niedziela, 24 września 2017

Tajemnicza Mary

W grudniu 1872 w pobliżu Gibraltaru dostrzeżono statek, jak się okazało pozbawiony załogi. Tajemnica Mary Celeste rozbudza wyobraźnie i dostarcza materiału do rozmaitych spekulacji do dziś. Zresztą temat zaginionych na morzu statków, lub statków bez załogi inspirował - zarówno badaczy niewyjaśnionych zjawisk, jak i pisarzy.

"Mary Celeste" wpłynęła natomiast na szpalty Cornhill Magazin w 1884 w 12 lat po swoim samotnym rejsie, a "Sprawozdanie Habakuka Jephsona" wywołało sensację i liczne żądania zorganizowania ekspedycji do wybrzeży Afryki w poszukiwaniu niejakiego Goringa, rzekomego sprawcy zaginięcia załogi... Do czasu, kiedy Arthur Conan Doyle nie przyznał się, że całą historię napisał dla jaj. Czyżby przykład angielskiego poczucia humoru?
Tymczasem poniżej dla chętnych bibliografia o tym i innych morskich zagadkach. Książka otwarta to 'Historie Niewiarygodne" Juliusza Jerzego Herlingera - wydane w czasach kiedy takie rzeczy dawało się nawet czytać. Może dlatego, że chodziłem wtedy jeszcze do podstawówki?


środa, 20 września 2017

Świadomy głos

Przyznam się, iż do roku 2008 moje zainteresowanie polityką było pobieżne. Dopiero upadek mojego miejsca pracy i fakty, które przypadkowo poznałem zaczęły kiełkować jakąś przemożną chęcią poznania przyczyn tego, że coś chyba poszło nie tak. Nie chcę tu się produkować jakim tropem poszły moje rozmyślania i dywagacje, ale może bardziej tym jaki odniosły skutek.
Primo - politykowanie opiera się na kłamstwie - więc nie należy zbytnio przywiązywać wagi do tego co mówią. Sekundo - "Nikt nie da nam zbawienia"*, więc nie należy również się spodziewać, że wraz z wyborem jakiejś opcji politycznej zniknie złodziejstwo i przekręty w jej szeregach, gdyż są to struktury z gruntu rzeczy patogenne. Tak, niezależnie od poglądów władza korumpuje - czego przykładem ostatnia afera billboardowa. Więc jak kierować się przy głosowaniu? Rzucać losy?
Moja metoda była prosta.
Ponieważ nie znam się na ekonomii i polityce, w stopniu wystarczającym do analizy aktualnych wydarzeń - próbowałem znaleźć jakieś jakieś znaczne wydarzenia z minionych lat, które są dość proste w interpretacji (przynajmniej metodą ruskiego uczonego Jebajewa)

Zacznijmy od punktu, który się nazywa deficyt budżetowy:



Jak to się dzieje, że za rządów nieudolnego PIS, do 2007 deficyt spadał, a za rządu specjalistów z PO rósł. No jest to składowa wielu niezależnych od rządu czynników, w tym i wzrostu gospodarczego, ale...
PIS powrócił do władzy i znów cud nastąpił. Pomimo wróżb "specjalistów", że nadwyżka potrwa co najwyżej przez pierwszy kwartał 2017 roku, mamy wrzesień i nadal jest 4.9 mld nadwyżki. A budżet miał się zawalić od 500+



2008, Po dochodzi do władzy - zaczyna skakać słupek zadłużenia. Aż do 2013, kiedy Jan Vincent Rostowski machnął czarodziejską różdżka po której zniknęły nam pieniądze z OFE. Czarów Marów starczyło jak widać na trzy lata.

Ja nie jestem zachwycony wszystkimi działaniami rządu, mają one wiele czarnych i niepotrzebnych stron, z których za najsłabszą uznałbym póki co dyplomację,  ale na tle lat minionych jeszcze jakoś nie mogę się doszukać znamion aż takiego dramatu, jaki się ogólnie przedstawia. 

*Tytuł książki Sergiusza Piaseckiego.

wtorek, 19 września 2017

Historia prawdziwa

Notkę tą zamierzam wyrzucić po jakimś czasie.

Wiele się mówi o PISowskim zamachu na niezawisłość sądów. Zgoda - wzięcie tego środowiska za przysłowiowy pysk przez Ziobrę, prawdopodobnie nie posłuży jego naprawie, tylko ukierunkuje w inne rejony podwładności niż teraz, ale wychodzę z założenia że nie da się zgnoić gnojówki. Ażeby to wytłumaczyć posłużę się pewną... przypowieścią. Z życia wziętą.

Kilkanaście lat temu zacząłem pracę w pewnej firmie - spółce skarbu państwa. Nazwę i nazwiska pominę, bo jak nazwę po imieniu złodzieja złodziejem, mogę mieć z tego tytułu większe nieprzyjemności niż on. Spółka była w fazie restrukturyzacji - padł właśnie projekt przekształcenia jej w spółkę pracowniczą, gdyż pan wojewoda mazowiecki zawyżył "troszkę", jej wartość. Za to przybyło dwóch typów, którzy mieli ją doprowadzić do świetlanej przyszłości. Pan J. i Pan S. - Jeden na stanowisko prezesa, drugi na stanowisko dyrektora finansowego.
Panowie żwawo przystąpili między innymi do wdrażania systemu informatycznego. Była to technologia częściowo gdzieś wdrożona w jakiejś niemieckiej firmie, która jednak z jakichś powodów zrezygnowała i ją odsprzedała. W związku z powyższym pojawiła się w mojej spółce firma, która miała się tym zająć. Była to firma dość znana - zaangażowana w dość pokaźne projekty prywatyzacyjne w Polsce, jej prezes, pan A.K był osobą nader ciekawą o równie ciekawych powiązaniach (obecnie zamieszany w aferę reprywatyzacyjną w Wawie - od lat jednak mający się nadzwyczaj dobrze). Dla celów współpracy z moją spółką powstała jednak inna firma (z innym prezesem, niejakim panem G) - a fakt że powstała tylko i wyłącznie do współpracy z nią wynikał z numeracji faktur - byliśmy jedynymi jej zleceniodawcami. Nie chcę się rozwodzić, jak wypompowywano za jej pomocą pieniądze - podwójne, faktury, faktury za roboty wykonane już przez inne firmy, albo nasz dział, w końcu abonament usług serwisowych - tą fakturę mój przełożony dostał do rąk przypadkiem i wyczytał z niej, że tak naprawdę od prawie roku zadania naszego działu wykonuje outsourcingowa firma widmo, inkasując za to kilkanaście tysi miesiąc w miesiąc. Po tym fakcie skierowano jakiegoś studenta - pana Tomka, żeby sprawiał pozory tego "zajmowania się", co zaowocowało np. małym paraliżem, gdy okazało się, że nie umie naprawić drukarki igłowej. Najzabawniejsze było to, że międzyczasie wypłynęło kolejnym przypadkiem nazwisko "władcy marionetek", który stał za prezesami obydwu ssących kasę spółek - znanego generała o gromko brzmiącym imieniu. 
Z powodu nieudolności podziękowano panu Tomkowi i pojawił się nowy "wspieracz" firmowej infrastruktury, syn pana G. Miły młody człowiek, choć nieco arogancki, który podczas kilku spędzonych razem chwil w pociągu opowiadał o zajęciu prywatyzacyjnym taty - czyli doprowadzaniem m.in do upadłości jednego z Polmosów - zarząd wprowadził tam mianowicie taki system kontroli, który opierał się na zatrzymywaniu produkcji w pewnych interwałach i pobieraniu próbek, dokonując rzeczy niemożliwej - sprawiając, że produkcja gorzały stała się nierentowna. Cudotwórcy!
Gdybym podał nazwiska i przytoczył dalsze fakty, byłoby naprawdę wesoło i co poczytać, ale zamiast tego dojdę do puenty. Nie doczekałem pojawienia się w firmie syndyka, gdyż zostałem zwolniony. W około dwa miesiące później wywalony został mój szef, od dawna będący solą w oku zarządu, a to z powodu że nie chciał podpisywać lewych faktur i trzeba było w tym celu zatrudnić "pełnegonocnika" zarządu. Firma siłą inercji poleciała jeszcze rok, choć na forach branżowych już ostrzegano, że jest niewypłacalna, a jej prezes to kłamca i złodziej.
Sprawa trafiła do prokuratury, ale nic nikomu się nie stało, o panu J. czytałem sporadycznie jakieś artykuły o aktach oskarżenia, które nie przeszkadzały jednak nikomu w obsadzaniu go na podobnych stanowiskach w innych firmach. Nawet fakt, że czego się tknął zmieniało się w gówno. Ostatni taki artykuł który czytałem pochodził z roku 2015.

Z danych powyciąganych z rozmaitych KRSów i rejestracji spółek, wedle poznanych przeze mnie nazwisk - wynika, że prywatyzacją w Polsce zajmowała się zorganizowana siatka - działająca poza strukturami państwa. Nie mówimy chyba o trójpodziale władzy, ale o czwórpodziale - bo dochodzi do tego mafia niezależna  od jakichkolwiek sądów i prokuratur. Wmawianie ludziom, że firmy pozostawione w spadku pzez PRL poupadały bo były nierentowne - to brednie, niektóre miały się całkiem dobrze, a poupadały bo ktoś tak chciał. I wszystko wśród całkowitego milczenia sądów, prokuratur innych stróżów prawa... Więc mam tak naprawdę gdzieś co z nimi zrobi PIS...

A taki widok obserwowałem przejeżdżając obok mojego niegdysiejszego miejsca pracy.
Tyle zostało z rozległego niegdyś kompleksu.
A poniżej lektura uzupełniająca, skromna bo mam tego o wiele więcej, ale jak mówiłem nie zamierzam utrzymywać tego wpisu dłużej niż kilka dni.


poniedziałek, 18 września 2017

Dyskusje z Młodym

Zauważam teraz z biegiem czasu, jak bardzo syn mój jest inny ode mnie, a zarazem pod pewnymi względami podobny. Z przerażeniem niestety zauważam w nim swoje wady i z pewnym smutkiem konstatuję, że jego analityczny ścisły umysł (typowo mamusiny) nie będzie kontynuował moich humanistycznych zainteresowań... Trudno.
Jest rzecz, która mnie jednak cieszy - specyficzne niewymuszone poczucie  humoru, które uznałem egoistycznie na schedę po sobie. Sprawia mi ono ogromną frajdę...
Ostatnio wracamy ze szkoły, Młody ma już od kilku dni zastępstwo, jego pani nie ma. Dzień pierwszy był z jakąś inną nauczycielką, którą Małas określił jako raczej niemiłą. Miała jednak też jeden walor - nie zadała nic do domu.
- Kazała nam mapę Polski narysować.
- I wyszło ci coś z tego?
- No wyszło. Nawet dołączyłem to, co kiedyś nam zabrali, te no...
- Kresy Wschodnie?
- O właśnie. Kresy Wschodnie. Mam zadatki na bohatera Polski, może kiedyś będą mnie wielbić...
Na drugi dzień Pani nadal nie było.
- A dziś co robiliście?
- Dziś mieliśmy cały dzień z siostrą od religii.
- Ale chyba się w związku z tym nie modliliście cały czas?
- Nie no co ty. - Urwał na chwilę. - Robiliśmy przerwy - spojrzał na mnie z przekornym półuśmieszkiem. Ja nie wytrzymałem i się roześmiałem, bo powiedział to tak, że gdyby nie ów uśmiech, przyjąłbym, że się faktycznie modlili z tą siostrą cały dzień. Mój syn potrafi mnie wkręcić swoim poważnym tonem i ma radochę, że mu się udaje czasami. A może ja już jestem taki naiwny?

sobota, 16 września 2017

Biblioteka grozy - Mary E. Wilkins Freeman

Pochorowałem się na weekend... Co pozwala mi wyjść na przeciw sugestii Grety Baggins i napisać kilka słów o książkach z Biblioteki Grozy wydawnictwa C&T. Moja biblioteczka zawiera prawie pełen komplet - oprócz rzeczy które się gdzieś tam dublują, dwóch (chyba) które mam zamówione i jednej która obecnie ma wyczerpany nakład.





Książeczka babci Mary (1852-1930) - "Zagubione duchy" zawiera 13 opowiadanek, z których większość autorka zasłyszała być może podczas ploteczek u kumoszek, gdyż dotyczą standardowych nawiedzeń, cieni nieboszczyków na ścianach, zbłąkanych i łkających duszyczek dzieci oraz nawiedzonych chałup. Ich bohaterkami są na ogół podstarzałe panny, którym przytrafiają się właśnie takie rzeczy. 
Ale są wśród nich naprawdę niezłe teksty - postanowiłem wyróżnić 3. "Luella Miller" to fajnie napisana opowieść o femme fatale, której oddziaływanie na otoczenie przypomina nieco sukkuba - najpierw uzależnia ona różne osoby swoim urokiem - choć trzeba przyznać że uzależnienie to nie opiera się na seksualnej fascynacji, tylko wrażeniu bezbronności i niezaradności budzącej współczucie ofiar, które otaczając nieboraczkę troskliwą opieką - w końcu więdną. Co ciekawe - sama Luella zdaje się nie być świadoma swojego zgubnego wpływu.
"Dzieweczka na progu" przenosi nas w czasy procesów czarownic w Salem i to jest bardzo mocny tekst - wcale nie dotykający bezpośrednio samych procesów. W opustoszałym domu Proctorów oskarżonych o czary i uwięzionych, zostaje samotnie ich córeczka. Dziecko nienawykłe do samotności i nie umiejące sobie samo poradzić styka się z odium otoczenia. Praworządni obywatele Salem nie wahają się wcale po kryjomu obrabować gospodarstwa nawet z pożywienia, skazując dziecko na widmo głodowej śmierci. 

"Całą noc dziewczynka krzyczała i łkała, wzywała ojca i matkę, siostrę i brata. Ludzie podróżujący między Bostonem a Salem, słysząc ją wpadali w przerażenie i uciekali czym prędzej z psalmem i modlitwą na ustach. Następnego dnia opowiadali oszalałym ze strachu słuchaczom, jak o północy przeklęty dom Proctorów pełen był migoczących ogni piekielnych i wycia diabelskich duchów, po czym dodawali jakąś mogącą o śmierć przyprawić opowieść o jakiejś pobożnej kobiecie z osady, która wyprzedziła ich konie na miotle i zniknęła w domu Proctorów."

Obraz Howarda Pyle - The Little Maid at the Door
Do najdziwniejszych jednak i w ogóle nie pasujących do reszty opowiadań należy "Pokój przy holu" - utwór fantastyczny, ocierający się o motyw światów przyległych, osadzony w metafizyce a nie klasycznej grozie. Po lokatorze pewnego pensjonatu, który nagle zaginął pozostaje dziennik, z opisem tajemniczych wypraw, odbywanych przez niego we śnie. Lub może na jawie, tyle że nie naszym świecie?

Uwielbiam czytać stare opowieści z dreszczykiem, gdzie groza nie chlusta jak obecnie wiadrem krwi w twarz, tylko czai się za skrzypiącymi drzwiami i niedopowiedzeniem. 

środa, 13 września 2017

Nie ma Wędrowca



Nie będzie to chyba recenzja, tylko opowieść o książce, która poza tym, że jest faktycznie dobra - zagrała na kilku strunach moich osobistych doznań...
Kiedy wziąłem książkę Guni do ręki i zacząłem czytać, pomyślałem - Wiem! Wiem, kto mógłby coś takiego napisać. Bo znam kogoś kto pracował w "Bazie", która wprawdzie nie była tartakiem, ale oferowała podobną dekadencję osypujących się z każdej ściany tynków, a pracujący w niej człowiek poszukiwał jakiejś ucieczki od pewnych życiowych błędów i wyrzutów sumienia. Który nawet pokazał mi nawiedzone miejsce w lesie na "Sójce" 29 lat temu, gdzie ostatni mieszkaniec już dawno nieistniejącej osady  pozostałej po młynie widział diabła, którego oblicze jego siostra wyryła w pniu sosny... Gdzie mnie samego dopadły w końcu duchy, które z biegiem czasu wytłumaczyłem sobie infradźwiękami płynącej w pobliżu rzeki...
Nie będę więc obiektywny, o nie....
Ale w powieści, te "królestwa powolnego bezładu pustych miejsc"  "rozproszone w krajobrazie, ukryte w układzie kształtów patosy zamierzchłych chwil" zagubionych cmentarzyków "brudne konstrukcje z betonu, stali i blachy" to tylko obrazy, które nadają klimat, spełniając rolę podobną do tych, który wieszamy sobie w pokoju by nadały mu jakiś charakter (A może świadczą też, ze autor lubi, zwiedzać takie miejsca? W takim razie mielibyśmy ze sobą coś wspólnego). 
Ale oto natrafiam na inny znany obraz, daleko bardziej istotny niż opis "miejsc w których dzieją się dziwne rzeczy" i on wysuwa się na plan pierwszy, nadaje ruch fabule. Zbrodnia sprzed lat - podobna do tych które samemu - jeżdżąc między połacią powiatu rozdartego niegdyś między Generalne Gubernatorstwo i III Rzeszę nagrywam na dyktafon, w postaci relacji opowiadanych drżącym głosem staruszków, powracających do odległych i makabrycznych wspomnień... 
I w końcu odsłona trzecia egzystencjalna filozofia płynąca z przeżywania na nowo rzeczy, które nie powinny się wydarzyć w Bożym Świecie - najtrudniejsza część tryptyku i najbardziej odrealniająca bohaterów tej powieści... Świat zdaje się oparty na jakiejś ułudzie, a wszelkie koszmary nie tkwią w otaczających ludzi widmach, nawiedzanych miejscach tylko w ludziach.
Nie będę więc obiektywny, bo Wojciech Gunia postawił swoją książką wszystkie te obrazy na baczność i opisał językiem, którego ja bym użył, ale niestety nie władam tym językiem nawet w połowie tak, dobrze jak On. 
W narrację wdarł mi się jeden dysonans, który nazwałem na potrzeby swojego opowiadania i tych, którzy książkę już czytali "relacją sobowtóra". Jest to część która stanowi pewną całość - posiada fabularny początek, rozwinięcie i punkt kulminacyjny. Pomimo, że koresponduje z całością, książki pod względem treści, mnie osobiście na jakiś czas wybiła jej świata i nawet się zastanawiam, czy nie miała być całkiem odrębnym opowiadaniem, zaadoptowanym tylko na jej potrzeby.

Ponieważ miałem okazję zamienić dwa słowa z autorem, który przeczytał moją pisaninę na temat swojej książki, wklejam kilka słów od Niego.


niedziela, 10 września 2017

Wypad do lasu i inne ciekawostki

Dotleniłem się i pospacerowałem po lesie z Kotojem, okazjonalnie wkładaliśmy do koszyka jakiegoś grzybka. Pogoda była cudna, ciepło słonecznie, powietrze niesamowicie natlenione, aż niemal - po całym tygodniu siedzenia w domu i poruszania się tylko po mieście rozbolała mnie głowa. 

 Zauważyłem, że las urósł. Młodziutkie sosenki - stały się zagajnikiem. Stara drewniana obora stojąca samotnie w polu zawaliła się już niemal zupełnie, a przecież pamiętam dobrze jej kryty strzechą dach i sczerniałą ze starości, czerstwą pewność siebie, która opierała się upływowi czasu. Ale  wszystko płynie swoim rytmem, a lata gdzieś uciekają wstecz, zabierając ze sobą widoki, do których byliśmy przez jakąś chwilę przyzwyczajeni.







Tymczasem trzeba kiedyś powrócić do rzeczywistości - nieraz kuriozalnej. Czytam, że niejaki Ludwik Borkowski - zwycięzca jakiegoś tam programu w TV uważa za wyzwanie, przejście piechotą z Warszawy do Kijowa. Niewątpliwie jest to wyczyn - z tym że pojawia się za chwilę pewien zgrzyt. Otóż panu Ludwikowi potrzebna jest na spacer kasa - dokładnie 20 tysi, bo chce przy okazji prowadzić vloga i nakręcić film o męskości. Nie wiem co ma jego wyprawa wspólnego z męskością i prawdę mówiąc, znalazłbym też setki szczytniejszych celów niż ta wyprawa, nie mówiąc już że wstydziłbym się ogłosić zbiórkę w internecie na taki cel, po niedawnym wygraniu sporej zapewne sumy pieniędzy w programie TV, choć nie wątpię, że znajdą się tacy, którzy sypną groszem.

Ja póki co pisząc dla bardzo wąskiego grona nie zawołam na łamach bloga o kasę, na ... no powiedzmy nowy aparat fotograficzny, żeby zachwycać was jeszcze wspanialszymi pejzażami  i zdjęcia będę trzaskał nawet komórką, jak te wyżej...

czwartek, 7 września 2017

Dajcie mi wroga!

Wstaję rano w poczuciu, że czegoś mi brak. Co to może być? Do diaska, przecież to jasne - jakaś pustka mnie ogarnia, bez pewnego nieodzownego każdemu człowiekowi elementu - nienawiści do wroga. Ja nie powiem, próbowałem, ale kuźwa porażka - nie znalazłem w całym swoim życiu nikogo, kogo mógłbym permanentnie nienawidzić. Owszem przyznam, się - zdarza mi się nielubienie. Ale uczcie nielubienia jest takie letnie - ogranicza się do wyobrażenia sobie kogoś z myślą  - "a, nie chce mi się z tobą gadać...", - czyli dość odległy temat do dania komuś po gębie, albo choćby od zwyzywania w duchu, czy rzucenia klątwy. Nie takim zbluzganiu w myślach, w momencie kiedy ktoś zajdzie za skórę - mówię co codziennym, obowiązkowym porannym steku przekleństw i życzeń wszystkiego co najgorsze. (spontan dla niektórych)
W sumie może błąd tkwi w tym, że nie powinno się ograniczać do jakiejś konkretnej postaci, jednego tylko typa spod ciemnej gwiazdy - tylko większej jakiejś grupy. Moi bliźni, jak czytam i słucham są całkiem sprawni w tworzeniu sobie wroga zbiorowego... Przegląd różnych ugrupowań, związków odmiennych poglądowo zbieranin daje niepowtarzalne pole do popisu. 
Jeżeli pomimo tych ułatwień nadal jest problem w znalezieniu sobie wroga, głowa do góry! Aktualnie wielu życzliwych ludzi zajmuje się wynajdowaniem wrogów innym. Kto jest naszym wrogiem możemy się dowiedzieć z dzienników opiniotwórczych, telewizji, na forach internetowych. Jest z czego wybierać. KOD, ONR, Rząd, Uchodźcy, UE... Nie wiem kto jeszcze, Żydzi? Masoni? Skupiam się więc na grupie ludzi - opisywanej jako wyjątkowe podlece... i nic. Jak tylko próbuję kogoś z tego tłumu wyróżnić - nikogo tam  nie ma - zwykłe gęby mijane na ulicach, wracające po pracy do domu, mające coś ciekawego do powiedzenia, albo i nie, ale nic co by stanowiło pożywkę dla nienawiści. Nie docierają do mnie bezpośrednio żadne skutki ich nikczemnych knowań, którym się rzekomo całe dnie oddają...

Gdy tak czytam o całej tej zmowach i spiskach, dociera do mnie pewna myśl... Może to ja jestem tym wrogiem, którego należy się wystrzegać i nienawidzić, może gdzieś w tym tłumie czają się moje ofiary, dla których jestem demiurgiem, dopustem bożym i diabłem wcielonym? 
Tej nocy będę spał spokojnie. Mój wróg z pewnością gdzieś tam jest i czuwa....

niedziela, 3 września 2017

Zapasy na zimię



To efekt wizyty w Dedalusie, gdzie za każdą z tych książek dałem 1/3 ceny, czyli około 20 zł.

Zacznijmy od Biografii Lovecrafta... Ktoś zauważył, że w zasadzie pisarz nie miał jakiegoś burzliwego, naznaczonego przygodami i podróżami życiorysu, żeby walnąć ponad tysiącstronicową biografię. A jednak. Analiza poglądów i geneza opowiadań, ciekawa korespondencja z innymi psarzami, wchodzącymi w tzw. "Krąg Lovecrafta" jest bardzo ciekawą lekturą. Zwłaszcza jak się czyta takie przysmaki:

'Demokracja - i nie chodzi tu o szanse dla wszystkich, czy dobre warunki rozwoju jednostki - obecnie jest tak wielkim mitem i niemożliwością, że jakąkolwiek poważną próbę wprowadzenia jej w życie należy uznać za nic innego, niż kpinę i żart. (...) wybory powszechne oznaczają ni mniej ni więcej, tylko nominację ludzi o wątpliwych kwalifikacjach przez wątpliwie upoważnione i rzadko kiedy kompetentne kliki profesjonalnych polityków, reprezentujących ukryte przed masami interesy, następująca po sardonicznej farsie uczuciowej perswazji, w której mówcy za pomocą fałszywie atrakcyjnego języka i błyskotliwego słownictwa gromadzą wokół siebie stada górujące pod względem liczebności nad innymi, stada ślepych, łatwowiernych i z łatwością ulegających sugestii bęcwałów, kiepów i naiwniaków, którzy w większości nie mają pojęcia, o co chodzi w całym tym cyrku."

Cudo. Zmianę takiego stanu rzeczy upatruje Lovecraft w surowych egzaminach z wiedzy powszechnej i ekonomicznej, którymi należałoby objąć potencjalnych wyborców (już nawet nie kandydatów). "Żaden niespecjalista, niechby był artystą, filozofem, czy naukowcem, nie powinien się nawet przymierzać do oceniania zawiłych problemów rządowych..."  
Jest to pewien rodzaj władzy autorytarnej, co wprawdzie nie jest jakimś dobrym rozwiązaniem, ale czasem się zastanawiam, czy nie lepszym od tej całej demokracji.
Oczywiście większość książki nie dotyczy przekonań politycznych autora, tylko jest podróżą po jego niesamowitej wyobraźni.

"Napoleon Fortyfikator" - jest w zasadzie pracą doktorską Waldemara Łysiaka, co wcale nie znaczy, że z tekstu wieje nudą. Nie każdy wie, że jedyny na świecie budynek forteczny, który uważa się za projekt cesarza znajduje się na terenie twierdzy Modlin. Niestety, tej tezy nie sposób dziś potwierdzić, natomiast jest to jedyna pozycja, która zajmuje się tą stroną zainteresowań Bonapartego. 

Kim byli i są Narodowcy? Tekst autorstwa Marka Chodakiewicza,  Wojciecha Muszyńskiego i Jolanty Mysiakowskiej Muszyńskiej, to bardzo analityczna monografia tego ruchu począwszy od jego początków do współczesności. To nie tylko antysemici i kibole. To wybitni myśliciele i elita narodu, których myśl została z wiekiem wypaczona i zakłamana, a i dziś ludziom przecież porządnym kojarzy się z czymś złym.

"Do Polskiego Narodu należą spolszczeni Niemcy, Tatarzy, Ormianie, Cyganie i Żydzi, jeżeli żyją dla wspólnego ideału Polski (...) Murzyn lub czerwonoskóry może zostać prawdziwym Polakiem, jeżeli przejmie dziedzictwo duchowe polskiego narodu, zawarte w literaturze, sztuce, polityce, obyczajach i jeśli ma niezłomną wolę przyczynienia się do rozwoju bytu narodowego Polaków."
Wincenty Lutosławski




piątek, 1 września 2017

A więc wojna!

Zapraszam wszystkich czytelników do obejrzenia filmu (prezentacji) autorstwa mojego i kolegi Tomasza, z którym razem prowadzimy portal Stary Sochaczew. Film, a w zasadzie pokaz miał swoją premierę w Noc Muzeów w Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą.


Zdjęcia pochodzą ze zbiorów naszych, MZSiPNB oraz sympatyków witryny i naszej działalności.

Czy zawsze jest tyle pytań, ile odpowiedzi?



Nie... jest zawsze o jedno pytanie więcej...

wtorek, 29 sierpnia 2017

Troskliwy Misio i karząca ręka Jako-Tako

Ponieważ postarałem się odsunąć od polityki, zajmując innymi sprawami, w czym pomaga mi aktualne zadanie, którego efekt w formie przybranej w kartki i okładkę pojawi się mam nadzieję późną jesienią, znacznie mniej tego tematów poruszam na blogu (w ogóle mniej się udzielając), a nawet zainteresowanie tym co kto gdzieś tam powiedział, spadło na plan dalszy. 
No ale się przecież nie da. Bo TV epatuje najpierw sporem z jakimś francuskim Micrusem, któremu słusznie odpowiedziała Szydełkowa, że powinien się zająć sprawami swojego kraju, (w którym od maja poparcie dla tego chłopczyka spada regularnie), a nie szukał guza po Europie. 
Otóż ten mąż opatrznościowy mąż odkrył nagle, że zarobki pracowników delegowanych do pracy za granicą  są nierówne, w zależności od tego skąd i kto ich deleguje.
Ci którzy łapią się na lep rzekomej dobroci w postaci równych zarobków, znajdą się z ręką w nocniku. Nie będzie żadnych równych zarobków, bo polskie firmy, które delegują pracowników po prostu padną, gdyż nie będzie ich na to stać. Nie mówi się głośno już o tym, że koszty utrzymania pracownika delegowanego są wyższe, niż pracownika lokalnego, bo dochodzą koszty jego ulokowania, dojazdu itp. Ale nie tylko o to chodzi. Macron chce również skrócenia okresu delegacji z 24 do 12 miesięcy, co za tym idzie przetransferowania składek z polskiego budżetu do francuskiego. Działanie Żabojada jest wyjątkowo wredne i antypolskie, gdyż ze swej strony gra o niewielką stawkę - rzędu 30 tys dusz pracowników delegowanych. Uderza też w legalnie pracujących pracowników, bo pracująca na czarno większość ma nosie jego walkę o delegację. 
Szczytem hipokryzji jest twierdzenie że to wszystko jest dla dobra Polskiego pracownika.

Burzę wywołał wpis Jakiego(ś) Patryka, który osobiście zastosowałby tortury i karę śmierci w przypadku grupki gwałcicieli z plaży we Włoszech. Burza nie ma sensu, gdyż osobiste wrażenia Jakiego(ś) nie mają najmniejszego wpływu na to, że kary śmierci nie ma i już nie będzie. Przynajmniej nie w najbliższym czasie. Poza tym dziwnie dalekosiężny wzrok jest tegoż osobnika, który wytężając go na włoską plażę, pominął całkiem lokalne miasto jak Łódź, gdzie w wyniku dziesięciodniowej "zabawy" trzech zwyrodnialców zmarła młoda kobieta. Ożywiona polemika dotknęła też tematu samej kary śmierci. Otóż wbrew obiegowej opinii mam bardzo duże przeświadczenie o jej skuteczności - gdyż nie zdarzyło się, żeby poddany jej morderca jeszcze później komuś coś zrobił. Nie nazwał bym też jej karą, ani odwetem, (byłaby nim, gdyby stosować ją do wszystkich jak leci, nie widząc różnicy między złodziejem, który nakryty przez ofiarę palnął ją zaskoczony kandelabrem, a sadystą, który kilka godzin z premedytacją oprawia swoją ofiarę - zresztą art. 148 kodeksu karnego przewiduje dla takich inną kwalifikację czynu - zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem) - jest środkiem zapobiegawczym, który powinien być dopuszczony prewencyjnie - jak dopuszczalne jest zabicie napastnika w samoobronie. Nie tak dawno bowiem państwo miało nie lada orzech do zgryzienia w postaci niejakiego pana Trynkiewicza, a jestem pewien, że podobne typy o mniej spektakularnych nazwiskach po prostu wychodzą na wolność. O tym kto jest odpowiedzialny za ich ewentualne zbrodnie panuje głucha cisza. 

Oczywiście kolejnym orężem w rękach przeciwników kary śmierci są pomyłki sądowe, ale i te, przy współczesnym poziomie technik śledczych i wyłączaniu spraw poszlakowych - można zlikwidować całkowicie. Ale żeby się już nie rozwodzić - nie przemawiają do absolutnie żadne argumenty przeciw kś, serwowane przez jej przeciwników, gdyż każde można w zasadzie zbić rzeczowymi kontrargumentami.

Zadziwia mnie czasem przekierowanie zasad szeroko pojętego humanizmu na sprawcę, kosztem ewentualnych ofiar. Ale nie pierwszy to i nie ostatni przykład takiego wywracania poszewki na lewą stronę.

sobota, 26 sierpnia 2017

Zawisza nad Bzurą

O niedzielnej imprezie popełniłem obszerniejszy wpis na Stary Sochaczew.






Od siebie tylko powiem, że poszliśmy brać z Małasem udział w konkursie rycerskim, pomimo, że siąpił uporczywy deszcz. Biegając za młodym z parasolem byłem przez parę chwil wręcz przeszczęśliwy, pomimo że deszcz nastroszył mi resztkę "piór" na głowie i począł ściekać po karku. 
Udzieliliśmy wywiadu dla radia, w którym wyraziłem żartobliwie uwagę, że w razie niepowodzenia w konkursach, pani matka może mnie chcieć skrócić o głowę, zjedliśmy pyszną grochówkę, w końcu wieczorową porą obejrzeliśmy pokaz walk rycerskich.






Młody wrócił do domu z dyplomem skryby, z pięknie ręcznie wypisanym imieniem i nazwiskiem. Muszę przyznać że do ćwiczeń z kaligrafii, które były warunkiem uzyskania dyplomu podszedł bardzo sumiennie.


sobota, 19 sierpnia 2017

Piknik Wojskowy

Tak jakoś chronologia mi padła. Na szybko - parę fotek z pikniku wojskowego - zeszła niedziela, czyli 13 sierpień. A jeszcze wcześniej 7 Wieków Historii, odsyłam do swojego minireportażu na StarySochaczew.pl.
Piknik wojskowy w zasadzie ograniczył się do pokazania kilku przestarzałych już sprzętów i porcji grochówy z kuchni polowej. Po tą zupę ustawiła się długaśna kolejka, jakby ludzie nie znali obiadu...

Podobała mi się wystawa herbów stosowanych na przestrzeni dziejów w Polsce.



Przegląd piosenki wojskowej w wykonaniu chóru "Patria"


Wystawa herbów Polski, przygotowana przez Łukasza Kucińskiego.


Młody jest zadeklarowanym pacyfistą. Z łaski wlazł do tej szoferki.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Ikony na zamku

Ostatnio mało się udzielam na blogu, za to dużo piszę. Praca nad moim nowym projektem pochłania wiele godzin, więc jestem trochę ograniczony czasowo i odchodząc od zajęcia, chcę raczej zażyć świeżego powietrza i spaceru. Ale pokażę Wam kilka zdjęć z plenerowej wystawy ikon, na której wczoraj byliśmy, właśnie w ramach owego spaceru.

Wszystkie są dziełem sochaczewskich artystów, uczestników warsztatów pod kierunkiem Elżbiety Maciątkiewicz. Jest to już druga wystawa, którą utrwalam, ze względu na to w dużej mierze, że ikony piszą moja ciotka i siostra cioteczna. :)









poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Kronika rodzinna

I po urlopie. Blogowałem bardzo oszczędnie, bo troszkę nie było na to czasu. Wyprawiliśmy w tak zwanym międzyczasie Małasowi urodziny, a skończył 9 lat. Na imprezę jak co roku przyjechał m.in mój brat z Olsztyna, którego Małas bardzo lubi i nie mógł się doczekać. Chrzestna wykonała obraz - na którym jest Małas i nasz domowy pupilek - Puśka. Prezent nietypowy i oryginalny.
W mieszkaniu panował ogólny bałagan, gdy młody się dowiedział, że wujek może być już lada chwila poderwał się wyraźnie zaniepokojony.
- Ojej, to posprzątajmy! Chociaż ze stołu...
Racja, stół to bardzo istotny mebel.
Urodziny przebiegły jednak w ogólnie posprzątanym mieszkaniu, a nie tylko stole.



Brat przebywał kilka dni, podczas których ponownie - drugi już raz w te wakacje pojechaliśmy do Płocka. W poniedziałek, kiedy jak na pech wszystkie muzea były zamknięte. Pospacerowaliśmy więc tylko po molu i starówce, zjedliśmy obiadek i lody, po czym wróciliśmy do domu. Ale Płock znajdzie swoje miejsce na blogu.

Największe upały spędziliśmy zaś nad rzeką. I po raz pierwszy chyba wszedłem do nurtów Bzury - którą pamiętam z dzieciństwa jako jeden wielki kanał ściekowy. Dziś jej czystość zaskakuje, gdyż sądziłem że trzeba jeszcze wielu lat, by pozbyć się złogów śmierdzącego mułu, który ją zalegał. 

Wejście do chłodnej wody zadziałało podczas upałów jak zastrzyk energii, zniknęło gdzieś zmęczenie i otępienie. Młody był również przeszczęśliwy i wyciągnąć go z rzeki było raczej trudno.



wtorek, 1 sierpnia 2017

Puszcza się obroni?

W wielkim skrócie bo mamy upały.

Szyszko wycina nadal drzewa, ekolodzy protestują, zignorowano nawet zakaz Trybunału Sprawiedliwości. Tymczasem znalazłem dwa artykuły z 2005, które dokładnie opisują jaki może być los Puszczy Białowieskiej na przykładzie Lasu Bawarskiego. Pozostawiony naturze - przegrał walkę z kornikiem i umarł. Komentarz tamtejszych leśników jest taki, że stała się naturalna kolej rzeczy - choć wyciki dokononano w otulinie, by uniknąć roszczeń ze strony właścicieli lasów prywatnych. 

Las stary umarł, an jego miejsce powstaje nowy, choć los jego, według różnych komentarzy jest niepewny, bo nie ma żadnej pewności, że za parę lat kornik nie zaatakuje go ponownie, ale współczesne pokolenie na pewno żadną puszczą się cieszyć nie będzie.






sobota, 29 lipca 2017

Podziemia Krakowa

Mamy 28 czerwca 2013 roku. Zwiedzaliśmy wtedy ze znajomymi i ich pociechą podziemia Krakowskiego Rynku. Efekt 5 letnich badań archeologicznych przechodził wszelkie pojęcie. Kilka metrów pod ziemią zalegały od setek lat skarby, które odsłonięto zaledwie 3 lata przed naszą wizytą. Jak to możliwe?
Otóż po każdej napaści czy katastrofie związanej ze zniszczeniem miasta, wszystko zasypywano warstwą ziemi i wznoszono od nowa. Dzięki czemu 4 metry pod ziemią zachowały się np piwnice XIII wieczne kramów Bolesławowych (Pierwsza wzmianka o tych budynkach pochodzi z czasów Bolesława Wstydliwego). A w zasadzie Kazimierza Wielkiego, bo za jego czasów je wymurowano. Dawne tarasy wiekowych kamieniczek stały się również z czasem ich piwnicami.

Fragment przedwiecznego bruku z dębowym krawężnikiem.

Na ścianach i na tzw kurtynach parowych wyświetlane są scenki z życia starego Krakowa - oto w jednym z zaułków strażnik miejski wygania przekupkę z jajami, w innym jakiegoś biedaka ciągną na miejsce kaźni. Przed wejściem na jednej z kurtynie widok na rynek, ale byliśmy też świadkami zupełnie współczesnej scenki rodzajowej - słychać nagle wrzask: - „Niee, ja tam nie wejdę…!!!” – jakiś facet wnosi rozwrzeszczanego dzieciaka na oko 4 lata przewieszonego przez ramię… My weszliśmy bez wrzasku na szczęście, ale z rozdartym malcem jeszcze się spotkamy.

Chwilami zwiedza się po przezroczystych pomostach, dzięki czemu relikty archeologiczne otaczają nas ze wszystkich stron. W pewnym momencie pod stopami przezroczystymi taflami znalazła się cała średniowieczna Europa, z zaznaczonymi szlakami wiodącymi do Krakowa. Ideą przewodnią wystawy jest podkreślenie, że Kraków był ważnym ośrodkiem średniowiecznego chandlu powiązanym z Hanzą - potężnym związkiem kupieckim. Handel to był wtedy ciężki kawałek chleba - dosłownie. Na wsytawach można obejrzeć bochny ołowiane, plastry miedziane, bałwany solne - które ważono na tzw. wielkiej wadze gdyż wszytskie surowce transportowano w ogromnych kawałach - choćby dlatego, że trudniej było takie ukraść. Jeden taki "bochen" uchował się w okolicy wielkiej wagi, prawdopodbnie dlatego, że zawieruszył się podczas zamieszek w 1311 roku, kiedy nastąpił bunt wójta Alberta. 

Ołowiany bochen (fot. kol. Rafał)

Plastry miedzi. (fot. kolega Rafał)

Niezbędniki w chandlu - waluta i odważniki.
Idąc dalej natrafiamy na pożogę – w hologramowe płomienie trawią chaty sprzed 1000 lat… W pewnym momencie ktoś z personelu nawołuje w ciemnościach rodziców z dziećmi, w przeszklonym pomieszczeniu odbędzie się pokaz, legenda o Kraku i Smoku Wawelskim. Głos Jerzego Treli, ubrany w sędziwego kruka ilustruję nam historię jak to Książe Krak pokonał gada. W momencie kiedy mowa jest o pojawieniu się smoka, ze ściany na szynach wyjeżdża, świecąc oczami i rycząc jego łeb. Na ten widok, wcześniej już poznany przy wejściu chłopczyk w panice i z krzykiem przerażenia wybiega z salki.



Projekcja się kończy, odrywamy malców od gier edukacyjnych (ubieranie dawnych postaci i praca w dawnej pracowni) i idziemy dalej. Stajemy przed ekranem, na którym widać nasze postacie. Jeżeli wyciągniemy kartę z planem, pojawi się na niej trójwymiarowy budynek, który możemy obracać na wszystkie strony razem z kartką. Takich trójwymiarowych rekonstrukcji jest więcej, w gablotach obracają się trójwymiarowe budyneczki. Chłopaki dopadają do kolejnej atrakcji, szukanie na ekranie dotykowym zabytków w wykopie archeologicznym. Bawimy się razem z Nimi. Za ekranem w wykopie odkryte groby, bo w końcu podczas wędrówki natrafiamy na cmentarz.


Kościół można dosłownie poobracać w ręku.


W szklanych gablotach znajdują się wszystkie niemal artefakty, które znaleziono pod rynkiem. Zadziwiają różnorodnością, nie są to tylko zwyczajne śmieci, ale także rzeczy cenne, choćby biżuteria.


Misternie wykonana rękojeść sztyletu.

Gliniane figurki.

Akcesoria do pielęgnacji fryzury.

Grzechotki, resztki ozdób, groty strzał,

Marzenie dam - stara biżuteria.
Można bylo tez pooglądać jak na przestrzeni dziejów zmieniał się Kościół Mariacji.

Około 1360
Około 1500
Kolejną salę zalewa naturalne światło, eksponując całą makietę Krakowa. Zdumieni zadzieramy głowy do góry i okazuje się że patrzy na nas Kościół Mariacki, przez dno fontanny, która przed nim stoi. Małas był chyba zdziwiony najbardziej.




Następny korytarz wiedzie nas już do wyjścia, ze jednej strony są pomieszczenia, w których wyświetlane są prezentacje o dawnym Krakowie, naprzeciw zaś obrazy dawnych władców Krakowa. Dzieciaki chichoczą, staję przed obrazem Jadwigi… nagle… Pani z obrazu odchyla w geście znudzenia głowę do tyłu! Kazimierzowi Jagiellończykowi ośmiela się na królewskim berle siąść mucha, którą król obserwuje z wyrazem oburzenia na twarzy. Postacie z obrazów się ruszają, kiwają głowami, marszczą brwi, wodzą oczami.


Projekt uruchomienia tak wymyślnej ekspozycji przenosi zwiedzającego w niemal bajkowy świat. Bajkowy, bo taki, którego już nie ma. Ale Kraków to ogólnie bajeczne miasto, choć nieco przykryte po fasadą drogich restauracji i markowych sklepów, oraz wielojęzycznym tłumem turystów.