wtorek, 31 stycznia 2017

Jo Ho Ho i butelka rumu...

Szkocki Alestorm zabierze nas w czasy piratów, na bezludne wyspy wśród przeklętych mórz i ciemne portowe zaułki. Szybkie gitary zagrają w rytmie szant, okraszone dźwiękami skrzypiec i harmonii :). Muzyczka sympatyczna jak "Piraci z Karaibów", okładkę pierwszej płyty zdobi nawet jakiś krewniak Davy'ego Jonesa. Zresztą można sobie poklikać po tytułach i posłuchać.
Skoro o nim, mowa, to pojawia się ta postać w tekstach, a pochodzi ze anglosaskich legend żeglarskich. Nie jest jednak kapitanem „Latającego Holendra”, ale uosobieniem złego ducha morskiego, postaci przynoszącej nieszczęście na morzu. Jones – Jonasz, uciekając przed Bogiem sprowadzał pecha na statki, które brały go na pokład. Zaś kuferkiem Davy’ego Jonesa marynarze zwą dno morskie. 
"Captain Morgan Revenge" 2008 to pierwsza płytka szkockich piratów. Kapitan Morgan stojąc już na desce, z której wpadnie w morskie odmęty rzuci klątwę na zbuntowaną załogę w tytułowym "Captain Morgan Revenge", a marynarskie smutki będzie można będzie utopić w rumie u Nancy, dziewki z portowej tawerny w dedykowanej jej balladzie, przynajmniej zanim kat zadzierzgnie morskiemu rozbójnikowi na szyję sznur...

Hmm... Prawdziwy Kapitan Morgan nie zginął w morzu. Nie za życia, he he. Będąc walijskim bukanierem w służbie króla brytyjskiego Karola II, dawał się nieźle we znaki flocie Hiszpańskiej, łupiąc i zatapiając statki na czele sporej bandy sobie podobnych. Potem, kiedy królowie się dogadali, wylądował w lochu. Złego diabli nie wezmą, po wyjściu od razu zostaje gubernatorem Jamajki, ścigając bezlitośnie… bukanierów. Jego grób znajdował się w Port Royal, miasta będącego stolicą piratów i wszelkiej maści zbójów. To siedlisko zła pochłonęła w 1692 woda, kiedy w wyniku trzęsienia ziemi zapadło się w głębiny morza, wraz z grobem Henry’ego Morgana. 

Wracamy do Alestormu i płyty "Black Sails at Midnight" 2010. Jest tam coś takiego jak Keelhauled”. Wiecie co to keelhaul, szczury lądowe, hę? Przeciąganie pod kilem to jedna z najokrutniejszych kar morskich, stosowana wobec niepokornych marynarzy. Krępowano biedakowi kończyny i przewlekano pod dnem statku, gdzie topił się, bądź haratał ostrymi i okupowanymi przez skorupiaki krawędziami statku, trafiając w objęcia Davy’ego Jonesa. 
Ostatnią płytą w dorobku Szkotów jest „Back Through Time”, (2011) Znajduje się na niej hołd dla słynnego marynarskiego napitku...
„Rum” jak wiadomo to też ulubiony trunek piratów. Czemu rum u diaska? Otóż marynarka borykała się z problemem psujących się szybko zapasów wody na statkach. Usiłowano poić żeglarzy piwem, albo winem, ale pierwsze szybko kwaśniało, drugie było drogie. W końcu napojem przydziałowym stał się tani rum i był nim aż do 1970. Zatem jak widzicie, żeby pływać trzeba było mieć mocny łeb. Za pomocą tego napitku werbowano też członków załóg pirackich. Jak? Spijano delikwenta w tawernie do nieprzytomności i albo budził się na łajbie piratów, albo spóźniał się na odpłynięcie statku, co było równoznaczne z dezercją i stryczkiem, więc sam się mustrował do piratów. Marynarze lubili też chyba Cydr – napoik ze sfermentowanych owoców, z reguły jabłek zobaczcie jak im wesoło po jabolu – „I Am A Cider Drinker”
Oj rozpisałem się… na zakończenie pirackich przygód walka z potworem morskim - wpadający w tonację niemal deathmetalową Death Throes Of Terrorsquid. O gigantycznych ośmiornicach, wężach morskich, potężnych monstrach roją się dzienniki pokładowe dawnych kapitanów. Cóż, może ma to związek z tymi przydziałami rumu…

A i typ Małasa - 1741 The Battle of Kartagena

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Prawo bestii

Niniejsza relacja znajduje się w wydanych drukiem wspomnieniach Eugeniusza Macewicza, członka Szarych Szeregów i łącznika AK na terenie powiatu Sochaczewskiego.
Pozwoliłem sobie na mały skrót, poniższa scena opisana jest bardzo drobiazgowo i miesza się z osobistymi doznaniami autora, które nie są w tej notce istotne. 






Pojawienie się na środku głównej ulicy w Sochaczewie dwójki żydowskich dzieci i to spory czas po likwidacji sochaczewskiego getta, wywołało nieme poruszenie. Tak naprawdę chyba nikt tej pary nie spodziewał się i nie chciał oglądać... Granatowy policjant schował się na ten widok w bramę, jakaś wieśniaczka nawoływała dzieci w swoim kierunku... a one szły, wymizerowane wprost na niemieckiego żandarma, który szedł kilkanaście kroków za policjantem... JUDE! - Dopadł z wrzaskiem do dzieci...

Pojawił się policjant... dzieci zaprowadzono do podnóża ruin sochaczewskiego zamku... zabrano przymusowego grabarza ze szpadlem...



"Kiedy grób był gotowy, żandarm ustawił przy nim dzieci i jak się domyśliliśmy, kazał polskiemu policjantowi je zastrzelić. Ten jednak odmówił. Jak nam potem powiedział mężczyzna kopiący grób, przebieg rozmowy był mniej więcej następujący: Gdy żandarm kazał policjantowi strzelać do dzieci, ten mu odpowiedział, że rozkaz był wyraźny: Żyda ma zabić ten, kto go złapał. Przez krótki czas trwały przetargi kto ma strzelać. Wreszcie żandarm podnosi karabin do oka. Dzieci stoją spokojnie, może tylko bardziej się do siebie przytuliły. Żandarm mierzy długo. Opuszcza karabin. Wiem że nie może strzelić. Znów macha rękami, nakazując policjantowi strzelać. Ten znów odmawia. Żandarm popycha dzieci, każąc im iść w kierunku mostu. Przy moście zatrzymują się i scena się powtarza. Przeszli na drugą stronę Bzury. Zeszli z mostu i zatrzymali się na skraju łanu zboża. Znów żandarm nie mógł nacisnąć spustu. Poszli dalej i skręcili na szosę do Poznania.Postacie robiły się coraz mniejsze. Widać było tylko, że się od czasu do czasu zatrzymują"


Macewicz nie dowiedział się jak się skończyła cała historia. Pozwolił sobie jednak na dość istotną konkluzję:
"Nikt nie chciał śmierci tych dzieci. Ani my, bierni obserwatorzy, ani polski policjant, ani nawet żandarm. Ich uśmiercenie nakazywało prawo niemieckie, wydane przez legalne władze. [...]Jeśli się weźmie pod uwagę mentalność przeciętnego Niemca w tamtym czasie, z zakodowaną praworządnością, a także wpływ propagandy hitlerowskiej w okresie sukcesów, która zohydzała Żydów jako największe zagrożenie dla "Wielkich Niemiec", mogłem sobie wyobrazić w jakim stresie działał żandarm. Z jednej strony ludzkie uczucia, z drugiej obowiązek nałożony przez prawo swojej ojczyzny" 
Hitler na czas wyborów odłożył swoje rasistowskie poglądy. Przecież obrazek na którym przedstawiciel władzy morduje dwoje niewinnych dzieci w majestacie prawa brzmi jak rojenie idioty. A doszło do tego i nie tylko ideologia nazistowska była temu winna, a proste umiłowanie prawa i porządku przez ten naród.   
Owa zaszczepiona konieczność podporządkowania się prawu owocuje jeszcze jednym ciekawym epizodem, na który zwrócę uwagę następnym razem.

niedziela, 29 stycznia 2017

Aryjska uroda?

Gdybym miał pisać o tym co mi chodzi po łbie, to musiałbym znów o tych obozach, w kontekście wydarzeń wokół rocznicy wyzwolenia Auschwitz. Ale nie zrobię tego, przynajmniej nie na tym blogu, myślę że na obszerniejszy tekst pozwolę sobie na homopolitikusie, bo sprawa mnie niebywale bulwersuje...

I tak cofnę się do czasów II Wojny Światowej, ale w kontekście wspomnień Babci Alicji... I książki którą piszę na ich podstawie, gdzie nazywam Ją dawno nie używanym imieniem Lilka. Bo wtedy była Lilą, Lalą lub Lilką, wiecznie roześmianą dziewczyną a nie zgiętą prawie wiekiem życia Babcią Alą, "Prababcią Małasa", "Babcią Domową", lub w chwili totalnej upierdliwości "babiszczem". Mało jest już osób wśród żywych, które nazywały Ją Lilką... Może jedna?

Gdy siedzę i piszę, przybiega kota, częstuje się moją herbatą, pyszczek jej się nie mieści w szklance, więc... łapę do środka i oblizuje. Ach ty... Herbata ostygła, więc mogę ją bez wyrzutów sumienia wylać i zrobić sobie nową.

Babcia kaszle strasznie, poję ją syropem jak duże dziecko... Nachodzi mnie jakaś analogia do czasów dziecięcych, kiedy dostawałem w takich wypadkach od niej łychę stołową flegaminy. Jak tak dalej będzie wzywam we wtorek lekarza.

Jeden z Niemców - oficer – wspomina Lilka – czekał na mnie na dole przy wejściu zawsze gdy szłam do kościoła na nieszpory. Próbował coś zagadywać, oferując towarzystwo, żeby nic mi się nie stało. Nie życzyłam sobie jego towarzystwa, powiedziałam mu że się wstydzę, ale jakoś go to nie zniechęciło. Szedł kilka kroków za mną. Nie rozumiał po polsku. Któregoś razu spytałam się go wprost czego ode mnie chce. Zaczął coś opowiadać o mojej aryjskiej urodzie, ale wtedy nic z tego nie rozumiałam, co to jest aryjska uroda. Zrozumiałam tylko tyle, że mu się najwyraźniej podobam. 

Lilka - 14 czerwiec 1942 rok, przejazd kolejowy w Sochaczewie.
 W drodze z Żyrardowa.

Zwraca uwagę w tej opowieści szczegół o tej aryjskiej urodzie. Wpływ ideologii nazistowskiej był najwyraźniej tak silny, że Niemiec musiał sobie uzasadnić fakt, że podoba mu się dziewczyna nie będąca przedstawicielką jego rasy, przynajmniej podobieństwem do niej. Ale wyglądu blondwłosej walkirii Lilka nie miała przecież...

Co ciekawe, w żadnym ze znanych mi wspomnień z tego okresu, a mam ich kilka, nie ma chyba, albo trudno się doszukać słowa aryjczyk, bo ono funkcjonowało w terminologii nazistowskiej. Ale słowa "nazista", to już w ogóle ze świecą szukać... Niemcy, szkopy, rzadziej hitlerowcy. Nie mówię, że takich określeń nie ma, ale trudno mi się ich było doszukać. Teraz zrobiły się częstsze niż "Niemiec".

Mam jeszcze jedną opowieść z tamtego okresu, która mówi o pewnych cechach tego niemieckiego nazizmu i próbuje jakoś interpretować pewne zachowania które się nim dziś tłumaczy, czymś o wiele starszym niż ten cały nazizm. Ale jutro, bo to nie będzie przyjemna opowieść...

sobota, 28 stycznia 2017

"Agfa 1939" - Śladem 120 zdjęć

...i dwóch rolek filmowych.
Obejrzałem ten dokument w przerwie w gorączkowaniu, tylko nie wiem na jakiej stacji.
Tutaj jest trailer:

Agfa 1939 zwiastun

A tu wywiad z autorem:

Agfa 1939. Historia 120 zdjęć z czasów wojny.

Ponieważ dziadek twórcy dokumentu, reżysera Michała Wnuka służył w Wehrmachcie jako lekarz wojskowy, naturalnie pierwsze skojarzenie wiąże zdjęcia z nim. Okazuje się jednak, ze nawet nie miał on nic z nimi wspólnego. Były własnością drugiego dziadka pana Michała, członka AK. Dokumentowały m.in zbrodnie dokonane przez Niemców przy likwidacji getta w Częstochowie, więc pan Michał poczuł sporą ulgę, że jednak ich właścicielem nie był dziadek z Wehrmachtu. Film, trwający około 5 minut pokazuje beztroską wycieczkę niemieckiej na tereny wcielone do Rzeszy, tzw Kraj Sudecki. Drobiazgowe śledztwo doprowadza reżysera do właścicieli filmu, braci Schröter, zamożnych przedsiębiorców. Udaje się mu namierzyć ich potomków... 
Dokument zrealizowano w 2014 roku, ciekawe jakie nowe fakty udało się od tego czasu ustalić?

czwartek, 26 stycznia 2017

Wypadek? Nie sądzę...

Wczoraj na trasie Toruń Warszawa doszło do karambolu z udziałem naszego ministra MONu, Antoniego Najdroższego... W sumie dziwię się, że media nadal podtrzymują wersję o wypadku. Po pierwszych oględzinach zdjęć opublikowanych na serwisach informacyjnych dochodzę do wniosku, że nie mógł to być ani wypadek, ani przypadek... Spójrzmy na poniższe zdjęcie...


Na pierwszy rzut oka nic na nim nie widać podejrzanego, chyba że zauważymy resztki mgły... Ponieważ nawet dziennikarze tego nie zauważyli pozwolę sobie zwrócić uwagę na...

OTWARTY BAGAŻNIK!

Co widać w środku?

Jeszcze Państwo nie wiecie?

To nic innego jak Betula l.! Nawet nie Populus tremula L, co podkreśla grozę sytuacji. Dla niewtajemniczonych podaję potoczną nazwę tego przedmiotu... to....

BRZOZA!

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że lewicowe media zbagatelizują ten fakt... Któż zabroni funkcjonariuszowi BORu wozić drzewo w bagażniku... Zdając sobie sprawę z tego, że sprawa jest poważna postanowiłem powiększyć ten fragment drewna celem dokładniejszych oględzin. Oto co zobaczyłem...

Hmm.... interesujące. Botanicy już zapewne badają co jest nie tak... Ale nie o to mi chodziło, jednak zbliżenie jest zbyt wielkie, by zwrócić Państwa uwagę na pewien istotny szczegół...


Ten napis wszystko wyjaśnia... Spełniły się najgorsze przewidywania. Brzoza smoleńska była jedynie początkiem, odmiana pancernych brzóz dotarła już tutaj...

I to na trasie do TORUNIA! Czy zdajecie sobie Państwo sprawę z powagi sytuacji? Nie jakiegoś tam Krakowa, czy Świnoujścia.... Do TORUNIA!

P.S. Właśnie zauważyłem że z serwisów informacyjnych znika zdjęcie na którym widoczna jest brzoza... Obawiam się, że sprawa jest o wiele poważniejsza. Zabieram rodzinę i schodzę do podziemia, mam nadzieję że będzie tam WI-FI i ogórki...

I tak po poważnych tematach pozwoliłem sobie na totalne odprężenie. Zapraszam jeszcze na wysłuchanie utworu zespołu BIG CYC, p.t. Teczka

środa, 25 stycznia 2017

Polskie Obozy Śmierci ciąg dalszy

Jakoś dziwnym trafem, pojęcie "polski obóz śmierci" pojawiło się w nowym zupełnie kontekście akurat teraz, gdy trwa akacja #GermanDeathCamps. Mowa o założonych lub adoptowanych po Niemcach obozach, które powstały na terenie Polski już po wyzwoleniu.  Szacuje się, że około 60 tys osób straciło w nich życie wskutek mordów, zagłodzenia, chorób i wycieńczenia. Byli to głównie Niemcy, Ślązacy, byli AKowcy, oraz przeciwnicy nowej władzy. Temat został właśnie poruszony w reportażu Marka Łuszczyny p.t. "Mała Zbrodnia. Polskie Obozy koncentracyjne". Powiem od razu - jest to książka potrzebna, tym bardziej, że autor zamieścił w niej relacje jeszcze żyjących osób, które przeszły to obozowe piekło. Z kilku recenzji, nawet publicystów krytykujących ten tytuł, wynika także, że napisana sumiennie. Temat obozów założonych przez komunistyczny aparat terroru w Polsce jest tematem nadal mało znanym, choć opisano już niektóre jego zagadnienia jak np. funkcjonowanie obozu w Świętochłowicach.

Jednak właśnie tytuł książki i artykuł, który wykluł się w efekcie jej publikacji rzuca się cieniem sugestią, że przecież my, jako Polacy też mamy swoje grzeszki. Autor nie widzi w tym stwierdzeniu pewnego dysonansu, wykazując że przecież zarówno obozy były już na terenach Polski, obsada była polska i założone zostały dekretem polskiego organu władzy wykonawczej, czyli PKWN. Z tą polskością tych czynników mam tu jednak problem...

Zacznijmy od PKWN, który był efektem umacniania w Polsce nowego systemu władzy, ale przecież nie suwerennej i niezawisłej tylko kontrolowanej przez Moskwę. Udało się ją wprowadzić i umocnić fałszerstwem, a sam PKWN był marionetką w rękach Stalina. 
Tymczasem czytamy wypowiedź Łuszczyny dla Newsweeka: "...wszystkie funkcjonujące wówczas obozy były elementami tego samego systemu na polecenie nowych polskich władz..." Nowych polskich władz...  "Nowa polska władza",zajęła się prześladowaniem narodu polskiego...
Wśród obsady tych obozów znajdowali się niewątpliwie Polacy, jak też spora liczba Żydów i Rosjan. Byli to ludzie dobrani przez NKWD i szkoleni przez NKWD. Ci ludzie byli kanaliami i nie ma co się spierać że byli też Polakami, bo od takich cech nie jesteśmy jako naród wcale zwolnieni. Łamanie społeczeństwa wymęczonego wojną nie było wcale trudne, jak też nie było trudne narzucenie mentalności odwetowej. I to zostało trafnie ujęte...
"Nie ma mowy o spontanicznej zemście ludności polskiej. Można powiedzieć, że zemsta została zinstytucjonalizowana przez aparat państwowy i wykorzystana do tego, by wskazać nowego (po hitlerowcach) wroga."
Znów dobrze znane metody ze wschodu. Ale czy można niefrasobliwie dość stwierdzić, że obozy zakładane z polecenia i przy dozorze sowietów były polskie?

http://www.newsweek.pl/historia/-mala-zbrodnia-polskie-obozy-koncentracyjne-ksiazka-marka-luszczyny,artykuly,403834,1.html


 

 

wtorek, 24 stycznia 2017

Miszmasz wtorkowy (24 styczeń, cholera)

Porę mamy przeziębieniową, więc w domu słychać kaszle i smarkania. Za oknem poza tym składowana jest szarość w różnych odcieniach i nic ciekawego się nie dzieje. A ja już myślę, gdzie zacznę jeździć na rowerowe wyprawy. Znaleziony przez nas w listopadzie kot(a) urósł już i dostarcza wiele rozrywki. W nocy zwłaszcza... Otóż zwierzak tryni się nam do łóżka, mrucząc jak mały motorek. I kładzie się na nas mniej więcej na wysokości bioder. No nie, sio...Wyrzucana co chwilę "kota" przynosi w końcu swoją zabawkę - mysz dzierganą na szydełku by się wkupić w łaski i pozostać w łożu...
Gdyby kiedyś ktoś mi powiedział, że moim łóżku oprócz małżonki będę miał "kotę" - wyśmiałbym. A tu budzę się rano i "kota" śpi na mnie w najlepsze... 

***

Tymczasem w końcu udało się złapać zimowe widoki. Zdjęcia wyszły nieporównywalnie lepiej niż z komórki.



Mógłbym założyć bloga p.t. 1000 zdjęć z drogi do pracy. Przez 6 lat dreptania z autobusu zdjęć zrobiłem kilkaset. Z niektórych jestem naprawdę zadowolony. Nie uwierzycie jakie rzeczy można zobaczyć podczas 20 minutowego spaceru do leżącego na uboczu zakładu. W tym roku nie ma tylko sarenek, ale może jeszcze się pokażą. 

***

Dosyć wesołym i ostatnio komentowanym wydarzeniem jest bal Misiaczka z apteczki w jednym z białostockich klubów, podczas którego usiłował wszystkich przekonać, że PIS jest cool, a nawet mega cool, a praca w MONie to kwestia kilku głębszych z rzecznikiem. Żal mi się go trochę zrobiło, bo nawet na fuchę w ministerstwie nie udało mu się wyrwać żadnej laski. Może bały się Antoniego?


Minister Macierewicz, skoro o nim już mowa, tak się chyba stroskał o swojego protegowanego, że na rocznicowych obchodach pomylił Powstania - Styczniowe z Warszawskim. Rechot się podniósł wielki, a przecież internauci też powinni wykazać się empatią i zrozumieć, że starszy pan może się obawiać o los tego chłopca. Od tych orderów, salutów, zaszczytów w tak młodym wieku może się nieco poprzestawiać w główce i na miejscu pana Antoniego dawkował bym Bartusiowi emocje. W końcu całe życie przed nim...

***
Z powstaniem styczniowym związana jest postać Aleksandra Wielopolskiego, postaci rozpołowionej przez historyków na bohatera i zdrajcę. To ciekawe, że zawsze w kolejną rocznicę właśnie on przychodzi mi na myśl... Ja widzę w nim człowieka, który poniósł, mimo walorów umysłowych porażkę i ta porażka zadecydowała o jego miejscu w historii. Wielopolski, będąc naczelnikiem rządu cywilnego Królestwa Polskiego, realizował można powiedzieć założenia późniejszego w czasie polskiego pozytywizmu, poprawiając sytuację ekonomiczną i edukację Królestwa (wypisz wymaluj praca u podstaw...). Niestety, był przeciwnikiem konspiracji antyrosyjskiej i z tego powodu gdzieś te jego zasługi umknęły w oczach rodaków...
Wiedząc, że szykuje się kolejny zryw narodowy usiłował zatrzymać wybuch powstania branką w rekruty, ale stało się to co stać się musiało... Potem braku poparcia dla Powstania i uległości wobec Rosji, niektórzy mu nie wybaczyli, ale motywów jego postępowania nie sposób jednoznacznie przyrównać do innej hołoty, która przewinęła się w panteonie typowych polskich sprzedawczyków....

Przemysław Gintrowski uhonorował tą postać w utworze Margrabia Wielopolski.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Obozy śmierci

Gdyby spytać na Zachodzie kto podczas Drugiej Wojny w Polsce zakładał obozy zagłady, padłaby odpowiedź "naziści". Wydaje się Wam, że każdy wie, kim byli naziści? Zdawać by się mogło, że my Polacy wiemy, ale niedługo może się okazać, że tylko my. Właśnie trwa akcja #GermanDeathCamps, będąca odpowiedzią na próby manipulowaniu historią przez Niemieckie media. O tym, że zaczyna być potrzebna i w Polsce, świadczy twitterowy wpis posła "Nowoczesnej" Pawła Rabieja, który ma ma inne, dość zaskakujące zdanie na ten temat...


Od jakiegoś czasu trwa próba rozmycia tożsamości owych nazistów, czego przykładem określenie "Polskie Obozy Śmierci". To nie przypadki, ani lapsusy językowe - jest to robota celowa, Niemcy - uważające się aktualnie na moralny autorytet Europy nie mają już ochoty nosić na ramieniu cienia opaski ze swastyką. Bo to źle wygląda.
W USA wspierają taką propagandę różne lobby, głównie żydowskie, którym zależy na upokorzeniu Polski na arenie międzynarodowej, a chodzi o wyłudzenie kasy... Ten kto ma wątpliwości niech zajrzy do książki amerykańskiego politologa żydowskiego pochodzenia Normana Finkelsteina 'Przedsiębiorstwo Holokaust", który demaskuje ten proceder.

Może się to trochę w końcu odmieni, za sprawą akcji #GermanDeathCamps. Wszystko za sprawą pewnego dzielnego starszego Pana, Karola Tendery, byłego więźnia Oświęcimia, który rzucił rękawice niemieckiej stacji ZDF, używającej określenia "Polskie Obozy Śmierci". Choć wygrał w sądzie, to przeprosiny wyemitowane przez ZDF były wręcz niezauważalne.
Dlaczego to takie ważne?
Odpowiem na przykładzie. - "Polacy zamordowali Żydów w Jedwabnem". Nie bandyci, nie mordercy, nie nacjonaliści... nie używa się żadnych półsłówek, zamienników ani nic z tych rzeczy. Tymczasem zamiast Niemców - hitlerowcy, naziści...
Równoczesny jest przekaz płynący z książek Grossa i jemu podobnych. Głąb żyjący na drugiej półkuli, który ma problem z rozróżnieniem Holandii od Polski (Holland - Poland? Whatever...), ale słowo znak "Polak morderca Żydów" działa w świadomości, czego dowodem przypadek dziennikarki Debbie Shlussel, która głosi z pełnym przekonaniem, że "Polacy mordowali miliony Żydów".



Powtarzam to hasło z uporem... nie pozwólmy na to, by ktoś pisał za nas naszą historię

niedziela, 22 stycznia 2017

Podział ponad porozumieniem

Rys. Marek Raczkowski


Przyszła mi dziś do głowy refleksja na temat określenia... kość niezgody. Przyczyna sporów i obiekt sporu. A tak mi przyszła w związku ze zdaniem powtarzanym jak mantra, "Kaczyński podzielił Polaków". Tako orzekł już kiedyś wieszcz, wizjoner i wybitny polski obserwator sceny politycznej Zbynio H...

„CH..., który podzielił naród, wprowadził do polityki element nienawiści, szczucia Polaków na Polaków”

Więc Naród jest tą kością, o którą walczą dwie ścierające się elity polityczne. Naród się podzielił na gorszy sort i zdrajców, oraz pisurarską konserwę i katotalibów. Kość nagle zaczęła mieć własne zdanie, na temat wyboru kundla, który będzie ją ogryzał!

Dlaczego stałem się nagle gnatem po jednej stronie barykady? Ja, osobiście, ja...

Przez Polskość...

"Polskość jako zadany temat… Wydawałoby się: tylko usiąść i pisać. A tu pustka, tylko gdzieś w oddali przetaczają się husarie i ułani, powstańcy i marszałkowie, majaczą. (…) Jak wyzwolić się z tych stereotypów, które towarzyszą nam niemal od urodzenia, wzmacniane literaturą, historią, powszechnymi resentymentami? Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło – ponuro – śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych rojeń? Polskość to nienormalność – takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze wrzuciły na moje barki brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać, a zrzucić nie potrafię (nie chcę mimo wszystko?), wypaliły znamię i każą je z dumą obnosić. Więc staję się nienormalny, wypełniony do granic polskością, i tam, gdzie inni mówią człowiek, ja mówię Polak; gdzie inni mówią kultura, cywilizacja i pieniądz, ja krzyczę Bóg, Honor i Ojczyzna (wszystko koniecznie dużą literą); kiedy inni budują, kochają się i umierają, my walczymy, powstajemy i giniemy. I tylko w krótkich chwilach przerwy rozważamy nasz narodowy etos odrobinę krytyczniej, czytamy Brzozowskiego i Gombrowicza, stajemy się normalniejsi."

W nosie z ośmiorniczkami... Zastąpią je aptekarze o nieocenionych zasługach dla obronności kraju. W nosie z patologią, bo partyjniactwo = złodziejstwo, władza = korupcja. Bo takie są elity polityczne i tak Polacy zostali wychowani, po tym jak najszlachetniejszy materiał na Polskość wyginął w powstaniach i gułagach. Z tą świadomością nie spodziewam się po żadnych partiach niczego dobrego... I nie przyszło mi do głowy, by rzucać się na kogoś z pazurami, bo miał innego partyjnego pupila niż ja. Do czasu, gdy w grze politycznej nie zaczęła być kartą przetargową Polskość...
Nie łudźmy się, nikt nie da nam zbawienia od tego, chyba że znów wszystko wokół stanie w ogniu.
Ale do ciężkiej cholery zostawcie już w spokoju tą Polskość, choć tą resztkę, za którą umierały pokolenia wariatów.

Kość złamana na pół oszczędza wysiłku psom które o nią walczą... Sama się zagryza, szczuta przez gazety, w które ktoś co i rusz ją owija. ...
To nie Kaczyński podzielił - bo to tylko epizod w naszych dziejach, człowiek, który rzuca hasła tak jak i jego oponenci i masy ich poputczików prasowych. Powtarzając je dzielimy się sami.

Ponieważ potrzebuję dziś muzycznej terapii, nie polecam wszystkim zaglądania pod poniższe linki.

Annihilator - Deadlock
Judas Priest - Death Row
Wrath - When Worlds Collide
Kreator - Gods of Violence





sobota, 21 stycznia 2017

Opowieści Stefana Grabińskiego.

Grozą zainteresowałem się w zasadzie bardziej w czasach studenckich. Pochłaniałem wtedy masę książek, a nawet należałem do grupy tłumaczącej filmy grozy - Dark Project Sub Group. Na założoną własnym sumptem stronę wrzucaliśmy też recki filmów, których obskakiwałem sporą ilość. No ale kiedyś trzeba było wyrosnąć...

Z czasów tych zostało mi kilka pobladłych fascynacji, które wracają wieczorami, gdy ciemność za oknem, mgły spowijają drzewa, a wiatr ... Przesadzam już trochę, prawda?

Do rzeczy. Jednym z większych zachwytów w jakie wpadłem nad twórczością jakiegoś autora, cieszyły się opowiadania Stefana Grabińskiego.

- Czego chcecie ode mnie?
 - Twej krwi! Krwi twojej chcemy! Krwi! Krwi!
- I cóż wam po niej?
- Chcemy żyć! Chcemy żyć! Po cóżeś nas wywołał z chaosu niebytu i skazał na nędzę półcielesnej włóczęgi? Patrz, jacyśmy bezsilni i bladzi!
(Dziedzina 1922)

Autor faktycznie wywołał wtedy z chaosu byty, dotychczas w polskiej literaturze szerzej nieznane.
Dla plastycznego opisania impresyjnych wrażeń pisarz tworzył niepowtarzalne neologizmy i niesamowite metafory, wciągając czytelnika w świat czarodziejskiego folkloru wymyślonych legend kolejowych, strażackich czy kominiarskich (Demon Ruchu 1919 i Księga Ognia 1922 - obok oryginalna okładka), abstrakcyjnych i zgubnych ludzkich obsesji, oraz grozy wdzierającej w zwyczajne na co dzień życie bohaterów (Szalony Pątnik 1920, Niesamowita Opowieść 1922).
Napisał też kilka powieści, ale one nie cieszą się zbytnim powodzeniem. Mnie podobał się okultystyczny "Cień Bafometa", w którym autor wykazuje się sporą znajomością tematyki czarnej magii.  O Grabińskim mówi się, że już za życia zwiedzał zaświaty, żyjąc w cieniu śmierci, bo od młodości cierpiał na gruźlicę. Umarł zresztą dość młodo, w zapomnieniu, mając 49 lat. Może byty, które tworzył faktycznie ciągnęły go ku śmierci.
Porównywany z Lovecraftem, albo Poe, znał zapewne tego ostatniego i być może są w jego twórczości jakiejś inspiracje, jedno wyraźne odniesienie do Jekylla i Hyde'a Roberta Louisa Stevensona znalazłem w "Problemacie profesora Czelawy", ale tak naprawdę jego twórczość jest niepowtarzalna i wyjątkowa.

Kiedyś, w czasach podstawówki wpadł w moje ręce zeszycik, z wielce interesującą okładką - wkomponowanym w wieszak na suknie kościotrupem. Tam przeczytałem m.in o Białym Wyraku, złej istocie zrodzonej z sadzy i prześladującej kominiarzy. Potem zacząłem szukać zapamiętale wszystkich możliwych tytułów, a sprawa nie była prosta, po wojnie wyszły jedynie antologie, a oryginalne przedwojenne wydania kosztowały majątek. (Jak dla mnie, 400 zł to jest majątek). Praw autorskich jednak nikt nie odziedziczył, a znaleźli się ostatnio fascynaci, którzy własnym sumptem wydali w formie książkowej całą prozę Grabińskiego. Wydawnictwo Agharta i Kabort, podjęło się tego trudu, z założycielem tego ostatniego miałem nawet przyjemność mailować i otrzymać jeden z ostatnich egzemplarzy "Pani z Białego Kasztelu" zawierający opowiadania rozproszone, wydawane w periodykach literackich. Stare wydania wciąż kuszą, ale wiem już, że niczym raczej mnie nie zaskoczą. Ba, nawet książki, które wymieniłem są już obecnie białymi krukami.

Komplet nowel zamyka się w 7 tomach opowiadań... Nawet aktualnie dostępne.

Z wyjątków. W pomrokach wiary (1909) (pod pseudonimem Stefan Żalny)
Na wzgórzu róż (1918)
Demon ruchu (1919)
Szalony pątnik (1920)
Niesamowita opowieść (1922)
Księga ognia (1922)
Namiętność (1930)

Powieści:

Salamandra (1924)
Cień Bafometa (1926)
Klasztor i morze (1928)
Wyspa Itongo (1936)
Motywy docenta Ponowy [nie ukończona, rękopis]

Proza trafiła też do filmu. Pamiętacie takie czarnobiałe stare filmy z serii "Opowieści Niezwykłe"? Ryszard Ber aż dwa razy sięgnął po Grabińskiego filmując "Ślepy Tor" i "Pożarowisko". Pełnometrażowo i w kolorze straszył obsesyjnym uzależnieniem erotycznym w "Domu Sary" Zygmunt Lech. Poza tym proza Grabińskiego została wykorzystana w filmie "Nikt nie jest winien". Ale co ciekawe, Kochankę Szamoty sfilmowano jeszcze za życia pisarza w 1927 roku.



Ja natomiast napisałem około 5 lat temu wiersz, zainspirowany twórczością Grabińskiego. Jeżeli chcecie zadać sobie trud poznania mojej inspiracji, zapraszam do lektury "Kochanki Szamoty"



KOCHANKA
(2013-09-03)

Gaśnie więc namiętna tęsknota
W nagłej eksplozji pożądania
Gdyż nadeszła wreszcie pora
I czas potajemnego spotkania

Już nagość w przeźroczu szaty
Ściskam mocno i łono całuję
Jeno krytego woalem rysu twarzy
Do widoku pełni urody brakuje

Zatapiam zmysły w to ciało
Chłonąc je w dzikiej chuci 
Piję rozkosz nieokiełznaną
Żaru krwi nie mogąc ostudzić

Ach, śnieżnobiałe zębów perły
Błyszczą w lubieży uśmiechu
I tylko błysk oczu obłędnych
przenika mleczną mgłę kwefu

Czemu milczysz zapamiętale?
Czemu lica chustą skrywasz?
Czemu jaźń napełniasz szałem
Nie dając się pięknem upijać?

Światłem zalewam wspólne łoże
Tkaniny wszelkie precz rzucam
Na całą twą krasę chcę spojrzeć!
... Oddech zamiera gdzieś płucach...

W zgiełku koronek, leży bezwstydnie
Tknięty śmiercią korpus kobiecy...
Ciało w spaźmie swej płci zastygłe
Jeno widmem w żądzy zamkniętym







piątek, 20 stycznia 2017

Staruszka sprawniejsza niż służba zdrowia

...i jazda na lodzie figurowa.
Dzisiejszy dzień ogłaszam dniem jazdy figurowej na lodzie. Przy dwóch stopniach na minusie spadł nie wiadomo po co deszcz. Figurę widziałem na razie jedną... 
Małas rano obudził się z gorączką i nie poszedł rzecz jasna do szkoły. Kotoj wziął więc wolne i ruszy z nim do lekarza.
W ogóle jakoś kijowo się zrobiło. Wczoraj jak długa runęła babcia, pomimo chodzika. Upadki Babci zdarzają się od czasu do czasu i jest to coś co jeży mi włos na głowie. Otóż słychać straszny łomot, aż trudno uwierzyć że lekka jak piórko chuda staruszka pada z takim hukiem. Potem lament i ciężko dojść przez dłuższą chwilę czy coś się stało czy nie. Wczoraj miałem poważne obawy, czy nie złamała ręki, bo coś jej ewidentnie sterczało koło łokcia, ale lewą rękę łamała tyle razy i ma tak ją powyginaną, że diabli wiedzą. Na razie jednak nie puchnie więc jeszcze nie panikuję. Generalnie Babka prowadzi późno nocny tryb życia i krąży po domu nie dając nam zasnąć - skrzypi tymi kółkami od chodzika, drzwiami, bo a to siku, a to piciu... a ja już w wyobraźni mam w głowie ten huk padającego ciała. Ale skoro już mowa o tym, to pospuszczam się lepiej trochę na służbę zdrowia.


Ostatni wyjazd do szpitala związany problemami sercowymi skończył się zostawieniem jej samej sobie na poczekalni po badaniach i nie mam wątpliwości - pomimo że pacjent nie może zejść po schodach i potrzebny jest specjalny transport, teraz do złamania nikt się nie ruszy. Trzeba by było iść do lekarza rodzinnego, żeby wystawił zgłoszenie, a potem ubłagać jakiegoś lekarza w szpitalu, żeby zlecił transport do domu. Poprzednio jak się tego domagałem, lekarz spojrzał na mnie wzrokiem bociana, który zobaczył nagle pomarańczową żabę i zaczął się zastawiać, czy wzrok mu szwankuje, czy też jestem faktycznie pomarańczowy. Oświadczył w końcu, że może ostatecznie, ale przewoźnicy mają priorytety z wypadków i zgłoszeń i może to potrwać nawet kilka godzin... Czyli, "If you get inside you can't get out"... Sam ją wtedy przywiozłem i wniosłem z kuzynem na drugie piętro. Bidula była tak przestraszona tym wnoszeniem, że usiłowała trzymać się poręczy, wcale nam nie ułatwiając sprawy.
Druga sprawa dotyczyła kontroli rozrusznika. Po wystawienie zlecenia do szpitala w Warszawie udałem się do lekarza rodzinnego. On oczywiście by bardzo chętnie, ale przepisy mu ponoć nie pozwalają. Takie zlecenie może wystawić tylko szpital w którym są badania. No to dzwonimy na Banacha. Ależ nie, - pan doktor odbija piłeczkę - oni takich zgłoszeń nie wystawiają. A w ogóle to jest jesień, mokro, zimno, i lepiej latem. (babka ma 97 lat za 3 dni, więc facet może założył jakiś optymistyczny wariant?). Generalnie to możemy sobie przecież sami ten rozrusznik zbadać. :D. Wystarczy użyć na falach krótkich radia tranzystorowego, powinno odbierać impulsy.... Jasne, nie ma problemu, mam w domu kilka sztuk. Jestem domyślnym fanem starego sprzętu RTV...
Podobno jedyne co jeszcze działa w takich wypadkach to groźba wezwania telewizji i tak Kotojowi wprost powiedziała pielęgniarka, jak Jej babci nie chciano odwieźć do domu po operacji. "Pani im zagrozi, że z telewizją przyjdzie"... Karetka i "moce przerobowe", faktycznie się znalazły...
I cóż tu ja mogę konkludować. Mógłbym wymienić jeszcze kilkanaście podobnych przypadków olewnictwa, których byłem świadkiem naocznym. Chorowanie jest złe. Trzymajcie się dziadkowie i babcie... Bierzcie przykład z mojej niezniszczalnej Alicji, która startuje do setki :). Może się uda?


***

Na dobry początek dnia znów muzyka. I znów progresja, tym razem wedle zasady "cudze chwalicie, swego nie znacie", zapodam polski zespół "Riverside". Chłopaki w tym roku wystartują z piątym już albumem, a muzyka naprawdę jest na wysokim poziomie. Piosenka poniżej pochodzi z albumu "Second Life Syndrome" z 2005 roku. Podziękowania dla mojego Kotoja, który podrzucił mi kiedyś tą perełkę...







             Żyjemy z dnia na dzień
             Wiążąc koniec z końcem
             Bezwolnie uwikłani
             W błędny rytuał

                                                             Przyzwyczajamy się do wszystkiego
                                                             Do kolejnych upadków
                                                             Czekamy na wyroki opatrzności

Anonimowa ekspozycja
Lekarstwo na samotność
Dotarłem do punktu, z którego nie ma odwrotu
Wiesz, że wielu rzeczy nigdy nie zapomnę
Pomogłaś mi tak bardzo nauczyć się obojętności

czwartek, 19 stycznia 2017

Smutna ballada o pewnym kraju

Dziś wpadłem na polityczny blog Maliny, gdzie znajduje się "Dziadowska ballada o dzielnym dzielniku".

Pomyślałem sobie, że 9 minut na jednego Pana Kaczyńskiego to zbyt długo...

Myśli potoczyły się gdzieś wstecz daleko, układając...wiersz, balladą będący tylko z nazwy, gdyż prawdziwa ballada ma jednakową liczbę sylab w wersach.

SMUTNA BALLADA O PEWNYM KRAJU

Najpierw żołdacy zakuli Ją w kajdany
Te, nim się miały ziścić wieszczów słowa
Pordzewiały od katorżników łez krwawych
Lecz ofiara musiała zostać spełniona

Czas wreszcie nadszedł, objawiły się sny
Zwieńczone wolnością nagle odzyskaną
Pogryzły się wściekle strzegące jej psy
I wstała, znów swojej ziemi będąc panią...

Była marzeniem i miłością kawalerzysty
I obliczem matki w oczach dziecka
Chlebem pachniał jej warkocz złocisty
Lecz ta chwila była krótka, zwiewna...

Drutem kolczastym znów opasali jej kibić
A kapo obijał pałką młode twarze
By jej dzieciom raz na zawsze z głowy wybić
Polskość, nadzieję, miłość i wiarę

Potem szkarłatnym sztandarem zakryli pęta
Żeby nie było widać na nich czerwieni
Lecz nadal przed krzyżem lud klękał
Modląc się, by Bóg zły czas odmienił

Nagły wiatr zakręcił kołem historii
I miało być tak, jak kiedyś bywało
Orzeł w koronie szybuje znów wolny
A Naród jedną stanowić ma całość.

...

Próżno nazwiska wymieniać i tytuły,
Darmo w bezsile podłe czyny wyliczać
Różnych Piłatów, Brutusów i Judaszy
odpowiedzi szukać na jedno z pytań...

O wy, coście Polskę w opiekę dostali
Przez wolę i jedność serc wyzwoloną
Czemu za marne grosze żeście sprzedali
Jej szaty, dobra, wraz z dumą i koroną?

środa, 18 stycznia 2017

WOŚP, Zimowy pejzaż i Fates Warning

Polacy, nie mając się już o co żreć, żrą się o Owsiaka. A kradnie, a nie kradnie, a łobuz, a bohater... A że 1 za krótko transmitowała i wycięła serduszko komuś z klapy... A że Caritas robi więcej, a to że ci co nie dają mu kasy, oświadczenia powinni pisać że nie chcą być leczeni sprzętem WOŚPu... Obłęd.

Przyznam się, że sam krytykowałem przez jakiś czas, po przeczytaniu kilku publikacji o WOŚP, może nie posuwając się do stwierdzenia że są to defraudanci itd, ale zwracając uwagę na liczne niejasności, na wyjaśnieniu których Owsiakowi wcale jakby nie zależało. Ktoś jednak w zeszłym roku zwrócił mi uwagę na pewną rzecz, mianowicie, że WOŚP to nie sam Owsiak, ale rzesze ludzi, którzy angażują się naprawdę bezinteresownie i chcą nieść realną pomoc. Spasowałem. Jeżeli Owsiak jest czemuś winny, udowodnić winę i wsadzić do pudła, jeśli nadal działa - nie dorzucać swojego błota, bo można kogoś skrzywdzić i to nie tylko samego inicjatora WOŚP.

Dzieje wojen o WOŚP opisałem w artykule, zamieściłem tekst na innym blogu, bo jest dość długi, można go przeczytać klikając w poniższy rysunek.


***

Mrozek zafundował nam ładną szadź na drzewach. Tak się napaliłem na zdjęcia, że zapomniałem karty włożyć do aparatu. Robienie ich komórką to jak głaskanie kotka za pomocą młotka...



Może do jutra nie opadnie...

***

Tymczasem znów zagłębimy się w muzykę... Pleasant Shade of Gray, to koncept album amerykańskiej grupy Fates Warning. Składa się on z 12 utworów, które w tytule różnie się tylko kolejną cyferką...


Jest to muzyka zróżnicowana, której warto po prostu posłuchać w całości... o ile komuś podpasuje, Ponieważ jest też moim zdaniem dość trudno przyswajalna. Wybrałem kilka numerów, dosłownie i w przenośni, które uznałem za... hmm... bardziej zachęcające. Jeśli ktoś po pierwszej II nie ma ochoty dziś na eksperymentowanie, zachęcam do przesłuchania tylko relaksującej i troszkę odstającej klimatem od reszty kompozycji numer IX. 
V

A oto link do pełnego albumu [KLIK]

wtorek, 17 stycznia 2017

Nieoficjalny rok Leśmiana

(źródło: http://paniodbiblioteki.blogspot.com)
Podchwytuję wpis Jotki. W tym roku przypada 80 rocznica śmierci Leśmiana, poety, który wywarł kiedyś na mnie ogromne wrażenie. Jak się okazuje nie zasługuje on według polityków na objęcie patronatu nad 2017 rokiem. Osobiście nie wiem co komu przeszkadza Leśmian (chyba poezja nie dzieli się na koszerną i niekoszerną?), bo patronów roku 2017 wybrano kilku, ale mam to w nosie.


Mój ulubiony wiersz, który zauroczył mnie kiedy byłem dzieckiem to "Dziewczyna". Był też jednym z ulubionych wierszy mojej mamy, która zarecytowała mi tą smutną bajkę z pamięci.


 DZIEWCZYNA

Dwunastu braci, wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony,
A poza murem płakał głos, dziewczęcy głos zaprzepaszczony.

I pokochali głosu dźwięk i chętny domysł o Dziewczynie,
I zgadywali kształty ust po tym, jak śpiew od żalu ginie...

Mówili o niej: "Łka, więc jest!" - I nic innego nie mówili,
I przeżegnali cały świat - i świat zadumał się w tej chwili...

Porwali młoty w twardą dłoń i jęli w mury tłuc z łoskotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto jest człowiekiem, a kto młotem?

"O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty brat do jedenastu innych rzecze.

Ale daremny był ich trud, daremny ramion sprzęg i usił!
Oddali ciała swe na strwon owemu snowi, co ich kusił!

Łamią się piersi, trzeszczy kość, próchnieją dłonie, twarze bledną...
I wszyscy w jednym zmarli dniu i noc wieczystą mieli jedną!

Lecz cienie zmarłych - Boże mój! - nie wypuściły młotów z dłoni!
I tylko inny płynie czas - i tylko młot inaczej dzwoni...

I dzwoni w przód! I dzwoni wspak! I wzwyż za każdym grzmi nawrotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto tu jest cieniem, a kto młotem?

"O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty cień do jedenastu innych rzecze.

Lecz cieniom zbrakło nagle sił, a cień się mrokom nie opiera!
I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera...

I nigdy dość, i nigdy tak, jak pragnie tego ów, co kona!...
I znikła treść - i zginął ślad - i powieść o nich już skończona!

Lecz dzielne młoty - Boże mój - mdłej nie poddały się żałobie!
I same przez się biły w mur, huczały śpiżem same w sobie!

Huczały w mrok, huczały w blask i ociekały ludzkim potem!
I nie wiedziała ślepa noc, czym bywa młot, gdy nie jest młotem?

"O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty młot do jedenastu innych rzecze.

I runął mur, tysiącem ech wstrząsając wzgórza i doliny!
Lecz poza murem - nic i nic! Ni żywej duszy, ni Dziewczyny!

Niczyich oczu ani ust! I niczyjego w kwiatach losu!
Bo to był głos i tylko - głos, i nic nie było oprócz głosu!

Nic - tylko płacz i żal i mrok i niewiadomość i zatrata!
Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?

Wobec kłamliwych jawnie snów, wobec zmarniałych w nicość cudów,
Potężne młoty legły w rząd, na znak spełnionych godnie trudów.

I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie!
A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?


***

A po latach, mniej lub bardziej świadomie w swoich nieudolnych próbach wierszokletczych, usiłowałem chyba naśladować mistrza...

Smętek (2013-06-02)

Bezdrożem duszy smutek szedł
W płaszcz losu wplatał szarą nić
Tam gdzie chciał, zatrzymywał się
W próżni, co nie umiała drwić

W bezkresach ciemnego nieba
Wisi tarcza niemego księżyca
Jego twarz spogląda zza drzewa
I w chłodzie oczu umysł zamyka

Lunatycznym wzrokiem szaleńca
Przykuwam się doń myślą
By ta z głowy nie uciekła
Znacząc ślad jeno, tego co prysło

Dłoń deszczu gładząca twarz
zabiera z niej resztki łez
By na ziemi odcisnąć ich ślad
i smutnej bajki, bo już jej kres...

***


Muzycznie pozostaniemy w klimacie.  Deine Lakaien to niemiecki duet tworzący muzykę definiowaną jako dark wave. W zasadzie większość płyt to wokal Alexandra Veljanova w akompaniamencie klawisza i elektronicznych eksperymentów Ernsta Horna. Mam poważny problem co wybrać z ich dość już imponującej dyskografii. Tym bardziej, że duet po wydaniu kilku płyt opartych głównie na brzmieniach elektronicznych wydał płytę będącą zapisem... koncertu akustycznego. To zupełnie inne aranżacje i ciekawe wyzwanie dla artystów, z którego wyszli z tarczą moim zdaniem.










niedziela, 15 stycznia 2017

Niedzielny miszmasz

Podobno prezes obejrzał Górskiego i "Ucho Prezesa" mu się podobało. Zwrócił tylko uwagę, że koty nie piją mleka, zatem prorocze były słowa z drugiej części, że kot prezesa po rybach i mleku się po prostu posra. Podobno kot prezesa nazywa się Feliks i zaczyna być sławny... TVP zrobiło nawet ankietę...


Ciekawe jakie wyniki ankiety by były, gdyby w takiej sondzie ze swoim kotem w szranki stanął sam prezes?

***

Poszliśmy dziś do sklepu. Zajmowałem się wieloma ciekawymi rzeczami, np. usiłowałem zidentyfikować kawałki muzyczne lecące w sieciówkach. Czara goryczy przelała się wczoraj, gdy usłyszałem naprawdę fajny numer, zapamiętałem fragment tekstu... i zapomniałem. Za cholerę potem nie mogłem sobie tego odtworzyć i chyba będę musiał czatować w tym sklepie aż powtórzą... Dziś nagrałem na dyktafon inny numer na próbę i odtworzyłem do drugiego telefonu, na którym zainstalowałem sobie Shazam. No rewelacyjna aplikacja - rozpoznaje numer i wykonawcę po kilku sekundach i to jeszcze z nagrania, na którym prawie go nie było słychać przez różne szumy. Nawet mi się spodobało...


Tymczasem ostatnio zaczęły mnie interesować różne ciekawostki. Ot, choćby poryw szczerości producentów kiepskich najwyraźniej gumek... które nie ścierają nawet według etykiety, tylko mażą. Co ciekawe nie jest to chyba nawet błąd, bo dostępne są w ofercie w innych sklepach.


A piwo "Biało Czerwone"? Źle mi się te ptaszyska kojarzą...

***

A muzycznie to miałem o czym innym, ale zarąbiście mi się kawałek kolesi poniżej spodobał. Nigdy nie słuchałem country, ale od jakiegoś czasu znajduje w tym bardzo ciekawe nuty. To Kanadyjczycy, ich bio ze strony jest równie wesołe co wygląd. Podobno ich muzyka to zabawne nowoczesne hillbilli, które sprawi że zapomnicie o kłopotach, a nawet o tym w jakim wieku żyjecie. Teksty oscylują wobec takich ponadczasowych tematów jak miłość, zdrada, morderstwo i chlanie. 

i coś do posłuchania:


sobota, 14 stycznia 2017

Rocznik

Udało się, jednak jest! Kolejny "Rocznik Sochaczewski". Tym bardziej mnie cieszy, gdyż znów maczałem paluchy, oprócz pisania pozyskując tekst kroniki pułkowej 73 regimentu piechoty Wehrmachtu, od szefa grupy rekonstrukcyjnej tegoż pułku, Damiana - którego poznałem szukając odniesienia do serii zdjęć ze "szlaku niemieckiego żołnierza", które pozyskałem z aukcji na Ebayu. 


Zdjęć było kilkadziesiąt, ale dopiero to, z grobem porucznika Heesha, który poległ podczas ataku na osiedle łączności w Babicach utwierdziło nas ostatecznie, że zdjęcia robił żołnierz 73 regimentu...

Rocznik zawiera ogółem 13 tekstów w tym jeden mój, opisujący dzieje harcmistrza i komendanta szarych Szeregów w Sochaczewie, Władysława Dębskiego. Podróż śladami tego człowieka sprawiła mi ogromną frajdę, wierzyć nie mogłem że tyle przeżył. Konspiracja, schwytanie przez Niemców, rozłąka z żoną, Pawiak, pobyt w obozie, w końcu udział w "Marszu Śmierci" u schyłku istnienia Tysiącletniej Rzeszy, pobyt w "Maczkowie", gdzie znów zajął się organizacją swego ukochanego harcerstwa i w końcu emigracja do Austarlii, gdzie przebywał do śmierci, organizując rzecz jasna wśród Polonii hufiec. 


Chciałbym napisać że wszystko wyszło super, ale niestety. Mam sporo zastrzeżeń co do korekty, co jest też moją winą. Mam nadzieję że będzie lepiej. :)

piątek, 13 stycznia 2017

Wesoło i biało

Dziś chyba chłodniej, bo sterta śniegu, która napadała w nocy jakoś się trzyma. A może trzyma się, bo napadało go więcej. 

Ech, a wyjechało by się do jakichś ciepłych krajów... ot choćby do San Escobar, podobno udało się panu Waszczykowskiemu nawiązać przyjazne stosunki z tym... krajem. San Escobar kojarzy mi się z Kolumbią, więc chyba ciepło...

A propos, sama nazwa oznacza Świętego Escobara. Znam tylko jednego człowieka o tym nazwisku, właśnie z Kolumbii. Czyżby chodziło Pablo Escobara?


Faceta zastrzelili, więc nie żyje jak na świętego przystało... Ale czy handel dragami to najlepsza droga do świętości...
W rodzinnej Kolumbii nosi się takie koszulki, gdyż wśród niektórych ma on faktycznie status niemal świętego - bohatera i męczennika w którym pokłada się wiarę.

***

Nad Polską pojawił się tez ostatnio smog, o którym sporo się mówi. Nie smok, bo smok to chociaż by było coś czego wcześniej nie widzieliśmy, ale smog. Na mapie jakieś tam obrazującej skalę zatrucia palimy się na czerwono aż miło. Jedni się grzeją, a inni w tym czasie padają na zawał...

***



Jak byłem mały uwielbiałem płyty Jacka Skubikowskiego "Jedyny Hotel w Mieście" (1984) i "Wyspa Dzikich" (1985 r.) i . Niestety Pana Jacka już nie ma wśród nas, a szkoda, bo muzyka była naprawdę dobra. Na "Wyspie" bawi się dźwiękami elektronicznymi grając na klawiszu i gitarze (nie jednocześnie :)) i jak po latach posłuchałem ripu z winyla, była to zabawa naprawdę na wysokim poziomie, bo brzmienie jest super.

Na drugiej stronie winyla była mapa wyspy (dzikich) z piosenkami, które można było na niej znaleźć:

 Nie weszły na nią dwa numery z pierwszego singla, "Piromania" i "Schody", utrzymane w podobnym elektronicznym klimacie. Z wyspy lubiłem i nadal lubię utwór tytułowy, oraz 'Syntetyczną kobietę". Jak to się pięknie wszystko zgrywa - surowa i sterylna muzyka z chłodnym w odbiorze tekście, zwłaszcza do tej "kobiety". Do posłuchania poniżej:

1. Piromania (singiel)



czwartek, 12 stycznia 2017

Ikonopisarstwo




10 stycznia poszedłem na wystawę „NASZE DROGI” Ikony – Pasje – Obrazy. Oprócz wystawy starych rosyjskich ikon,  swoje prace wystawiała Sochaczewska Grupa Malarzy Ikon pod kierunkiem Elżbiety Maciątkiewicz oraz Pracownia Rękodzieła Artystycznego, działająca w Sochaczewskim Centrum Kultury w Sochaczewie pod kierunkiem Jadwigi Orczyk-Miziołek.




Poszedłem z tym większą przyjemnością, bo wśród wystawionych prac znalazły się dwie należące do mojej siostry i ciotki. Wszyscy uczestnicy tworzyli ikonkę według wzoru  "Anioła Złotowłosego". Gabriel, pomimo wspólnego wzornika każdemu wyszedł inny.



Ano właśnie, mówimy że ikonę się pisze, choć jest to dziedzina tzw malarstwa tablicowego, czyli na podkładzie z drewna, kamienia itp. (na czymś twardym) Najprościej wyjaśnia się to słowem skopiowanym z kraju gdzie ikony miały największą popularność, czyli Rosji, po rosyjsku bowiem słowo "pisat" oznaczało też malowanie, ale jak się okazuje problem ma głębszą naturę i sięga starożytnej Grecji, gdzie γράφω, (grafo) też oznaczało zarówno pisanie, jak i malowanie.
Oprócz nowo namalowanych ikon można było obejrzeć sporo starych, sprzed 100 lat i więcej, przy czym niektóre muszę przyznać były ciekawe. Najstarsza przedstawiała głowę Jana Chrzciciela na misie... Być może uda mi się być przy demontażu wystawy, to porobię zdjęcia całości bez szyb...






***

A dziś spadł śnieg, więc od razu temperatura skoczyła powyżej zera, żeby można było się pochlapać w brejowatej substancji zalegającej ulice. Już czuję tą wilgoć w butach, która niechybnie wkradnie się podczas podróży do pracy i z powrotem... Nie może się coś ta prawdziwa zima nabyć u nas...
Dziś nie będę się silił na jakieś muzyczne mądrości, ot Rainbow i "Snowman", czyli zimowe klimaty według Ritchiego Blackmore'a, wspaniałego, ale humorzastego ponoć gitarzysty z Deep Purple.

 

W ogóle mi się ten numer nie kojarzy z bałwanem, choć z zimą i owszem. Może Blackmore miał na mysli jakiegoś Yeti, człowieka śniegu? No bo chyba nie slangowego dealera kokainy? A może ja jestem już jakiś spaczony, bo zima już też przestaje mi się kojarzyć z bałwanem, chyba że takim z błota, ale utworu "mudman", Ritchie nie skomponował... Tak, tak, wiem, już kończę... :)
Nie wiem czy wklejanie bez pośrednio na bloga wielu muzycznych linków nie spowalnia otwierania strony.

środa, 11 stycznia 2017

Ucho prezesa i muzyczne "Refleksje"



Na YT pojawił się w końcu w satyra na władzę. Miał to być kabaret, ale generalnie kabaretem trudno to nazwać, prędzej serialem, czy sitcomem. Twórcą jest Robert Górski, znany z Kabaretu Moralnego Niepokoju. Wczoraj obejrzałem pierwsze dwa odcinki, żona też. Kotoj się ubawił, ja mam pewien niedosyt. I trochę sobie dyskutowaliśmy wczoraj na ten temat. Faktycznie tekst:

- Jakby ktoś przyszedł to mnie nie ma!
- Prezydent też?
- A to jest ktoś?

Jest bezbłędny. Kotojka chichotała z niego i trudno mi było odmówić mu finezji.

No ale takie trochę sztywnawe te postacie, choć niby teksty są dobre i trafne. Czy w rzeczywistości politycy są także tacy sztywni? 

Rozbawiła mnie odpowiedź Górskiego na pytanie "Wyborczej" o żarty z opozycji:

"Nie ma tam tak wyrazistych osób, żebym sobie pomyślał: on się nadaje do sparodiowania! Pod tym względem PiS jest świetny. Jego polityków można nie lubić, ale każdy z nich jest dla satyryka interesującym materiałem do pracy."

Czyli opozycja nie nadaje się nawet do wyśmiania...

"Ucho" jest satyrą pozytywną, mimo wszystko, która jak sam autor twierdzi ma ocieplić wizerunek prezesa. W sumie nadaje się nawet do puszczenia w TVP1, gdyż nie przekracza żadnych granic wyważonego, niezłośliwego humoru.



***

Kapelka, której oryginalny kompakt wydany w nakładzie coś około 100 sztuk (teraz pewnie nastąpiły jakieś reedycje) miałem okazję trzymać w ręku, powstała w 1971 roku i przetrwała 17 miesięcy. Podczas trzech sesji nagraniowych stworzyła cudowną moim zdaniem płytę, która mieści się w kategoriach rocka progresywnego. Niestety zespół się rozsypał, nie wydawszy płyty, natomiast taśmy przeleżały nieruszane lat około 20. Pewnie nikt by o tym nie usłyszał, gdyby nie odkrycie ich przez firmę Second Battle, zajmującą się, - jakby to ująć... muzyczną archeologią i wydanie na limitowanym winylu i kompakcie pod nazwą "Reflections on the Future"...

Już okładka mnie zachwyciła z wizerunkiem tego sęponosego jegomościa...
A muza... no cóż, zaczyna od partii gitary wzbogaconej brzmieniem hammonda i fletu, co zwiastuje rockowy zadzior, choć nie są to dźwięki agresywne. Utwory trwają po kilkanaście minut, podczas których mamy zmiany tempa i liczne solówki na klawiszu i gitarze i przyjmują formę suity.

Znajduje się na niej 5 utworów:

1. At My Home 
2. Autumn
3. Butterking
4. Reflections On The Future
5. How Would You Feel

Do posłuchania cały album, pod poniższym linkiem:


wtorek, 10 stycznia 2017

With.... With who?

Jakoś tak się złożyło, że odcięty jestem w robocie od muzy, a złożyło się bo nogą od krzesła urwałem kabel od słuchawek. :(

Zajrzałem do netu, żeby stwierdzić, że nie chce mi się czytać już o tym wszystkim. Jakby mało było w kraju, to jeszcze dowiaduję się że jacyś ukraińscy naziole wysadzili pomnik upamiętniający ofiary rzezi mieszkańców Huty Pieniackiej na Ukrainie. Ciekawe kiedy w końcu zrozumiemy, że gesty bratania się na różnego rodzaju Majdanach nie robią wrażenia na tym częściowo zakompleksionym z powodu sporej wyrwy w swoich dziejach narodzie. Banderyzmem się jej niestety nie wypełni.

***

Po pracy udałem się nad zalew, bo chciałem zrobić kilka zdjęć, swoim corocznym zwyczajem. 





Poniżej to tylko wycinek pęknięć na grubej tafli lodu. Powierzchnia zalewu jest niemal idealnie płaska, pokryta drobinami śniegu jak rozgwieżdżona noc...




***
Ponieważ mam już za sobą artykulik do gazety, spacer po lodzie i wiadomości przy czym stwierdziłem że znów przedawkowałem politykę na blogu, korzystając z okazji że spotkałem się z też zachętą do jakiejś notki o polskiej muzyce, napiszę coś na ten temat. Bo muzykę lubię bardzo i pisać o niej też, jak o wszystkim innym, dlatego na blogu jest taki bajzel. :)
Generalnie w latach 90 wyskoczyło parę zespołów o których nie dość że nikt nie pamięta, to jeszcze ciężko cokolwiek znaleźć na temat ich działalności. A słuchało się w ogólniaku np. takich egzotycznych rzeczy jak: "Poszła czołgiem", czy "Human", kto taki nazwy dziś pamięta... ? 
Zespół "With" i utwór "Cytadela" pojawił się na jakiejś kasetowej składance, której utworów nie mogę za cholerę znaleźć, ale bodajże był tam też 'Sztywny Pal Azji", "Kobranocka", "Hej", czyli tuzy tamtych lat, które miały cokolwiek więcej szczęścia by dać się zapamiętać niż ten "With"... ot taki melodyjny hard rock... o dziwo, gdy zacząłem szukać czegoś po latach o tym zespole okazało się że wydali dwie płyty na kasetach (płyty na kasetach, he he to chyba tylko w Polsce...) i słuch o nich zaginął. Ściągnąłem kiedyś te dwie płyty od jakiegoś fana polskiej muzyki przełomu...

"Po raz pierwszy nazwa "WITH" pojawiła się w lutym 1993 roku gdy Adam Majchrzak dołączył do grupy "Wishful Thinking", którą współtworzyli: Jarosław Toifl, Jarosław Paduch i Radosław Daszkiewicz. Zbyt długa, nieco szeleszcząca i trudna do zapamiętania, najprostszą drogą ewoluowała w "WITH" – dwie pierwsze litery z wyrazów tworzących poprzednią nazwę. W związku z tym że muzycy zajmowali się muzyką, nie zaś naprawianiem i zbawianiem świata czy też narzekaniem na system, nie miało dla nich żadnego znaczenia, że nazwa ta kompletnie nic nie znaczy, prawdopodobnie nawet to ich do niej przekonało."
(Z oficjalnej strony zespołu)

Powstały w ten sposób w Gliwicach "With" wydał dwie płyty, "Oblicze Wojny" (1994) i "Ramadan" (1996) i rzekłbym że zapowiadał się nieźle i miał szanse zaistnieć na heavymetalowej scenie. Pomimo że połowa lat 90 przypadała na czas kiedy miałem prawdziwego hopla na punkcie HM, płyt miałem szansę posłuchać dopiero kilka lat temu.






Teraz okazuje się, że po 20 latach With się nawet reaktywował... i od 2012 ostro koncertuje. Dwa nowe numery które można odsłuchać na YT raczej jednak już do mnie nie przemawiają.

Tak przypadkiem trafiłem na inny wytwór kapeli lat jeszcze wcześniejszych, bo 80. Ci już absolutnie wsiąknęli w klimat Heavy u szczytu popularności tej muzyki, więc i brzmienie jest mniej chropawe niż "With". A numer zespołu "Fatum", "Bo Demon" znalazł się nawet w ścieżce filmu...


Pozdrawiam czytelników, mam nadzieję że dziś każdy wyjdzie stąd zadowolony. :)