czwartek, 23 listopada 2017

Ojciec, tolerować? Tolerować!


Niektórym się wydaje, że istnieje gdzieś jakiś piękny wspaniały świat, nazwijmy go umownie "Zachodem", gdzie panuje nowoczesność, wzajemnie poszanowanie, gdzie pozornie liberalnie nastawione rządy wspomagają obywateli (wszystkich!) w samorealizacji itd. itd.
Oczywiście jest to jak zwykle prawda, sama prawda i gówno prawda.
Wspomniałem o pozornym liberalizmie - i tu trzeba zaznaczyć że liberalizm jako taki jest utopią. Dlatego tworzy się różnego rodzaju zbitki leksykalne, typu liberalizm lewicowy, liberalizm konserwatywny, ba, nawet chrześcijański. Liberalizm jako taki zawsze mi się kojarzył z tą najbardziej rozkrzewioną obecnie ideą, którą uznałbym za lewicową. No ale skupmy się na tej idei robienia każdemu dobrze, bo już tu mamy problem, gdyż coś co ma wyzwolić jednych, na ogół, a w zasadzie zawsze ogranicza drugich. Zmusza do uznawania racji narzuconych przez bliżej nieokreślone autorytety, miesza i rozwadnia pojęcia - najbardziej jaskrawym przykładem jest tu słowo tolerancja.
Zajrzyjmy do Wikipedii. Dowiemy się, że słówko pochodzi z łaciny od rzeczownika tolerantia (cierpliwa wytrwałość), lub czasownika tolerae - wytrzymywać”, „znosić”, „przecierpieć”, „ścierpieć”, ale również „popierać” i „podtrzymywać” 

Czyli w końcu popierać, czy zaledwie znosić?  Patrzę na przypis, autorem tego rozmydlenia pojęć jest jakiś Hans Oberdiek, a pochodzą one z wydanej w 2001 roku książki "Tollerance. Between Forbearance and Acceptance" (Tolerancja, Pomiędzy wyrozumiałością a akceptacją). Przejrzałem szereg tekstów z użytym słowem tolerate, tolerowany i nigdzie nie wystąpił on w kategoriach poparcia. No ale pan Oberdiek jest profesorem, z pewnością znalazł jakieś przypadki, żeby było na jego. Jest to zjawisko rozchwiania, bądź przesunięcia znaczeniowego, bardzo przydatne przy tworzeniu nowych ideologii z użyciem ogólnie przyjętych określeń.

I tu pora na małą przypowieść.

Otóż zdarzało się i pewnie nadal się zdarza, że w jakichś społecznościach rodzi się garbus. Obecnie już w większości wiadomo na ogół, dlaczego ludzie mogą być garbaci, choć istnieje coś takiego jak Choroba Scheuermanna, w przypadku której nadal jednak nie wiadomo.
 Im dawniejsze czasy, tym gorzej było być garbusem i trudno nawet wyrokować, czy przyzwolenie na życie w społeczności, choć wśród szykan i złośliwości było już objawem tolerancji. Powodów garbacenia też nie upatrywano wcale w medycynie, ale w złych urokach, karach boskich itp. Oczywiście z biegiem czasu rozwija się empatia do osób dotkniętych w ten sposób kalectwem, nie ma już naśmiewania się, pojawia się współczucie, zrozumienie, próby ułatwienia życia, diagnozowanie i ewentualne leczenie. 
I nagle wyobraźmy sobie, że pojawia się grupa, która twierdzi, że garbaci są w społeczeństwie jednak dyskryminowani, bo siedzenia w autobusach nie mają wcięć na garb i osobom tym siedzi się niewygodnie. A nie ważne, że ich jest już jakiś znikomy promil, garbaty zawsze się jakiś znajdzie.  Rusza kampania medialna, z jakichś zakamarów wyciąga się uskarżających na swój ciężki los inwalidów, powstaje szereg manifestów, projektów zmian przepisów, w których oprócz wgłębienia w siedzeniach  znajdują się inne postulaty. Choćby takie, że skoro nie da się zdiagnozować istnienia garba, to pewnie jest on czymś naturalnym, taką alternatywną sylwetką. I nadchodzi dzień, kiedy wszystkie fotele autobusowe zostają wymienione. Siedzi się w nich oczywiście niewygodnie, ale przecież tak ma działać tolerancja według nowocześnie propagowanych definicji.

sobota, 18 listopada 2017

Ciemni Łowcy cz. 1 - Ochrona

Zamiast kolejnego wałkowania różnych obrzydliwości ze świata polityki, odprężająca historyjka z nutą grozy. Short opowiada o parze Łowców duchów i potworów, prowadzących zakład usługowy. Większość stworzonych przeze mnie opowiadanek odnosi się do literatury grozy.

CIEMNI ŁOWCY CZ 1 - OCHRONA

Nasz gość był bardzo blady. W ogóle wyglądał niezdrowo, podkrążone oczy, chudy jak szczapa, jednym słowem - słabo rokował.
- I mówi pan, że to wszystko przez klątwę?
- Dokładnie tak. W dzień zapadam w sen, w nocy nie mogę spać. Jak tylko słońce wstaje - śpię jak dziecko. Ale to pół biedy. Kiedy zasnę, boję się że ON przyjdzie.
- ON, czyli...
- Proszę to zobaczyć.
Podał nam małą karteczkę:


"Obrzydła kreaturo!

Nie ujdziesz z życiem. Już wkrótce przyjdę po ciebie.
H."

- Prześladuje mnieee - Nasz klient się rozszlochał. - Dostałem to wczoraj. Nawet nie mam jak się bronić przez tą cholerną śpiączkę.
- Spokojnie. Damy panu ochronę. Zobaczymy ki czort pana nawiedza. Przyjdziemy rano, przed wschodem słońca.
Sprawa była dziwna, cokolwiek dręczyło naszego klienta zachowywało się inaczej niż zwyczajne stwory mroku. Zamiast w nocy, nawiedzało w dzień. Dokładnie kwadrans po piątej zjawiliśmy się pod wskazanym adresem, od wschodu słońca dzieliło nas jeszcze kilka minut. Nasz gospodarz nie spał jeszcze, ale nie minęło kilka chwil, a faktycznie zwalił się jak kłoda do łóżka i zaczął chrapać.
Skryliśmy się w pokoju - ja za firanką, kolega w szafie. Nie trzeba było długo czekać, gdy do pokoju cichcem wsunęła się jakaś sylwetka w długiej szacie, czy też płaszczu. W panującym jeszcze półmroku dostrzegłem przez firankę wydłużony, niemal czworokątny łeb. Trzeba było działać szybko. Mój wspólnik wyskoczył z szafy i władował w intruza dwie kule - jedną srebrną, drugą dla pewności z rtęciowym rdzeniem, ja - również dla pewności - gdy ciało zwaliło się na podłogę odciąłem mu czerep poświęconym mieczem Merlina. Szybko poszło, ale o dziwo ciało nie wyparowało, nie rozpłynęło się w cuchnącą maź, tylko leżało i krwawiło. Głowa potoczyła się pod łóżko niedoszłej ofiary, a my zapaliliśmy latarkę i zaczęliśmy się przyglądać kadłubowi. Ciało jak ciało, rzekłbym... ludzkie. Partner mój schylił się przytomnie i zaczął je obszukiwać. Wyjął coś z wewnętrznej kieszeni płaszcza.
- Ty zobacz...
Wziąłem do ręki... dokumenty?
- Abraham van H... O ja pitolę, chyba spieprzyliśmy temat...
Rywalizowaliśmy z Bramkiem, ale nasz wyczyn podpadał pod nieetyczną bardzo metodę walki z konkurencją. I wcale nie był to jedyny ani najpoważniejszy zarzut.
- A ten kwadratowy łeb?
- Ten tuman chodził w cylindrze... O, tutaj leży. I kołek wzór AD 1897. Osika, dobry na...
- Stul dziób, wiem na co to jest. Co z nim robimy? - Wskazałem na chrapiącego w najlepsze wampira, gdyż nie ulegało wątpliwości kim był nasz zleceniodawca. Nosferatu, wąpierz, krwiopijca, szatański pomiot i... cholerny cwaniak.
- Innym razem. On sobie wyparuje, ten zostanie i trzeba się będzie tłumaczyć. A tak jak się ocknie, to on go będzie miał na głowie, jestem pewien, że wie co robić. Spadamy.

środa, 15 listopada 2017

W radiu mnie nie było...

Miałem okazję "obywać" się w lokalnym radiu. :)

Tak, ten łysiejący typ to ja...



Zainteresowanych do opowieści o przeszłości mojego miasta zapraszam do posłuchania.



poniedziałek, 13 listopada 2017

Zasady nienawiści

Nie milknie fala oburzenia po sobotnim marszu, Premier Szwecji chciałby go zakazać, choć nie odbywa się on w jego kraju. Izrael również oburzony, a wiadomo - to państwo słynie z propagowania tolerancji na całym świecie, choć niestety do jedynej słusznej nacji. 

Nikt nie zastanawia się, dlaczego radykalizm coraz częściej pojawia się w przestrzeni publicznej. 

Znajomy z Niemiec, notabene lekarz, który ma swoją klinikę, nie jakiś tuman ze zmywaka, dokładnie odmalował podczas naszego ostatniego spotkania sytuacje i trzeźwienie Niemców z pozytywnego nastawienia do emigrantów. Skala przestępczości wśród tej grupy nie jest do końca znana, policjant, który przyszedł do niego na wizytę, oświadczył że ma zakaz rozmawiania o czynnościach operacyjnych związanych z uchodźcami (emigrantami).  Zasiłek emigranta nominalnie przekracza dochody średnio zarabiającego Niemca - gdyż oprócz niego zwolniony jest on z opłat, które musi płacić normalnie pracujący obywatel. Niemcy mają dość, o wiele bardziej niż się wydaje.
Czy należy się więc dziwić, że w najbliższym czasie będzie nas czekać eskalacja przemocy i nasilanie się nastrojów rasistowskich?

Z niższego pułapu startują doniesienia o tym, jak emigranci z Maroka świętowali zwycięstwo swojej drużyny piłkarskiej, demolując Brukselę i tocząc niemal regularną wojnę z policją. Skoro tak okazują radość, jak będą okazywać wściekłość?


Analogiczne zajścia miały miejsce w Paryżu, ale tam policja jak do tej pory nawet nie pochwaliła się statystykami.

Strach nie jest wyimaginowany, a tam gdzie panuje strach budzą się upiory. I agresja. 
U nas nie ma emigrantów, wydawać by się mogło, że sytuacja jest spokojna. Jeżeli jednak w świetle wydarzeń za granicą trwa debata, czy emigrantów przyjąć, a co poniektóre państwa UNII próbują wywierać nacisk, aby Et Verbum caro factum est, czemu przyklaskują rodzime środowiska lewicowe, mamy to co mamy czyli kipisz. 

Idea ruchu narodowego była mi jako fascynatowi historii bliska, choć niekoniecznie w takim wydaniu, jakim oferowana jest ona współcześnie - brak jest skonkretyzowanej ideologii tego ruchu, choć szansa ogarnięcia tematu pojawiła się się w 2014 wraz z powstaniem RN (Ruchu Narodowego) w jego obrębie pojawiło się kilka osób rozumnych np. Leszek Żebrowski, Stanisław Michalkiewicz, lub choćby Krzysztof Bosak. Kierunek nadany przez Romana Dmowskiego, jako patrona tego ugrupowania, byłby kierunkiem dobrym, ale dla niektórych Roman jest za miękki. 
Niestety, RN nie utrzymał całej radykalnej prawicy, gdyż poza nim rok później znalazł się ONR.
Zresztą ONR przed wojną nie był również organizacją jednorodną,  z tzw. "Falangi" rekrutowali się najwięksi "żydożercy", którzy działając w szeregach okupacyjnych struktur konspiracyjnych, nagle otrzymali carte blanche na odstrzał Żyda. Tak, były takie przypadki! 
ONR ABC był organizacją złożoną z ludzi, którzy mieli jednak trochę lepiej poukładane w głowie, plus byli członkowie, którzy nie weszli do żadnej frakcji po rozłamie, jak Mosdorf, czy Piasecki. 

Dzisiejszy Ruch Narodowy ma jednak poważny problem z tożsamością. Jeżeli rzecznik Młodzieży Wszechpolskiej pan Pławski oświadcza, że jego ruch to narodowi szowiniści, a w Polsce powinna funkcjonować dwustronna identyfikacja etniczna, dlatego ”osoba czarnoskóra nie jest Polakiem”, to potwierdza hasła z transparentów, wycina poparcie dla ruchu czarnoskórego uczestnika marszu Bawera Aondo-Akaa i nie jest w stanie uratować sytuacji fakt, że pan Pławski po tej wypowiedzi przestał być rzecznikiem MW. Mleko się rozlało.

Winnicki i Bosak, odcięli się wprawdzie od tych słów, ale wychodzi na to, że nikt nie kontroluje tego co myślą i czynią członkowie ruchu. Sytuacja jest skomplikowana, gdyż brak kontroli może spowodować rozłam na jeszcze bardziej radykalne ugrupowania i faszystowskie bojówki demolujące budki z kebabami i tłukące ich klientów zaczną być faktem.







niedziela, 12 listopada 2017

Marsz

Z Marszu przyjechał właśnie mój ojciec, który regularnie odbywa na niego pielgrzymkę z Olsztyna i zawsze relacjonuje mi różnice między tym co widział, a tym co pokazano w TV.  Na podstawie relacji telewizyjnych niektórzy wyrobili sobie bardzo negatywną opinię na jego temat i nie jest ona zupełnie nieuzasadniona, choć swoją drogą trwa tendencja i to od kilku lat, odstraszania ludzi od obchodów tego Święta. Ten rok i poprzedni obył się na szczęście  bez większych ekscesów. Znaczy mam na myśli rękoczyny, bo na znajomym blogu pokazały się zdjęcia transparentów, których tam nie powinno być. 

Odniosę się do zdjęcia i wpisu zapożyczonych z bloga Grety Baggins, której zaniepokojenie i zniesmaczenie jest całkiem zasadne.


 "Biała Europa braterskich narodów"... cóż to u jasnej cholery znaczy? Dlaczego Europa ma być biała? Pierze się ją w proszku tylko do białych tkanin?
Budzi moje kolejne zastrzeżenie "celtyk" po środku - używany przez neo-nazistów, oraz neo-banderowców. Jest to znak kontrowersyjny i moim zdaniem powinno się z niego zrezygnować, choć nacjonaliści tłumaczą, że jest to znak o wiele starszy niż ruchy faszystowskie i nazistowskie, które obrały go sobie za jakiś fetysz i jest symbolem niepodległości. Mogę zapytać - co z tego? Swastyka również jest starsza niż III Rzesza, a mimo tego nikt tego analogicznie nie tłumaczy. Poza tym Celtowie nie są nijak związani z walką narodowowyzwoleńczą Polaków, dlatego też ci powinni zostawić go w spokoju, tym bardziej że mamy swoje symbole i nie musimy krzyża celtyckiego małpować.  Nie był on także używany przez ONR przed wojną, a do ich  tradycji odwołują się przecież dzisiejsi narodowcy.

Tu odwołam się do fragmentu artykułu z Onet.pl autorstwa Marcina Makowieckiego:

Idiotów wyprowadzić!

Czy na Marszu Niepodległości byli faszyści i rasiści? Byli. Mój redakcyjny kolega z ”Do Rzeczy” Karol Gac donosił o grupie niezaproszonej przez organizatorów, która po włączeniu się do pochodu skandowała hasła w stylu ”Ku Klux Klan”, albo ”Sieg heil”. Pojawił się transparent z napisem ”Biała Europa braterskich narodów”, były również pojedyncze flagi z krzyżem celtyckim. Nie mam wątpliwości, że każdy z tych idiotów powinien być przez organizatorów Marszu wyproszony. To oni dają bowiem pożywkę i wątłą – ale jednak – podstawę do wrzucania dziesiątek tysięcy ludzi do jednego worka podpisanego ”faszyzm”.

No właśnie, organizatorzy wykazali się indolencją, pozwalając, by takie pustogłowia tułały się na obchodach narodowego święta. Poza tym po prawej stronie baneru widzę znak ONR-u, czyżby nie byli zaproszeni? Jest to przykład braku edukacji i niejednorodności ruchu narodowego, więc nie jest to pożywka wcale taka "wątła". 

Ale nie oni jedni byli na marszu.

"Równoczesne protestujący przeciw nim ludzie z Antify nie stanowią głosu zaniepokojonych tendencjami skrajnie nacjonalistycznymi Polaków. Tak jak niektórzy twierdzą, że mamy w kraju ”antysemityzm bez Żydów”, tak sami ci, często z twarzami zakrytymi kominiarkami młodzi ludzie, to rodzaj ”antyfaszystów bez faszyzmu”. Nieskładna grupa, w której zamiast biało-czerwonych flag, przyniesiono czarne, czerwone i tęczowe. I hasła po arabsku oraz transparenty w stylu ”lepiej być uchodźcą, niż katolikiem Błaszczakiem”. Co to, do cholery, jakaś licytacja? Święto niepodległości to kolejny ideologiczny front internacjonalizmu?"

Tych się nie pokazuje w telewizji zbyt często. Nie ma też na nich takiej nagonki. Marsz "Antify", miał motto "Za wolność naszą i waszą" - choć jest to skrócona wersja tego hasła - pierwotnie było to "W imię Boga za wolność naszą i waszą...".




czwartek, 9 listopada 2017

Księga

Ostatnio mój znajomy objawiał niesamowitą wręcz ekscytację. Mimo licznych prób, namów i podstępów, nie byłem w stanie dowiedzieć się jednak od niego ani słowa na temat przyczyn owej ekscytacji. Zorientowałem się jedynie, że czeka na jakąś przesyłkę.
Faktycznie, kurier dostarczył w końcu niewielką paczkę, na widok której mój kolega doznał niemal ekstazy.
- Wiesz co to jest?
- No?
- Rzecz niezwykle rzadka. Kilka miesięcy wiodłem negocjacje z pewnym niemieckim księgarzem. Jest to... - łobuz nie odmówił sobie dłuższej przerwy dla zachowania dramaturgii i podsycenia mojej ciekawości.
- Jest to jeden z nielicznych egzemplarzy księgi napisanej przez Szalonego Araba*. - wyrzucił z siebie jednym tchem.
- Tego Araba?
- Dokładnie tak. Znasz dobrze jej dzieje. Wiesz jak trudno znaleźć kopię. Arabski oryginał zaginął bezpowrotnie. Zresztą i tak nic bym z niego nie zrozumiał. Rozesłałem jednak do wąskiego grona znajomych okultystów pytanie, kto mógłby mieć na sprzedaż jakieś wydanie księgi Szalonego Araba i pół roku temu skontaktowano mnie z Hansem Klossenkopfem, którego nakłoniłem w końcu do sprzedaży.
- Otwieramy?
- Jasne. Może być niebezpieczna, wpierw zabezpieczę stół egzorcyzmami i zaklęciami.
Narysował szereg symboli i znaków, kredą i kurzą krwią. Przystąpiliśmy do otwierania paczki. Naszym oczom ukazała się księga...
- Przecież to "Kor...
- Milcz!


*Autorem Necronomiconu miał być "Szalony Arab" El Hazzared. Jest to fikcyjna postać wymyślona przez pisarza Howarda. P. Lovecrafta, tak samo zresztą jak i Necronomicon. Howard napisał historię Necronomiconu w formie eseju, co utwierdza do dziś wielu naiwnych, że taka książka istnieje naprawdę. Nie na wiele się tu zdało nawet tłumaczenie samego pisarza, że ją wymyślił, a konkretnie - przyśniła mu się. Są tacy którzy twierdzą, że Lovecraft zdradził zbyt wiele i się wycofał, albo że została mu objawiona we śnie, ale potwierdza to jej prawdziwość.



poniedziałek, 6 listopada 2017

Sezon

... na grzyby ma się ku końcowi. Ale dawno nie trwał tak długo.

Tymczasem pogoda w weekend była tak ładna, że te grzyby (które lubię zbierać, ale nie bardzo jeść) mają drugorzędne znaczenie.





sobota, 4 listopada 2017

Kontr - wywiad

Z zaprzyjaźnionego bloga pochodzi ten oto wywiad. A w zasadzie kontr-wywiad, bo wymieniliśmy się z Asmodeuszem pytaniami. W sumie prawie na dwulecie chyba naszej blogowej znajomości (no może 1,5 roku).

- Mam Cię za umiarkowanego konserwatystę. Bardziej zaangażowanego w lokalną społeczność niż zainteresowanego polityką sensu stricte. Ciekaw jestem na ile się pomyliłem i jak byś sam określił swoją postawę polityczną. Jak się kształtowała. Skoro jesteśmy przy polityce i stać Cię na szczerość: jak oceniałeś ostatnie zwycięstwo PiS, jak oceniasz dziś, a jeśli Cię coś rozczarowało (nawet pozytywnie) – to co?

Generalnie przez większość życia miałem poglądy liberalne. Około roku 2008 zaczęło się coś psuć w tej ładnej i kolorowej układance. Wtedy wpadło mi w ręce kilka pozycji odbrązawiających ideę, które leżą u podstawy współczesnego liberalizmu. (Łysiak, Ziemkiewicz i kilka innych, których nie pomnę) Nie bez znaczenia były tu pewne wydarzenia - przerobienie mojego miejsca pracy w gruzowisko i nasze prywatne śledztwo, które przeprowadziliśmy z kolegami. Następnie w kolejnej pracy znajomość z pewnym Serbem, inna ocena wojny w Jugosławii i książka "Nato na Bałkanach" (manifest W. Łysiaka, który nazwał tą interwencją zbrodniczą napaścią poznałem później, wraz z jego interpretacją przyczyn tej wojny).  Gdy Kaczyński mówił o panującym w Polsce układzie, pokryło się to z moimi wnioskami i wiedzą, stąd może zwrot w prawo w dziedzinie nie tylko idei, ale także polityki.

Trudno mi jednoznacznie ocenić to zwycięstwo. Wynika ono z trendu, który widoczny jest w całej Europie, nie można nie zauważyć, że wziął się on stąd, iż liberalizm przestał być wydolny wobec niektórych wydarzeń, które dotknęły stary kontynent. W Polsce nie dało się ukryć już postępującej korupcji władzy, choć zawsze byłem zdania że za nią nie stoi konkretny pogląd, czy to lewica, czy prawica czy co innego, ale sam fakt posiadania władzy. Ci ludzie byli według mnie do politycznego odstrzału. Czy zachwycała mnie perspektywa PISu u władzy? Średnio. Obawiałem się eskalacji pewnych "samograjów", jak katastrofa smoleńska (ale o dziwo nie rozwinęła się w takim stopniu jak się tego obawiałem), nie podobała mi się wizja nadrzędnej roli Kaczyńskiego - raz z powodu już wieku, dwa traumatycznej skazy w postaci śmierci brata, która ma wyraźny wpływ na funkcjonowanie państwa. Byłem też zdania, że środowisko PISu okaże się równie patogenne jak PO. 
Co mnie rozczarowało. - Brak dyplomatycznego wyczucia, zawłaszczanie i manipulacje historią, w końcu nachalna i zupełnie moim zdaniem bezcelowa centralizacja władzy nominalnej.
Pozytywnie oceniam na ten moment działania ministra Morawieckiego i próbę naruszenia układu, choć obawiam się, że w jego miejsce powstaje inny. Nawet to kontrowersyjne 500+ uznałbym w naszej sytuacji jako pewien krok w dobrym kierunku - przecież takie zapomogi funkcjonują na zachodzie.
Na inne rzeczy patrzę z perspektywy kogoś, kto dobrze zdaje sobie sprawę, że władza nominalna i realna to dwie różne rzeczy.    

- Już wiemy (Twoi czytelnicy) jaki jest Twój stosunek do tradycji i narodowości. Rodzi się jednak pytanie, jak sobie radzisz z tymi elementami tradycji, które trudno uznać za pozytywne. Doprecyzuję: bohaterzy narodowi i rzesze ofiar ich bohaterstwa, oraz tradycje narodowe jako źródło dzisiejszej ksenofobii.

Wszystko zależy od tego jak się te wartości odbiera. Jeżeli jako pretekst do wywyższania się - nie jest dobrze. Z tradycji i historii należy wyciągać wnioski, tymczasem wielu ludzi, organizacji, które się utożsamiają z wartościami narodowościowymi tkwi w jakimś skostniałym schemacie. Trzeba jednak odróżnić szowinizm od patriotyzmu i nacjonalizmu, podczas gdy większość ludzi się nad tym nie zastanawia i atakuje ich przejawy jako nierozerwalną całość. Problem zarówno z jednej jak i drugiej stronie tkwi w niedouczeniu i dezinformacji.  


- Kiedyś pisałeś, że najbliżej Ci do agnostycyzmu. Odnieść się do tego cytatu: „Innym możliwym rozwiązaniem byłoby w ogóle nie dokonywać wysiłku myślenia. Byłby to dla mnie zgniły, leniwy agnostycyzm: po prostu nie obchodzi mnie pytanie o Boga”. (Anselm Grün, doktor teolog, duszpasterz katolicki), „Bóg zagubiony” (ja tego zdania nie podzielam) Spróbuj uzasadnić swój agnostycyzm, szczególnie w kontekście sprawczości, życia po życiu oraz, co rozumiesz przez „świadomość”, jak rozumiem, istniejącą poza świadomością ludzi.

Oczywiście można tak postrzegać agnostycyzm. Niektórzy stosują w praktyce słowa Anselma Grüna, mieniąc się nawet na zewnątrz wyznawcami jakiejś religii. Dla mnie niemożliwym jest poznanie Boga i jego istoty jako takiego, dysponując naszymi ziemskimi możliwościami. Wizja Boga jest ludzkim wyobrażeniem, pytanie jednak skąd się te wyobrażenia mimo wszystko biorą. Co skłania ludzi do myślenia o Bogu i dlaczego go potrzebują. Dlaczego, gdy go odrzucają, tworzą często struktury lub ideę przypominającą religię. Dlaczego w końcu pomimo odrzucenia istnienia bytu nadnaturalnego nie odrzucając wartości, które powstały dzięki religiom jako nakazy bóstw. Są różne teorie na ten temat, które jednak nie wyczerpują tematu. Oczywiście można założyć, że religie tworzono po to, by nakazy i zakazy usankcjonować jakąś wyższą, ponadludzką siłą, ale wtedy nie widać sensu w tworzeniu złożonych i skomplikowanych systemów religijnych. Te zaś mnie fascynują, choć ich interpretacji dokonuję na własny rachunek, stawiając pytania a nie próbując narzucać nikomu swoich wniosków. Najbliżej mi rzecz jasna do Katolicyzmu, bo w nim dorastałem. Ale nie przeszkadza mi żaden inny system religijny. Mam tylko wątpliwości co do jednego - Islamu, gdyż nie jestem pewien, czy za jego powstaniem stała chęć utworzenia systemu religijnego. Mam taką książkę "Rozwój umysłowy Europy" wydaną w Polsce w roku 1875, prywatnym sumptem, gdyż znalazła się na indeksie książek zakazanych przez KK i tam ocena islamu jako religii, a koranu jako dzieła literackiego jest druzgocąca. Ale to tytułem dygresji.

- Napisałeś u siebie, że postawą idealną powinien być stoicyzm i przytaczasz fragment jej definicji. Ale w tej samej Wikipedii jest uściślenie: „Człowiek powinien płynąć z "prądem" przemian natury i robić to, co dyktuje mu cnotliwy rozum. Oznacza to więc w praktyce wypełnianie obowiązków wynikających z naturalnej kolei rzeczy (takich jak obowiązki rodzinne, zawodowe itp.), ale nie szukanie dodatkowych zajęć i podniet”. Jesteś pewien, że to jest to, o czym każdy człowiek chce i powinien marzyć? Gdzie tu miejsce na marzenia i ich realizację, gdzie miejsce na szaleńcze uczucia, bez których życie mogłoby się okazać nudne, szare i do d...?

Ależ cnotliwy rozum nie zawsze narzuca życie szare i do d... Zależy co rozumiemy przez dodatkowe podniety - bo równie dobrze może to być polowanie z nożem na ludzi po zmroku, albo skok z samolotu bez spadochronu. Ten ostatni staje się racjonalnym źródłem zadowolenia (dla poszukiwaczy ekstremalnych wrażeń) jednak z niezbędnym zabezpieczeniem. Poza tym ta definicja nie jest do końca logiczna, bo gdyby wszyscy płynęli z prądem przemian natury, skąd by się te zmiany brały? 

- W formie odbicia piłeczki. Miałem pytać o zamiary literackie, ale już odpowiedziałeś notką. Ograniczę się wiec do pytania, jakie postawiła mi Ninel: „Moje czytelnictwo - wpływ na rozwój, decyzyjność i codzienną egzystencją”.

Eee... Może jaśniej, jaśnie Panie? :D Czytelnictwo wpływa na rozwój, bo coś tam nam w głowie zostaje na ogół. Czy wpływa na decyzyjność i codzienną egzystencję? Może, ale jest to u mnie wpływ mocno ograniczony, bo ostatnio czytam głównie opowiadania grozy. I stare pamiętniki. Za miesiąc może będzie to zupełnie co innego, mam nadzieję że nie kilkuletnia zapaść, bo były takie lata, że nie skończyłem czytać żadnej książki w roku.

- Również w formie odbijania. Jak Ty zapatrujesz się na przemiany kulturowe i społeczne ludzkości i czego się po niech spodziewasz?

Jestem pesymistą. Uważam że ludzie nie wyciągają wniosków już nawet nie z jakieś odległej historii, ale nawet z wydarzeń niedawnych. Kierują się impulsami jako zbiorowość, które wyzwalają skrajne zachowania. Myślę, że naturalnym procesem będzie osiągnięcie pewnego apogeum cywilizacyjnego i nagły regres - mieliśmy już w dziejach do czynienia z takimi sytuacjami. 

piątek, 3 listopada 2017

Pamietnik Danuty

"Rodzice zdecydowali, że pozostanie w mieście jest niebezpieczne, więc następnego dnia z rana wyruszyliśmy pieszo na wieś, gdzieś pod Żyrardów. Wzięliśmy ze sobą ten kolegi rower (on z rodziną też wyjechał) i ruszyliśmy w drogę. Szliśmy szosą, obsadzoną po obu stronach wysokimi drzewami, ale były też odcinki nieobsadzone. Nad nami ciągle przelatywały bombowce lecące w stronę Warszawy. Samoloty leciały bardzo nisko. Dopóki szliśmy wśród drzew, był spokój, Natomiast gdy wyszliśmy na szosę nieosłoniętą drzewami, natychmiast zaczęto nas ostrzeliwać z samolotów. Rozbiegliśmy się na wszystkie strony, lecz celem był rower, na niego szły głównie pociski. Wreszcie domyśliliśmy się, że z samolotu widać błysk niklowanej ramy roweru. Gdy później nadlatywały samoloty, uciekaliśmy jak najdalej od niego. Niemcy sobie tłukli do niego, a my spokojnie leżeliśmy dalej w rowie. Dziwne, że ani razu nie został trafiony."

To pisała moja ciotka, Danuta, młodsza siostra babci. Ostatni element do mojej książki. Będzie to opowieść która zacznie się na początku XX wieku, a zakończy na roku 1945. Motywem przewodnim będą dzieje dwóch rodzin, więc pokusiłem się, a w zasadzie pokusiliśmy, bo książka ma współautorkę, o dodanie wątku genealogicznego, gdyż odkryliśmy, że rodziny nasze pochodzą z jednej linii. Był to niezwykły zbieg okoliczności, bo panią Gabrielę, z którą piszę książkę poznałem przypadkiem, a z pokrewieństwa zdawali sobie sprawę najwyżej nasi pradziadkowie - w zasadzie mój pradziadek i jej dziadek - bracia cioteczni. A później... osobliwy przypadek połączył naszych przodków w czasie okupacji - mieszkali po sąsiedzku w jednej kamienicy i razem przeżywali ciężkie lata 1939 - 1945. A przypadek dnia dzisiejszego polega na tym, że nie dość żeśmy się spotkali, to jeszcze zainteresowało nas napisanie na podstawie rodzinnych opowieści książki.

    

wtorek, 31 października 2017

Przyspieszenie

Nadchodzi kiedyś taki moment, kiedy tempo tego co się dzieje z nami i dookoła nas zaczyna przyspieszać. Już nie wystarczy życia na robienie "czegoś", bo "coś" się robi z naszym życiem. To jest chyba ten moment - kiedy należy zrobić wypośrodkowanie. (PWN - «ustalić coś, wybrać, odrzucając skrajności»). W dzisiejszych czasach, jak zauważyłem jest to niezwykle trudne. Ludzie chyba uwielbiają skrajności. Jakby bali się, że harmonia to nuda, przeterminowana definicja, która oznacza jakieś dogorywanie w przydzielonej sobie szufladzie. To dlatego ludzie pragną żyć skrajnościami.  Skrajnie wysokie mniemanie o sobie, miesza się ze skrajnym upodleniem samego siebie. Dlatego nawet w pracy na n-tym piętrze biurowca można chodzić w drogim garniaku, albo na golasa.

Używając nuty ironii, to bieganie na golasa jest skrajnym przykładem. Każdy z nas ma w sobie jakieś granice, które przekracza, albo których nie przekracza, w zależności, jak bardzo chce wypośrodkowane  życie prowadzić. We mnie na przykład miesza się chęć zrobienia czegoś, z niechęcią robienia czegoś. Niektóre moje poglądy można uznać za skrajne. Tymczasem postawą idealną powinien być stoicyzm.

Czyli..

"zasada osiągania szczęścia przez wewnętrzną dyscyplinę moralną, sumienne spełnianie tych obowiązków, które spadają na nas naturalną koleją rzeczy, oraz odcięcie swoich emocji od zdarzeń zewnętrznych, czyli utrzymywanie stanu spokojnego szczęścia niezależnie od zewnętrznych warunków." (Za wikipedią)

Ze stanu rej dyscypliny mogą wyprowadzać problemy rodzinne, bo nie da się odciąć emocji np od osób, które kochamy. Ale reszta świata? 

Ze stanu dyscypliny wytrąca mnie również głupota bliźnich. A nie powinna, gdyż jest zjawiskiem wiecznym i powszechnym. A jednak - jak patrzę jak ludzie marnotrawią swój czas na zajęcia, które nic nie wnoszą do ich życia, rośnie we mnie jakaś irytacja. Drażni mnie powtarzanie pojęć bez znaczenia - tylko dlatego, że ktoś je wymyślił i rozpowszechnił, dodając do nich jakąś definicję. 
Drażni mnie kalkowanie poglądów, bez poświęcenia im chwili pomyślunku.

A potem nadchodzi przyspieszenie. I umykają nawet te głupoty.




niedziela, 29 października 2017

Kombii Torwar 27 października

Pojechałem sobie na koncert. Wprawdzie fanem Kombi, ani Kombii nie byłem nie jestem i pewnie nie będę, ale koncerty lubię i ten był przedni, bo nie zajechał mi uszu playbackiem. Koncert rozpoczął dość ciekawy wieczór, który skończył się późną nocą.



Nagrałem sobie fragment utworu "Linia Życia", takiego mojego number one tego zespołu. Naprawdę fajnie to brzmiało i nawet nie tak źle brzmi nagrane na komórkę.




czwartek, 26 października 2017

Wywiad z Jerzym Stuhrem

Staram się ostatnio nieco dystansować do tego co czytam i pochopnie różnych zjawisk, czy wypowiedzi nie oceniać. Przeczytałem wczoraj wywiad z Jerzym Stuhrem, choć może nie powinienem się nawet zbliżać do tego co aktualnie pan Jerzy pisze czy mówi. Dlaczego? Bo zawsze sympatyzowałem zarówno ze "starym' Stuhrem jak i "młodym" Stuhrem. Nie przeszkadza mi, że mam całkowicie inny pogląd na niektóre sprawy, potrafię słuchać takiego wywiadu i nie mam z tym problemu i w zasadzie na ogół wszystko gra, chyba że pojawia się zdanie, słowo, które wyprowadza mnie z równowagi, a bardzo rzadko się zdarza, żeby się nie pojawiło. Żeby była jasność dotyczy to zdecydowanej większości artystów bez względu na poglądy, bo ci związani z prawicą są równie żenujący, tyle że jest ich mniej i rzadziej wchodzą mi przed oczy.  Mam jednak żal, gdy wypowiedź wychodzi od człowieka, którego generalnie szanuję.
Jerzy Stuhr wydał książkę "Moje smoki na dobre i na złe". Wydał, bo skończył 70 lat. Czytałem dwie recenzje, które mnie wprawdzie nie mogły zniechęcić, bo na ogół unikam sypiących się ostatnio jak igły z suchej choinki wyrobów literackich różnych celebrytów i aktorów, ale wynika z nich że kolejna książka autorstwa JS jest pomniczkiem wystawionym swojemu ja. Z okazji wydania książki udzielił także wywiadu i ten przeczytałem. Mam wrażenie że te 70 lat, zakończyło w życiu aktora pewien etap, część dalsza będzie czerpaniem z czasów, kiedy Stuhr miał coś do powiedzenia jako artysta. Czas który w zasadzie minął. Tylko on tego jeszcze nie zauważył, bo o ile Stuhr pedagog, człowiek, czy zawodowy aktor, potrafi się zdystansować do siebie i ma wiele ciekawego do powiedzenia, to Stuhr jako artysta pozbawiony już jest w dużej mierze samokrytycyzmu.

Krytyka pana boli?
Trzeba iść dalej. Na tym etapie życia, ta krytyka już nie ma wpływu. Dawniej miała, na to co się ze mną i z filmem, mogło dziać. Dzisiaj, to nie ma znaczenia. Oni to wiedzą i dlatego są zdenerwowani.

"Krytyka w Polsce upadła?
 Tak. I te ich krytyki pod moim adresem są głupie. Jakby one były mądre, to bym się nimi naprawdę przejmował."

Z krytyką spotkał się ostatni film "Obywatel" z 2014 r. i chyba o to panu Jerzemu chodzi, bo nie omieszkał się pochwalić że dostał za ten film nagrody. Też nie oglądałem, szczerze mówiąc nawet nie wiedziałem, że coś takiego jest. Opinie w necie różne, jednym się podobało, drugim nie. "Newsweek" chwalił, prawica ganiła... nihil novi. Ale to fakt, że film po premierze przestał w zasadzie istnieć i po dwóch tygodniach wyświetlania w kinach pałętał się nadal gdzieś pod koniec liczącej się listy rankingowej (9 miejsce w box office, wyprzedzając zaledwie takie produkcje jak "Facet (nie) potrzebny od zaraz" i "Pani z Przedszkola" i przegrywając z innymi komedyjkami jak np "Wkręceni") powinien dać panu Jerzemu do myślenia, a nie krytyka ani nagrody które za niego dostał, zważywszy że świadczą one o tym, że kino stricte polskie praktycznie nie istnieje i po prostu nie było nic lepszego, czemu te nagrody można by było przyznać. Ale może Stuhr stał się już doskonałością i dalej ani rusz, więc krytykę faktycznie może mieć w d.. uszy. Ową doskonałość zresztą w sobie dostrzega sam - porównując się w następnej wypowiedzi do Felliniego, choć na szczęście tylko troszeczkę.

Ale nie to mnie dobiło. 

"Zdarza się, że za granicą musi się pan tłumaczyć z Polski? 
- Pomalutku tak. Byłem w Perugii, miałem tam wykłady. Perugię znam, pracowałem tam lata całe. Już teraz mieszkam w najbardziej ekskluzywnym hotelu. Różnie to bywało, szkoły mi wynajmowały mieszkania, w każdym razie teraz jest Baglioni - najlepszy. Świetna atmosfera, przychodzi do mnie maitre d’hotel, znał mnie z filmu i pyta ”Maestro, czy wy naprawdę jesteście za torturami i karą śmierci?”.
– Obruszyłem się, co pan do mnie mówi? – myślałem, że się przesłyszałem.
– Bo w ”La Repubblica” jest wypowiedź waszego ministra, Partyka Yakiego (Jakiego) i on mówi, że trzeba torturować tych, co zgwałcili w Rimini i wymierzyć im karę śmierci.

 Jak się mnie pani pyta, jak się czuję jako Polak za granicą, to powolutku już mówię żonie na ulicy: ”Tylko nie za głośno po polsku”. Już się na tym złapałem."

Żaden, rząd,  obojętnie jak podły i zły, nie powinien być powodem, aby wypierać się lub wstydzić swojego pochodzenia. I kim jest jakiś maitre d'hotel (zarządca hotelu) by mu się tłumaczyć z tak kretyńskich insynuacji? Może trzeba było się go spytać, czy cały naród włoski pałał miłością do dyktatora Kaddafiego, po tym jak premier Berlusconi pocałował go w rękę? A może Włosi wstydzili się mówić swoim językiem po głośnych na całą Europę wybrykach ich premiera?
Stuhr zaczynał swoją karierę w latach 70, zastanawiam się, czy wtedy też wstydził się mówić po polsku, bo przecież tkwiliśmy w komunie, zamordyzmie i tak dalej... Pewnie nie, bo o wykładach w Perugii nawet nie marzył.

Tymczasem coraz częściej niechęć i opór przeciwko władzy jest przerzucany na cały naród. Stuhr zresztą nie raz i nie dwa powiedział co myśli o swoich rodakach, ba nawet w tym wywiadzie:

Jedno pytanie, patrzy pan na całą Polskę ze sceny, i co widzi? Jakim jesteśmy społeczeństwem? 
- Niedouczonym. Niewychowanym.

Fakt, trudno się nie zgodzić z tymi określeniami. Tak jest - tylko czy  profesor i pedagog Jerzy Stuhr naprawdę widzi w polskim społeczeństwie tylko to?  Ma tylko dwa słowa zarezerwowane dla współczesnego Polaka? I tak chwała mu, że użył tu tylko dwóch, bo znane mi są jego wypowiedzi o wiele bardziej kwieciste, a wnikliwa obserwacja, za którą Stuhr jest gdzieniegdzie  chwalony ogranicza się do biczowania na oślep cech narodowych.

Cały wywiad tutaj:

https://ksiazki.wp.pl/jerzy-stuhr-maestro-czy-wy-naprawde-jestescie-za-torturami-i-kara-smierci-obruszylem-sie-6180515836995201a

wtorek, 24 października 2017

Dysputa



Ludzie ci nadchodzili z trzech różnych kierunków, każdy z nich odziany w powłóczystą szatę podpierał się długą laską, która przydawała szacownego wyglądu. Ich spotkanie w tym konkretnym miejscu mogło być dziełem przypadku, albo wynikiem szeroko pojętego przeznaczenia, lecz w kontekście naszej opowieści nie ma to najmniejszego znaczenia.
Mężczyźni spotkali się w końcu w owym miejscu i zaczęli przyglądać sobie nawzajem z zaciekawieniem. W końcu jeden z nich, przełamując krępującą ciszę przemówił tak.
- Witajcie bracia. Jestem wysłannikiem dobrej nowiny, oto głoszę wam przesłanie jedynego Boga z Płowym Wąsem. Cudowny Jego wąs, niczym słońce rozświetla nasz świat promieniem prawdy, a każdy kto go wysłucha, zostanie zbawiony.
Na to kolejny z wędrowców odpowiedział.
- Miło was spotkać, bracia. Ja z kolei głoszę wyznanie Boga z Czarną Brodą. W brodzie mojego Boga zawarta jest prawda, jak gwiazdy na wieczornym niebie. Każdy kto ją dostrzeże, dostąpi łask.
Ostatni podrapał się po głowie, i także powiedział co miał do powiedzenia.
- Mój Bóg, jako absolut nie posiada żadnego zarostu, gdyż tylko czysta i nieskalana nim twarz jest symbolem niczym nie przesłoniętej prawdy.
- O moi bracia… Zgadzamy się zatem że Bóg jest jeden. Pozostaje tylko wyjaśnić kwestie tego zarostu. Z przykrością stwierdzam że trwacie w błędzie. Czarną brodę każdy fałszywy bóg może zapuścić, a twarz nieogolona nie może o niczym świadczyć, gdyż jest jeno twarzą bez wyrazu. – odezwał się wyznawca Boga Płowowąsego.
- Ja bym się nawet zgodził z jedną z twoich tez, bracie, ale na co komu ten wąs? Broda jest smbolem mądrości, a wąs… no cóż to tylko wąs.
- Moi drodzy, żal zalewa moje serce, że zamykacie uszy na prawdę. Tam skąd pochodzę, twarz brodą lub wąsami zasłaniają jeno zbójcy. Zaprawdę – czy chcecie aby wasz bóg był im podobny?
Na to każdy z trzech wyznawców gdzieś z zanadrza wyciągnął księgę. Na pierwszy rzut oka wszystkie wyglądały identycznie i dyskutanci nawet byli skłonni przyznać, iż jest to ta sama księga. Ale okazało się rychło, że każdy ma inne zdanie na temat słów tam zapisanych. Dyskusja która nastąpiła później, zaczęła zajmować coraz więcej czasu oraz przybierać na impecie i nasileniu decybeli. W międzyczasie za dyskutującymi zebrał się spory tłumek. Ludzie słuchali ich argumentów i każdy stawał za którymś z wyznawców, a to Boga Płowowąsego, a to Czarnobrodego, a to Ogolonego. Nagle, któryś ze zwolenników Czarnobrodego wystąpił przed tłum:
- Zaraz! A dlaczego w zasadzie Bóg nie może posiadać zarówno wąsów jak i brody, skoro ten tam twierdzi, że może być cały ogolony!
Tego było za wiele dla proroka Ogolonego Boga.
- Bluźnisz… wszyscy bluźnicie i spotka was za to potępienie!
- Ty łotrze! Nie dość że pozwalam ci od dłuższego czasu głosić bezkarnie twoje herezje o jakimś... gołowąsie, to ośmielasz się grozić mi potępieniem! Przeklinam cię! - Wykrzyknął wyznawca Wąsów Płowych
- To ja cię przeklinam w imię Czarnobrodego! - ostatni prorok nie chciał być nikomu dłużny w hojnie rozdawanych przekleństwach.
- A ja was obu przeklinam też!
- Spokojnie, - odezwał się ktoś inny. – Skoro Bóg może wszystko, może sobie ogolić, albo wąsy, albo brodę, albo jedno i drugie. Sam tak robię, jak mi się nudzi moja twarz w lustrze.
- No jak nie jak tak! Ja twierdzę, że równie dobrze może mieć bokobrody… - odezwał się ktoś inny.
Tego z kolei nie wytrzymał Wyznawca Czarnobrodego i zdzielił laską heretyka wyznającego Boga Zmiennego Zarostu. Gdy ten padł nieprzytomny, usiłował także dosięgnąć tego do Bokobrodów, ale człowiek ów uciekł gdzieś w tłum. Prorok Ogolonego sprawnie sparował wymierzony weń cios laską i przyjął pozycję do walki, łypiąc na adwersarzy.
Tymczasem pierwszy z wędrowców (ten od Boga Płowowąsego) wyciągnął z zanadrza nóż. Zauważył jednak, że niewygodnie mu z nożem w jednej ręce, a z Księgą w drugiej, więc rzucił ją na bok. Na ten widok wszyscy z kieszeni, sakw, lub zza pasków wyciągnęli jakąś broń. Teologiczna dysputa miała tym samym wejść w kolejną fazę…

piątek, 20 października 2017

Znajdą się męczennicy...

Gdy czytam, że jakiś facet podpala się na placu defilad protestując przeciwko rządom PIS, "kopara mi zjeżdża do samej ziemi. W sieci znajduje się manifest owego człowieka, jest to bełkot, w którym wymieszane są nieskładnie wszystkie banały, jakimi karmią ludzi media, oczywiście te rzekomo wiarygodne.  Bełkot, jest nadzwyczaj metodyczny.

Stan rządów w Polsce faktycznie nie musi wzbudzać zachwytu, ale sięganie do takich środków w ramach sprzeciwu przypomina strzelanie z armaty do muchy, w sensie że skutek jest nieadekwatny do zamierzonego celu (o ile cel jest szczerze zamanifestowany). Bo co można  z tego wysnuć? Gość się naczytał, nasłuchał i albo mu po prostu odbiła szajba, albo dowiemy się za parę dni, że leczył się na depresję. Z tego też powodu, oprócz radykalnych oszołomów na razie nikt nie awansuje nieszczęśnika na świeckiego świętego, patrona obrońców demokracji, gdyż jest to miecz obosieczny, nie mówiąc że na bakier z etyką. 

Motywy różnych spaleń i samospaleń w dziejach nie musiały być poważne i nie były rzadkością. Weźmy takiego Herostratesa. Ten wprawdzie stał się prekursorem palenia kościołów, a nie siebie, ale czyn jego nie był manifestem antykapłańskim, zwróconym przeciw kultowi Artemidy, ale zwykłej chęci pozostania po wsze czasy w pamięci ludzi. Nie spalił się ze świątynią, ale musiał przewidzieć, że sława, którą pragnął osiągnąć źle się dla niego skończy. 
Niemal systematycznie manifestując o wolność dla swojego kraju od Chinoli palą się Tybetańczycy. 

Żeby nie sięgać do czasów starożytnych i miejsc oddalonych o setki kilometrów... 
W 2011 podpalił się przed kancelarią premiera Andrzej Ż. i nazwano to próbą samobójstwa z biedy, choć list adresowany do Tuska wskazywał inne pobudki - Andrzej Ż. pisał do premiera o korupcji w Urzędzie Skarbowym, który miał mu zniszczyć życie i prosił o wyjaśnienie jego rodzinie dlaczego nie mają męża i ojca.  W dwa lata później przed kancelarią premiera podpalił się kolejny desperat, ale ten już nie napisał o co mu chodziło.

Czyn samopodpalacza został "przykryty" właśnie atakiem nożownika w Stalowej Woli. Facet miał kiepski dzień.

Mam wrażenie że cały świat powinien zechcieć stanąć w płomieniach, w proteście. Przeciw nam, istotom, których cel istnienia zdaje się nie mieć precedensu.





środa, 18 października 2017

Niebezpieczne tematy

Oczywiście każdy ma jakiegoś znajomego, w obecności którego pewnych tematów lepiej nie poruszać. No ale skoro go już zna i jego nawyki, jest świadomy. Autor bloga niekoniecznie musi znać wszystkie zapatrywania swoich czytelników, choć lista niebezpiecznych tematów rośnie chyba z dnia na dzień i chcąc nie chcąc można zawsze coś trafić.

Zauważyłem ciekawą, choć niezbyt pozytywną rzecz. Ludzie na ogół komentując jakieś zjawisko rozpatrują je pod kątem "tu i teraz", a rzadko silą się na jakąś retrospekcję. Wkurza mnie taka dyskusja, co ostatnio ma wyraz w chęci zakończenia w ogóle rozmowy. Nawet w obliczu faktów, całkowicie przeczących czyjejś wydumanej rzeczywistości - ta osoba i tak będzie trwać przy swoim zdaniu. Ostatnio dowiedziałem się że ani mapy ani zdjęcia nie świadczą o lokalizacji jakiegoś obiektu. Że Ziemia może być przecież płaska. 

Czytam różne wypowiedzi, w portalach społecznościowych i przeraża mnie kolejna myśl - wiele osób jest za głupich, żeby pojąć słowo pisane. Docierają do nich powiększone hasła. Wycinki wypowiedzi rosną do jakichś uniwersalnych prawd, którymi etykietkuje się ludzi i zjawiska, różnymi niepochlebnymi określeniami. Do tych prawd można dobudować całą historię na temat bardzo złożony i trudny, wymagającego analizy. Ale komu się chce... W oczach oświeconego nie ma takiej potrzeby on zna  prawdę wyciągniętą z internetu, taki wyciąg z ... nie powiem czego, jak ktoś oglądał "Dzień Świra" może skojarzy. 
Poglądy - mordercza broń w ręku ludzi nijakich, bez siły na własne zdanie. Poglądy narzucone przez manipulatorów teraźniejszością, dla tych co im się nie chce. 

Czytam książkę, której autor opisuje jakąś rzeczywistość. Czytam komentarze i recenzje, ha, jakie to świetne. Nie zgadzam się, wcale nie świetne bo już coś takiego czytałem wcześniej. To jest wtórne. Ale podważanie zdania i czyjegoś entuzjazmu jest również niebezpieczne. 

... Nie lubię ludzi. Na razie niektórych. Lubię niebezpieczne tematy. Szukam osób, których podejście do niebezpiecznych tematów jest podobne. Nie muszę się z nimi zgadzać, mogę nawet pokłócić, ale świadomość że za ich słowami idą wyciągane wnioski i praca szarych komórek sprawia że ich szanuję. 

poniedziałek, 16 października 2017

Nokturny

Nokturn (z łac. nocturnus – nocny, od nox, noctis – noc) – obraz przedstawiający scenę nocną, zwłaszcza w przyrodzie.

Nokturn (wł. notturno, franc. nocturne, niem. Nachtstück, z łac. nocturnus: nocny) — bardzo spokojna i zrównoważona oraz równie nastrojowa instrumentalna forma muzyczna inspirowana poetyckim nastrojem nocy.

15 opowiadań grozy, z czego pierwsze i ostatnie podpadają niemal pod minipowieść. Connolly czerpie pełnymi garściami z dostępnego dorobku i oscyluje między nim, a receptą, że wszystkim znanym motywom można nadać znamiona grozy. I początek powiem szczerze, że z początku w mojej przynajmniej percepcji poszedł za daleko w tym kierunku, bo może zbyt wyraźnie widziałem w Buddy'm Kancero, Collie'go Enrtagiana, osadzonego w świecie z "Łowcy Snów"*, a w "Demonie pana Pettingera" "Króla Trupiogłowego" zakopanego pod kościołem** . To co jednak wyróżnia Connolly'ego to doskonale wycyzelowany warsztat i dlatego przemknąłem po pozostałych opowiadaniach z uczuciem towarzyszącym otworzeniu paczki czipsów - nie mogłem się oderwać. W całym zbiorze nie znalazłem opowiadania, które mógłbym uznać za słabe, a dodatkowo ich walory podkreśla styl. Choćby opis Króla Olch jest wręcz obrazem namalowanym słowami, a siedziba złowieszczego stwora w Stawie Baala, ("Głęboka, ciemna zieleń") wręcz całym koszmarnym pejzażem. Przedstawienie w ten sposób nawet znanych skądinąd motywów uwalnia autora z wszelkich oskarżeń o wtórność.
Po lekturze ostatniego opowiadania "Oko innego Świata. Opowieść o Charliem Parkerze" zacząłem się zastanawiać, czy jednak dopiero w dłuższych formach literackich o bardziej wielowątkowej fabule autor nie  rozwija w pełni skrzydeł. Być może się nawet przekonam, bo Charliego i jego nieco cyniczno-prześmiewczych komentarzy wręcz nie da się nie polubić.

* We wszystkich jest wykorzystany wątek "roznosiciela zarazy" - przy czym trawiący bohaterów byt posiada inteligencję i potrafi sterować swoimi nosicielami.

**obydwa opowiadania poruszają wątek uwięzionego przez ludzi nieśmiertelnego i bardzo krwiożerczego potwora

czwartek, 12 października 2017

Eksperyment

Dzień pierwszy.

Mam zamiar w pewnej zbudowanej przez siebie rzeczywistości umieścić jakieś dwa, a może w przyszłości więcej obiektów. Celem eksperymentu będzie utworzenie doskonale zharmonizowanego miniuniwersum, w którym działać będą owe skorelowane ze sobą i z otoczeniem obiekty.

Dzień siódmy

Utworzenie odpowiedniego środowiska i owych obiektów trochę mnie zmęczyło. Ale chyba mogę mówić o sukcesie. Muszę sprawdzić na ile możliwa jest interakcja z obiektami. Jestem też zadowolony z estetycznej strony przeprowadzonego eksperymentu, gdyż nie podobały mi się dzieła moich kolegów, którzy wychodząc z założenia że forma jest w eksperymencie nieistotna poprzestali na jakichś przelewających się w probówkach glutach.
Mam dwa zasadniczo się różniące obekty, których budowa nie wynika jedynie z potrzeby zaspokojenia wrażeń estetycznych, ale umożliwia również dalszą replikację już bez mojego udziału. Na razie prowadzę obserwację, ale za jakiś czas spróbuję zacząć oddziaływać na swoje dzieło.

Dzień ósmy.

Interakcja jest możliwa. Ale w sumie bezpośrednia interakcja w to otoczenie będzie po pierwsze bardzo pracochłonna, po drugie nudna. Umieszczę tam sondę z wszelkimi przydatnymi informacjami, która działa na zasadzie nadajnika. Z czasem obiekty przyswoją nadawane przez nie treści i zaczną się rozwijać, tworząc środowisko o jakim myślę, bo na razie ich wiedza jej raczej znikoma.
Użyję czegoś nie rzucającego się w ich otoczeniu w oczy, drzewa może... Tylko muszę ich jeszcze uprzedzić, żeby przypadkiem go nie zepsuli.

Dzień dziewiąty.

Na nic. A mogłem użyć innego kształtu. Pożarli część sondy. Nie wiem gdzie są wszystkie jej części, a co gorsza muszę zmienić całe środowisko na mniej przyjazne, bo z całą tą wiedzą jaka zawarta była w sondzie lada chwila rozlezą mi się po całym laboratorium, chyba że zaabsorbują się na jakiś czas w kwestie czysto egzystencjalne. Swoją drogo niepokoi mnie ich przekora, przekaz był przecież jasny, a teraz nie dość że schrzanili urządzenie, jeszcze mi usiłują wmówić, że ktoś im kazał.

Dzień dziesiąty.

W terrarium panuje ogólny marazm i defetyzm. Mam wrażenie że mogę na jakiś czas zająć się czym innym, bo wiele się tu nie zmieni.

Dzień piętnasty

Jakby trochę ich więcej, czyli zadziałał mechanizm reprodukcyjny. Ale zaczęło śmierdzieć. Chyba czas trochę przepłukać terrarium, bo robi się syf.

Dzień szesnasty

Jasna cholera, zapomniałem zakręcić wodę. Zalało wszystko, na szczęście jakiś kumaty zdołał zmajstrować obiekt pływający. Nic, trzeba będzie poczekać aż woda odparuje, potem powiem im że tak miało być bo się wkurzyłem, czy coś...

Dzień sześćdziesiąty.

Wszystko wyschło, ale interakcja z osobnikami, które przeżyły jest marna. Jak nie wyartykułuję tego co chcę z jakiegoś krzaka, czy innego obiektu, który znają ze swojego otoczenia to gapią udając że nie rozumieją. A może faktycznie następuje jakiś regres i nic nie rozumieją... Jak tak dalej pójdzie będę musiał przerwać badania, zlikwidować eksperyment i zacząć od nowa. A mogło się to wszystko utopić...

Dzień sześćdziesiąty szósty

Dziwnie się zachowują przed tymi krzakami. Jakieś dziwne ruchy... Czyżby sądzili że cały czas w nich siedzę?

Dzień sześćdziesiąty dziewiąty

Bez sensu. Środowisko odbudowałem, może się jeszcze przyda, ale obiekty ulegają dalszej regresji. Przejawiają zachowania nieracjonalne i autodestrukcyjne. Trzeba je zlikwidować, gdyż w ogóle nie rokują...


Dzień siedemdziesiąty trzeci

Ale mam problem. Terrarium znalazł mój syn i strasznie się zachwycił. Nie wiem co mam z tym zrobić, chłopak siedzi tam cały czas, obserwuje ich i aż piszczy z radości. Twierdzi, żeby mu dać na urodziny, bo ma jakiś sposób na naprawienie wszystkiego. Jakoś w to nie wierzę, ale niech mu będzie...