jest religią fałszywą, skupia się po prostu na jednym z wielu aspektów boskości i nie powinna budzić niczyich zastrzeżeń, a już na pewno nie Boga.
Napisałem niczyich, ale jak pokazuje historia i ta odległa i ta najnowsza, największe zastrzeżenia co do relacji człowieka i Boga mają inni ludzie, co skutkowało często pogromami, prześladowaniami, rzeziami i wojnami, podczas gdy u podstaw większości wyznań leży poszanowanie życia.
Ponieważ wszystkie religie są skażone ludzką interpretacją (nieważne, czy oficjalną, czy indywidualną, czy inną sekciarską), naturalnym krokiem dla mnie stało się zakładanie innych możliwości i dopuszczenie do głosu własnej niewiedzy w tym temacie, czyli agnostycyzm. Jest on troszkę niekonsekwentny, gdyż znając genezę islamu, nie potrafię potraktować go jako religię. Bardziej mi odpowiada określenie Bogusława Wolniewicza - ruch geopolityczny, zlepek strzępów wyrwanych z innych wierzeń wcale nie w celu poszukiwania Boga. Ale temat quasireligii i pseudoreligii to zupełnie co innego. Zawsze też bronię wiary katolickiej, jest mi szczególnie bliska, jako ta którą wyznawali moi przodkowie, i szanuję ją jako siłę scalającą Naród Polski. Typowy agnostycyzm więc to nie jest.

Kiedyś po przeczytaniu kolejnej książki o Bogu, uznałem że wszystko co trzeba wiem bez nich. Jeżeli Bóg chciał nam coś przekazać, już to zrobił. Zrobił to budując nasze ciała i umysły, inteligencję w której zawiera się możliwość wyboru i reszta należy do nas, ludzi.

* Szerzej tą tematykę porusza Jan Lewandowski (apologetyka.info)


środa, 9 listopada 2016

Pamiątkowa tablica

W niedzielę 6 listopada osłonięto uroczyście tablicę upamiętniające wydarzenie z 26 maja 1943 roku. Wtedy to żołnierz AK Stanisław Janicki p.s Kordon, zmarły przed kilkoma zaledwie laty, zastrzelił w brawurowej akcji okrutnego wicestarostę sochaczewskiego Hermanna Forbichlera.
Całe wydarzenie znam z opisu w książkach, którą po latach napisali wspomniany Janicki z kolegą z konspiracji Henrykiem Zaczkowskim i Ryszard Wójcik, który wydobył z "Kordona" niesamowicie emocjonalną relację, opublikowaną w książce "Ukryci Świadkowie". Janicki czekał z rana na wyjście Niemca pół piętra wyżej. Gdy ten otworzył drzwi, zjechał po poręczy schodów i zaczął strzelać w korpus. Mocno zbudowany mężczyzna nie zginął od kul od razu, krzycząc z bólu i wściekłości pochwycił zamachowca, który ostatecznie powalił go dopiero strzałem w głowę. Potem zbiegł w stronę rzeki, kilkakrotnie brodząc jej korytem i przeprawiając się na przeciwległe brzegi, by zgubić pościg i zmylić gończe psy.
Mam w domu też świadka tamtych wydarzeń - moją 97 babcię, podówczas pracownicę Kasy Spółdzielczej, której siedziba znajdowała się bezpośrednio pod mieszkaniem Forbichlerów. Dramatyczne chwile przeżyli pracownicy banku po zabójstwie "kata Sochaczewa" gdyż rozwścieczeni bezczelnością zamachu gestapowcy potraktowali ich podczas pojedynczych przesłuchań brutalnie, trzymając personel cały czas pod bronią gotową do strzału na podwórzu domu.
Tak się złożyło, że Babcia Alicja znała dobrze Janickiego, nawet pracowali obydwoje w jednym pokoju w Cechu Rzemieślniczym, już po wojnie. Opowiadała mu wielokrotnie swoje przeżycia, on jednak nigdy ani słowem nie zdradził się, że miał coś z tym wspólnego. Dowiedziała się dopiero z książki, którą wydał w latach 90. Pamięta go z tamtych lat, jako człowieka skrytego i przygaszonego.
Janicki byłby całkowitym zaprzeczeniem romantycznego mitu walki z najeźdźcą. Przez całe życie świadomość popełnienia mimo wszystko zabójstwa nie dawała mu spokoju, jako człowiek wierzący, modlił się za swoją ofiarę i nie chciał wracać do tamtych wydarzeń.
Uroczystości zaczęły się na cmentarzu, potem odbyła się w kościele msza, następnie uroczystość z udziałem burmistrza, proboszcza, starosty, gości z MONu, kampanii wojskowej i orkiestry pod budynek Banku Spółdzielczego. Każdy wygłosił przemówienie, odczytano też z pamiętników Janickiego przebieg całej akcji. Na koniec odczytano apel i tu nie obyło się przed wzywaniem "poległych", w Smoleńsku, jak dla mnie jedyny zgrzyt w tej uroczystości.



Babcia obserwuje uroczystość z okna domu.



Kilka dni wcześniej natomiast wracając z pracy, poznałem projektanta tablicy - artystę z Zakopanego, Bartłomieja Kurzeję. Porozmawiałem chwilę, gdyż Pan Bartłomiej okazał się człowiekiem niezwykle sympatycznym. Stwierdził, że zdarza się mu się poznać różne ciekawe osoby podczas instalacji swoich dzieł, od których dowiaduje się ciekawych historii od przygodnych ludzi.
Treść napisu sformułował z początku mój kolega z Muzeum, Kuba Wojewoda, ale potem pozmieniano go i nawet wkradł się błąd w stopniu pchor. - podch.



wtorek, 8 listopada 2016

Na co komu ateizm?

Jeżeli, daj Boże, Pana Boga nie ma, to chwała Bogu; ale natomiast jeśli, nie daj Bóg, Pan Bóg jest, to niech nas ręka boska broni.
(Jan Tadeusz Stanisławski) 


Ostatnio, zupełnym przypadkiem zainteresowałem się ateizmem. Generalnie nie samą ideą, bo ta jest nad wyraz prosta, ale konkretnie ludźmi, którzy się deklarują jako ateiści. Wśród moich kolegów mam jednego ateistę, który po prostu w Boga nie wierzy i na tym koniec. Nie ma potrzeby rozmawiania o Bogu, dopatrywania się jakichś nieścisłości w doktrynach wiary, dyskredytowania tych co wierzą - po prostu temat dla niego nie istnieje. I jest to najuczciwsza moim zdaniem forma ateizmu.

Ale są też przecież inne postawy, bardziej rzucające się w oczy i zauważyłem tu kilka ciekawych faktów, które doprowadziły mnie do wniosku, który przedstawię na końcu notki.

Otóż pierwsze na co zwróciłem uwagę, to że ateiści lubią zakładać różne stowarzyszenia i grupy i te wspólnoty jako żywo przypominają te religijne, z tą tylko różnicą, że tu wspólnym mianownikiem jest brak wiary - albo ściślej: wiara w nieistnienie Boga. Tak poza tym jest to taka sama chęć znalezienia osób, które myślą podobnie i wierzą tak samo. Ale o ile we wspólnotach religijnych ludzie się modlą, być może dyskutują na temat swoich wątpliwości, lub doznań, to za cholerę nie wiedziałbym, o czym mogą rozprawiać ateiści, skoro nie mają żadnych wątpliwości - ich credo ogranicza się do trzech słów "Boga nie ma". Otóż jak się okazuje mają spektrum do dyskusji bardzo szerokie - jest nim właśnie wiara, której nie wyznają, lub kler, który krytykują, zarzucając kapłanom jak leci działania egoistyczne, przyziemne i zabobonne, mam wręcz wrażenie, że według nich księża również nie wierzą w Boga, że jest im potrzebny tylko do osiągania korzyści. Przekonują się wzajemnie we własnym gronie, że Boga nie ma, a dla udobitnienia tego faktu, na ogół próbują go albo ośmieszyć, albo wykazać jego nieistnienie naukowo, albo wydrwić ciemnotę wierzących. Dalibóg, nie wiem po co. Przecież wiedzą bardzo dobrze, że Go nie ma, nie ma piekła, nieba, kary, nagrody, niezależnie kto w co wierzy i robi, skąd ta chęć dokopania tym, którzy mają inne zdanie? Robi się kocioł, jak te fora i portale wskakują "misjonarze", próbujący nadaremno nawrócić "zbłąkane owieczki", lub "krzyżowcy" straszący karą mąk piekielnych i wizją smażenia się w piekle. Istny cyrk.
Stąd wypływa ciekawostka kolejna - większość ateistów zwraca się przeciw tej wierze, która akurat jest dominująca w ich kręgu kulturowym. Czyli chyba muszą mieć koniecznie świadomość w co konkretnie nie wierzą. Sprowadza się to do walki nie z samym Bogiem, co z ludzkimi wyobrażeniami na temat jego istnienia i funkcjonowania. Dlatego często ich kontargumenty są śmieszne, bo próbują polemizować logicznie z alegorycznymi i abstrakcyjnymi pojęciami, mało tego - ograniczając się do jednego, znanego sobie aspektu ludzkich wierzeń.
Rozpatrując powyższe sytuację, dochodzę do wniosku, że nie chodzi w nich tylko o brak wiary, ale wręcz walkę z ewentualnością istnienia Boga. Jakąś rozpaczliwą czasem chęć udowodnienia że On nie istnieje. Tak jakby przyczyny tkwiły w jakimś głębokim rozczarowaniu jego osobą.
Co bardziej radykalni odcinają się od chrześcijaństwa (pisałem ogólnie, ale też przecież mam najlepszy punkt odniesienia do ateizmu antychrześcijańskiego) aktem apostazji, choć moim zdaniem wystarczy nie chodzić do kościoła. Aż wlazłem na stronę apostazja.info, żeby się przekonać o co chodzi. Ano jest sobie procedura tam opisana dość moim zdaniem upierdliwa, związana z lataniem i zbieraniem dokumentów, pisania deklaracji itd. itd. która skutkuje... niczym. W skutkach owej apostazji są wymienione takie rzeczy jak "niemożność przyjmowania sakramentów, bycia ministrantem", czyli rzeczy do których Kościół nikogo przecież nie zmusza, pogrzeb bez księdza, który też nie jest chyba problemem, bo ksiądz raczej sam się na niego nie wprosi, a jeżeli nawet, to nieboszczykowi już wsio adno, sankcje w postaci ostracyzmu otoczenia - też bez sensu, bo raczej jeżeli nie zadeklarujemy się jako ateiści, nikogo nie interesuje w co wierzymy, lub nie. W skutkach prawnych jest tyle: - "Kościół powinien zaprzestać przetwarzania niektórych danych osobowych (niezwiązanych z sakramentami) osób opuszczających tą organizację." Ciekaw jestem o jakie dane niezwiązane z chrztem chodzi, skoro jedynym sposobem ich gromadzenia jest wizyta po kolędzie i jak Kościół przetwarza te informacje... sprzedaje ankieterom?
Epatowanie ateizmem jest u tych ludzi tak samo prymitywne i groteskowe, jak epatowanie fanatyczną wiarą, ale to nie ostatnie wspólne mianowniki na które natrafiłem, na zakończenie, znów odwołam się do tego pozytywnego aspektu ateizmu, bo przecież ludzie, którzy nie wierzą i nie muszą tego eksponować stanowią również pokaźną (może nawet dominująca) liczbę, tylko mniej widoczną. 

O tym, że istnieje związek między ateizmem a wiarą mówi artykuł Andrzeja Dominiczaka "O pocieszeniu, jakie daje ateizm". Autor na przykładzie ateisty filozofa i humanisty, o skrystalizowanych i silnych poglądach podaje jego cechy takie jak: wykształcenie gatunkowej empatii, związanej ze świadomością kruchości ludzkiej egzystencji i odwagę związaną z tolerancją na ból i lęk, która wynika z tej empatii. Nie stwierdza jednak, że jest to cecha właściwa ateizmowi, dowodzi jedynie, że pocieszenie w lęku przed ostatecznością śmierci jest możliwe bez religii i obietnicy życia po niej. Ja bym dodał, że tkwi ono w wyznawaniu tak czy inaczej zasad chrześcijaństwa, bo u ich podstaw leży miłosierdzie i współczucie. 
Na podstawie więc moich obserwacji i tekstu Domiczaka, dochodzę do wniosku, że to co jednym daje wiara, innym daje ateizm. Zabawne, prawda? I jakie adekwatne do tekstu z motta Stanisławskiego.

A już jutro wrócę do tematu pewnego wydarzenia w którym brałem udział w niedzielę. Miało być dziś, ale jakoś mi się te refleksje o ateizmie skrystalizowały.


piątek, 4 listopada 2016

Tropię pra-pra dziadka Wawrzyńca


 Według rodzinnego przekazu na tym zdjęciu znajduje się dziadek mojej babci Alicji. Zastanawiam się, kiedy je wykonano, bo mimo przysparzającego powagi zarostu pan na zdjęciu wygląda dość młodo. Jedno jest pewne, jest to chyba najstarsze zdjęcie z rodzinnego albumu. 

Prapradziadek zmarł dość wcześnie, tuż po tym jak urodziła się moja prababka Wenia (1901), więc ona ojca nie pamiętała. Zmarł przypuszczalnie od zakażenia, gdyż podczas rąbania drewna kawałek polana ugodził go w czoło, powodując ranę, która przekształciła się w coś co ówcześni nazywali "czarną krostą".
Wiedząc, że mieszkał we wsi Grądy, która w całości niemal należała niegdyś do licznej rodziny Wardziaków (babcia wspomina, że wszędzie wokół mieszkali jacyś wujowie, bądź ciotki, co nie jest niczym szczególnym, zważywszy na liczbę rodzeństwa prababki - było ich dziesięcioro), odnalazłem skanach ksiąg parafialnych kościoła w Wiskitkach wzmiankę na temat jego śmierci w 1903 roku. Było tam miejsce urodzenia i imiona rodziców, (Wojciech i Urszula) co z kolei przeniosło akcję do wsi Holendry. Bardzo niedaleko, jak zresztą będzie widać na poniższych mapkach, na których oznaczyłem interesujące mnie miejscowości. W Holendrach mała konsternacja, w 1842 urodziło się mianowicie dwóch Wawrzyńców Wardziaków, ale żaden raczej nie był moim pradziadkiem, bo imiona rodziców ich były inne. Byłem pewien, że już tej zagadki nie rozwikłam, czy to błąd przy przepisywaniu z księgi, czy pijany organista dokonując wpisu coś pokręcił, czy tradycja nakazywała co drugiemu dziecku w Holendrach nadawać imię Wawrzyniec, czy co tam jeszcze… Nazwisko Wardziak w tamtych rejonach jest niezwykle popularne, powtarza się w wypisach z ksiąg w parafiach Wiskitki, Kaski i Żyrardowa i przy dzietności przodków podejrzewam, że wszyscy mogą być jakimiś moimi potencjalnymi krewnymi. Natomiast z imionami rodziców Wawrzyńca skojarzyłem wpis dotyczący narodzin jego siostry Anny, także w roku 1842. Ale rewelacje przyniosło dopiero odnalezienie aktu ślubu moich prapradziadków po kądzieli. O tak wygląda, powiem szczerze na pierwszy rzut oka nie byłem zbytnio mądrzejszy, bo za nic tego nie potrafiłem odczytać.


Ale znalazłem kogoś kto odczytał. :)

Numer 28 Waleriany.
Odbyło się w mieście Mszczonów 9-go/: 21-go/: (ta kreska  znaczy albo dziewiątego albo dwudziestego pierwszego według starego i nowego kalendarza rosyjskiego,który się przesunął o 13 dni i dalej w zapowiedziach tak samo),  lutego 1876 roku o godzinie 16.00. Zaświadczamy,ze w obecności świadków Morcyna Wrakobaka ze wsi Aleksandria (chyba chodzi o Aleksandrów około 14 km od Grądów w stronę Sochaczewa) 46 chat i Jana Boresa ze wsi Józefowo (Józefów - około 10 km od Grądów) parafii Wiskickiej, parafii 56 chat, z rodu rolników odbył się tego dnia kościelny ślub pomiędzy Wawrzyńcem (po rosyjsku Wawriańcem Wardziań) Wardziakiem, nie żonatym, 31-letnim, synem żyjącego rolnika Wojciecha i zmarłej Urszuli małżonków Wardziaków, urodzonych we wsi Grontal (Grądy) Wiskickiej parafii i tam przy ojcu zapisanymi i Małgorzatą Mendygrał, panna, córką zmarłego Błażeja i żyjącej Jozefy, urodzonej Wilanowska  małżeństwa Mendygrałów 18 letniej, żyjącej przy matce we wsi Waleriany i tam urodzonej. Przed tym ślubem były 3 zapowiedzi ogłoszone w tutejszym Wiskickim parafialnym kościele w dniach 18-go/:30-go stycznia, 25-go stycznia/: 6-go lutego i 1-go/:13-go lutego tego roku. Pozwolenie ojca panna młodego i matki panny młodej obecnych na ślubie osobiście ogłoszono słownie. Małżonkowie ogłaszają, że oni nie robią żadnych kontraktów ślubnych. Religijna ceremonia ślubu została odprawiona przez księdza Adama Kamińskiego parafia? Ten akt małżonkom i świadkom, nie umiejącym czytać i pisać został przeczytany i potem tylko przez Nas podpisany: 
ks. Mar. Parokowski(?) Proboszcz parafii Mszczonów.
Wynika z niego, że Wawrzyniec urodził się w 1845. Zatem miał 58 lat w chwili śmierci. Praprababka była sporo młodsza...  Zastanawia mnie owa nieumiejętność czytania, nie licuje mi ze godziwym wyglądem pana ze zdjęcia, poza tym babka twierdzi, że byli to ludzie dość zamożni, mieli do pomocy parobków, a drewniany dom był dość spory i przypominał bardziej wiejski dworek. Analfabetyzm był jednak w tamtych czasach bardzo powszechny, poza tym językiem urzędowym był rosyjski, więc może jego nie znali? W księgach parafialnych zaczął funkcjonować od 1864 bodajże... Cóż, nieistotne.
Bardziej fascynujące było odkrywanie całej tej historii pradziadka, powiem szczerze, że z innymi przodkami były jeszcze większe hece, o których być może napiszę...

Grądy, jak widać leżą mniej więcej między Żyrardowem a Sochaczewem.



A do Holendrów można dojść spacerkiem.

wtorek, 1 listopada 2016

Jeszcze o cmentarzach.

W sobotę koledzy z muzealnej Grupy Historycznej zorganizowali akcję "Światełko dla żołnierza" i wysprzątali i odnowili wiele zapomnianych mogił żołnierskich. Chyba nasz kraj jest wyjątkowy, jeżeli chodzi o ich obfitość. Taki efekt uboczny położenia geopolitycznego. Chciałem też jechać, ale niestety kolidowało to z innymi planami.

Tymczasem pojechaliśmy do Rybna, na groby rodzinne przodków żony. Znajduje się tam również część żołnierska, okolice były teatrem zażartych walk z hitlerowskim najeźdźcą.  Ucieszyło mnie, że Małas przez nikogo nie zachęcany zaproponował zapalenie znicza na tym cmentarzu. Nawet sam chciał podpalić, ale jako że nie jest obyty z zapałkami, zrobiłem to ja.
Z początku Małas zwrócił uwagę, że cmentarz jest niewielki i chyba nie ma tu aż tak wielu żołnierzy. Wytłumaczyliśmy mu, że pod każdym krzyżem spoczywa ich kilku. Na postumencie przy wejściu jest zresztą napisane ilu dokładnie. 1568. Piotrek zauważył, że gdyby stanęli tu wszyscy w szeregu, nie objąłby ich wszystkich wzrokiem...




Dziś siąpi deszcz... Na cmentarzu byliśmy niedługo, akurat tyle czasu, żeby zostawić wiązankę i zapalić lampkę. Lubię cmentarze, idąc czytam epitafia i nazwiska na grobach, niektóre z nich już kojarzą się z historią miasta. Rozmawiamy z reguły na poważne tematy, lub wspominamy zmarłych bliskich. Ale dziś ze spaceru wyszły nici.