piątek, 29 grudnia 2017

Inkwizycja - prawdy i mity

Dostałem pod choinkę książkę - "Inkwizycja" autorstwa Michaela Baigenta i Richarda Leigha. Tak z ciekawości postanowiłem sprawdzić, kto najchętniej bierze się za pisanie o tych płonących stosach Świętego Oficjum i co z tego wynika.



Baigent i Leigh najbardziej znani są z pozwu, jaki wystosowali przeciw Danowi Brownowi, za jego "Kod da Vinci", który miał być plagiatem ich pozycji z 1982 roku p.t. "Święty Graal Święta Krew". Co prawda wszystkie zawarte w niej rewelacje o Zakonie Syjonu itp. okazały się bujdą, spreparowaną przez niejakiego Pierre Plantarda, ale temat pożył sobie własnym życiem do roku 1992, kiedy to wyżej wymieniony przyznał się do mistyfikacji. Proces zaś panowie przegrali, pozostając z rachunkiem na pokrycie kosztów sądowych, co mogło być powodem zejścia na serce Leigha w 2007 roku, czyli w rok później.

Natomiast wyłania się tu pewna ciekawostka, zarówno autorzy (mniej lub bardziej świadomie) jak i czytelnicy (w pełni nieświadomie) także żyli tą bujdą, rozreklamowaną przez Browna. Jeszcze nie zdążyłem przeczytać książki, którą dostałem, wpadło mi w oczy kilka fragmentów i ilustracje, ale już to mi wystarczyło, żeby zorientować się, że tu też potraktowali temat dość pobieżnie i nie siląc się na weryfikację stereotypów. 

W przypadku "Inkwizycji" autorzy korzystali głównie ze źródeł anglosaskich, - de facto protestanckich, którym z oczywistych względów na rękę było przerysowanie skali okrucieństw Inkwizycji. To co ostatecznie stało się popkulturowym obrazem - ową "Czarna Legenda Inkwizycji", niekoniecznie jest prawdą, ale w obronie Inkwizycji występuje niewielu adwokatów, a jeżeli się już tacy znajdują przemilczają nieraz bezsporne fakty, które świadczą na jej niekorzyść. 

Roman Konik jest autorem książki "W obronie Świętej Inkwizycji", z której możemy się na podstawie źródeł dowiedzieć, że osławiony inkwizytor - ikona okrucieństwa Bernard Gui na 913 spraw, tylko 42 przekazał do sądów świeckich co było równoważne z wyrokiem śmierci. Że odsetek wyroków śmierci w prowadzonych przez trybunały inkwizycyjne spraw wynosił 5 %. Że liczba stosów hiszpańskiej inkwizycji w latach 1484 - 1700 to 2000, a nie rozdmuchane przez "internety", publikacje i filmy - dziesiątki milionów. Że znacznie częstszymi karami niż stos był nakaz pielgrzymki, modlitwa, lub udział w wyprawie krzyżowej, a spalenie było częstokroć tylko symboliczne, bez oskarżonego w roli "pieczystego".
Brednią jest też wyrafinowane i długotrwałe torturowanie oskarżonych - tak naprawdę tortury nie mogły zagrażać życiu i całości członków i nie można było ich stosować wielokrotnie (tu zdarzały się jednak nadużycia o czym za chwilę). 

Najbardziej znaną książką i chyba najbardziej wiarygodną jest pozycja Henry'ego Kamena "Inkwizycja Hiszpańska", w której autor wykazuje mechanizm Inkwizycji na podstawie lektury ich protokołów - i był on faktycznie dużo łagodniejszy niż to się przyjmuje, lecz także wybiórczy i powolny, często niszczący ludzi konfiskatami majątku, lub latami spędzonymi w lochu w oczekiwaniu na proces. Kamen wspomina też o nadużyciach przy torturach - tzw. zawieszeniu tortur, ażeby można było je ponawiać, gdyby oskarżony odwoływał zeznania.
Fakty, te Konik pominął, ale wynika z tego, że prawdą jest, iż winowajca zdecydowanie wolał stanąć przed trybunałem inkwizycyjnym, niż przed sądem świeckim.

Ile stosów płonęło tak naprawdę w Europie? Za dużo, obojętnie, czy były to stosy rozniecane przez inkwizycje, czy przez protestantów, pomimo, że o stosach tych drugich już tyle się nie rozprawia.

środa, 27 grudnia 2017

Takie tam poświąteczne

No więc udało mi się wygrać książkę w konkursie na krótkie opowiadanie kryminalne, które zamieściłem na blogu przed świętami. :)
Poza tym w końcu zdecydowałem się na aparat, który dziś z powodu pięknej pogody testowałem.

Taka zabawa filtrami, zbliżeniami i kadrowaniem rzeczy bardzo zwyczajnych.








piątek, 22 grudnia 2017

Vendetta

Miniatura kryminalna, czyli zabaw literackich cześć dalsza. :)

Ignorując tabliczkę, informującą o groźbie wypadku, wszedłem do obskurnej, opuszczonej kamienicy, posuwając się słabo oświetloną klatką schodową na trzecie piętro. Budynek był tak cichy, że każde stąpnięcie niosło się głuchym echem aż na samą górę… Wszedłem pod wskazany mi wcześniej adres. Byli tam już chyba wszyscy, Rudy Mike, Johnny Poker, Angel Eye… Siedzieli milcząc w półmroku i czekali najwyraźniej tylko na mnie. 
Pierwszy odezwał się jak zwykle Boss.
- Wiecie dobrze, że od jakiegoś czasu ktoś z nas tutaj sypie. I dziś powiem wam kto. 
- Wiesz już kto to? – spytał Poker, a reszta towarzystwa się ożywiła.
- Jeszcze nie. Za chwilę jednak dowiemy się wszyscy. Na naszym ostatnim spotkaniu, wspomniałem wam o przerzucie towaru i o waszej w nim roli. Szczegóły co do miejsca mieliście dostać później.
Nastąpiła wyczekująca cisza.
- Otóż każdy z was dostał inną lokalizację. I do każdej z nich wysłałem ludzi z lipnym towarem. Po wykonaniu zadania, mają się zameldować, w ostępach 10 minutowych począwszy od godziny 22. Zobaczymy, którzy tego nie zrobią… 
Punktualnie o 22:10 zadzwonił pierwszy telefon.
- Mike jesteś czysty. 
Minuty rozciągały się w czasie, łamiąc zasady fizyki. Telefony zdzwoniły jeszcze dwa razy. 22:20… Wpół do jedenastej… Za dwadzieścia jedenasta głucha cisza… wszyscy wyczekująco spojrzeli na Bossa.
Ten wymówił cicho moje imię. Cienie powstały ze swoich siedzeń, zbliżając się do mnie bez słowa. Wiedziałem już, że wieczór nie zakończy się dobrze i miałem tylko nadzieję, że dość szybko.


Prawdę mówiąc nie czuję się dobrze w kryminale, ale takie były wymogi konkursu. 

środa, 20 grudnia 2017

Zawsze Kokakola

Sensacyja na rynku w mieście była wielka, bo powóz Kokakoli zajechał na rynek. Ludziska zleciały się tłumnie jak pszczoły do miodu, spragnione wrażeń niecodziennych, które w trzech rozbitych namiotach spotkać ich miały. A tam cuda się działy! Otóż w jednym z nich, podobiznę z samym Św. Mikołajem pacholętom robiono, które od ręki można było do domu zabrać i w ramki oprawić. W innym własnoręcznie ozdoby na choinkę wykonać, a jeszcze w ostatnim, przejechać saniami mikołajowymi i jeżeli ktoś swoje trzy godziny w kolejce odestał, to miał za każdą godzinę minutę jazdy.



Inną atrakcją, była puszka z imieniem, do której osobne kolejki się ustawiały. Po prawdzie widywałem takie u nas w sklepach i przekalkulowałem sobie, że za 1,70 nikt mnie nie jest w stanie zmusić do stania w długaśnej kolejce, ale chętnych nie brakowało. Bo darmo.

Nie chcieliśmy stać z młodym w kolejkach. Załapaliśmy się tylko na zdjęcie z Mikołajem, bo szybko szło i chętni się szybko wyczerpali. Gdzieś przed 20, stanąłem w kolejce po ozdoby, ale uświadomiłem młodego, że za kilkanaście minut impreza się kończy i pewnie nie zdążymy. Istotnie punkt 20 obsługa namiotów grzecznie poinformowała czekający na zewnątrz, spory jeszcze tłumek, że swoje odfajkowali i w akompaniamencie chóralnego westchnięcia zawodu, wejścia zamknęli.

***

Magia świąt dotarła też do biednego Mateuszka, któremu dobrzy ludzie zapewnili "przeżycie świąt bez stresów bytowych". Moi rodacy nie przestają mnie zadziwiać. Mam również nadzieję, że wystarczy mu to skromne "Stypendium Wolności" także na Sylwka i nie trzeba będzie organizować kolejnej ściepy. 

piątek, 15 grudnia 2017

Opowieść Wigilijna z dreszczykiem

Jedyne o czym zawsze marzyłem w Boże Narodzenie to ujrzeć Świętego Mikołaja, jak rozdaje prezenty. Wkradałem się zawsze cichutko do pokoju, gdzie stała choinka i czuwałem. Niestety nigdy mi się nie udało go spotkać. Zawsze w decydującym momencie przysypiałem. 
Będąc starszym, dowiedziałem się że On doskonale wie, kiedy ktoś go podgląda i sprowadza na tą osobę czarodziejski sen. Próbowałem więc bardziej wyrafinowanych metod, drut potykacz, kamery... Wszystko na nic. Ale marzenie by spotkać Świętego Mikołaja nie mijało. 
W końcu zdecydowałem, że po prostu zostawię mu prezent. Własnoręcznie przyrządzone Ciasteczka, pięknie zapakowane i opisane wielkimi literami "DLA ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA". Sam schowam się w swoim pokoju i postaram się nie spać. Może usłyszę szelest otwieranej paczki? 
Siedziałem w swoim pokoju i nagle usłyszałem to, co miałem nadzieję usłyszeć. Odgłos przewalających się mebli, ryk bólu i torsje. Ten przebrzydły czerwony grubas dał się w końcu przyskrzynić i zeżarł ciasteczka, które nafaszerowałem wszelkimi znanymi mi truciznami. Wpadłem do pokoju rozradowany i... Na podłodze leżało trupem, powykrzywiane konwulsjami i posiniałe całe moje rodzeństwo. Od lat nie wierzyli w Świętego Mikołaja...



środa, 13 grudnia 2017

Historia kłamstwa

Podobno pierwszym kłamstwem uraczył wąż Ewę w raju, żeby zjadła owoc z zakazanego drzewa. Już wtedy stało się jasne, że mówienie nieprawdy, by osiągnąć własnie korzyści ma przed sobą wielką przyszłość. Kłamstwo węża jest dla mnie jednak pewnym paradoksem, gdyż trudno się w nim dopatrywać faktycznego kłamstwa. Powiedział jej, że pozna dobro i zło. I ludzie znają się nimi, kolegując zwłaszcza z tym drugim. Kłamstwo jest też złe. Niektórzy tłumaczą sobie biblijny paradoks węża tak, że wąż-szatan nie chciał trwać w prawdzie bożej, inni, że zrobił Ewę w trąbę, mówiąc, że po zjedzeniu jabłka (które nawet niekoniecznie musiało być jabłkiem) na pewno nie umrze, a przecież umiera każdy...
Ale jest też inny dowód na to, że kłamstwo może być paradoksem. Kreteńczyk Epimenides stwierdził, że "Kreteńczycy zawsze kłamią"... Sęk w tym że do dziś nie wiadomo, czy mówił prawdę, czy faktycznie kłamał. Dlatego ten paradoks nazwano jego imieniem. 
Tak samo jest z telewizją - niektórzy uwierzyliby że kłamie, jakby sami to ogłosili. Ale gdyby tak było, wykorzystaliby całe dobrodziejstwo Epimenidesowego paradoksu.
Niestety, obrony przed kłamstwem nie ma. Wprawdzie mówi się, że kłamstwo dla ludzkiej psychiki jest niezdrowe, że gdzieś w głowie włączają się mechanizmy zwane "dysonansem poznawczym". Ale niektórzy są najwyraźniej od niego uzależnieni jak narkomani, albo alkoholicy. 
System obronny przed kłamstwem posiadają postacie fikcyjne. Taki Pinokio, oprócz "dysonansu poznawczego" cierpiał na rozrost narządu węchowego. Niestety był postacią od początku do końca skłamaną przez Włocha Collodiego. Choć to kłamstwo, bo człowiek ten nie nazywał się Collodi, tylko Lorenzini...  

Wyobraźmy sobie miasto kłamców, gdzie nawet na pytania o drogę na konkretną ulicę uzyskujemy fałszywą odpowiedź. Gdzie uczymy się od początku fałszywego alfabetu, do pisania fałszywych wyrazów i całych zdań. Gdzie w końcu kłamstwo, powtarzane tysiąckrotnie staje się prawdą, jak objawił to pewien prorok propagandy o nazwisku Goebbels. Jak to możliwe? Otóż osoba, która powtarza zasłyszane kłamstwo, uważając je za prawdę już nie kłamie. Zatem ktoś, kto nie ma zamiaru kłamać mówi prawdę... ? Już Stanisław Jerzy Lec zauważył, że "kłamstwo nie różni się niczym oprócz prawdy, oprócz tego, że nią nie jest". 

Być może matematycy też kłamali twierdząc, że dwa minusy dają plus. W końcu dostając "trzy z dwoma", skłamię, gdy powiem że dostałem trzy plus. 

Współcześnie, znając historię kłamstwa bądźmy na nie gotowi. Wszędzie.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

O swobodę sądów do ostatniego jaja walczyć będziem...

Prawdę mówiąc o słynnej pisarce Klementynie Suchanow nie słyszałem. Ale ja prosty człowiek jestem, więc te znane nazwiska różnych pisarzy zaskakują mnie co jakiś czas. Pani owa rzucała jajami w rządowe limuzyny i bardzo się zdziwiła, że ochrona rzuciła ją na przysłowiową glebę, skuła i wsadziła do paki. Gdzieś czytałem później lamenty tej kobitki, bardzo z siebie dumnej zresztą, bo przecież tym samym nazwisko Suchanow stało się na jakiś czas symbolem walki z kaczyzmem... - że to przecież w obronie wolnych sądów i że ona to nie w ludzi tymi jajami, tylko w samochody, jako symbol tej wrednej opresyjnej władzy... itd.
I teraz drobna moja dygresja. Co powinna zrobić policja widząc jak jakaś grupka osób rzuca czymś w rządowe samochody? a -Rzucić się na trajektorię lotu jajka i zasłonić je własnym ciałem? b - Zasygnalizować konieczność skorzystania z wycieraczek i myjni, kierowcom? c - Poczekać aż komuś się wymsknie z ręki inny przedmiot niż jajko? Co do takiego scenariusza, nie ma wątpliwości dawny bohater opozycji Frasyniuk:

"Zabicie demokracji w Polsce oznacza, że w dłuższej lub krótszej perspektywie polecą kamienie, tak jak to było w stanie wojennym. Nie czarujmy się, władza odbiera prawa i swobody obywatelskie - [...] - Pozbawia nas dostępu do niezawisłych sądów. W systemie autorytarnym to ulica decyduje, czy władza się jej boi albo nie."

No właśnie prawa obywatelskie. Szczerze mówiąc nie mogę się doczytać jakie konkretnie prawa zabiera PIS, ma w tym także problem gro protestujących. Mówi się o prawie do wyrażania poglądów i zgromadzeń, ale przecież bez przerwy organizowane są jakieś marsze i happeningi. Problem rodzi się dla obrońców demokracji w momencie gdy nie mogą być tam, gdzie ktoś inny już zadeklarował swoją obecność. Ale o tym może innym razem. 

Jak słyszę o obronie niezawisłych sądów dostaję białej gorączki. Naprawdę. Zajrzyjmy jednak najpierw do konstytucji:
  • Art. 32.
1. Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne.
2. Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny.

Czy tak było kiedykolwiek? 
Przypomnę rok 2002 i słynną sprawę Romana Kluski, prezesa Optimus S.A. Człowiek ten zaczynał bez żadnego kapitału - (a do dziś pozostaje tajemnicą jak to się stało, że p. Frasyniuk z kierowcy stał się właścicielem międzynarodowej firmy transportowej) od składania komputerów w przysłowiowej piwnicy stał się liderem na rynku komputerowym i kas fiskalnych w Polsce. I to go zgubiło. 

O tym jak bezczelnie i brutalnie administracja publiczna zniszczyła firmę Kluski było na tyle głośno,. że musiano kogoś odwołać. Zdymisjonowane zostały w 2003 raptem dwie osoby - szefowie Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie - Ryszard Rychlik i Wiesław Nocuń. Przyjrzyjmy się tym panom, może już bez naciskania na ich PRLowską przeszłość.

Rychlik jako prokurator nadzorował największe śledztwa toczące się w Polsce, m.in. dotyczące mafii paliwowej, zabójstwa Jacka Dębskiego czy śmierci gen. Marka Papały. Żadna z tych spraw, pomimo skazania "kogoś tam" nie znalazła jednoznacznego i zadowalającego rozwiązania, a skazani charakteryzowali się albo słabą kondycją psychiczną i marli masowo w więzieniach ("Baranina", Maziuk) lub okazywało się po latach, że to w ogóle nie byli oni ("Słowik", Bogucki).
W 2015 Warszawski Sąd zrobił oskarżonym prezent w postaci umorzenia ponad 100 spraw. Wszystko za sprawą nowelizacji do ustawy z 20 lutego 2015 r. (Dz.U. z 2015 r. poz. 396), która wprowadziła zmianę art. 102 k.k. 

W 2007 roku pan Rychlik był już na emeryturze, ale to o niego upomniała się prokuratura w związku z wyciekiem danych świadków w procesie mafii paliwowej, po tym jak pan prokurator dostał je do ręki. W skutek wycieku listy świadków śmierć w tajemniczych okolicznościach poniosły trzy osoby - każda miała składać zeznania w sprawie afery paliwowej. 
Nikogo nie zdziwi jednak fakt, że informacji o dalszych losach a tym bardziej o pociągnięciu pana R. do odpowiedzialności brak?

Co do Nocunia, do jednak cofnę się w przeszłość, gdyż istotny jest jego udział w sprawie zabójstwa studenta Stanisława Pyjasa i jego domniemanego zabójcy Wenclewicza.  Śmierci te uznano wtedy za nieszczęśliwe wypadki - jeden miał po pijanemu spaść ze schodów, drugi wypaść przez okno. Sprawy nie wyjaśniono do dziś, choć ostatnia ekspertyza nie była już w stanie potwierdzić udziału osób trzecich w śmierci studenta.

Po potknięciu w 2003 roku pan Nocuń wcale nie wypada z gry. Zostaje prokuratorem w Prokuraturze Krajowej. w 2005 roku Andrzej Kalwas minister sprawiedliwości w rządzie Marka Belki nie szczędzi mu ciepłych słów. 

"Uważam, że jest to prokurator, który niezależnie od tych spraw, związanych z jego przeszłością, które są wyciągane, nie dyskwalifikują go jako prokuratora; jest prokuratorem znakomitym, specjalistą od prawa konstytucyjnego. A ten pion w Prokuraturze Krajowej muszę wzmocnić."

A jak sąd odniósł się do sprawy Optimusa? Po latach okazało się, że Optimus nie naruszył prawa. Zarobki firmy spadły o połowę, z 361 mln do 173 mln. w wyniku działań fiskusa. Sąd zasądził ... 1 mln. odszkodowania i co jeszcze bardziej kuriozalne pokrycie kosztów sądowych.

I teraz pytanie zasadnicze. Podobno środowisko sądownicze bardzo dokładnie zweryfikowano. Można rzecz jasna było wywalić tych najbardziej skompromitowanych, wydających wyroki w procesach politycznych, ale przecież nie da rady wymienić wszystkich. Jeżeli mówi się, że środowisko ma cechy kasty, znaczy że te hermetyczne układy w nim zostają. Ale z tego niewielu sobie zdaje sprawę, a jestem w stanie iść o zakład, że z pewnością pojęcia nie mają o tym obrońcy sądów z bohaterką Suchanow na czele. 




czwartek, 7 grudnia 2017

Jesienna d...



Nadchodzi niepostrzeżenie. Za każdym razem, kiedy obiecuję sobie że zajmę się w końcu porządkowaniem i opisem zdjęć lata, deprecha uniemożliwia mi to nader skutecznie...
Cienie przeszłości przychodzą i odchodzą, sprawiając że myślę o rzeczach, które zrobiłem źle i które zrobiłbym zupełnie inaczej...




Mimo wszystko piszę... Opowiadanie na konkurs, artykuł do kolejnego wydania "Rocznika Sochaczewskiego" i jeszcze jedno opowiadanie. Więc trochę mniej na bloga.
Pora pogrzebać pewne rzeczy...

Choć nie za głęboko...


niedziela, 3 grudnia 2017

Ciemni Łowcy cz 2 - Maszyna do pisania

Historia którą tu opiszę wydarzyła się już dawno i zmuszony będę zdradzić w końcu imię i nazwisko mojego wspólnika, gdyż szczegół ten jest w tym przypadku niezwykle istotny. Otóż zwie się on Stefan Knig, dla znajomych "Kniga".
W tamtym czasie jeszcze nie polowaliśmy na upiory, zajmowaliśmy się bardziej trywialnymi zleceniami, serwisowaliśmy mianowicie ekwipunek łowców duchów i czarownic. Pewnego dnia przyszła do nas paczka, co samo w sobie nie było dziwne, bo bez przerwy pocztą przychodziło coś do naprawy. Ta zawierała jednak zwykłą maszynę do pisania i nie wiedzieliśmy po jaką cholerę ktoś ją nam przysłał. Mój kolega kierowany impulsem serwisanta postanowił sprawdzić czy działa i... zaczęło się. O ile wcześniej nie wypisywał niczego więcej ponad rachunki, tak teraz walił w nią cały dzień, zapisując całe ryzy papieru. Po miesiącu gotowa była już cała powieść. Niestety entuzjazm prysł, gdy pojawił się u nas jakiś facet w okularach, twierdząc, że przyszedł po swoją maszynę, którą omyłkowo przysłano na nasz adres. Nie ulegało wątpliwości, miał dowód zakupu na nazwisko różniące się tylko kolejnością jednej litery od nazwiska mojego wspólnika i maszynę trzeba było mu oddać. W sumie nawet się ucieszyłem, bo Stefek zaczął coś pieprzyć o produkcji jakiegoś forniru i bałem się, że dla odmiany chce się zająć meblarstwem, ale nijak nie mogłem jeszcze wtedy pojąć co ma to wspólnego z maszyną. Facet w okularach, dość miły, podziękował nam pięknie i sobie poszedł. Mojemu zaś koledze za jakiś czas przypomniała się książka, jedyna którą napisał. Zatytułował ją roboczo "Karina" Przeczytałem ją i mnie zatkało - naprawdę była niezła. Namówiłem go by oddał maszynopis do jakiegoś wydawnictwa. Ludzie z wydawnictwa wzięli go wprawdzie do przeczytania, ale sprawa nie skończyła się pomyślnie. Otóż już dnia następnego, wezwano Stefka do ich siedziby i oddano rękopis wraz z pewną książką. Nie dość że jej tytuł był podobny do tego, który "Kniga" wymyślił dla swojego dzieła, to  nazwisko autora różniło się tylko kolejnością jednej litery... Nie byłem szczególnie zdziwiony, widząc na końcu nawet zdjęcie naszego niegdysiejszego gościa, który przyszedł po swoją maszynę. Stefan czytał obsesyjnie wszystkie jego książki i któregoś dnia przyniósł mi jedno opowiadanie, które wiele wyjaśniło. Nosiło tytuł "Historia niechybionego strzału".
I to wyjaśnia zagadkę,  czemu nikt nie słyszał o pisarzu Stefanie Knigu.


Niniejszy odcinek jest niezrozumiały zapewne dla osób, które nie czytały "Ballady o Celnym Strzale" S. Kinga. :)

   

czwartek, 30 listopada 2017

Niszczenie kultury

Na najbliższe dni przewiduję zakończenie ciężkich tematów, będę pisał o wydarzeniach lokalnych dotyczących mojego hobby.  W tej notce swoje zdanie wypowiem na temat kultury i sztuki, adekwatnie do dnia, bo...ale nie, napiszę o tym po fakcie.

Być może znane jest niektórym czytelnikom pojęcie Syndromu Stendhala. Określa się tak zespół zaburzeń związanych z głębokim przeżywaniem dzieła sztuki - zawroty głowy, przyspieszone bicie serca, nawet halucynacje. Lekarze zdiagnozowali je stosunkowo niedawno, bo w 1982 roku, ale pierwszy opis zjawiska pochodzi z 1817 r. od francuskiego pisarza Stendhala, który doznał wysokiej gorączki po wizycie w galerii Uffizi we Włoszech.

Oczywiście nie cierpię na aż tak poważne schorzenia, jednakowoż obcowanie z różnego rodzaju sztuką, wprowadza mnie w osobliwy nastrój, mieszaniny rozkojarzenia i wyłączenia się z rzeczywistości, często nawet wiele godzin po zwiedzaniu. Sam na sztuce znam się raczej słabo, choć nadrabiam czytając różne opracowania, dotyczące technik i symboliki. 
Są rzecz jasna takie dzieła sztuki, które robią wrażenie i takie które nie robią wrażenia. Generalnie różne są tego powody, zwłaszcza ostatnimi czasy, kiedy coraz większy udział w tym co się ma podobać mają różnego rodzaju krytycy, marszandzi itd. I tak dochodzimy do sztuki współczesnej. Tu opowiem wam kawał, bodaj fragment jakiegoś filmu, którego nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć.

Przewodnik oprowadza wycieczkę po muzeum sztuki współczesnej. Tłumaczy zwiedzającym co widzą, taka instalacja śmaka. Na koniec pani się pyta wskazując na jakiś eksponat, "Cóż to za dzieło?" - "A nie, to krzesło."

Śmieszne? A wiecie że w jakimś francuskim muzeum się naprawdę pomylili i wybuchł skandal jak instalację jakiegoś artysty wyrzucili na śmietnik?

Pokażę Wam teraz obraz. 


Namalował go Jason Pollock, a sprzedano go za 140 mln dolarów. Ignorantom, którzy widzą powierzchnię pochlapaną farbą uświadamiam, iż jest to fraktal. Obrońcy artyzmu tego dzieła machają tym fraktalem jak mieczem, choć fraktal... nie wiadomo w zasadzie czym jest. Zajrzyjmy na Wikipedię.

Obiekt samo-podobny. :) tzn. taki, którego części są podobne do całości) albo „nieskończenie subtelny” (ukazujący subtelne detale nawet w wielokrotnym powiększeniu). Ze względu na olbrzymią różnorodność przykładów matematycy obecnie unikają podawania ścisłej definicji. i proponują określać fraktal jako zbiór, który posiada wszystkie poniższe

Fraktalem jest kalafior. Albo postrzępione chmury na niebie.

Czyli jak powiem, że nie wiadomo co pan Pollock namalował będę bliski prawdy? Czytam fragment wywiadu Błażeja Prośniewskiego z panią Kają Pawełek (Centrum Sztuki Współczesnej) "Jak rozumieć abstrakcyjne dzieła Jacksona Pollocka?", :

"Na temat portretów, na przykład słynnej Mona Lisy, lub krajobrazów, większość ludzi jest w stanie wyrazić swoją opinię i dokonać analizy dzieła. Natomiast nie jest rzeczą łatwą interpretacja utworów abstrakcyjnych. To, że nie rozumiemy obrazów, nie znaczy, iż powinniśmy się bać czegoś o nich powiedzieć.
- Podstawowym warunkiem, abyśmy mogli czerpać przyjemność z kontaktu ze sztuką jest to, żeby nie traktować jej jako wroga, czy testu na inteligencję - wyjaśnia ekspertka i dodaje: - Wtedy możliwe są różne interpretacje, zarówno emocjonalne, jak i intelektualne. Zawsze uruchamiają się skojarzenia."

Czyli nadal wychodzi na to, iż nie wiadomo co Pollock namalował. A jak chcemy, żeby to coś było, to powinniśmy sobie wymyślić co. A skoro nadal szwankuje nam wyobraźnia, cała rzesza znawców nam odpowiednio to wytłumaczy. I tu mam mały zgrzyt, bo jeżeli sztuka nie przemawia do mnie bezpośrednio, nawet jak do laika - samym zmysłowym, podświadomym zaspokojeniem jakichś estetycznych wrażeń, to cóż to u diabła za sztuka? 

Skoro już dotarliśmy do tego masterminda, który nam opiniotwórczo wskaże prawdziwą sztukę, wydawać by się mogło, że jesteśmy w domu. (dopóki nie pomylimy jakiegoś dzieła z krzesłem i nie wyjdziemy na durnia). Ale oto pojawia się zarzut, że w ten sposób można sobie wypromować prawie wszystko, i pojawić się może "jedyny słuszny kierunek sztuki", promowany nie ze względu na jej wartość, ale przydatne treści ideologiczne. Mówimy tu o kulturze w ogóle - książkach, obrazach, filmach. Aktualnie w naszym kraju dominują podobno treści chrześcijańsko - patriotyczne co owocuje tym, że nie promuje (finansuje) się dzieł o wydźwięku uznanym za antykościelny, czy antynarodowy. 

Film jako jedno z popularniejszych medium jest tu dobrym przykładem, dlatego odejdę na jego rzecz od obrazów, tym bardziej, że ostatnio zauważyłem, iż dosadniej od nich przemawiają ich autorzy. W 2013 promowało się uznane w niektórych kręgach za antypolskie "Pokłosie" (2012), czy "Idę" (2013), a "Historia Roja" (finalnie 2016) spędziła 8 bodaj lat na półce. Po 2016 tendencje się odwróciły i niektórzy narzekają, choć oklaskiwana "Ida" była według mnie filmem słabym, o tendencyjnie zarysowanej fabule, do tego nudnym ("Pokłosia" i "Roja" nie widziałem). Podobnie słabym zresztą jak zaangażowany ideologicznie "Smoleńsk".

 Jaka z tego płynie konkluzja? Ocena dzieł, nie przebiega już na płaszczyźnie formy, ale samej treści lub ideologii, jest manifestem obrony poglądów. Często jej miernikiem są poglądy jej autora. Czy taka sztuka potrafi się obronić i jest jeszcze w ogóle sztuką? 
 Cóż, mnie po obcowaniu z nią nie zagraża raczej Syndrom Stendhala.


środa, 29 listopada 2017

Pełzająca ohyda

Modnym ostatnio słówkiem w mediach stało się molestowanie. Kontekst tegoż, stał się o dziwo trochę inny niż zazwyczaj,

 Pierwsza sprawa - PZKol i nakłanianie młodej kadry przez członków do "zabaw" wykraczających jazdę na rowerze.

"Na co czekasz? No rozsuń rozporek".
Nie pamiętam, albo nie chcę pamiętać tych kolejnych kilku minut.
(relacja jednej z zawodniczek na portalu Sportowe Fakty)

Co szokuje to wywiad z byłym wiceprezesem PZKol, który nagle stwierdza, że 

"w PZK dochodziło do molestowania seksualnego, odnotowano także przypadek gwałtu. Jedna z zawodniczek została wykorzystana po podaniu jej silnego środka nasennego w połączeniu z alkoholem. Ofiarą przestępstw seksualnych padały także osoby nieletnie. Pracownicy, którzy wiedzieli o sprawie, byli straszeni zwolnieniem. Zawodniczkom w razie sprzeciwu odmawiano udziału w ważnych imprezach sportowych."

Nikt nic nie widział, a pokrzywdzeni też nic nie mówili, bo... nie wiem. Jazda na rowerze była ważniejsza? Idźmy dalej - Dziennikarze GW Dymek i Wybieralski z zarzutami molestowania, gwałtu... Aż trudno uwierzyć - w tej ostoi liberalnych wartości takie rzeczy? Nagle okazuje się, że samce lewicowe, pomimo grzmienia na zepsuty kler, na prostackich Januszy, dręczących swoje Grażyny, wcale nie są lepsi i wodzi ich ten sam skryty w rozporze instynkt? I nikt do pewnego momentu nie widzi nic złego, dopiero ujawnienie jednego faktu powoduje wylanie się na salony całego wora z fekaliami.
A zaczęło się niewinnie - salonowy pisarz Janusz Rudnicki nazywa Annę Śmigulec na głos kur... a potem tłumaczy się że to "taka gra na słowa, rodzaj kodu między samymi swoimi". Oczywiście można teraz przypuszczać, że macanie po tyłku koleżanek i nakłanianie ich do otwierania rozporka, w swoim środowisku też uchodziło za rodzaj "gry między swoimi", dopóki któraś nie zorientowała się, że jednak spotkało ją dokładnie to, co te środowiska z takim zapałem uznają za szowinizm, molestowanie, lobbing, ale pod warunkiem że dzieje się poza nim.
Prawdę mówiąc, o kobietach które przez dłuższy czas skrywają te fakty i decydują się na coming out, w dowolnym momencie mam mieszane uczucia. Nie wiem czego im brakło, odwagi, czy po prostu do pewnego momentu układ korzyści i strat rozkładał się na tyle nierówno, że warto było siedzieć cicho?   

„Po wieczorze spędzonym z czołowym lewicowym publicystą, mimo jego kiepskiego stylu podrywu i zachowania, nieopatrznie skończyliśmy u mnie w domu..."

Nosz jakież to niedopatrzenie. Dalej jest jeszcze ciekawiej.

"Byłam podejrzliwa wobec jego deklaracji i nie miałam najmniejszej ochoty na seks. Niestety, nie mógł się opanować. Zostałam zgwałcona. Okazałam niechęć i wielokrotnie prosiłam, by przestał – nie chciałam, żeby nasz pierwszy seks wyglądał w ten sposób. Reagował na to poirytowaniem, zwrócił mi uwagę, że “mogłabym zacząć być zadowolona”. Nie chciałam go wtedy obwiniać. Myślałam, że może to tak z rozpędu, z głupoty."

 Z rozpędu i z głupoty, tylko nie wiem czyjej, autorka tej relacji nie za bardzo wiedziała, czy to co ją spotkało to gwałt, czy może coś innego. Myślała o tym tak długo, że przez jakiś czas była związana ze swoim gwałcicielem (mimo nawet kiepskiego stylu podrywu :)) i dopiero po rozstaniu doszła do wniosku że jednak był to gwałt. A może do jej móżdżka przepojonego ideami mojości intymnych części ciała, manifestującej się udziałami w manifach i marszach, oraz czytaniem felietonów wyśmiewającej patriarchat Januszy, doszło w końcu, że jest taką samą zabawką, tylko w rękach lewicowego chłopca? Nie sądziłem że stanę w obronie dziennikarzy GW, ale nawet zakładając ich buractwo, mam podejrzenie, że do pewnego momentu podobało się ich "ofiarom". Podobno jednak wnikanie w tą kwestie jest podtrzymywaniem "kultury gwałtu".

Śmiałbym się głośno, gdyby gdzieś w tym przegniłym bałaganie nie było prawdziwych ofiar.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Władca.

 
2013-10-01
Władca spoczął na tronie…
Owoc pychy począł dojrzewać
W sercu, zamkniętym w osłonie
Ze stali… skuwa je zbroja
Chroniąca przed światem
I krzykiem sumienia
Co w grotu kształcie
Jest w stanie zmieniać
Sądy panującego,
Który zasiadł na tronie
Z zagadką dlaczego
W jego właśnie stronę
Zwrócone są wszystkie twarze.

A wszystkie w maskach…
I jedyna szczera
Jest licem błazna
co głupio się uśmiecha.

Arogancja
Niczym robak toczy umysł
Władcy, co berło trzyma
W pozie zadumy
Nader dobrze udanej,
Lecz pozór mija
Gdy monarcha wstaje
I w twarz bije trefnisia.

czwartek, 23 listopada 2017

Ojciec, tolerować? Tolerować!


Niektórym się wydaje, że istnieje gdzieś jakiś piękny wspaniały świat, nazwijmy go umownie "Zachodem", gdzie panuje nowoczesność, wzajemnie poszanowanie, gdzie pozornie liberalnie nastawione rządy wspomagają obywateli (wszystkich!) w samorealizacji itd. itd.
Oczywiście jest to jak zwykle prawda, sama prawda i gówno prawda.
Wspomniałem o pozornym liberalizmie - i tu trzeba zaznaczyć że liberalizm jako taki jest utopią. Dlatego tworzy się różnego rodzaju zbitki leksykalne, typu liberalizm lewicowy, liberalizm konserwatywny, ba, nawet chrześcijański. Liberalizm jako taki zawsze mi się kojarzył z tą najbardziej rozkrzewioną obecnie ideą, którą uznałbym za lewicową. No ale skupmy się na tej idei robienia każdemu dobrze, bo już tu mamy problem, gdyż coś co ma wyzwolić jednych, na ogół, a w zasadzie zawsze ogranicza drugich. Zmusza do uznawania racji narzuconych przez bliżej nieokreślone autorytety, miesza i rozwadnia pojęcia - najbardziej jaskrawym przykładem jest tu słowo tolerancja.
Zajrzyjmy do Wikipedii. Dowiemy się, że słówko pochodzi z łaciny od rzeczownika tolerantia (cierpliwa wytrwałość), lub czasownika tolerae - wytrzymywać”, „znosić”, „przecierpieć”, „ścierpieć”, ale również „popierać” i „podtrzymywać” 

Czyli w końcu popierać, czy zaledwie znosić?  Patrzę na przypis, autorem tego rozmydlenia pojęć jest jakiś Hans Oberdiek, a pochodzą one z wydanej w 2001 roku książki "Tollerance. Between Forbearance and Acceptance" (Tolerancja, Pomiędzy wyrozumiałością a akceptacją). Przejrzałem szereg tekstów z użytym słowem tolerate, tolerowany i nigdzie nie wystąpił on w kategoriach poparcia. No ale pan Oberdiek jest profesorem, z pewnością znalazł jakieś przypadki, żeby było na jego. Jest to zjawisko rozchwiania, bądź przesunięcia znaczeniowego, bardzo przydatne przy tworzeniu nowych ideologii z użyciem ogólnie przyjętych określeń.

I tu pora na małą przypowieść.

Otóż zdarzało się i pewnie nadal się zdarza, że w jakichś społecznościach rodzi się garbus. Obecnie już w większości wiadomo na ogół, dlaczego ludzie mogą być garbaci, choć istnieje coś takiego jak Choroba Scheuermanna, w przypadku której nadal jednak nie wiadomo.
 Im dawniejsze czasy, tym gorzej było być garbusem i trudno nawet wyrokować, czy przyzwolenie na życie w społeczności, choć wśród szykan i złośliwości było już objawem tolerancji. Powodów garbacenia też nie upatrywano wcale w medycynie, ale w złych urokach, karach boskich itp. Oczywiście z biegiem czasu rozwija się empatia do osób dotkniętych w ten sposób kalectwem, nie ma już naśmiewania się, pojawia się współczucie, zrozumienie, próby ułatwienia życia, diagnozowanie i ewentualne leczenie. 
I nagle wyobraźmy sobie, że pojawia się grupa, która twierdzi, że garbaci są w społeczeństwie jednak dyskryminowani, bo siedzenia w autobusach nie mają wcięć na garb i osobom tym siedzi się niewygodnie. A nie ważne, że ich jest już jakiś znikomy promil, garbaty zawsze się jakiś znajdzie.  Rusza kampania medialna, z jakichś zakamarów wyciąga się uskarżających na swój ciężki los inwalidów, powstaje szereg manifestów, projektów zmian przepisów, w których oprócz wgłębienia w siedzeniach  znajdują się inne postulaty. Choćby takie, że skoro nie da się zdiagnozować istnienia garba, to pewnie jest on czymś naturalnym, taką alternatywną sylwetką. I nadchodzi dzień, kiedy wszystkie fotele autobusowe zostają wymienione. Siedzi się w nich oczywiście niewygodnie, ale przecież tak ma działać tolerancja według nowocześnie propagowanych definicji.

sobota, 18 listopada 2017

Ciemni Łowcy cz. 1 - Ochrona

Zamiast kolejnego wałkowania różnych obrzydliwości ze świata polityki, odprężająca historyjka z nutą grozy. Short opowiada o parze Łowców duchów i potworów, prowadzących zakład usługowy. Większość stworzonych przeze mnie opowiadanek odnosi się do literatury grozy.

CIEMNI ŁOWCY CZ 1 - OCHRONA

Nasz gość był bardzo blady. W ogóle wyglądał niezdrowo, podkrążone oczy, chudy jak szczapa, jednym słowem - słabo rokował.
- I mówi pan, że to wszystko przez klątwę?
- Dokładnie tak. W dzień zapadam w sen, w nocy nie mogę spać. Jak tylko słońce wstaje - śpię jak dziecko. Ale to pół biedy. Kiedy zasnę, boję się że ON przyjdzie.
- ON, czyli...
- Proszę to zobaczyć.
Podał nam małą karteczkę:


"Obrzydła kreaturo!

Nie ujdziesz z życiem. Już wkrótce przyjdę po ciebie.
H."

- Prześladuje mnieee - Nasz klient się rozszlochał. - Dostałem to wczoraj. Nawet nie mam jak się bronić przez tą cholerną śpiączkę.
- Spokojnie. Damy panu ochronę. Zobaczymy ki czort pana nawiedza. Przyjdziemy rano, przed wschodem słońca.
Sprawa była dziwna, cokolwiek dręczyło naszego klienta zachowywało się inaczej niż zwyczajne stwory mroku. Zamiast w nocy, nawiedzało w dzień. Dokładnie kwadrans po piątej zjawiliśmy się pod wskazanym adresem, od wschodu słońca dzieliło nas jeszcze kilka minut. Nasz gospodarz nie spał jeszcze, ale nie minęło kilka chwil, a faktycznie zwalił się jak kłoda do łóżka i zaczął chrapać.
Skryliśmy się w pokoju - ja za firanką, kolega w szafie. Nie trzeba było długo czekać, gdy do pokoju cichcem wsunęła się jakaś sylwetka w długiej szacie, czy też płaszczu. W panującym jeszcze półmroku dostrzegłem przez firankę wydłużony, niemal czworokątny łeb. Trzeba było działać szybko. Mój wspólnik wyskoczył z szafy i władował w intruza dwie kule - jedną srebrną, drugą dla pewności z rtęciowym rdzeniem, ja - również dla pewności - gdy ciało zwaliło się na podłogę odciąłem mu czerep poświęconym mieczem Merlina. Szybko poszło, ale o dziwo ciało nie wyparowało, nie rozpłynęło się w cuchnącą maź, tylko leżało i krwawiło. Głowa potoczyła się pod łóżko niedoszłej ofiary, a my zapaliliśmy latarkę i zaczęliśmy się przyglądać kadłubowi. Ciało jak ciało, rzekłbym... ludzkie. Partner mój schylił się przytomnie i zaczął je obszukiwać. Wyjął coś z wewnętrznej kieszeni płaszcza.
- Ty zobacz...
Wziąłem do ręki... dokumenty?
- Abraham van H... O ja pitolę, chyba spieprzyliśmy temat...
Rywalizowaliśmy z Bramkiem, ale nasz wyczyn podpadał pod nieetyczną bardzo metodę walki z konkurencją. I wcale nie był to jedyny ani najpoważniejszy zarzut.
- A ten kwadratowy łeb?
- Ten tuman chodził w cylindrze... O, tutaj leży. I kołek wzór AD 1897. Osika, dobry na...
- Stul dziób, wiem na co to jest. Co z nim robimy? - Wskazałem na chrapiącego w najlepsze wampira, gdyż nie ulegało wątpliwości kim był nasz zleceniodawca. Nosferatu, wąpierz, krwiopijca, szatański pomiot i... cholerny cwaniak.
- Innym razem. On sobie wyparuje, ten zostanie i trzeba się będzie tłumaczyć. A tak jak się ocknie, to on go będzie miał na głowie, jestem pewien, że wie co robić. Spadamy.

środa, 15 listopada 2017

W radiu mnie nie było...

Miałem okazję "obywać" się w lokalnym radiu. :)

Tak, ten łysiejący typ to ja...



Zainteresowanych do opowieści o przeszłości mojego miasta zapraszam do posłuchania.



poniedziałek, 13 listopada 2017

Zasady nienawiści

Nie milknie fala oburzenia po sobotnim marszu, Premier Szwecji chciałby go zakazać, choć nie odbywa się on w jego kraju. Izrael również oburzony, a wiadomo - to państwo słynie z propagowania tolerancji na całym świecie, choć niestety do jedynej słusznej nacji. 

Nikt nie zastanawia się, dlaczego radykalizm coraz częściej pojawia się w przestrzeni publicznej. 

Znajomy z Niemiec, notabene lekarz, który ma swoją klinikę, nie jakiś tuman ze zmywaka, dokładnie odmalował podczas naszego ostatniego spotkania sytuacje i trzeźwienie Niemców z pozytywnego nastawienia do emigrantów. Skala przestępczości wśród tej grupy nie jest do końca znana, policjant, który przyszedł do niego na wizytę, oświadczył że ma zakaz rozmawiania o czynnościach operacyjnych związanych z uchodźcami (emigrantami).  Zasiłek emigranta nominalnie przekracza dochody średnio zarabiającego Niemca - gdyż oprócz niego zwolniony jest on z opłat, które musi płacić normalnie pracujący obywatel. Niemcy mają dość, o wiele bardziej niż się wydaje.
Czy należy się więc dziwić, że w najbliższym czasie będzie nas czekać eskalacja przemocy i nasilanie się nastrojów rasistowskich?

Z niższego pułapu startują doniesienia o tym, jak emigranci z Maroka świętowali zwycięstwo swojej drużyny piłkarskiej, demolując Brukselę i tocząc niemal regularną wojnę z policją. Skoro tak okazują radość, jak będą okazywać wściekłość?


Analogiczne zajścia miały miejsce w Paryżu, ale tam policja jak do tej pory nawet nie pochwaliła się statystykami.

Strach nie jest wyimaginowany, a tam gdzie panuje strach budzą się upiory. I agresja. 
U nas nie ma emigrantów, wydawać by się mogło, że sytuacja jest spokojna. Jeżeli jednak w świetle wydarzeń za granicą trwa debata, czy emigrantów przyjąć, a co poniektóre państwa UNII próbują wywierać nacisk, aby Et Verbum caro factum est, czemu przyklaskują rodzime środowiska lewicowe, mamy to co mamy czyli kipisz. 

Idea ruchu narodowego była mi jako fascynatowi historii bliska, choć niekoniecznie w takim wydaniu, jakim oferowana jest ona współcześnie - brak jest skonkretyzowanej ideologii tego ruchu, choć szansa ogarnięcia tematu pojawiła się się w 2014 wraz z powstaniem RN (Ruchu Narodowego) w jego obrębie pojawiło się kilka osób rozumnych np. Leszek Żebrowski, Stanisław Michalkiewicz, lub choćby Krzysztof Bosak. Kierunek nadany przez Romana Dmowskiego, jako patrona tego ugrupowania, byłby kierunkiem dobrym, ale dla niektórych Roman jest za miękki. 
Niestety, RN nie utrzymał całej radykalnej prawicy, gdyż poza nim rok później znalazł się ONR.
Zresztą ONR przed wojną nie był również organizacją jednorodną,  z tzw. "Falangi" rekrutowali się najwięksi "żydożercy", którzy działając w szeregach okupacyjnych struktur konspiracyjnych, nagle otrzymali carte blanche na odstrzał Żyda. Tak, były takie przypadki! 
ONR ABC był organizacją złożoną z ludzi, którzy mieli jednak trochę lepiej poukładane w głowie, plus byli członkowie, którzy nie weszli do żadnej frakcji po rozłamie, jak Mosdorf, czy Piasecki. 

Dzisiejszy Ruch Narodowy ma jednak poważny problem z tożsamością. Jeżeli rzecznik Młodzieży Wszechpolskiej pan Pławski oświadcza, że jego ruch to narodowi szowiniści, a w Polsce powinna funkcjonować dwustronna identyfikacja etniczna, dlatego ”osoba czarnoskóra nie jest Polakiem”, to potwierdza hasła z transparentów, wycina poparcie dla ruchu czarnoskórego uczestnika marszu Bawera Aondo-Akaa i nie jest w stanie uratować sytuacji fakt, że pan Pławski po tej wypowiedzi przestał być rzecznikiem MW. Mleko się rozlało.

Winnicki i Bosak, odcięli się wprawdzie od tych słów, ale wychodzi na to, że nikt nie kontroluje tego co myślą i czynią członkowie ruchu. Sytuacja jest skomplikowana, gdyż brak kontroli może spowodować rozłam na jeszcze bardziej radykalne ugrupowania i faszystowskie bojówki demolujące budki z kebabami i tłukące ich klientów zaczną być faktem.







niedziela, 12 listopada 2017

Marsz

Z Marszu przyjechał właśnie mój ojciec, który regularnie odbywa na niego pielgrzymkę z Olsztyna i zawsze relacjonuje mi różnice między tym co widział, a tym co pokazano w TV.  Na podstawie relacji telewizyjnych niektórzy wyrobili sobie bardzo negatywną opinię na jego temat i nie jest ona zupełnie nieuzasadniona, choć swoją drogą trwa tendencja i to od kilku lat, odstraszania ludzi od obchodów tego Święta. Ten rok i poprzedni obył się na szczęście  bez większych ekscesów. Znaczy mam na myśli rękoczyny, bo na znajomym blogu pokazały się zdjęcia transparentów, których tam nie powinno być. 

Odniosę się do zdjęcia i wpisu zapożyczonych z bloga Grety Baggins, której zaniepokojenie i zniesmaczenie jest całkiem zasadne.


 "Biała Europa braterskich narodów"... cóż to u jasnej cholery znaczy? Dlaczego Europa ma być biała? Pierze się ją w proszku tylko do białych tkanin?
Budzi moje kolejne zastrzeżenie "celtyk" po środku - używany przez neo-nazistów, oraz neo-banderowców. Jest to znak kontrowersyjny i moim zdaniem powinno się z niego zrezygnować, choć nacjonaliści tłumaczą, że jest to znak o wiele starszy niż ruchy faszystowskie i nazistowskie, które obrały go sobie za jakiś fetysz i jest symbolem niepodległości. Mogę zapytać - co z tego? Swastyka również jest starsza niż III Rzesza, a mimo tego nikt tego analogicznie nie tłumaczy. Poza tym Celtowie nie są nijak związani z walką narodowowyzwoleńczą Polaków, dlatego też ci powinni zostawić go w spokoju, tym bardziej że mamy swoje symbole i nie musimy krzyża celtyckiego małpować.  Nie był on także używany przez ONR przed wojną, a do ich  tradycji odwołują się przecież dzisiejsi narodowcy.

Tu odwołam się do fragmentu artykułu z Onet.pl autorstwa Marcina Makowieckiego:

Idiotów wyprowadzić!

Czy na Marszu Niepodległości byli faszyści i rasiści? Byli. Mój redakcyjny kolega z ”Do Rzeczy” Karol Gac donosił o grupie niezaproszonej przez organizatorów, która po włączeniu się do pochodu skandowała hasła w stylu ”Ku Klux Klan”, albo ”Sieg heil”. Pojawił się transparent z napisem ”Biała Europa braterskich narodów”, były również pojedyncze flagi z krzyżem celtyckim. Nie mam wątpliwości, że każdy z tych idiotów powinien być przez organizatorów Marszu wyproszony. To oni dają bowiem pożywkę i wątłą – ale jednak – podstawę do wrzucania dziesiątek tysięcy ludzi do jednego worka podpisanego ”faszyzm”.

No właśnie, organizatorzy wykazali się indolencją, pozwalając, by takie pustogłowia tułały się na obchodach narodowego święta. Poza tym po prawej stronie baneru widzę znak ONR-u, czyżby nie byli zaproszeni? Jest to przykład braku edukacji i niejednorodności ruchu narodowego, więc nie jest to pożywka wcale taka "wątła". 

Ale nie oni jedni byli na marszu.

"Równoczesne protestujący przeciw nim ludzie z Antify nie stanowią głosu zaniepokojonych tendencjami skrajnie nacjonalistycznymi Polaków. Tak jak niektórzy twierdzą, że mamy w kraju ”antysemityzm bez Żydów”, tak sami ci, często z twarzami zakrytymi kominiarkami młodzi ludzie, to rodzaj ”antyfaszystów bez faszyzmu”. Nieskładna grupa, w której zamiast biało-czerwonych flag, przyniesiono czarne, czerwone i tęczowe. I hasła po arabsku oraz transparenty w stylu ”lepiej być uchodźcą, niż katolikiem Błaszczakiem”. Co to, do cholery, jakaś licytacja? Święto niepodległości to kolejny ideologiczny front internacjonalizmu?"

Tych się nie pokazuje w telewizji zbyt często. Nie ma też na nich takiej nagonki. Marsz "Antify", miał motto "Za wolność naszą i waszą" - choć jest to skrócona wersja tego hasła - pierwotnie było to "W imię Boga za wolność naszą i waszą...".




czwartek, 9 listopada 2017

Księga

Ostatnio mój znajomy objawiał niesamowitą wręcz ekscytację. Mimo licznych prób, namów i podstępów, nie byłem w stanie dowiedzieć się jednak od niego ani słowa na temat przyczyn owej ekscytacji. Zorientowałem się jedynie, że czeka na jakąś przesyłkę.
Faktycznie, kurier dostarczył w końcu niewielką paczkę, na widok której mój kolega doznał niemal ekstazy.
- Wiesz co to jest?
- No?
- Rzecz niezwykle rzadka. Kilka miesięcy wiodłem negocjacje z pewnym niemieckim księgarzem. Jest to... - łobuz nie odmówił sobie dłuższej przerwy dla zachowania dramaturgii i podsycenia mojej ciekawości.
- Jest to jeden z nielicznych egzemplarzy księgi napisanej przez Szalonego Araba*. - wyrzucił z siebie jednym tchem.
- Tego Araba?
- Dokładnie tak. Znasz dobrze jej dzieje. Wiesz jak trudno znaleźć kopię. Arabski oryginał zaginął bezpowrotnie. Zresztą i tak nic bym z niego nie zrozumiał. Rozesłałem jednak do wąskiego grona znajomych okultystów pytanie, kto mógłby mieć na sprzedaż jakieś wydanie księgi Szalonego Araba i pół roku temu skontaktowano mnie z Hansem Klossenkopfem, którego nakłoniłem w końcu do sprzedaży.
- Otwieramy?
- Jasne. Może być niebezpieczna, wpierw zabezpieczę stół egzorcyzmami i zaklęciami.
Narysował szereg symboli i znaków, kredą i kurzą krwią. Przystąpiliśmy do otwierania paczki. Naszym oczom ukazała się księga...
- Przecież to "Kor...
- Milcz!


*Autorem Necronomiconu miał być "Szalony Arab" El Hazzared. Jest to fikcyjna postać wymyślona przez pisarza Howarda. P. Lovecrafta, tak samo zresztą jak i Necronomicon. Howard napisał historię Necronomiconu w formie eseju, co utwierdza do dziś wielu naiwnych, że taka książka istnieje naprawdę. Nie na wiele się tu zdało nawet tłumaczenie samego pisarza, że ją wymyślił, a konkretnie - przyśniła mu się. Są tacy którzy twierdzą, że Lovecraft zdradził zbyt wiele i się wycofał, albo że została mu objawiona we śnie, ale potwierdza to jej prawdziwość.



poniedziałek, 6 listopada 2017

Sezon

... na grzyby ma się ku końcowi. Ale dawno nie trwał tak długo.

Tymczasem pogoda w weekend była tak ładna, że te grzyby (które lubię zbierać, ale nie bardzo jeść) mają drugorzędne znaczenie.





sobota, 4 listopada 2017

Kontr - wywiad

Z zaprzyjaźnionego bloga pochodzi ten oto wywiad. A w zasadzie kontr-wywiad, bo wymieniliśmy się z Asmodeuszem pytaniami. W sumie prawie na dwulecie chyba naszej blogowej znajomości (no może 1,5 roku).

- Mam Cię za umiarkowanego konserwatystę. Bardziej zaangażowanego w lokalną społeczność niż zainteresowanego polityką sensu stricte. Ciekaw jestem na ile się pomyliłem i jak byś sam określił swoją postawę polityczną. Jak się kształtowała. Skoro jesteśmy przy polityce i stać Cię na szczerość: jak oceniałeś ostatnie zwycięstwo PiS, jak oceniasz dziś, a jeśli Cię coś rozczarowało (nawet pozytywnie) – to co?

Generalnie przez większość życia miałem poglądy liberalne. Około roku 2008 zaczęło się coś psuć w tej ładnej i kolorowej układance. Wtedy wpadło mi w ręce kilka pozycji odbrązawiających ideę, które leżą u podstawy współczesnego liberalizmu. (Łysiak, Ziemkiewicz i kilka innych, których nie pomnę) Nie bez znaczenia były tu pewne wydarzenia - przerobienie mojego miejsca pracy w gruzowisko i nasze prywatne śledztwo, które przeprowadziliśmy z kolegami. Następnie w kolejnej pracy znajomość z pewnym Serbem, inna ocena wojny w Jugosławii i książka "Nato na Bałkanach" (manifest W. Łysiaka, który nazwał tą interwencją zbrodniczą napaścią poznałem później, wraz z jego interpretacją przyczyn tej wojny).  Gdy Kaczyński mówił o panującym w Polsce układzie, pokryło się to z moimi wnioskami i wiedzą, stąd może zwrot w prawo w dziedzinie nie tylko idei, ale także polityki.

Trudno mi jednoznacznie ocenić to zwycięstwo. Wynika ono z trendu, który widoczny jest w całej Europie, nie można nie zauważyć, że wziął się on stąd, iż liberalizm przestał być wydolny wobec niektórych wydarzeń, które dotknęły stary kontynent. W Polsce nie dało się ukryć już postępującej korupcji władzy, choć zawsze byłem zdania że za nią nie stoi konkretny pogląd, czy to lewica, czy prawica czy co innego, ale sam fakt posiadania władzy. Ci ludzie byli według mnie do politycznego odstrzału. Czy zachwycała mnie perspektywa PISu u władzy? Średnio. Obawiałem się eskalacji pewnych "samograjów", jak katastrofa smoleńska (ale o dziwo nie rozwinęła się w takim stopniu jak się tego obawiałem), nie podobała mi się wizja nadrzędnej roli Kaczyńskiego - raz z powodu już wieku, dwa traumatycznej skazy w postaci śmierci brata, która ma wyraźny wpływ na funkcjonowanie państwa. Byłem też zdania, że środowisko PISu okaże się równie patogenne jak PO. 
Co mnie rozczarowało. - Brak dyplomatycznego wyczucia, zawłaszczanie i manipulacje historią, w końcu nachalna i zupełnie moim zdaniem bezcelowa centralizacja władzy nominalnej.
Pozytywnie oceniam na ten moment działania ministra Morawieckiego i próbę naruszenia układu, choć obawiam się, że w jego miejsce powstaje inny. Nawet to kontrowersyjne 500+ uznałbym w naszej sytuacji jako pewien krok w dobrym kierunku - przecież takie zapomogi funkcjonują na zachodzie.
Na inne rzeczy patrzę z perspektywy kogoś, kto dobrze zdaje sobie sprawę, że władza nominalna i realna to dwie różne rzeczy.    

- Już wiemy (Twoi czytelnicy) jaki jest Twój stosunek do tradycji i narodowości. Rodzi się jednak pytanie, jak sobie radzisz z tymi elementami tradycji, które trudno uznać za pozytywne. Doprecyzuję: bohaterzy narodowi i rzesze ofiar ich bohaterstwa, oraz tradycje narodowe jako źródło dzisiejszej ksenofobii.

Wszystko zależy od tego jak się te wartości odbiera. Jeżeli jako pretekst do wywyższania się - nie jest dobrze. Z tradycji i historii należy wyciągać wnioski, tymczasem wielu ludzi, organizacji, które się utożsamiają z wartościami narodowościowymi tkwi w jakimś skostniałym schemacie. Trzeba jednak odróżnić szowinizm od patriotyzmu i nacjonalizmu, podczas gdy większość ludzi się nad tym nie zastanawia i atakuje ich przejawy jako nierozerwalną całość. Problem zarówno z jednej jak i drugiej stronie tkwi w niedouczeniu i dezinformacji.  


- Kiedyś pisałeś, że najbliżej Ci do agnostycyzmu. Odnieść się do tego cytatu: „Innym możliwym rozwiązaniem byłoby w ogóle nie dokonywać wysiłku myślenia. Byłby to dla mnie zgniły, leniwy agnostycyzm: po prostu nie obchodzi mnie pytanie o Boga”. (Anselm Grün, doktor teolog, duszpasterz katolicki), „Bóg zagubiony” (ja tego zdania nie podzielam) Spróbuj uzasadnić swój agnostycyzm, szczególnie w kontekście sprawczości, życia po życiu oraz, co rozumiesz przez „świadomość”, jak rozumiem, istniejącą poza świadomością ludzi.

Oczywiście można tak postrzegać agnostycyzm. Niektórzy stosują w praktyce słowa Anselma Grüna, mieniąc się nawet na zewnątrz wyznawcami jakiejś religii. Dla mnie niemożliwym jest poznanie Boga i jego istoty jako takiego, dysponując naszymi ziemskimi możliwościami. Wizja Boga jest ludzkim wyobrażeniem, pytanie jednak skąd się te wyobrażenia mimo wszystko biorą. Co skłania ludzi do myślenia o Bogu i dlaczego go potrzebują. Dlaczego, gdy go odrzucają, tworzą często struktury lub ideę przypominającą religię. Dlaczego w końcu pomimo odrzucenia istnienia bytu nadnaturalnego nie odrzucając wartości, które powstały dzięki religiom jako nakazy bóstw. Są różne teorie na ten temat, które jednak nie wyczerpują tematu. Oczywiście można założyć, że religie tworzono po to, by nakazy i zakazy usankcjonować jakąś wyższą, ponadludzką siłą, ale wtedy nie widać sensu w tworzeniu złożonych i skomplikowanych systemów religijnych. Te zaś mnie fascynują, choć ich interpretacji dokonuję na własny rachunek, stawiając pytania a nie próbując narzucać nikomu swoich wniosków. Najbliżej mi rzecz jasna do Katolicyzmu, bo w nim dorastałem. Ale nie przeszkadza mi żaden inny system religijny. Mam tylko wątpliwości co do jednego - Islamu, gdyż nie jestem pewien, czy za jego powstaniem stała chęć utworzenia systemu religijnego. Mam taką książkę "Rozwój umysłowy Europy" wydaną w Polsce w roku 1875, prywatnym sumptem, gdyż znalazła się na indeksie książek zakazanych przez KK i tam ocena islamu jako religii, a koranu jako dzieła literackiego jest druzgocąca. Ale to tytułem dygresji.

- Napisałeś u siebie, że postawą idealną powinien być stoicyzm i przytaczasz fragment jej definicji. Ale w tej samej Wikipedii jest uściślenie: „Człowiek powinien płynąć z "prądem" przemian natury i robić to, co dyktuje mu cnotliwy rozum. Oznacza to więc w praktyce wypełnianie obowiązków wynikających z naturalnej kolei rzeczy (takich jak obowiązki rodzinne, zawodowe itp.), ale nie szukanie dodatkowych zajęć i podniet”. Jesteś pewien, że to jest to, o czym każdy człowiek chce i powinien marzyć? Gdzie tu miejsce na marzenia i ich realizację, gdzie miejsce na szaleńcze uczucia, bez których życie mogłoby się okazać nudne, szare i do d...?

Ależ cnotliwy rozum nie zawsze narzuca życie szare i do d... Zależy co rozumiemy przez dodatkowe podniety - bo równie dobrze może to być polowanie z nożem na ludzi po zmroku, albo skok z samolotu bez spadochronu. Ten ostatni staje się racjonalnym źródłem zadowolenia (dla poszukiwaczy ekstremalnych wrażeń) jednak z niezbędnym zabezpieczeniem. Poza tym ta definicja nie jest do końca logiczna, bo gdyby wszyscy płynęli z prądem przemian natury, skąd by się te zmiany brały? 

- W formie odbicia piłeczki. Miałem pytać o zamiary literackie, ale już odpowiedziałeś notką. Ograniczę się wiec do pytania, jakie postawiła mi Ninel: „Moje czytelnictwo - wpływ na rozwój, decyzyjność i codzienną egzystencją”.

Eee... Może jaśniej, jaśnie Panie? :D Czytelnictwo wpływa na rozwój, bo coś tam nam w głowie zostaje na ogół. Czy wpływa na decyzyjność i codzienną egzystencję? Może, ale jest to u mnie wpływ mocno ograniczony, bo ostatnio czytam głównie opowiadania grozy. I stare pamiętniki. Za miesiąc może będzie to zupełnie co innego, mam nadzieję że nie kilkuletnia zapaść, bo były takie lata, że nie skończyłem czytać żadnej książki w roku.

- Również w formie odbijania. Jak Ty zapatrujesz się na przemiany kulturowe i społeczne ludzkości i czego się po niech spodziewasz?

Jestem pesymistą. Uważam że ludzie nie wyciągają wniosków już nawet nie z jakieś odległej historii, ale nawet z wydarzeń niedawnych. Kierują się impulsami jako zbiorowość, które wyzwalają skrajne zachowania. Myślę, że naturalnym procesem będzie osiągnięcie pewnego apogeum cywilizacyjnego i nagły regres - mieliśmy już w dziejach do czynienia z takimi sytuacjami. 

piątek, 3 listopada 2017

Pamietnik Danuty

"Rodzice zdecydowali, że pozostanie w mieście jest niebezpieczne, więc następnego dnia z rana wyruszyliśmy pieszo na wieś, gdzieś pod Żyrardów. Wzięliśmy ze sobą ten kolegi rower (on z rodziną też wyjechał) i ruszyliśmy w drogę. Szliśmy szosą, obsadzoną po obu stronach wysokimi drzewami, ale były też odcinki nieobsadzone. Nad nami ciągle przelatywały bombowce lecące w stronę Warszawy. Samoloty leciały bardzo nisko. Dopóki szliśmy wśród drzew, był spokój, Natomiast gdy wyszliśmy na szosę nieosłoniętą drzewami, natychmiast zaczęto nas ostrzeliwać z samolotów. Rozbiegliśmy się na wszystkie strony, lecz celem był rower, na niego szły głównie pociski. Wreszcie domyśliliśmy się, że z samolotu widać błysk niklowanej ramy roweru. Gdy później nadlatywały samoloty, uciekaliśmy jak najdalej od niego. Niemcy sobie tłukli do niego, a my spokojnie leżeliśmy dalej w rowie. Dziwne, że ani razu nie został trafiony."

To pisała moja ciotka, Danuta, młodsza siostra babci. Ostatni element do mojej książki. Będzie to opowieść która zacznie się na początku XX wieku, a zakończy na roku 1945. Motywem przewodnim będą dzieje dwóch rodzin, więc pokusiłem się, a w zasadzie pokusiliśmy, bo książka ma współautorkę, o dodanie wątku genealogicznego, gdyż odkryliśmy, że rodziny nasze pochodzą z jednej linii. Był to niezwykły zbieg okoliczności, bo panią Gabrielę, z którą piszę książkę poznałem przypadkiem, a z pokrewieństwa zdawali sobie sprawę najwyżej nasi pradziadkowie - w zasadzie mój pradziadek i jej dziadek - bracia cioteczni. A później... osobliwy przypadek połączył naszych przodków w czasie okupacji - mieszkali po sąsiedzku w jednej kamienicy i razem przeżywali ciężkie lata 1939 - 1945. A przypadek dnia dzisiejszego polega na tym, że nie dość żeśmy się spotkali, to jeszcze zainteresowało nas napisanie na podstawie rodzinnych opowieści książki.

    

wtorek, 31 października 2017

Przyspieszenie

Nadchodzi kiedyś taki moment, kiedy tempo tego co się dzieje z nami i dookoła nas zaczyna przyspieszać. Już nie wystarczy życia na robienie "czegoś", bo "coś" się robi z naszym życiem. To jest chyba ten moment - kiedy należy zrobić wypośrodkowanie. (PWN - «ustalić coś, wybrać, odrzucając skrajności»). W dzisiejszych czasach, jak zauważyłem jest to niezwykle trudne. Ludzie chyba uwielbiają skrajności. Jakby bali się, że harmonia to nuda, przeterminowana definicja, która oznacza jakieś dogorywanie w przydzielonej sobie szufladzie. To dlatego ludzie pragną żyć skrajnościami.  Skrajnie wysokie mniemanie o sobie, miesza się ze skrajnym upodleniem samego siebie. Dlatego nawet w pracy na n-tym piętrze biurowca można chodzić w drogim garniaku, albo na golasa.

Używając nuty ironii, to bieganie na golasa jest skrajnym przykładem. Każdy z nas ma w sobie jakieś granice, które przekracza, albo których nie przekracza, w zależności, jak bardzo chce wypośrodkowane  życie prowadzić. We mnie na przykład miesza się chęć zrobienia czegoś, z niechęcią robienia czegoś. Niektóre moje poglądy można uznać za skrajne. Tymczasem postawą idealną powinien być stoicyzm.

Czyli..

"zasada osiągania szczęścia przez wewnętrzną dyscyplinę moralną, sumienne spełnianie tych obowiązków, które spadają na nas naturalną koleją rzeczy, oraz odcięcie swoich emocji od zdarzeń zewnętrznych, czyli utrzymywanie stanu spokojnego szczęścia niezależnie od zewnętrznych warunków." (Za wikipedią)

Ze stanu rej dyscypliny mogą wyprowadzać problemy rodzinne, bo nie da się odciąć emocji np od osób, które kochamy. Ale reszta świata? 

Ze stanu dyscypliny wytrąca mnie również głupota bliźnich. A nie powinna, gdyż jest zjawiskiem wiecznym i powszechnym. A jednak - jak patrzę jak ludzie marnotrawią swój czas na zajęcia, które nic nie wnoszą do ich życia, rośnie we mnie jakaś irytacja. Drażni mnie powtarzanie pojęć bez znaczenia - tylko dlatego, że ktoś je wymyślił i rozpowszechnił, dodając do nich jakąś definicję. 
Drażni mnie kalkowanie poglądów, bez poświęcenia im chwili pomyślunku.

A potem nadchodzi przyspieszenie. I umykają nawet te głupoty.




niedziela, 29 października 2017

Kombii Torwar 27 października

Pojechałem sobie na koncert. Wprawdzie fanem Kombi, ani Kombii nie byłem nie jestem i pewnie nie będę, ale koncerty lubię i ten był przedni, bo nie zajechał mi uszu playbackiem. Koncert rozpoczął dość ciekawy wieczór, który skończył się późną nocą.



Nagrałem sobie fragment utworu "Linia Życia", takiego mojego number one tego zespołu. Naprawdę fajnie to brzmiało i nawet nie tak źle brzmi nagrane na komórkę.




czwartek, 26 października 2017

Wywiad z Jerzym Stuhrem

Staram się ostatnio nieco dystansować do tego co czytam i pochopnie różnych zjawisk, czy wypowiedzi nie oceniać. Przeczytałem wczoraj wywiad z Jerzym Stuhrem, choć może nie powinienem się nawet zbliżać do tego co aktualnie pan Jerzy pisze czy mówi. Dlaczego? Bo zawsze sympatyzowałem zarówno ze "starym' Stuhrem jak i "młodym" Stuhrem. Nie przeszkadza mi, że mam całkowicie inny pogląd na niektóre sprawy, potrafię słuchać takiego wywiadu i nie mam z tym problemu i w zasadzie na ogół wszystko gra, chyba że pojawia się zdanie, słowo, które wyprowadza mnie z równowagi, a bardzo rzadko się zdarza, żeby się nie pojawiło. Żeby była jasność dotyczy to zdecydowanej większości artystów bez względu na poglądy, bo ci związani z prawicą są równie żenujący, tyle że jest ich mniej i rzadziej wchodzą mi przed oczy.  Mam jednak żal, gdy wypowiedź wychodzi od człowieka, którego generalnie szanuję.
Jerzy Stuhr wydał książkę "Moje smoki na dobre i na złe". Wydał, bo skończył 70 lat. Czytałem dwie recenzje, które mnie wprawdzie nie mogły zniechęcić, bo na ogół unikam sypiących się ostatnio jak igły z suchej choinki wyrobów literackich różnych celebrytów i aktorów, ale wynika z nich że kolejna książka autorstwa JS jest pomniczkiem wystawionym swojemu ja. Z okazji wydania książki udzielił także wywiadu i ten przeczytałem. Mam wrażenie że te 70 lat, zakończyło w życiu aktora pewien etap, część dalsza będzie czerpaniem z czasów, kiedy Stuhr miał coś do powiedzenia jako artysta. Czas który w zasadzie minął. Tylko on tego jeszcze nie zauważył, bo o ile Stuhr pedagog, człowiek, czy zawodowy aktor, potrafi się zdystansować do siebie i ma wiele ciekawego do powiedzenia, to Stuhr jako artysta pozbawiony już jest w dużej mierze samokrytycyzmu.

Krytyka pana boli?
Trzeba iść dalej. Na tym etapie życia, ta krytyka już nie ma wpływu. Dawniej miała, na to co się ze mną i z filmem, mogło dziać. Dzisiaj, to nie ma znaczenia. Oni to wiedzą i dlatego są zdenerwowani.

"Krytyka w Polsce upadła?
 Tak. I te ich krytyki pod moim adresem są głupie. Jakby one były mądre, to bym się nimi naprawdę przejmował."

Z krytyką spotkał się ostatni film "Obywatel" z 2014 r. i chyba o to panu Jerzemu chodzi, bo nie omieszkał się pochwalić że dostał za ten film nagrody. Też nie oglądałem, szczerze mówiąc nawet nie wiedziałem, że coś takiego jest. Opinie w necie różne, jednym się podobało, drugim nie. "Newsweek" chwalił, prawica ganiła... nihil novi. Ale to fakt, że film po premierze przestał w zasadzie istnieć i po dwóch tygodniach wyświetlania w kinach pałętał się nadal gdzieś pod koniec liczącej się listy rankingowej (9 miejsce w box office, wyprzedzając zaledwie takie produkcje jak "Facet (nie) potrzebny od zaraz" i "Pani z Przedszkola" i przegrywając z innymi komedyjkami jak np "Wkręceni") powinien dać panu Jerzemu do myślenia, a nie krytyka ani nagrody które za niego dostał, zważywszy że świadczą one o tym, że kino stricte polskie praktycznie nie istnieje i po prostu nie było nic lepszego, czemu te nagrody można by było przyznać. Ale może Stuhr stał się już doskonałością i dalej ani rusz, więc krytykę faktycznie może mieć w d.. uszy. Ową doskonałość zresztą w sobie dostrzega sam - porównując się w następnej wypowiedzi do Felliniego, choć na szczęście tylko troszeczkę.

Ale nie to mnie dobiło. 

"Zdarza się, że za granicą musi się pan tłumaczyć z Polski? 
- Pomalutku tak. Byłem w Perugii, miałem tam wykłady. Perugię znam, pracowałem tam lata całe. Już teraz mieszkam w najbardziej ekskluzywnym hotelu. Różnie to bywało, szkoły mi wynajmowały mieszkania, w każdym razie teraz jest Baglioni - najlepszy. Świetna atmosfera, przychodzi do mnie maitre d’hotel, znał mnie z filmu i pyta ”Maestro, czy wy naprawdę jesteście za torturami i karą śmierci?”.
– Obruszyłem się, co pan do mnie mówi? – myślałem, że się przesłyszałem.
– Bo w ”La Repubblica” jest wypowiedź waszego ministra, Partyka Yakiego (Jakiego) i on mówi, że trzeba torturować tych, co zgwałcili w Rimini i wymierzyć im karę śmierci.

 Jak się mnie pani pyta, jak się czuję jako Polak za granicą, to powolutku już mówię żonie na ulicy: ”Tylko nie za głośno po polsku”. Już się na tym złapałem."

Żaden, rząd,  obojętnie jak podły i zły, nie powinien być powodem, aby wypierać się lub wstydzić swojego pochodzenia. I kim jest jakiś maitre d'hotel (zarządca hotelu) by mu się tłumaczyć z tak kretyńskich insynuacji? Może trzeba było się go spytać, czy cały naród włoski pałał miłością do dyktatora Kaddafiego, po tym jak premier Berlusconi pocałował go w rękę? A może Włosi wstydzili się mówić swoim językiem po głośnych na całą Europę wybrykach ich premiera?
Stuhr zaczynał swoją karierę w latach 70, zastanawiam się, czy wtedy też wstydził się mówić po polsku, bo przecież tkwiliśmy w komunie, zamordyzmie i tak dalej... Pewnie nie, bo o wykładach w Perugii nawet nie marzył.

Tymczasem coraz częściej niechęć i opór przeciwko władzy jest przerzucany na cały naród. Stuhr zresztą nie raz i nie dwa powiedział co myśli o swoich rodakach, ba nawet w tym wywiadzie:

Jedno pytanie, patrzy pan na całą Polskę ze sceny, i co widzi? Jakim jesteśmy społeczeństwem? 
- Niedouczonym. Niewychowanym.

Fakt, trudno się nie zgodzić z tymi określeniami. Tak jest - tylko czy  profesor i pedagog Jerzy Stuhr naprawdę widzi w polskim społeczeństwie tylko to?  Ma tylko dwa słowa zarezerwowane dla współczesnego Polaka? I tak chwała mu, że użył tu tylko dwóch, bo znane mi są jego wypowiedzi o wiele bardziej kwieciste, a wnikliwa obserwacja, za którą Stuhr jest gdzieniegdzie  chwalony ogranicza się do biczowania na oślep cech narodowych.

Cały wywiad tutaj:

https://ksiazki.wp.pl/jerzy-stuhr-maestro-czy-wy-naprawde-jestescie-za-torturami-i-kara-smierci-obruszylem-sie-6180515836995201a

wtorek, 24 października 2017

Dysputa



Ludzie ci nadchodzili z trzech różnych kierunków, każdy z nich odziany w powłóczystą szatę podpierał się długą laską, która przydawała szacownego wyglądu. Ich spotkanie w tym konkretnym miejscu mogło być dziełem przypadku, albo wynikiem szeroko pojętego przeznaczenia, lecz w kontekście naszej opowieści nie ma to najmniejszego znaczenia.
Mężczyźni spotkali się w końcu w owym miejscu i zaczęli przyglądać sobie nawzajem z zaciekawieniem. W końcu jeden z nich, przełamując krępującą ciszę przemówił tak.
- Witajcie bracia. Jestem wysłannikiem dobrej nowiny, oto głoszę wam przesłanie jedynego Boga z Płowym Wąsem. Cudowny Jego wąs, niczym słońce rozświetla nasz świat promieniem prawdy, a każdy kto go wysłucha, zostanie zbawiony.
Na to kolejny z wędrowców odpowiedział.
- Miło was spotkać, bracia. Ja z kolei głoszę wyznanie Boga z Czarną Brodą. W brodzie mojego Boga zawarta jest prawda, jak gwiazdy na wieczornym niebie. Każdy kto ją dostrzeże, dostąpi łask.
Ostatni podrapał się po głowie, i także powiedział co miał do powiedzenia.
- Mój Bóg, jako absolut nie posiada żadnego zarostu, gdyż tylko czysta i nieskalana nim twarz jest symbolem niczym nie przesłoniętej prawdy.
- O moi bracia… Zgadzamy się zatem że Bóg jest jeden. Pozostaje tylko wyjaśnić kwestie tego zarostu. Z przykrością stwierdzam że trwacie w błędzie. Czarną brodę każdy fałszywy bóg może zapuścić, a twarz nieogolona nie może o niczym świadczyć, gdyż jest jeno twarzą bez wyrazu. – odezwał się wyznawca Boga Płowowąsego.
- Ja bym się nawet zgodził z jedną z twoich tez, bracie, ale na co komu ten wąs? Broda jest smbolem mądrości, a wąs… no cóż to tylko wąs.
- Moi drodzy, żal zalewa moje serce, że zamykacie uszy na prawdę. Tam skąd pochodzę, twarz brodą lub wąsami zasłaniają jeno zbójcy. Zaprawdę – czy chcecie aby wasz bóg był im podobny?
Na to każdy z trzech wyznawców gdzieś z zanadrza wyciągnął księgę. Na pierwszy rzut oka wszystkie wyglądały identycznie i dyskutanci nawet byli skłonni przyznać, iż jest to ta sama księga. Ale okazało się rychło, że każdy ma inne zdanie na temat słów tam zapisanych. Dyskusja która nastąpiła później, zaczęła zajmować coraz więcej czasu oraz przybierać na impecie i nasileniu decybeli. W międzyczasie za dyskutującymi zebrał się spory tłumek. Ludzie słuchali ich argumentów i każdy stawał za którymś z wyznawców, a to Boga Płowowąsego, a to Czarnobrodego, a to Ogolonego. Nagle, któryś ze zwolenników Czarnobrodego wystąpił przed tłum:
- Zaraz! A dlaczego w zasadzie Bóg nie może posiadać zarówno wąsów jak i brody, skoro ten tam twierdzi, że może być cały ogolony!
Tego było za wiele dla proroka Ogolonego Boga.
- Bluźnisz… wszyscy bluźnicie i spotka was za to potępienie!
- Ty łotrze! Nie dość że pozwalam ci od dłuższego czasu głosić bezkarnie twoje herezje o jakimś... gołowąsie, to ośmielasz się grozić mi potępieniem! Przeklinam cię! - Wykrzyknął wyznawca Wąsów Płowych
- To ja cię przeklinam w imię Czarnobrodego! - ostatni prorok nie chciał być nikomu dłużny w hojnie rozdawanych przekleństwach.
- A ja was obu przeklinam też!
- Spokojnie, - odezwał się ktoś inny. – Skoro Bóg może wszystko, może sobie ogolić, albo wąsy, albo brodę, albo jedno i drugie. Sam tak robię, jak mi się nudzi moja twarz w lustrze.
- No jak nie jak tak! Ja twierdzę, że równie dobrze może mieć bokobrody… - odezwał się ktoś inny.
Tego z kolei nie wytrzymał Wyznawca Czarnobrodego i zdzielił laską heretyka wyznającego Boga Zmiennego Zarostu. Gdy ten padł nieprzytomny, usiłował także dosięgnąć tego do Bokobrodów, ale człowiek ów uciekł gdzieś w tłum. Prorok Ogolonego sprawnie sparował wymierzony weń cios laską i przyjął pozycję do walki, łypiąc na adwersarzy.
Tymczasem pierwszy z wędrowców (ten od Boga Płowowąsego) wyciągnął z zanadrza nóż. Zauważył jednak, że niewygodnie mu z nożem w jednej ręce, a z Księgą w drugiej, więc rzucił ją na bok. Na ten widok wszyscy z kieszeni, sakw, lub zza pasków wyciągnęli jakąś broń. Teologiczna dysputa miała tym samym wejść w kolejną fazę…