piątek, 30 grudnia 2016

Może tenis?

Huraganowa Barbara wpadła na Mazowsze potrzaskać drzwiami, o ile ktoś zostawił wyjściowe otwarte, ale jakoś bardziej dokazywała w innych rejonach kraju. Po ponurym i wietrznym wtorku nastąpiła przejrzysta już środa. Siedzę w domu, bo na zakładzie przerwa techniczna, nie ma nawet prądu. Laptopik w domu, jestem na dyżurze. Ale że wszyscy już myślą sylwestrowo, to i nie ma co robić...

Małas zachwycony pierwszym treningiem tenisa, pod okiem wujka Sławka. Sławek ma szkółkę tenisową i lata doświadczeń, mam nadzieję, że młody w końcu znajdzie jakiś sport dla siebie. Szczerze mówiąc więcej było zabawy na pierwszych zajęciach niż nauki, ale mam nadzieję, że jakiś sport mój syn jednak będzie uprawiał i fajnie by było, żeby to był tenis.



Tymczasem proponuję muzyczne rozleniwienie, fuzję progresywnych brzmień i ambientu, w wykonaniu Ambeonu. Jest to duet Anthony'ego Lucassena, i bardzo młodziutkiej wokalistki, Astrid van der Veen. W momencie nagrywania płyty miała zaledwie 14 lat.
Lucassen natomiast od lat wydaje niesamowite progresywne koncept-albumy pod szyldem Ayreonu. Zachwyca w nich umiejętność sprawnej zmiany rytmów, od ostrych, do łagodnych, przy czym muzyka wprowadza słuchacza w specyficzny melancholijny nastrój, traktując o kosmicznych podróżach, lub w inne wymiary, także naszej jaźni. 
Podobne melancholijne klimaty zapodaje Ambeon, szkoda że to tylko jedna płyta.





  

wtorek, 27 grudnia 2016

Eric van Tilbeurgh - Holender z Polską w duszy

Dziś dowiedziałem się z TV (Koło historii: Moja dusza należy do Polski - TVP Historia 12:05) o istnieniu Erica, niezwykłego jak dla mnie człowieka, który za cel, lub pasję obrał sobie popularyzowanie dziejów polskiego oręża na Zachodzie. Jest posiadaczem olbrzymiej kolekcji pamiątek, pamiętników, stenogramów nagrań po żołnierzach m.in. dywizji pancernej gen Maczka, lub spadochroniarzy generała Sosabowskiego. Byłem pod wrażeniem spaceru po jednym z cmentarzy wojskowych, podczas którego van Tilbeurgh, był w stanie opisać okoliczności śmierci pochowanych tam żołnierzy.
Dzięki jego staraniom i wysiłkowi popularyzatorskiemu żołnierze polscy, zapominani podczas zimnej wojny na rzecz Amerykanów i Brytyjczyków odzyskali twarz - doczekali się na obcej ziemi pomników, honorów i dokumentów telewizyjnych. Dzięki jego staraniom Królowa Beatrix w 2006 roku odznaczyła polskich weteranów najwyższym holenderskim odznaczeniem Orderem Wilhelma, a gen. Stanisława Sosabowskiego Orderem Brązowego Lwa.

Postawa tym bardziej budująca, w czasie gdy nasi rodzimi historycy zaczynają pasjami odbrązawiać wydarzenia i osoby, które były dla naszej historii ważne. Oczywiście nie mam nic przeciwko "uczłowieczaniu" wizerunków naszych bohaterów, wytykaniu błędnych decyzji, ale często odbywa się to, przez próbę pokazania faktów lub ludzi przez pryzmat jakiejś kontrowersyjnej, bądź negatywnej banialuki, bywa, że wyssanej z palca. 

Eric van Tilbeurgh daje nam przykład, jak należy budować swoją historię - nie na fałszywych mitach, ale też nie na wiecznym biciu się w pierś - bo nie jesteśmy w niczym gorsi od innych narodów i nie należy dawać sobie wmawiać, że duma narodowa to wywyższanie się i szowinizm. 



piątek, 23 grudnia 2016

Spokojnych i wesołych

Miałem pomysł, by zadedykować dla stałych moich gości kartę dla każdego, ale stwierdziłem, że może to nie najlepszy pomysł, bo jeszcze pominę kogoś ważnego? A mam i takich czytelników, którym wcale nie zależy na życzeniach akurat Bożonarodzeniowych, więc są też życzenia noworoczne. Więc... przesyłam kilka kart w klimacie "vintage". lub jak kto woli retro. 

Są z różnych krajów...

Jak myślicie, kogo chcą zobaczyć te dzieci?


Węgierska stajenka...


Babcia i choinkowe opowieści...


Śnieg dopiero w nowym roku?


Wianka mu się zachciało z nowym rokiem :)


Boże Narodzenie bez aniołów, jak makowiec bez maku!


Wiecie, że w Norwegii na Boże Narodzenie chowało się miotły, żeby czarownice nie latały po nocy?



XIII wieczny kościół św Marcina w Bowness of Windermere. Ciekaw jestem mszy i nagłośnienia w takiej budowli. 


Nie byłbym sobą, gdybym nie zamieścił karty szczególnej... Naszej tradycyjnej szopki.


Niech wam się wszystkim szczęści moi drodzy!

czwartek, 22 grudnia 2016

Neo-stalinizm

Już kilkakrotnie na łamach bloga wspomniałem o niepokojącym mnie osobiście zjawisku, negowania polskiej kultury, tradycji, tożsamości i o zohydzaniu historii. I dziś spotkałem się z nazwiskiem John Radziłowski, który zjawisko już jakiś czas temu zdiagnozował i odpowiednio nazwał.

Neo-stalinizm. Wbrew temu, co może nazwa sugerować, nie jest to jakiś nawrót kultu Stalina, czy dosłowne stosowanie doktryn i poglądów stworzonych za czasów wczesnego Związku Radzieckiego. Ale o tym za chwilę, by pojęcie stało się klarowniejsze, cofnę się trochę...
Przy okazji notki o nacjonalizmie, w której podałem kilka definicji tejże, zwróciłem uwagę na skrajnie różne do niego podejście, od pejoratywnego do pozytywnego, zależnie od regionu. Skażenie edukacją lat komunizmu - tamtejsze postrzeganie wszelkich wrogich idei jako zło, najczęściej określanym jako faszyzm skutkowało wyprowadzeniem negatywnych definicji nacjonalizmu.  W krajach zachodnich ten stosunek był już bardziej pozytywny.
Stąd też bierze się neo-stalinizm, postawa poglądowa często zupełnie nieświadoma, jednak mająca korzenie w edukacji i indoktrynacji czasów komunizmu, nawet jeżeli ktoś za tym systemem nie przepadał, albo wręcz był mu niechętny i deklaruje się dziś jako jego przeciwnik. Pojęcie neo-stalinizmu uzmysławia jak wielkie spustoszenie nastąpiło wśród polskiej inteligencji XX wieku i jest to niestety tylko jeden z wielu czynników. Ba, zjawisko nie ogranicza się tylko do państw pozostających kiedyś pod wpływem ideologii stalinowskich, usłużna lewica poniosła je o wiele dalej.

I tu najlepiej oddać głos prof. Radziłowskiemu, który podaje definicję neo-stalinizmu.

"To jest podejście do historii, które opiera się mocno na kulturowym marksizmie. Jego pionierem był Antonio Gramsci, a ideologia ta wyzyskuje przeszłość jako narzędzie woli politycznej. Odwrotnie niż w wypadku innych historycznych szkół metodologicznych, celem historii neostalinowskiej nie jest poszukiwanie prawdy obiektywnej, czy też lepszego wyklarowania obrazu historii Polski. Wprost przeciwnie. Neostalinizm ma na celu całkowite przepisanie historii Polski aby zmienić polską kulturę i świadomość. Historia staje do służby polityce. Wśród cech charakterystycznych neostalinizmu, wyróżniam następujące: chęć do znalezienia wymówki czy usprawiedliwienia dla zbrodni stalinowskich, brak krytycznego podejścia do źródeł z okresu stalinowskiego oraz ekstremalny sprzeciw w stosunku do polskiego patriotyzmu i katolickiego fundamentu kultury polskiej. Neostaliniści często starają się obwinić Polaków do takiego czy innego stopnia za holocaust i związane z nim zbrodnie i masakry" 

 Owo niszczenie kultury odbywa się na całym świecie, widoczne jest w USA i w Europie Zachodniej. Jest źródłem konfliktów ideologicznych, które z kolei skutkują rozłamami. Podział następuje wskutek działań różnego rodzaju elit - kulturalnych, politycznych lub naukowych, za pomocą narzędzi które oddziaływają na społeczeństwo, a więc edukacji i rozrywki. Znamienne, że John Radziwiłłowicz opisał w 2012 roku w kontekście USA dokładnie to, co dzieje się teraz u nas:

"Rezultatem tego wszystkiego jest cała plejada ideologicznych konfliktów, które tak głęboko podzieliły Amerykanów i spowodowały, że jest nam tak trudno zjednoczyć się wokół wspólnych pryncypiów."

Nie brzmi znajomo? Ten drastyczny podział, nie tylko na tle politycznym, ale także podczepianych do polityki ideologii podzielił naród już nie na dwie, ale o wiele więcej części. 
W następnym zdaniu

"Neostalinizm reprezentuje podobny rodzaj ataku na kulturę polską. Co jednoczy Polaków? Prawdziwe doświadczenie historyczne poświęcenia i klęski (od rozbiorów przez II wojnę światową do komunizmu). Co jeszcze? Historia i kultura uformowane wokół katolicyzmu. A więc gdy dostrzegamy autora, który ma chęć spaczyć przeszłość aby – jak sam przyznaje – przepisać historię współczesnej Polski i czyni to aby zaatakować podstawy patriotyzmu polskiego, aby zbagatelizować historyczne męczeństwo Polaków w 20 wieku, oraz aby zohydzić rolę katolicyzmu w polskiej historii, to Polacy powinni być bardzo tym przejęci."

Nic dodać nic ująć. Niestety nie wszyscy są tym przejęci.
Żródła:

środa, 21 grudnia 2016

Sochaczew 1939

Tak wyglądało moje miasto we wrześniu 39...


Pozwoliłem sobie na małą identyfikację niektórych miejsc.


Co widać na zdjęciu lotniczym?
1.Zbombardowane kamienice i kuźnię Walentego Zwierzchowskiego, oraz budynek Sary Eisman (mleczarnia).
2 Za chmurą dymu kościół podominikański
2 a, b Zabudowa klasztoru Dominikanek, na żółto spichlerz pozakonny, siedziba m.in. organizacji "Strzelec"
3.Składy opałowe przy ulicy Reymonta.
4.Kamienica Okrassów.
5.Magazyny spółdzielni "Rolnik"
6.Młyn Szyszkiewicza
7.Kasa Stefczyka i Starostwo
8.Posterunek policji.
9.Hale
10.Gmach Pawłowskiego (obecnie UM)
11.Płonąca kamienica przy ul. Staszica
12.Rynek Kościuszki
13.Płonąca synagoga
14 Plac POW (obecnie Obrońców Sochaczewa)

poniedziałek, 19 grudnia 2016

I znów mnie poniosło...

Weekend upłynął mi niestety na chorowaniu i okresie kilkugodzinnego stresu, związanego z pewnym wydarzeniem, o którym szerzej nie będę wspominał. Żeby o nim nie myśleć zająłem się wszystkim innym, grą na komputerze i czytaniem informacji niestety.  A miałem się cholera odciąć od polityki tu na blogu. Dla zdrowotności. Dlatego, że ostatnio każdy zaczął się interesować polityką i mamy cały kraj ekspertów, każdy przekonany o swojej racji. A ja przecież nie jestem ekspertem. I znów mnie podkusiło. I na co? Żeby czytać dialogi na poniższym poziomie?

- Ale ten PIS pieprzy wszystko...
- Ale co, jak?
- No rząd wszystko pieprzy!
- Ale w jaki sposób?
- No panie, pieprzą wszystko, czy to tak trudno zrozumieć???!!!

Znużony tego typu dyskusjami, zacząłem poszukiwać innych tematów.  Może moda? Sweterek znanego projektanta, ze zdjęcia poniżej kosztuje 3689 zł. To teraz kloszardzi awansowali do najmodniej ubranej grupy społeczeństwa... Myślę, że kolejnym trendem powinno stać się grzebanie po śmietnikach. Wyobrażacie sobie? "Elyty" nurkujące w dziurawych gaciach i swetrach w kontenerze? Z drugiej strony martwię się o tych oryginalnych bezdomnych, teraz nagle ich ubiór może stać się obiektem pożądania. 
Aczkolwiek... skoro wszystko sięga poziomu kloaki i śmietnika, to dlaczego moda ma być wyjątkiem?


______________________________________________________________________________

No i została moja książka. Znów wróciłem do września roku 1939, dokładnie do 16 i 17, kiedy w schyłkowej fazie bitwy nad Bzurą oddziały przedzierały się przez Puszczę Kampinoską i m.in. przez "moje" Famułki. Lasy i bagna, które stały się ich grobem. Czytam i piszę o generale Romanie Abrahamie, którego kawalerzyści odbyli rajd do samej Warszawy, nie dając szwabom najmniejszych szans w żadnym starciu. O pułkowniku Królickim, pułkowniku Świtalskim, dla których była to ostatnia szarża...
Krzywa Góra, Cisowe, Zamość, Górki... Byłem tam i nadal las nosi blizny tych wydarzeń. Leje po bombach na olszynach straszą czarnymi dziurami, pozostały wnęki strzeleckie, gdzie kryli się żołnierze września... Mogiły, widoczne i niewidoczne, ileż w nich zostało kości moich rodaków o których nikt nie wie? 
Chodziliśmy z panem Ryszardem po lesie, stary człowiek szedł do tych miejsc jakby kierowany niewidzialnym kompasem w głowie. Do czarnych dziur, które mieszkańcy nazwali "bombolichami", do stanowisk piechoty przy "złodziejce" i niewidocznych grobów w lesie. Co to "złodziejka"? Droga na Kromnów, przy której leżeli polegli i ranni, okradani przez hieny z okolicy. Tak, byli i tacy ludzie a leśny dukt, choć niewinny nosi niczym brzmię nazwę ich niegodziwości.

  

sobota, 17 grudnia 2016

Słowo o słowach

Słowo, jest bardzo ważne. Ograniczone albo zmanipulowane nie prowadzi do niczego dobrego. PIS powiela błędy poprzedników próbując ograniczyć dziennikarzom patrzenie sobie na łapy. Ja wiem, że pismaki są uciążliwe i wkurzają niewygodnymi pytaniami, daleko im również do rzetelności i obiektywizmu, ale jak się nie robi wałków i nie robi z gęby cholewy, nie trzeba potem lawirować po kuluarach i unikać ich jak ognia. Biorąc pod uwagę okablowanie sejmu, nie wiem zresztą czy możliwe jest zresztą odcięcie mediów.

O wiele bardziej wkurza mnie występ pajaca o nazwisku Szczerba, który z uśmieszkiem, wynosi sobie tabliczkę wolne media w sejmie i rozcapierza paluchy w geście wiktorii... Pan Szczerba nie wystąpił z podobnym cyrkiem w w 2008 roku kiedy ograniczono liczbę akredytacji na Wiejskiej z 1500 do 900 i ograniczono dziennikarzom dostęp do sejmowych kuluarów. Nie wystąpił też wtedy kiedy Latkowskiemu ABW usiłowało odebrać laptopa z kompromitującymi rząd nagraniami. Nie żal mi więc że Kuchciński pajaca wyrzucił. Żal mi, że dobra zmiana to zmiana bałwana.

Posłowie PO zablokowali mównicę, a co bardziej zagorzałe KODziarstwo pod sejmem, niemal się rzucało pod auta politykom PISu i pokładało na jezdni, by wesprzeć opozycję. Tak, właśnie tej bandy, która suwerena robiła w trąbę, to dopiero obrona demokracji!



Druga sprawa, w zasadzie mniejszego kalibru trochę mnie zbulwersowała. Wszystko za sprawą poniższego nagłówka na WP. "Opis zbrodni i zwycięstwa jest w naszym hymnie ".


Autor opisuje wyprawę Czarneckiego, który przenosząc wojnę z naszego terytorium uciął Szwedom możliwość dalszego dokazywania na naszych ziemiach, jego wiktorię opiewa się więc w hymnie. Adam Gaafar znalazł jednak pewne ale... Otóż wojska Czarneckiego, jak wynika z tekstu miały się dopuścić wyjątkowych rabunków i mordów na wieśniakach szwedzkich. Może autor zna bardziej pokojowe przykłady prowadzenia wojny i utrzymania armii na obcym terytorium w XVII w., ja nie, a wystarczy odwołać się do bytności Szwedów u nas. Niektóre galary ze zrabowanymi dziełami sztuki do dziś leżą gdzieś na dnie Bałtyku, tak były przeładowane. Zaryzykował bym w ciemno stwierdzenie, że ich wojska bardziej spustoszyły Rzeczpospolitą, niż my tą biedną Szwecję. 
Tekst, jest jednak bardziej stonowany niż nagłówek jaki do niego WP przylepiła (już go nie ma, zrzut wziąłem z kopii strony). Moim zdaniem z premedytacją usiłuje się takimi tekstami zohydzić słowa hymnu. Pytanie, czy słowa są wymysłem autora artykułu, czy redakcji WP, stawiałbym na to drugie. Mimo wszystko Gaafar, jest twórcą innego stwierdzenia, że Polacy w UE gwałcą więcej kobiet niż muzułmanie. Nie wiem jakie sam ma wyznanie, będąc w połowie Egipcjaninem, ale stosunek do Polaków chyba jest określony jasno.

piątek, 16 grudnia 2016

Środowy zawrót głowy

Było intensywnie, bo od razu po pracy ruszyłem na umówione spotkanie z kolegą z muzeum. Pojechać mieliśmy pod samą Puszczę, znów do Famułek Królewskich i Miszor, zaglądając po drodze do pana Ryszarda, z którym wcześniej przeprowadziłem już wywiad, a teraz dodatkowo miałem otrzymać zdjęcia z przeszłości Famułek - wsi która znika i którą chcę zachować na papierze. Po drodze z Chodakowa zabraliśmy panią Danutę, moją pośredniczkę i przewodniczkę, bez której nie dotarłbym do tych wszystkich ludzi, którzy opowiadali mi swoje niesamowite historie z czasów, kiedy we wsi mieszkało około 100 rodzin. 
Pojechaliśmy przez Żelazową Wolę i za Mokasem zaczął się zgrzyt w związku z pewnym skrótem, który wybraliśmy. Teoretycznie ze wsi Pindal, wiodła na mapie w telefonie prosta droga na Lasocin, w praktyce błotnista i naszpikowana wybojami droga wyprowadziła nas w sam środek Olszowieckiego bagna. Wysiadłem z auta poza ostatnią linią drzew, którą minęliśmy, żeby się przekonać, że po obu stronach niewysokiego nasypu wśród sitowi stoi woda na wysokość łydek, jak też że nie zapadliśmy się w tej drodze tylko dzięki niskim temperaturom, które zamroziły błoto. Wycofaliśmy się jakoś, uflorzonym po dach autem i pojechaliśmy szosą przez Wólkę Smolaną. Odebrałem zdjęcia i pojechaliśmy dalej, odwiedzając jeszcze najstarszych mieszkańców Famułek, moich pierwszych rozmówców z przeszłości, dla których ten rok był już ostatnim w Puszczy, 87 p. Genowefa i jej 94 letni mąż wyprowadzają się do córki. Zabraliśmy kontakt telefoniczny do nowego miejsca, Pani Genowefa swoim zwyczajem zarecytowała mi wiersz... o teściowej, z puentą, że lepiej się do Wisły rzucić niż mieć teściową. Żałuję że nie nagrałem, gdyż był naprawdę wspaniały. Podziwiam taką pamięć w tym wieku, gdyż p. Genowefa za każdym razem sypie czymś nowym i nie są to wcale krótkie wierszyki, ale całkiem długie deklamacje.


 W końcu dotarliśmy do  sąsiednich Miszor, gdzie również mieliśmy się spotkać ze starszą panią. która pamiętała dawne czasy. Trochę na ślepo i bez uprzedzenia, bo wprawdzie ktoś podał nam adres i zapewnił, że pani chętnie poopowiada, ale okazało się, że młode lata spędziła w Kromnowie, a do Miszor trafiła dopiero w latach 60, lub 70 i o Famułkach niewiele wie. Usiłowałem się wypytać o kilka interesujących mnie faktów, ale niewiele się dowiedziałem. Przy rozmowie był obecny syn tej pani, postać cokolwiek zabawna. Nieco podchmielony, koniecznie chciał coś powiedzieć, ale generalnie mógł tylko tyle, że nic na ten temat nie wie, albo słyszał tylko z opowieści. Generalnie widać było, że nasz wizyta była dla tych ludzi jakimś urozmaiceniem, bo jeszcze w progu toczyła się dyskusja już o współczesnych czasach i ludziach - czyli jak ktoś woli pospolite ploteczki. 

Po powrocie do domu, pędem do szkoły bo młody brał udział w jasełkach. Jeszcze na Kotojkę musiałem chwilę poczekać, bo choć zwolniła się z pracy na to przedstawienie, to i tak pociąg tak jechał, że się odrobinę spóźniliśmy. Po występach był mały poczęstunek w klasie i dzieciaki dostały prezenty. Ktoś wymyślił... cymbałki. Możecie sobie wyobrazić, co się działo, jak każde odpakowało swój egzemplarz i zaczęło testować?

Nie wiem kto wpadł na pomysł wręczenia trzydzieściorgu dzieciakom cymbałków...

Przed 18:00 znów w pośpiechu do nowego mieszkania, bo między 18 a 19 panowie hydraulicy, zapowiedzieli się z wizytą na wymianę wodomierza. Głodni wszyscy byliśmy już jak wilki jakieś, więc poszedłem kupić pizzę. Zdążyliśmy zjeść i panowie się zjawili. Cała wymiana trwała może z 5 minut. I w końcu udaliśmy się do upragnionego domu.

środa, 14 grudnia 2016

Rekolekcje z Małasem

Dwa dni z rzędu miałem okazję uczestniczyć w rekolekcjach dla dzieci. Z młodym żeby zdążyć, musieliśmy iść od razu do domu, zostawić plecak i pędzić do kościoła a i tak msza już trwała. Dziś nie damy rady iść wcale, bo koniec zajęć dopiero o 17 i jeszcze dzieciaki będą robić jasełka. Przyznam się, że płakać nie będę, bo tak cienkich nauk nie słyszałem chyba nigdy. Po prostu niektórzy księża nie radzą sobie z tekstami kierowanymi dla dzieci. 
Na pierwszych wzorcem właściwego zachowania, stał się... ołówek. Rekolekcjonista podał cztery "nauki ołówka", jak to nazwał. I tak po kolei: Żeby rysować ołówkiem, trzeba go wziąć do ręki - nawiązanie było do tego żeby dać się prowadzić za rękę Bogu. Ołówek trzeba temperować - w nawiązaniu do człowieka - przestrzegać zasad, nakazów i zakazów, czyli "się temperować". Ponieważ ołówek ma gumkę, można ją ścierać błędy - taki odpowiednik słowa przepraszam. Tu już bym się zastanawiał, nad słowami "wszystko można wygumkować", bo moim zdaniem nieraz przepraszam nie wystarczy. Na koniec coś o graficie, który w ołówku jest najważniejszy, ale skryty w środku i tu nie do końca chyba skojarzyłem o co dokładnie chodzi. W sumie nie było to może takie złe, choć na drugi dzień dzieciaki z trudem powtórzyły nauki ołówka, ale cóż, ja sam musiałem się zastanowić by przywołać te wydumane cokolwiek metafory.
 A we wtorek było o sądzie ostatecznym i końcu świata. Najpierw nastąpiło wesołe wizualizowanie sobie, jak taki koniec świata może wyglądać, przy czym dzieciaki prześcigały się w pomysłowości. Księżyc spadnie na Ziemię, Ziemia się rozleci na kawałki, itp. Rekolekcjonista zakończył tą pokrzepiającą litanię stwierdzeniem, że nic takiego nie nastąpi, że przyjdzie Jezus i będzie sądził. Ale jak będzie sądził? Tu nastąpiło odwołanie do arbitra sportowego, który przyznaje medale za pierwsze miejsca. Zawodnicy za podium, to grzesznicy, którzy jednak trochę żałują, więc już niech im tam będzie, zawody będą zaliczone. By uzmysłowić dzieciakom jakim sędzią jest Bóg, kaznodzieja wytoczył naprawdę niezłą armatę - dzieje Juranda ze Spychowa. Otóż jak wiadomo, po porwaniu Danuśki i zwabieniu rycerza do Malborka Krzyżacy wydłubali mu oko, ucięli rękę i język, po czym puścili wolno. Owe kaźnie nie wzbudziły niestety grozy w dzieciarni, którą to bardziej bawiło. Wypuszczony Jurand został szczęśliwie ocalony, a tak się złożyło, że jego słudzy schwytali później przypadkiem oprawcę, który się nad nim znęcał. I co mógł zrobić Jurand? Kazał podać sobie miecz, wsadził do ogniska, rozżarzył do czerwoności i... tu znów moment dla ekspresji wyobraźni dzieci, które prześcigały się w pomysłach, co Jurand mógł tym mieczem Krzyżakowi uciąć... Gdy doszło do nogi, ksiądz uciął dalsze dywagacje, wyjawiając dzieciarni, że Jurand go niestety puścił, ostrzem miecza przecinając tylko jego więzy. 
Słuchałem tego i zastanawiałem się, czy nie było lepszego przykładu? Ani słowa o tym, że Krzyżak żałował, że okaleczył Juranda, choć pewnie owe plastyczne opisy jego niedoli pozostaną dzieciakom w pamięci dłużej niż opowieści o ołówku.
Kiedyś słyszałem takie powiedzenie Maksyma Gorkiego, "że dla dzieci trzeba pisać tak jak dla dorosłych, tylko lepiej". Mówić też, być może nie uciekając się do tak karkołomnych przykładów? 
  

wtorek, 13 grudnia 2016

Sienkiewicz(e) proroczy

Rano zaczął mi chodzi po głowie pewien fragment z "Potopu". Gdy zaczął się klarować w głowie, jeszcze nie wiedziałem, co ma wspólnego z dniem dzisiejszym. 13 grudnia 2016 roku. 

„Jest, panie kawalerze, zwyczaj w tym kraju, iż gdy kto kona, to mu krewni w ostatniej chwili poduszkę spod głowy wyszarpują, ażeby się zaś dłużej nie męczył. Ja i książę wojewoda wileński postanowiliśmy tę właśnie przysługę oddać Rzyczypospolitej. Ale że siła drapieżników czyha na spadek i wszystkiego zagarnąć nie zdołamy, przeto chcemy, aby choć część, i to nie lada jaka, dla nas przypadła. Jako krewni, mamy do tego prawo” 

"Rzeczpospolita to postaw czerwonego sukna, za które ciągną Szwedzi, Chmielnicki, Hiperborejczykowie, Tatarzy, elektor i kto żyw naokoło. A my z księciem wojewodą powiedzieliśmy sobie, że z tego sukna musi się i nam tyle zostać w ręku, aby na płaszcz wystarczyło; dlatego nie tylko nie przeszkadzamy ciągnąć, ale i sami ciągniemy."

Brzmi jak podręcznik dla współczesnych polityków. Nie żadne "Ociec prać", ani "Naści piesku kiełbasy", ale szarpanie tego sukna... Choć jak powiedział inny współczesny klasyk, nomen omen też Sienkiewicz, to już nie sukno, a "ch..., dupa i kamieni kupa"

No dobrze, ale co ma piernik do wiatraka (mąkę? 😅) i dlaczego dziś, w pamiętną datę, piszę o jakimś Radziwille... I tu jeszcze jedno porzekadło mi się przypomniało.

Ten bon-mot wymyślił ten starszy Sienkiewicz.

Podobno opozycjoniści z "Solidarności" na czele z Lechem złapali za gardło komunę i póty nią trzęśli, aż się obaliła. Może już w 1981 czerwona starucha czuła wyraźnie ten uścisk na gardzieli. Niestety, czas pokazał, że nawet jak coś leży, to nadal jest w stanie trzymać, zwłaszcza jak ma wiele długich rąk. 

Tymczasem... 13 grudnia roku pańskiego 1981, miałem już cztery lata. Podobno nadchodziło to nowe, "wiatr odnowy wiał"... Co pamiętam? Matka zakładała mi rajstopy, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi, więc jak zwykle popędziłem, zeskakując jej z kolan do drzwi, by otworzyć gościom. Za progiem stało dwóch "gości", jeden wąsaty milicjant i ZOMOwiec z kałachem. Jeszcze szybszym pędem wróciłem wystraszony w ramiona matki. Panowie przyszli do, a w zasadzie po ojca, który zdążył niedawno dość skończyć wojsko... Wizyta nastąpiła w wyniku pewnego zbiegu okoliczności, ale o tym może kiedy indziej.

Nowe nadeszło, ale konkluzja cofa mnie do początku notki i podstaw tego czerwonego sukna i przysłów o Tatarzynie i kupie kamieni... O taką wolność chodziło? Czy to jest wolność?


poniedziałek, 12 grudnia 2016

Ekspresowy weekend

Za szybko te wolne dni mijają...
Weekend ino się mignął, tym bardziej że byli u nas goście. Przyjechała rodzina, chrzestny Małasa z żoną i malutką Basią. Młody dostał ogromne pudło z Gormitami - czyli jakimiś dziwacznymi potworkami. Za oknem cały czas siąpiło z nieba i kiedy bym nie wyjrzał, to wzrok przykuwały kręgi rozchodzące się na kałużach. Dziś dla odmiany dmie wicher, pogoda ostatnio krańcowo jesienna, a normalnie już o tej porze padał śnieg. Tylko jakoś nie mogę sobie już przypomnieć kiedy było tak normalnie. W mieście miały być jakieś Mikołajki na Placu Kościuszki i kolejny kiermasz świąteczny w hotelu Chopin, ale przez tą pluchę się nie ruszyliśmy.

Tymczasem przed domem zamontowano na latarniach świąteczny wystrój. Przypomina mi on jakieś fluorescencyjne meduzy z dna oceanu. Jakoś średnio wpływa na rozproszenie ponurości tego miejsca o tej porze roku. Żeby jeszcze ten śnieg spadł...



W Norwegii zatriumfowaliśmy w Lillehammer, obejmując aż dwa miejsca na szczycie podium - Kamil Stoch i Maciej Kot zajęli odpowiednio pierwsze i drugie miejsce. Dziś czytam, że w tej beczce miodu znalazła się łyżka dziegciu, rzekomo organizatorzy nie byli przygotowani na ewentualność zwycięstwa Polaków i nie zagrali im hymnu. Nie wiem, czy chodzi o faktyczne nieprzygotowanie, czy Norwedzy po prostu nie mają zwyczaju odgrywania hymnów bez względu na to kto wygra, bo podobno nie wszędzie jest to praktykowane. W sobotę też nie usłyszał go zwycięzca ze Słowenii. Polska prasa wyolbrzymiła ten fakt do obrazy narodowej...

sobota, 10 grudnia 2016

Ewolucja? A sio.


Larum się podniosło, bo ze szkół podstawowych znika teoria ewolucji. Nie wiem jak program wygląda szczegółowo, ale mają być poruszone tylko wybrane jej zagadnienia.
Szczerze mówiąc nie rozumiem paniki. Jest to przecież tylko teoria i to trzeszcząca nieco z posadach. Trzeszczy, bo np. podpierająca ją teoria drzewa filogenetycznego, zakładająca ewolucję wszystkich organizmów od jednego przodka, padła w 2009 po zbadaniu DNA na poziomie molekularnym, trzeszczy, bo nadal jest problem ze wszystkimi ogniwami w łańcuchu ewolucji, a te co i rusz odnajdywane, z prasowym hukiem ogłaszane, jakoś nie mają zbyt długiej wiarygodnej żywotności. Przyjmuje się ją, bo nikt nie odkrył czegoś bardziej wiarygodnego.

"Biologia w podstawówce stanie się zbiorem faktów do nauczenia się na pamięć, a nie narzędziem do wyjaśniania otaczającego świata - piszą naukowcy z Polskiej Akademii Nauk do minister edukacji Anny Zalewskiej."

 Ależ odkrycie naukowe... Już ja z lekcji biologii pamiętam głównie wkuwanie budowy komórek itp., przekazywanie wiedzy za pomocą gotowizny do wyuczenia i testów jest domeną polskiej (i chyba nie tylko) edukacji w ogóle.
Niektórych niepokoi co w zamian. Czyżby kreacjonizm? Jeszcze gorzej, bo to nawet nie teoria, a pseudonauka oparta na wierze.

***

Muzycznie pozostaniemy w tematyce ewolucji.  

I'm ahead, I'm a man
I'm the first mammal to wear pants, yeah
I'm at peace with my lust
I can kill 'cause in god I trust, yeah
It's evolution, baby

***

Jestem na przedzie, jestem człowiekiem
Pierwszym ssakiem, który wdział spodnie
W zgodzie ze swoją żądzą
Mogę zabić, bo nadzieję pokładam w Bogu
To ewolucja skarbie...



Teledysk do piosenki zespołu Pearl Jam, wywarł na mnie kiedyś duże wrażenie. Pokazuje, że pomimo ewolucji natura pozostaje niezmienna -  prymitywna i nacechowana skłonnością do przemocy. Zabijanie z powodu braku wyboru, by przeżyć, w przypadku człowieka zamienia się w zabijanie... bez powodu. Autorami są: Kevin Altieri, który zobrazował wizję wokalisty Eddiego Veddera (tekst) i twórcy komiksów Todda MacFarlane'a (wizja artystyczna). Pewnie właśnie MacFarlane'owi teledysk zawdzięcza swą stylistykę, nawet personifikacja Śmierci - młodej dziewczyny roztańczonej w jakimś perwersyjnym "dance macabre" i towarzyszącej od ich zarania dziejom człowieka, przypomina konkretne jej wyobrażenie z amerykańskiego komiksów "Death" i "Sandman". Zresztą jest w nim wiele więcej ciekawostek i odniesień - to prawdziwa i dobrze przemyślana synteza historii w pigułce. Około 50 sekundy widzimy np. pochód nazistów, ale zrezygnowano z pokazywania oczywistej swastyki (niewykluczone, że ze względów cenzuralnych) na rzecz znaku runicznego "sig" - oznaczającego zwycięstwo, znanego dobrze z patek SSmanów. Ujęcie płaczącego dziecka po bombardowaniu jakiejś wioski przez Blackhawki, nawiązuje do słynnego zdjęcia H.S. “Newsreel” Wonga, z 1937 roku, przedstawiającego ranne dziecko na stacji kolejowej w Szanghaju po japońskim nalocie. W końcu dehumanizacyjne oblicze rozwoju cywilizacyjnego, symbolizowane przez spadających z okien wieżowców ludzi, ma też swój pierwowzór -  po załamaniu się giełdy na Wall Street w 1929 roku, 11 byłych milionerów popełniło samobójstwa.
Wszystkie twory człowieka - cywilizacja, postęp techniczny, religia są potencjalnymi narzędziami zagłady - końcówka to czarna wizja naszej przyszłości... 


piątek, 9 grudnia 2016

Instynkt prostaczy

Drażni mnie jak cholera, zachowanie niektórych ludzi. A dziś z rana już zetknąłem się wyjątkowo aż z dwoma przypałami, które w ogóle zmieniły mi na dzień dzisiejszy nastrój, skłaniając do przemyśleń, skąd się bierze tyle buractwa?
Przypadek 1. Przydomowy sklep - grupa osobników w strojach pochlapanych farbą, sugerującą jakichś speców od remontów, kupuje sobie śniadanko. Wyróżnia się zwykle jeden, głośniejszy, który ma zawsze dużo do powiedzenia, akcentując swoje zdanie przerywnikami, (pi, pi, pi...) na tyle głośno, by każdy klient sklepu mógł usłyszeć i docenić. Taki samiec alfa, albo dla bardziej kumatych - trzmiel z kobylej dupy - gówno widział i gówno wie. Rozmowa o zwykłym hot-dogu urosła do szczytów słowotwórstwa... "Pani mu da dużo sosu, bo on lubi jak mu z parówki po zębach cieknie."... zabawne jak cholera.
Przypadek 2. Karczek który wlazł do autobusu, rozwalił się w siedzeniu za mną. Łapsko zarzucił na moje oparcie, mając gdzieś, że opiera je też o moje plecy. Z dyskusji jaką prowadził ze swoim kolesiem wyłowiłem w większości słowa na "k", a nie rozmawiali wcale o kulturze...

Chamstwo istniało zawsze, problem w tym, że panuje jakieś społeczne przyzwolenie, by opuszczało ono swoje kloaki i rozlewało się gdzie tylko można. Żaden odźwierny nie wyrzuci już chama na zbity ryj z restauracji, (a chama często stać na lepszą knajpę niż mnie) w związku z tym, człowiek kulturalny musi się męczyć. Z ludźmi, którzy aż tak nie mają nic do zaprezentowania sobą, że muszą to robić głośniej niż inni.
A miałem dziś o czym innym.

Jest nostalgiczny piątek... Wieje i jest szaro. Muzyka więc będzie też nostalgiczna, na złagodzenie obyczajów. :) Pierwszy kawałek załadowałem osobiście na YT 3 lata temu. Lera Lynn pochodzi z Texasu. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że blusik nawiedza jej muzykę jak duch co sprawia że jest taka przyciągająca. Bo bluesa się czuje.





czwartek, 8 grudnia 2016

Borowanie z "Czarną Etykietą"...

Wczorajsze popołudnie spędziłem na fotelu dentystycznym, oddając się rozkoszom leczenia kanałowego prawej dolnej szóstki. Godzina wyjęta z krajobrazu dnia, na jakieś doznania z tyłka wzięte. Po przyjeździe z roboty równie atrakcyjnie swoją godzinę spędziła Kotojka, więc wieczór spędziliśmy na posykiwaniu i krzywieniu przy kolacji. Do łóżeczka za to poszliśmy wcześniej, dzięki czemu dzisiejsze wstawanie nie było aż tak traumatyczne. Po zwiewności z jaką nasza kasa zmieniła właściciela po zabiegach, stwierdziliśmy, że nasz syn mógłby chcieć zostać dentystą... Na starość dla nas, jak znalazł.

Ponieważ wiele ostatnio znów słucham, pora na kolejny appendix muzyczny. Dzisiejszy mój wynalazek skojarzy się zapewne niektórym z dentystycznym wiertłem, gdyż jest to gitarowy ciężar, doprowadzający jednakże niektórych gitarzystów do ekstatycznych doznań podczas słuchania. 
W 1998 wyskoczyła sobie taka płytka firmowana nazwą Black Label Society, o tytule "Sonic Brew". Gitarzysta i wokalista, który ją założył, Zakk Wylde imał się wcześniej różnych fajnych projektów (Pride & Glory, Book of Shadows), a bycie podopiecznym Ozzy Osbourna dodało mu z pewnością skrzydeł. BLS fajnie działał do 2005 i płyty "Mafia", na której Zakk już niemal wokalnie wcielił się w swego mistrza, a niestety co za dużo to niezdrowo i jeden Ozzy na scenie rockowej wystarczy. Ostatniego albumu o zachęcającej nazwie "Catacombs of Black Vatican" nie słyszałem jeszcze...
Żeby nie było, że nie uprzedzałem, osoby będące amatorami delikatnych dźwięków dwa pierwsze numery mogą sobie odpuścić. Pochodzą z pierwszej płyty, która zaważyła o chęci słuchania kolejnych. Ostatni pochodzi zaś w nietypowej w dyskografii płyty pt. Hangover Music vol. VI, która jak tytuł wskazuje jest muzyką na kaca, więc niewskazane jest, by świdrowała skołatany alkoholowymi ekscesami łeb zbyt ostrymi dźwiękami. 




 
 



środa, 7 grudnia 2016

Wtorek 6 grudnia

W końcu udało się ostatecznie naprawić zniszczenia poczynione przez panów od wymiany pionów w moim mieszkaniu i dokonał tego mój kolega, który wprawdzie wyprowadził się z miasta, ale przybył do robótki docięcia i wstawienia panelu podłogowego i płytki. Zeszło się, ho ho ho, a może jeszcze dłużej. Samo noszenie sprzętu na górę to oddzielny rozdział opowieści, gdyż mój kolega lubuje się w różnorodnych narzędziach... A więc piła do paneli, maszynka do cięcia płytek i masa innych, które wczoraj pierwszy raz na oczy widziałem. Ponarzekał przy okazji na swoją eks, ale muszę przyznać, że robotę wykonywał bardzo starannie. Największa skucha był w przedpokoju, bo szczęście, że łatwo udało się usunąć rurkę z podłogi prysło, gdyż okazało się, że ponad poziom wystaje gilza w którą ta rurka była wpuszczona. Strach był ją ruszać, bo sąsiad z dołu zaszpachlował sufit,ale jak zaczęliśmy ją ciąć zaczęła ruszać się sama, tyle że przez położoną obok płytkę nie chciała wyleźć. Ponieważ nijak nie można było dojść z jakimś boshem, przydała się mania zbierania narzędzi, przez mojego kolegę, który uciął ją piłką, która nie tnie obrotowo, ale za pomocą drgań, dzięki czemu można z nią dotrzeć wszędzie. Wot technika...

Po powrocie do domu padłem. Włączyliśmy sobie TV, oglądałem jednym okiem i uchem jednym słuchałem, w drugie wpadały klątwy rzucane przez Kotojkę na rządzących, oko zaś miałem przymknięte. Najpierw skomentowano przylot polskiej delegacji z Londynu. Otóż wszystkie kartofle chciały wejść do jednego wora z burakami. Ciekawe czym by znów wytłumaczono powstanie sałatki buraczano-kartoflanej, gdyby wór nie doleciał tam gdzie trzeba i pizgnął o ziemię. Bo ja nie mam wątpliwości, że podobnie jak ostatnio winnych należałoby szukać w kancelarii premiera, a szukanoby wszędzie tylko nie tam. Chyba że Macierewicz ma już na taką okazję przygotowane sadzonki brzozy.
Tu nie odmówię sobie przytoczenia słów blogera Matki Kurki:
"Zadziałało niepisane porozumienie ponad podziałami, które pozwala następnej „kaście” czuć się ponad prawem, przepisami i po prostu przyzwoitością. Narobić bałaganu, niestety za przyzwoleniem i głupotą osób odpowiedzialnych za organizację lotu, a potem głosić kazania na temat odpowiedzialności i bałaganu. Czegoś takiego potrafią dokonać tylko trzy kasty: prawnicy, politycy, dziennikarze."
Drugi szum roznosi się wokół emerytur dla UBeków, które mają zjechać jak zepsuta winda - z hukiem w dół. Szum się podniósł, że jak to, jak ktoś był telefonistką, czy maszynistką od 98 roku to też... Generalnie zostanie pani telefonistce, zakładając że miała więcej, około 2100 do łapy, a oficerom, którzy pomyślnie przeszli weryfikację utną tylko za okres reżimowy, o czym TVN milczał jak zaklęty podczas swojego dramatycznego reportażu. Milicjantów i sędziów i prokuratorów mają zostawić w ogóle w spokoju.

No właśnie i z prokuratorami* znów kłopot za sprawą p. Piotrowicza, który za PRLu, miał gnębić opozycjonistów. Chodzą słuchy, że PIS celowo pominął prawników w obniżaniu emerytur ze względu na tego pana, który tłumaczy, że przecież on tym prokuratorem był, ale za zadanie postawił sobie ochronę niesłusznie oskarżonych opozycjonistów przed represjami... jestem prawie pod wrażeniem, tylko bynajmniej nie bohaterstwa tego pana. Tu wyskoczył jakiś Pikul, którego Piotrowicz jednak oskarżał w stanie wojennym z rozprowadzanie ulotek. Nic tego Pikula wprawdzie strasznego nie spotkało, ale gdyby p. Piotrowicz miał trochę taktu, to zamiast pyskówki powinien zabrać d&%ę w troki i iść tam gdzie diabeł mówi dobranoc, a nie pokrzykiwać z mównicy "precz z komuną".

Ponieważ od słuchania TV i czytania gazet i portali robi mi się cokolwiek niedobrze, zapodaję sobie nutki.  I tak wynalazłem dziwaczną dość kapelę "Jess and the Ancient Ones". Ciekawe, czy ci "Ancient Ones" (pradawni), nawiązują jakoś do twórczości H.P Lovecrafta... Kapelka jest dość młoda, bo raptem ma 6 lat, ale tkwi korzeniami w latach 70, grając coś z pogranicza psychodelicznego rocka i progresji.  Wspaniałe ciężkie gitarowe riffy okraszone są partiami klawiszy hammonda, coś pięknego... Ale są też nastrojowe utwory w formie suit trwające nawet kilkanaście minut, jak np. "More than Living",. charakteryzujący się zaskakującymi wariacjami i zmianami tempa, czy nieoczekiwanie bluesowy "The Devil (in G minor).  A poniżej jeszcze żywiołowy "Astral Sabbath".




Acha, jeszcze przecież Mikołajki były... I to jednego dnia wszystko... A ponieważ ostatnio wszystko stoi na głowie pozwalam sobie na żart.

* Napisałem że był sędzią, ale Asmodeusz zwrócił mi słuszną uwagę, że prokuratorem. Za korektę dziękuję.


wtorek, 6 grudnia 2016

Rozgrzana młodzież

Od kilku dni jest zimno i wieje. A jednak niektórzy zdają się tego jakby nie zauważać. :D. Ponieważ naturalnymi odruchami kierowany zwracam uwagę na płeć przeciwną, dziwi mnie ostatnio pewna bardzo skrajna różnorodność w ubiorze. Od totalnego okutania w szale i chusty, zwieńczonego czapkami, do całkowitego luzu, nonszalanckiego nie zauważenia zmiany pory roku.
Nie jestem jakiś pruderyjny i bym się nie śmiał, gdyby nie było jednak widać po delikwentce, że temperatury mają swoje prawa... :)

Aż mi się ukuła pewien wierszyk piosneczka z tej okazji...
 
Zimowe dziewczyny

Dzisiaj widziałem na przystanku
dwa mizerne dziewczątka
w cieniutkim ubranku
Snujące się po kątach
Zziębnięte i zmarznięte
na pysiach fioletowe
bo dekolty odsłonięte
i czapka nie uwiera w głowę....

Chciałem powiedzieć
by zadbały o siebie,
Dziwne dziewczyny
z niedoborem witaminy,
- założyły czapki
oraz coś na łapki,
ciepłe buty
i szal gruby...

Dzisiaj widziałem na przystanku
pannice chude jak te tyczki
Co rok cały bez ustanku
letnie wdziewają buciczki
przed kostki skarpetusie
i spodenki dziurami ażurowe
choć stopień na minusie
ciuchy modne, kolorowe...


Chciałem powiedzieć,
by zadbały o siebie,
Dziwne dziewczyny
z niedoborem witaminy
- założyły czapki
oraz coś na łapki,
ciepłe buty
i szal gruby...

Dzisiaj widziałem na przystanku
jak stukają w telefony
o bladym poranku
małoletnie dziwożony,
dygoczące, zziębnięte
szczękające zębami
rozmową przejęte
z rozgrzanymi chłopakami...

Chciałem powiedzieć,
by zadbały o siebie,
Dziwne dziewczyny
z niedoborem witaminy
- założyły czapki
oraz coś na łapki,
ciepłe buty
i szal gruby...

Siódma dwadzieścia
Przyszło wsiąść do autobusu
ten drzwiami zatrzeszczał
i włączył się do ruchu,
jak świat ruszył do przodu
one rozparły się w siedzeniach
nie czując wreszcie chłodu
i nie ma nic do powiedzenia...








poniedziałek, 5 grudnia 2016

Na kiermaszu świątecznym.





W niedzielę udaliśmy się z Kotojką na ten kiermasz. Była masa różnego rękodzieła, bombki, stroiki, wyszywanki, anioły z drzewa, i masy solnej, oraz cała masa tym podobnych świątecznych bibelocików. Przygrywał jakiś zespół młodzieżowy, przez co ciężko się było dogadać ze sprzedawcami.









Wystawiały również dwie moje znajome, p. Danuta i p.Gabriela. W związku z tym dostaliśmy fajną bombkę, serwetki, a Puśka (tak Małas nazwał naszą kotojską znajdę) ręcznie robioną mychę z włóczki. 
Prawdziwym szaleństwem był zakup stroika wykonanego na korkowej podstawie, ale co tam...

Poniżej zakupiony stroik i sprezentowana bombka. 



 Co do tych bombek to istny szał wzorów. Modne są ostatnio bombki w ażurowym tkanym "wdzianku".
Pani Gabriela miała jednak zupełnie inne, gdyż jak tylko zauważyła że zaczynają się robić powszechne, od razu wymyśliła coś innego - wzory malowane na szkle, lub z różnymi aplikacjami - robione techniką wzorowaną na japońskim kanzashi.
Najoryginalniejsze chyba są monochromatyczne, niestety nie sfotografowałem jednej takiej malowanej na szkle grafitowymi barwami. Troszkę podobne są te z drugiego zdjęcia.



Zawsze lubiłem rękodzieło i różne artystyczne eksperymenciki. A podobno faceci nie bardzo są zainteresowani ozdóbkami...

sobota, 3 grudnia 2016

Nearly forgot my broken heart

Są tacy wokaliści, których ... po prostu się słucha. :)
Dodatkowo jeszcze jak tekst jest fajny...


Every little key unlocks the door
Every little secret has a lie
Try to take a picture of the sun
And it wont help you to see the light


Każdy mały kluczyk otwiera drzwi
Najmniejszy sekret kryje kłamstwo
Spróbuj zrobić zdjęcie słońca
Ale nie pomoże ci ujrzeć światła...

piątek, 2 grudnia 2016

Nacjonalizm to zło?

Wiele się ostatnio pisze i mówi na temat nacjonalizmu, na ogół stawiając go w świetle niezbyt korzystnym. Nacjonalizm stał się jakimś obciachem, zaściankową wizją jedynego słusznego grajdoła, w którym siedzą jakieś konserwatywne rozmodlone zapyzialce, negujące wszystko to, co jest na zewnątrz, a dotrzymują im towarzystwa bycze karki z podgolonymi łbami, gotowe przywalić z kopyta każdemu kto do grajdołu zagląda.
Nowoczesną wizją przeciwstawną jest kosmopolityzm, twierdzący, że człowiek jako zbiorowość powinien dążyć do zniesienia barier dzielących narody i przyjąć wartości uznane za uniwersalne. Idea bardzo chwytliwa, przecież tworząc tak funkcjonujące mega społeczeństwo, stworzylibyśmy raj na ziemi. Nawet nie wyklucza ono różnic na poziomie etnicznym, czy narodowym, przecież nikt nie zabroni nam nagle zajadać się bigosem.
Podstawowym jednak błędem tej idei jest atrybucja. Nie wiem na jakiej podstawie przyjmuje się, że człowiek nawet nie jako jednostka, ale nawet jako naród przestanie się kierować mimo wszystko pobudkami egoistycznymi. Nie mniej jednak są ludzie, którym się takie postrzeganie świata nie dość że się podoba, to jeszcze uznają je za jak najbardziej właściwe, a nacjonalizm uważają za społecznie szkodliwy przeżytek.
I tu zauważyłem ciekawą rzecz, że krytycy nacjonalizmu z różnych definicji nacjonalizmu wybierają te najbardziej skrajne, naciągają je do swoich potrzeb, albo wręcz nie rozumieją istoty tego poglądu. Z drugiej strony jest zdefiniowanie pewnych poglądów (nawet o wiele wcześniejszych) jako nacjonalizm, jest jeszcze dość świeże, bo pochodzi z XIX w. I tu natrafiłem na publikację politologa dr Piotra Kordela p.t "Czym jest nacjonalizm? Przegląd wybranych koncepcji nacjonalizmu." która wyjaśnia trochę powody różnego postrzegania nacjonalizmu. Autor podaje tam kilka definicji:
 W Słowniku Języka Polskiego PWN z 1991 widniała na przykład taka:

- Kierunek światopoglądowy i polityczny żądający przywilejów dla własnego narodu, z czym wiąże się dyskryminowanie innych narodów i agresywność w stosunku do nich.

Dyskryminacja, wrogość...  Ukuto termin inny dla takiego poglądu i nazywa się on szowinizm. Natomiast z tego co napisał dr. Piotr Kordel, wysnułem wniosek, że tak rozumiany nacjonalizm charakterystyczny dla wschodniej części Europy jest pokłosiem socjalistycznej indoktrynacji, która promowała internacjonalizm w imię jedynej słusznej komunistycznej sielanki. Kordel zebrał jeszcze kilka definicji nacjonalizmu, każda ma wydźwięk pejoratywny, wszystkie w rozumieniu środkowoeuropejskim. Znalazły się w nich takie określenia jak: "...postulujące podporządkowanie innych narodów interesom własnego narodu, głoszące niechęć, nietolerancję i ksenofobię wobec innych narodów." (Leksykon politologii,Wrocław 1999) lub "...stosunki między narodami opierają się nie na słuszności, lecz na sile, nie mogą odnoście się do nich zasady etyczne uznawane w stosunkach między jednostkami; interes narodu winien być realizowany z a pomocą wszelkich niezbędnych środków; ekspansja terytorialna, dążenie do zaborów to zjawisko normalne  i  nie  powinno  być  przedmiotem  dezaprobaty" (M. Waldenberg,  „Kwestie narodowe w Europie Środkowo-Wschodniej”, Warszawa 1992) 
Klękajcie narody... Wszak Waldenberg to autorytet... tyle że PZPRowski, więc chyba faktycznie dla profesorów kształconych w okresie PRLu dostrzeganie w nacjonalizmie samego zła jest symptomatyczne. Tutaj nawet odwołuje się do Darwinizmu, zakładając model żywcem wyjęty ze świata przyrody, która jest areną wiecznych walk międzygatunkowych. Stąd już krótka droga do tezy, że nacjonalizm jest uwarunkowany biologicznie i jest elementem odwiecznej walki o przeżycie, ale to już taka moja refleksja.

Tymczasem w rozumieniu zachodnioeuropejskim...

„jest to doktryna stworzona w Europie w początkach XIX wieku, która utrzymuje,  że  ludzkość  w  sposób  naturalny  podzielona  jest  na  narody,  różniące  się  od  siebie pewnymi  charakterystycznymi  cechami.  Doktryna  ta  zakłada  także,  że  jedyną  prawowitą  formą władzy w państwie jest autonomiczny rząd narodowy." ( E. Kedourie, "Nationalism", London 1969 tłum. P. Kordel)

Jak się okazuje zbliżony pogląd trafia i do naszej części świata, bo już socjolog Jerzy Szacki wypisuje w punktach cechy nacjonalizmu:

”1.  Ludzkość w naturalny sposób dzieli się na narody; 
2. Każdy naród posiada swoiste cechy, które zasługują na zachowanie i pielęgnację; 
3. Źródłem  władzy  politycznej  jest  naród,  a  najlepszą  formą  organizacji  politycznej  jest  państwo narodowe; 
4. Człowiek samorealizuje się w pełni dzięki  identyfikowaniu z narodem; 
5. Solidarność narodowa jest szczególnie ważnym lub zgoła najważniejszym rodzajem solidarności.”
(J. Szacki, Liberalizm a nacjonalizm, Liberalizm u schyłku XX wieku,  red. J. Miklaszewska, Kraków 1999)

I na koniec co mówi nam Wikipedia? Wynika z niej, ze nacjonalizm jest zjawiskiem trudnym do zdefiniowania ze względu na mnogość jego form.  Ale...

"Uznaje naród za najwyższego suwerena państwa, a państwo narodowe za najwłaściwszą formę organizacji społeczności, złączonej wspólnotą pochodzenia, języka, historii i kultury. Nacjonalizm przedkłada interesy własnego narodu nad interesami innych narodów, zarówno wewnątrz kraju (mniejszości narodowe lub etniczne) jak i na zewnątrz (narody sąsiednie)." 

Wszędzie kładziony jest nacisk na to przedkładanie interesu własnego narodu nad inne, co tak gryzie po oczach jego krytyków. Zastanawiam się, o w tym takiego nagannego, zważywszy, że zdrowym egoizmem kierujemy się na co dzień. A odpuszczanie i pobłażanie doprowadza w końcu do tego, że ktoś uznaje te cechy za słabość i jest coraz bardziej roszczeniowy - przykład sam przypłynął do Europy łodziami przez Morze Śródziemne.