wtorek, 28 lutego 2017

Karnawał, święto głupców i osła.

Jako że dziś ostatni dzień karnawału, a ja jestem na świeżo po lekturze rozdziału o średniowiecznym "święcie głupców" i "święcie osła", których ten jest niejako kontynuatorem, naskrobię parę słów.
Czytając w książce Jacka Sieradzana p.t "Szaleństwo w religiach świata" opis tego pierwszego święta, pochodzący ze starych kronik, aż nie mogłem uwierzyć, że kościół na tak bluźniercze i obrazoburcze praktyki i to wśród kleru pozwalał. Było to zaprzeczenie liturgii, folgowanie rozpasaniu, wyuzdaniu i opilstwie, z którym hierarchowie nijak  nie mogli sobie w pełni poradzić, aż do XVIII w. Nakładano na kleryków mało skuteczne ekskomuniki i trochę bardziej skuteczne kary finansowe, ale poparcie społeczne dla kilku dni absolutnego rozprężenia było tak duże, że nie udawało się w pełni uporać z problemem, dopiero gdy nastał Wiek Rozumu, z celebrantami uporano się szybko, pakując ich do... domów wariatów. Jako że opisywanie tych wszystkich sprośnych ekscesów rodem z pogańskich bachanalii mnie nie bawi, zatrzymam się przy trochę mniej znanym, ale grzeczniejszym "Święcie osła". Obchodzono je na pamiątkę ucieczki z Egiptu, skąd świętą rodzinę wywiózł osioł właśnie. Podczas mszy odprawiano "oślą liturgię", którą uwiecznił piórem m.in. arcybiskup Sens, Pierre de Corbeil. Generalnie tych opisów zachowało się kilka, w każdym obchody święta się nieco różniły.
Zatem do kościoła wprowadzano przystrojonego (nierzadko ubrany był w ornat, lub mnisi habit) osła, na którym na ogół siedziało dziewczę uosabiające Maryję z dzieciątkiem. Podczas mszy miały miejsce niezwykłe intonacje i psalmy wysławiające zwierzę. "Ośle już pijany ziarnem, powiedz amen, jeszcze amen i w pogardzie starość miej". 
Pod koniec mszy, według innego opisu zamiast zwyczajowych słów "Idźcie msza skończona", kapłan ryczał naśladując ryk osła, a parafianie odrykiwali mu po trzykroć. 
Jest też mowa o przebraniach kleryków za minstreli, kobiety lub stręczycieli, nieobyczajnych tańcach w kościele i używaniu zamiast kadzidła dymu z palonych starych butów... Te elementy były również wspólne dla "święta głupców"
W przeciwieństwie jednak do "święta głupców", "święto osła" było tolerowane przez kościół, gdyż pomimo swawolnych zachowań i ewidentnego nawiązania do świąt pogańskich, nie atakowano hierarchii kościelnej, choć sprowadzano na ten dzień kapłana do roli osła i na odwrót, wywyższano zwierzę do roli kapłana.



Chyba jednak zabawy karnawałowe nie są obecnie tak wystrzałowe, jak te średniowieczne. :)

sobota, 25 lutego 2017

Boooli!

Ostatnio coś nam się nie wiedzie. Jak nie urok, to przemarsz wojska. Wczoraj za to... siedzimy sobie w najlepsze, oglądamy film. Kotoj mnie prosi o nalanie herbaty. Podrywam się lekko z fotela i... wydaję z siebie skowyt bólu. Plecy, lędźwiowa część kręgosłupa. Żona - mała panika, bo przecież zanim z siebie słowo wydusiłem nie było wiadomo o co chodzi. Korzonki... znam ten ból, ale kuźwa nigdy tak znienacka. Położyłem się na chwilę na kanapie, przynajmniej doszedłem jako tako do siebie. Nie na długo. Rozesłaliśmy łóżko, położyłem się. Noc zapadła, ale mowy o spaniu nie ma. Zamiast przekręcać się łóżku, turlam się, ściągając prześcieradło. No i w pewnym momencie musiał pojawić się ten problem... z powstaniem i wyjściem w miejsce ustronne... O wstaniu klasycznym, wyciepując nogi poza krawędź łoża, przeniesienia nań środka ciężkości i powstaniu nie ma mowy. medytuję chwilę jak inaczej. Metodą na gąsienicę - odwracam się na brzuch, unoszę powolnymi ruchami odwłok ku górze odpychając się rękami... auć, dało radę do pewnego momentu, który pewnie jakoś się nawet nazywa w jodze, ale dalej ani rusz. Czoło mokre od potu, próbuję kolejnego manewru. Uznałem, że może się powieść sposób na alpinistę. Wspinam się po zagłówku łóżka, na kolana i w końcu staję na nogach, od razu sztywniejąc jakbym tyczkę połknął. Wyprostowany jak struna wykonałem kilka kroków na zdrętwiałych nogach... Udało się...  Wracając jeszcze zapodałem sobie painkillera. Trochę zmulił ból pleców...

Przyznam się, że nad ranem rozpatrywaliśmy opcję okładu z koty. Nasza kota domowa uwielbia się na nas pokładać, choć nie wiem czy akurat fakt, że zależałoby nam na tym, żeby akurat uwaliła mi się na plecy nie wywołałby jej sprzeciwu. I co, przywiązać ją? Wyzysk zwierzęcia przez człowieka. Musieliśmy odpuścić.



Ale dziękuję Kotojce. Opiekowała się mną w ciężkich chwilach bardziej niż małżonki z reklamy leków na katar...

czwartek, 23 lutego 2017

Belle Epoque odc 2. Bawię się w detektywa.

Generalnie drugi odcinek serialu jest równie ubogi, co pierwszy. Jedyny fajny moment zauważyłem w skansenie. Tak, sceny nakręcono w skansenie, który niezbyt przekonywająco udawał galicyjską wieś, ale ujęcia zza płota plus lekkie przymglenie wprowadziły na chwilę trochę tajemniczości.
Nie o serialu jednak będzie, a o sprawie którą tym razem rozwiązywał Korycki.
W podkrakowskiej wsi znaleziono trupa kobiety, w stadium rozkładu. W wyniku śledztwa udaje się ustalić, że denatce zadano kilka ciosów siekierą, poderżnięto gardło i wycięto narządy rodne. Podejrzenie pada na miejscowego Żyda Hirsza, który miał rzekomo spłodzić z ofiarą dziecko, gdyż według zwyczajów żydowskich nienarodzone dziecko nie powinno spoczywać z matką w jednym grobie. Tyle o serialu, ja natomiast chciałem dotrzeć do oryginalnej sprawy, która posłużyła za jego kanwę. Pierwszym tropem, była gazeta, którą czytał w swoim gabinecie Jelinek...


"Gazeta Powszechna" wychodziła w Krakowie w momencie akcji filmu, czyli w 1908 roku. Wychodziła niecałe 3 lata do końca 1910. "Kolejny mord rytualny w Galicji?", głosi nagłówek. W zbiorach Biblioteki Jagielońskiej online są trzy roczniki "Gazety Oowszechnej", ale nie przypomina ona szatą graficzną trzymanego przez Jelinka numeru. Nie przejrzałem wszystkich, choć faktycznie sporo w nich różnych kryminalnych ciekawostek. Chcąc ustalić czas wydania gazety przyjrzałem się innym nagłówkom i zidentyfikowałem nazwisko Jędrzeja Krukierka, radcy miejskiego i burmistrza Tarnowa, ale po roku 1918. Chyba nie ma więc co przyjmować wagi do rekwizytu filmowego.
Ale nagłówek "Mord rytualny" jednak się do czegoś przydał. 
W 2012 roku wychodzi książka Adama Węgłowskiego "Przypadek Ritterów". Sprawę rytualnego mordu.podobnego do serialowego rozwiązuje równie fikcyjny co Korycki, Kamil Kord. Według recenzji zachowano oryginalne nazwiska niefikcyjnych bohaterów książki i nazwę wsi, w której dokonano mordu - Lutcza. 
Była to w połowie prawda, bo sprawa Rittera miała swój początek we wsi Luszowice, nie Lutcza. Znalazłem ją w końcu w publikacji z 1905 roku pt. "Mord Rytualny wobec trybunału prawdy i sprawiedliwości". Opis dotyczył wydarzenia, które miało miejsce w 1881 roku. 

1881.
Luszowice (Galicja).
Dnia 4 grudnia 1881 roku czterdziestoletnia służąca, Franciszka Mnich, dziewczyna spokojna i uczciwa, wyszedłszy od ciotki swojej Stochlińskiej, w zamiarze udania się do rodziny Ritterow, znikła bez śladu. Żyd Ritter był posiadaczem niewielkiego gospodarstwa, a procz tego zajmował się także handlem i był dzierżawcą monopolu tabacznego tej miejscowości. Miał żonę Gitlę, sześcioro dzieci, a między niemi dwie dorosłe córki, Mnichowna żyła w przyjaźni z rodziną Ritterow.
Dnia 6 marca 1882 r. znaleziono w zaroślach w pobliżu mieszkania Rittera, ciało Mnichowny w słanie silnego rozkładu; podług protokołu obdukcyjnego okazało się prawdopodobnem, iż Mnichownie przecięto gardło, a zwłoki zaniesiono w zarośla. Lekarze z uwagi na stan trupa, przypuszczali, że zamordowanej rozcięto brzuch i usunięto z niego płod, jak to bywa u żydów zwyczajem. Już uprzednio krążyła wieść, że Mnichowna była w odmiennym stanie, o co posądzano Rittera. On jednakże stanowczo temu zaprzeczał.
Pierwsze podejrzenie skierowało się, z przyczyn niewiadomych,przeciw Stochlińskiemu, mężowi ciotki Stochlińskiej.
Marceli Stochliński był mocno zmieszany przy aresztowaniu go; podczas badania dawał odpowiedzi że sobą sprzeczne, i wyznał wreszcie, że wspólnie z Ritterein, żoną jego i corkami, zabił Mnichownę w piwnicy. Ritter zapłacił mu 50 guldenow za pomoc. Aresztowano wszystkich i oskarżono o podstępne morderstwo.
Stochliński usiłował osłabić przed sądem swój współudział w morderstwie. Oskarżenie podało za przyczynę zbrodni motywy religijne, powołując się przytem na opinję rabinatu wiedeńskiego. Opinja ta atoli sprzeciwiała się wręcz motywom oskarżenia. Stochliński objaśnił, iż żandarmi zmuszali go do zeznania, które obecnie cofa. Sąd przysięgłych w Rzeszowie, posiedzenia którego trwały od dnia 11 do 21 grudnia 1882 r., skazał jednakże Stochlińskiego i Rittera z żoną na śmierć przez powieszenie.
Rodzina Ritterow nie przyznawała się stanowczo do jakiegokolwiek udziału w zbrodni. Najwyższy trybunał kasacyjny w Wiedniu unieważnił wyrok, uznając, iż mniemany motyw religijny nie wytrzymuje bezstronnej, pozbawionej wszelkich uprzedzeń krytyki, i że niesłusznie odrzucono propozycję obrony co do powtórnej obdukcji ciała.
Podjęto raz jeszcze obdukcję, przywołano dwóch innych jeszcze lekarzy, i zwrócono się do fakultetu medycznego w Krakowie o udzielenie w tym przedmiocie swojej opinji. Motyw religijny, — co do wyjęcia płodu,— został odrzucony, natomiast położono główny nacisk na panujące wśród żydów surowe pojęcie o wiarołomstwie, które jakoby miało popchnąć Rittera do zabójstwa dziewczyny.
Rozprawy przed sądem przysięgłych w Krakowie trwały od d. 30 września, do d. 10 października 1884 r.,
Komplet sędziów przysięgłych złożony był z samych chrześcijan.
Oskarżeni utrzymywali, że nie wiedzą o niczem.
Jeden ze świadków, kobieta, zeznała jako wie od Mnichowny, że nie dostała ona rozgrzeszenia z powodu stosunku ze Stochlińskim. Proboszcz miejscowy zeznał, iż słyszał od żebraczki, niedawno zmarłej, źe Mnichowna miała stosunek z Ritterem, źe on, proboszcz, napominał dziewczynę, wskutek czego ona opuściła służbę u Ritterow. Małżeństwo Ritterowie, zwłaszcza żona, cieszyła się zawsze szacunkiem tego proboszcza, o Stochlińskim zaś niedobrze mowiono. Po morderstwie ten ostatni zaczął często bywać w kościele, czego dawniej nie zwykł był czynić. Inny świadek, kobieta, utrzymywała, źe piwnica Rittera, w owym czasie, tak pełna była kartofli, że niemożliwem było popełnić to morderstwo, bo zaledwie dwoch ludzi mogło się tam pomieścić. Z oskarżenia wypadało, źe morderstwo miało miejsce d. 4 grudnia 1881 r.; świadkowie odwodowi atoli ujawnili alibi Rittera, dowodząc, iź w tym właśnie czasie znajdował się w podroży.
Mimo to sąd przysięgłych wydał taki sam, jak i za pierwszym razem wyrok. Wyrok ten został przez najwyższy trybunał sądowy i kasacyjny po raz drugi unieważniony, z powodu niedostatecznego uwzględnienia materjału dowodowego.
Od d. 15 do 29 września 1885 r., sąd przysięgłych w Krakowie obradował po raz trzeci nad tą sprawą, i, nieusuwając niedokładności w udowodnieniu, po raz trzeci jednogłośnie zawyrokował: „Winni“ . Ale Najwyższy trybunał sądowy
i kasacyjny za nieodzowną, w wypadkach tego rodzaju, zgodą Jeneralnej prokuratorji, rownież jednogłośnie unieważnił wyrok przysięgłych.
Dnia 3 marca 1866 roku uwolniono Rittera z żoną z .więzienia, — zaś Stochliński, wcześniej umarł w więzieniu.

wtorek, 21 lutego 2017

Nieoczekiwany atak

Od razu po wyzwoleniu Sochaczewa, w dawnych kwaterach zajmowanych przez Niemców, pojawili się Rosjanie. Szczerze mówiąc, nie zapisali się złotymi zgłoskami w historii dziejów miasta, zostawiając po sobie brud i robactwo (dosłownie). Pradziadkowie zdążyli się już rozgościć w poniemieckim mieszkaniu, ale niestety, niedługo się cieszyli nowym lokum, bo wyprosili ich stamtąd czerwonoarmiści. Być może zanim to nastąpiło, na poczęstunek zagościł u nich pewien radziecki oficer... wszedł do mieszkania pobrzękując przypiętymi do piersi medalami, którymi był obwieszony niemal jak choinka. Nie wiedział, że śledzi go niewidoczna para oczu... Pradziadek Feliks, weteran I wojny, którą spędził w mundurze armii carskiej, znając doskonale język rosyjski podejmował gościa, zapraszając do stołu na talerz zupy. Ten zasiadł z ochotą, chwytając za łyżkę i... nagły atak poderwał go znów na równe nogi. Tajemniczy napastnik rzucił się ze szczytu stojącej obok szafy wprost na piersi krasnoarmiejca i umknął natychmiast odstraszony jego gromkim okrzykiem. Ten, w oka mgnieniu wyrwał z kabury broń, wodząc po gospodarzach podejrzliwym wzrokiem... Ki czort? Cóż, to nie osoba radzieckiego oficera była celem ataku ukrytego winowajcy. Były nim wielce atrakcyjne, bujające się przy każdym ruchu z brzękiem medale. Sprawcą napadu był zaś domowy kot, któremu wpadły wielce w oko, co tłumiąc śmiech starał się wytłumaczyć Feliks. Rosjanin wyraźnie się rozluźnił, ale stwierdził, że przez całą frontową drogę chyba nic tak go nie wystraszyło...
Kot zaś zaszył się tak, że nie można było go za nic znaleźć. Może obawiał się doraźnego sądu wojskowego i rozstrzelania?


poniedziałek, 20 lutego 2017

Telefon Adolfa

Można powiedzieć, że Siemens mocno się trzyma na rynku. Aparat telefoniczny tej marki z roku 1943 sprzedano właśnie za 243 tysiące dolarów. Nie da się na nim wystukać smsa, ale dom aukcyjny zareklamował go jako "prawdopodobnie najbardziej niszczycielską broń wszechczasów, która wysłała na śmierć miliony na całym świecie.", tego z pewnością nie da się powiedzieć o każdym telefonie, żadne bluetoothy, ani gadżety nie równają się z tymi wysłanymi na śmierć milionami. Tymczasem Adolf mógł z tego pomalowanego na czerwono aparatu dzwonić po prostu do Ewy, która miała ponoć telefon czarny... ten podarowany Hitlerowi przez Wehrmacht bakelitowy telefon też z początku był czarny, potem trochę go podrasowano, malując na czerwony kolor, grawerując gapę, oraz imię i nazwisko właściciela... Fuhrer ponoć tak się przywiązał do swojego aparatu, że wszędzie jeździł tylko z nim. Może więc był pierwszą ofiarą fonoholizmu?

Telefon już po tym jak Adolf oddał duszę diabłu, dostał od radzieckich żołnierzy zwiedzający jego bunkier brytyjski oficer Ralph Rayner. I trzymał w walizce wraz innym suwenirem z bunkra, porcelanowym owczarkiem, wykonanym przez więźniów w Dachau, którego Hitler dostał w prezencie od kolegi Himmlera. Jego syn wyraził nadzieję, że kupi je jakieś muzeum, twierdząc, że "Nie chcę, żeby znowu były ukryte, chcę by przypominały światu o okropnościach wojny". Kupił je anonimowy nabywca, co było do przewidzenia, więc niestety znów będą ukryte, a za jakiś czas nikt nie będzie o nich pamiętał, ale Rayner jr. inkasując niezłą sumkę pewnie się z tym pogodzi. Ciekawe tylko gdzie nabywca go sobie podłączy, linie analogowe są wszak w odwrocie. No i ciekawe, czy aparat działa. Ba, nie wiadomo czy model jest nadal przez Siemensa serwisowany, w razie jakby przez telefon Adolfa nie dało się już wydać żadnej złowieszczej dyspozycji. Ja bym zareklamował...



niedziela, 19 lutego 2017

Chrystus z karabinem w ręku.

Jako, że chory jestem i na antybiotyku, pozwolę sobie na kontynuację wątku z poprzedniej notki. 
Ktoś by pomyślał, że w zlaicyzowanych społeczeństwach, miejsca na Boga nie ma. Otóż nic bardziej mylnego, sięga się po Niego nader chętnie, tworząc całą masę wariacji, często odbijając wiarę katolicką w krzywym zwierciadle.

Wokalista grupy Guns'n'Roses, Axl Rose podczas koncertu
w koszulce z napisem "Zabij swojego idola".
Postać Jezusa przetrwała przyjmując zupełnie nową rolę w kulturze masowej. Jezus w piosence, w filmie na t-shircie, w komiksie... Zastawiam, czy moda na Chrystusa nie zaczęła się wraz ze stawianiem figur. O ile jednak te dawne wyobrażenia pozostawały w sferze sacrum teraz coraz częściej wizerunek Chrystusa trafia w sferę profanum. Granica jest chyba bardzo wąska.
Są produkcje skrajnie drwiące jak "Jezus Chrystus Łowca Wampirów" ("Jesus Christ Vampire Hunter" Lee Gordon Demarbre,  2001), czy "Pięść Jezusa" ("Fist of Jesus" Adrián Cardona, David Muñoz, 2012). W pierwszym Chrystus zostaje łowcą wampirów, mordujących... lesbijki, które uważane są przez nie za dewiantki, przesłaniem filmu jest rzekomo propagowanie tolerancji. W drugim, krótkometrażowym już nie chodzi o żadne przesłanie, wskrzeszony przez Jezusa Łazarz, okazuje się krwiożerczym zombie, który wywołuje prawdziwą plagę żywych trupów, z którymi Jezus walczy za pomocą... ryb.


Zajrzyjmy na karty komiksu, "dziewiątej sztuki wyzwolonej". Komiksową Adaptację historii Chrystusa kościół przyswoił już dawno, przede wszystkim dlatego, żeby trafić z nią do młodzieży. Będąc dzieckiem dostałem serię takich komiksów w kościele, charakteryzowały się jednak pastelowym kolorytem i liniową zwartą narracją, co czyniło je lekko nudnawymi. W kiosku jednak kiedyś trafiłem np. na pozycję "Jezus z Nazaretu - Historia człowieka niewygodnego". Jest to wydawnictwo kurii metropolitalnej w Krakowie, autorstwa Marco Sonseri (scenariusz) i Alessandro Borroni (rysunki). Cechą komiksu Włochów jest już charakterystyczna dla nowoczesnego komiksu konwencja, stawiająca go w jednym rzędzie z klasycznymi publikacjami, typu choćby "Batmana".

Kadr z "Jesus Christ In The Name of the Gun"
Jak się jednak okazało, rychło zadziałał podobny mechanizm jak w przypadku filmu. Co znamienne, atrybutem zarówno filmowego jak i komiksowego Chrystusa jest znów przemoc. Tym razem mesjasz nie będzie się patyczkował, do tych, którzy nie trafia jego przesłanie trafi kula... W roli głównej możemy oglądać go na kartach komiksu "Jesus Christ In The Name of the Gun" (Eric Petterson i Ethan Nicole). Tuż sam tytuł jest bluźnierczą parafrazą słów "In The Name of The God" - "w imię Boże", - "w imię spluwy". Podobny wizerunek, kryjący się pod image'm pacyfisty i nieudacznika pokazuje seria komiksowa "Battle Pope" (Robert Kirkman, Tony Moore), o wykoksowanym papieżu abnegacie i babiarzu, który otrzymuje moce, by za pomocą pięści i broni walczyć z szatańskim pomiotem i chronić niezbyt rozgarniętego Chrystusa na ziemi. Nie ma chyba żadnej wartości chrześcijańskiej, której by ten komiks nie zniekształcił, nie wydrwił i nie zmieszał z błotem.

Kadr z "Battle Pope"
Powyższe produkcje udowadniają, że Jezus może być dobrym chwytem marketingowym, zwłaszcza ten umieszczony w sferze "profanum"., 
Pojawiają się jednak w niej produkcje skłaniające do refleksji, choć ganione za zbyt alternatywne i odbiegające od nauk kościoła. Najlepszym chyba przykładem "Ostatnie Kuszenie Chrystusa". Mówiąc najprościej, Scorsese filmując głośną powieść Nikosa Kazandzakisa (zakazaną również w Grecji przez kościół prawosławny) nie dość, że "przesadził" według katolików z uczłowieczeniem mesjasza, to jeszcze odwrócił do góry nogami wizerunki otaczających go apostołów. Filozoficzne podejście do religii zapoczątkowanej w zasadzie przez Nazarejczyka, spotkało się z ostrą krytyką środowisk chrześcijańskich, a film uznano za antykatolicki, największe oburzenie wywołało pokazanie, że Chrystus nie był wolny od popędu seksualnego i miał fantazje erotyczne. Film otwiera na oścież drzwi do dyskusji nad oficjalnymi kanonami wiary i do podważania ich, zjawiska być może groźnego dla opartego na dogmatach katolicyzmu. Zresztą, otwiera to może złe słowo, dyskusja trwa od setek lat, choć nigdy nie było dozwolone i bezkarne sprowadzenie jej do absurdu...


piątek, 17 lutego 2017

Przypadek Lucyfera Morningstar

W mojej biblioteczce całą niemal półkę zajmuje tematyka diabelska. Diabeł w kulturze, w wierzeniach ludowych, w sztuce... Nie żebym pałał jakąś fascynacją do tej postaci,  jest po prostu jednym z ciekawszych elementem wiary, zaadaptowanej dla popkultury, a co za tym idzie wykraczającym już poza kanony wierzeń, których dzieje mnie kiedyś bardzo interesowały. Diabeł o wiele bardziej jednak zdaje się dla współczesnych fascynujący, niż inne mitologiczne stwory. Tu może ktoś zaoponować, że diabeł jest przecież realnym antagonistą Boga, ale mnie chodzi o jego wyobrażenia, które zawsze będą pozostawać w sferze ludzkiej fantazji.
Nie będę roztaczał koncepcji świata nadnaturalnego, który tworzy w swoich komiksach Neil Gaiman, generalnie wszystko to, w co ludzie wierzyli na przestrzeni dziejów istnieje w nim równocześnie. Istotna jest w nim postać Lucyfera Morningstara władcy piekieł, cynika i zimnego intelektualisty. W serii "Sandman", Lucyfer jest postacią drugoplanową, ale wątek podjął Mike Carey, tworząc serię oddzielną, poświęconą tylko i wyłącznie jemu. Konstrukcja "Lucyfera" nie jest chronologiczna, autor cofa się w przeszłość, by uzasadnić jakieś fakty lub postacie pojawiające się w teraźniejszości, ale w końcu z tych retrospekcji wyłaniają się spójne dzieje naszego diabła...



Mamy zatem tą osławioną wojnę niebiańską. Lucyfer wznosi bunt, gdyż nie może się pogodzić z tym, że on sam i jego działanie są częścią planu. Lucyfer się buntuje, gdyż leży to w założeniach wolnej woli, cel buntu jest nieistotny, zbuntowany anioł liczy się ze swoim unicestwieniem. I już ma być pokonany przez Gabriela, gdy pojawia się Bóg, przerywając wojnę stwierdzeniem, że nie będzie w niej zwycięzców i pokonanych, gdyż wynika ona tak naprawdę z wewnętrznego rozdarcia każdej świadomej jednostki posiadającej wolną wolę. "Linia uskoku" dzieli nasze życie na dwie połowy - gdzieś po przeciwnych jej stronach znajduje się dobro i zło i nigdy nie wiemy, wybranie której strony oznacza nasz upadek. Konflikt jest koniecznością...
Mimo remisu cel Lucyfera - osiągnięcie własnego ja, niezależnego od Boga wydaje się być osiągnięty. Już nie jest Jego częścią i częścią planu, nie da się go przyłączyć z powrotem. I Bóg godzi się na to, oferując Lucyferowi miejsce bez swojej obecności, separację, o której ten marzył. Miejsce ma być depozytorium dla bezcielesnych dusz.
Tak naprawdę nie wiadomo ile czasu zajęło Lucyferowi zorientowanie się, że Bóg go oszukał, a on połknął haczyk stając się jego negatywem. Że został stworzony do buntu, jak każda istota obdarzona wolną wolą.
W takim wypadku można odczuć tylko zmęczenie, więc Lucek zamyka piekło i wyprowadza się do Los Angeles...

Na deser rozważań "diabelska piosenka"

Nick Cave - Loverman

czwartek, 16 lutego 2017

Belle Epoque

Wczoraj obejrzałem pierwszy odcinek, a dziś czytam opinie. Recenzje, mimo że jakieś tam braki wytykają, są raczej pozytywne, ale ponieważ w TV oglądam coś niezmiernie rzadko, wtrącę i ja swoje trzy grosze. Jako człowiek wychowany na kryminałach w stylu retro, Sherlocku Holmesie i Arsenie Lupinie, oraz fan filmów osadzonych w minionych czasach, nie mogłem przecież ominąć produkcji o rodzimym detektywie sprzed wieku - Janie Edigeyu Koryckim, (w tej roli nieco zwalisty i ponurawy Paweł Małaszyński). Nazwisko tej postaci jest ukłonem w stronę Jerzego Edigeya Koryckiego, pisarza znanych powieści kryminalnych.

Powrót "syna marnotrawnego" Jana Koryckiego
 Czytam więc o dbałości o szczegóły, że laboratorium kryminalne z początku XX wieku znalezione w Lwowie wykorzystano w filmie, że z Londynu sprowadzono ileś tam kostiumów...  I faktycznie wygląda to ładnie, pięknie, ślicznie... za ślicznie. Sterylnie. Miasta, rzekomo pieczołowicie odwzorowanego z epoki przez scenarzystów na podstawie 10 tys zdjęć prawie nie widać, a w zasadzie widać migawki z ulic, pozbawionych ciemnych zaułków, brudu i dekadencji, wśród których plączą się statyści. A według niektórych recenzji widać "rozpad i kryzys". Ale może dalej się rozkręci?
Produkcja czerpie pełnymi garściami z filmów zachodnich. Muzyka - Nick Cave i Taking Heads, mrocznie, ale nie po krakowsku. Nawet czołówka wygląda jak żywcem wyjęta z jakiegoś amerykańskiego serialu, tym bardziej że okrasza ją anglojęzyczny "Psycho Killer". Zresztą nie obyło się już bez porównań do innych zagranicznych seriali odnoszących się fabularnie do minionej epoki, mianowicie "Tabu" i "Ripper Street". W "Tabu" np. bohater, tez wrócił diabli wiedzą skąd po dziesięciu latach, niczym Jan Korycki.

Od lewej rodzeństwo Skarżyńskich i podwładny komisarza Jelinka,
oraz oczywiście Jan Korycki.

Zresztą schematyzm fabuły pierwszego odcinka bije po oczach. Intryga kryminalna, pomimo że pozornie wydumana - morderca psychopata morduje kobiety odwzorowując śmierci chrześcijańskich męczennic, zostaje rozwiązana niemal z marszu przez trio - Korycki i rodzeństwo pionierów kryminologii i medycyny sądowej Henryka i Weronikę Skarżyńskich. Zostaje rozwiązana trochę z przypadku, wśród ofiar tajemniczego mordercy znajduje się mianowicie matka naszego bohatera i ten zauważając związek między zabójstwami, postanawia przeprowadzić własne śledztwo, pomimo, że mordercę jego matki oficjalnie złapano. Fakt, iż morderca zostawia swego rodzaju wizytówkę - liść palmy przy każdej ofierze, jest na razie chyba jedynym pretekstem do zaprezentowania w działaniu laboratorium kryminalistycznego Skarżyńskich, którzy dokonują oględzin ciał, a zwłaszcza tej palmy... Ich badania niewiele w końcu wnoszą, bo Korycki dociera do zabójcy zupełnie inną drogą, odkrywając romans mateczki z jakimś chuderlawym adwokaciną. Ma przy tym niebywałe szczęście, bo okazuje się ona jedyną ofiarą nie wybraną przez psychopatę przypadkowo. Tu w pewnym momencie fabuły znów przychodzą z pomocą Skarżyńscy, badając pozyskany przez Koryckiego materiał dowodowy, choć ma to znikomy wpływ na całą dedukcję.  Rodzeństwo jest więc czymś, co nazywa się fachowo "sidekicks" - pomocnikami i przyjaciółmi głównego bohatera. Takimi Watsonami u boku Sherlocka. W tych rolach faktycznie nieco "watsonowaty" Eryk Lubos i drobna Anna Próchniak, przekornie aczkolwiek też schematycznie obsadzona w roli "pani od krojenia nieboszczyków". Ogólnie jak dotąd, jeśli ktoś oczekuje po niej dogłębnej analizy na miarę przenikliwości Temperance Brennan - patolog z serialu "Kości", to niestety jej nie dostanie. Inna sprawa - czasy i możliwości też są inne.
Skoro mowa o Sherlocku, jest też odpowiednik rutyniarza Lestrade'a - inspektora Scotland Yardu, czyli komisarz Rudolf Jelinek. Tu oczekiwałbym rozwinięcia udziału tej postaci, bo jak na razie jest ona najbardziej wyrazista w serialu. Nieco zblazowanego policjanta z poczuciem misji gra Olaf Lubaszenko.

Rudolf Jelinek, czyli Olaf Lubaszenko.
 
O ile zagraniczne seriale pod względem drobiazgowości scenariusza zaczynają zmierzać niemal do odzwierciedlenia prozy, w Belle Epoque na to wszystko brakuje czasu. Po 40 minutach czuje się niedosyt, bo ani intryga niezbyt wymagająca, ani postacie niezbyt wyraźne... ot po prostu telewizyjny produkt w ładnym opakowaniu.
 Ja wiem, to dopiero pierwszy odcinek i jeszcze wszystko przed nami. Oby było lepiej, pokuszę się o obejrzenie całości....



środa, 15 lutego 2017

Ksiądz przeszedł bokiem

Minął, albo mija okres wizyt duszpasterskich. W tym roku ksiądz jakoś nie zawitał, pomimo, że czekaliśmy wszyscy w gotowości. Kiedyś w takim wypadku Babka nalegała żeby iść do kościoła i o wizytę kapłana się upomnieć, w tym roku już nikt nie miał na to mocy.
Generalnie, nie są te wizyty jakieś dla mnie męczące, ani nie cierpię z ich powodu, choć kiedyś prawie wyniosłem jednego typa w sutannie za drzwi. Otóż było to jak Małas miał około dwóch lat, Kotoj ledwo zdążył wrócić z pracy i nie zdążył się nawet rozdziać, gdy duszpasterz władował się do mieszkania. Mała konsternacja, ale prosimy go oczywiście do pokoju, w sąsiednim leci w TV jakaś bajka, a młodemu zachciało się zasiąść na tronie. To jak się okazało, było to chyba jakimś świętokradztwem, że tu wizyta księdza, a tu dzieciak ośmiela się ładować do nocnika i jeszcze bajkę przy tym oglądać... Kapłan dostrzegł " poważny problem w tej rodzinie". Była to jednak jedyna tak nieprzyjemna wizyta, przynajmniej dla nas, inną mógł zapamiętać z kolei niezbyt dobrze sam kapłan - proboszcz we własnej osobie, gdy zacząłem zadawać niewygodne pytania, dlaczego usunął figurę Chrystusa sprzed kościoła, by postawić posągi papieża i kardynała (mówi się w mieście, że Chrystus poszedł czekać na autobus, ja natomiast zadaję sobie pytanie kto ważniejszy - prezes, czy jego sekretarz...) i przebudował w kościół (w stylu Lichenia dla ubogich), zaczął się nagle bardzo spieszyć... W istocie widok kościoła i jego wnętrza doprowadza mnie do szału, wolałem już te białe ascetyczne ściany niż tandetne bohomazy aniołków i innych serafinów... 
Inny z księży okazał się jakimś odległym krewnym mojej małżonki, zresztą i tak zanim się zidentyfikowali okazał się sympatycznym facetem. Część wizyty upłynęła na rozkminianiu rodzinnych koligacji. Kotojka miała w rodzinie dość znanego księdza, obaj jak się okazało mieli jedno nazwisko.
Inny, młody dość człowiek, zaskoczył nas stwierdzeniem że nie chce żadnego "co łaska", bo młodym (wtedy nam) bardziej się pieniądze przydadzą...
A kiedyś w czasach dziecięcych pamiętam księdza, którego Babka poczęstowała śledziami... głodny musiał być chłopina, bo zapamiętał sobie te śledzie i za rok, gdy ponownie mu je zaproponowano, rozpromienił się i stwierdził, że oczywiście skosztuje, bo od zeszłego roku nie jadł tak dobrych śledzi...

Nad sensem tych wizyt współcześnie zastanawiają się chyba i sami księża. Załóżmy, że kapłan ma zaliczyć ileś tam bloków, czyli w praktyce wpaść do każdego mieszkania na około 10 minut, odklepać zdrowaśkę, machnąć kropidłem i zabrać kopertę. Bo przecież inaczej księża musieliby latać cały rok, by zrealizować założenia tak zwanego "po kolędzie", wedle kanonu 529 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który mówi:

"Pragnąc dobrze wypełnić funkcję pasterza, proboszcz powinien starać się poznawać wiernych powierzonych jego pieczy. Winien zatem nawiedzać rodziny, uczestnicząc w troskach wiernych, zwłaszcza w niepokojach i smutku, oraz umacniając ich w Panu, jak również - jeśli w czymś nie domagają - roztropnie ich korygując."

W mniejszych parafiach może się to i udaje, proboszcz jak będzie miał dobrą wolę to pozna tych parafian, na tyle że będzie znał te troski. W dużych pozostaje im rutyna według scenariusza opisanego wyżej.

A generalnie utarło się, że księża do parafian chodzą dla kasy...


poniedziałek, 13 lutego 2017

Na Rusi

Kolega bloger zwrócił mi słuszną uwagę, że opisana przeze mnie figura we wpisie "Kapliczka i armata" nie jest przecież kapliczką. No przecież, że nie! Kapliczka jest budowlą, w której środku dopiero znajduje się figura, lub obraz. 
Padły też słowa o kapliczkach na Warmii i ich braku na Mazurach. Starzy Warmiacy już zwrócili mi niegdyś uwagę, że tam gdzie znikają przy drogach krzyże i kapliczki, Warmia się kończy. Gdy powiemy przy starym Warmiaku, że lubimy Mazury, może się zdarzyć, że uniesie zdziwiony brwi, czemu w takim razie przyjechaliśmy na Warmię. Ja już nauczyłem się tej różnicy w wieku lat 11, podczas mojej pierwszej wycieczki na podolsztyńską Ruś. 

Wieś, malowniczo położona w dolinie Łyny, wzdłuż wysokich jej brzegów sięga swoją historią XIV w. Wtedy kapituła warmińska osadziła tu pięciu bartników, z których każdy dostał 3 włoki ziemi na prawie pruskim. Najstarsze jej budynki są właśnie pobudowane na skarpie, będąc architektonicznym wyzwaniem dawnych budowniczych. 


Budynek dawnej karczmy.


Jednym z fascynujących elementów Rusi jest stary tartak, czy też skład drewna, który utrwalam niemal za każdym razem jak tam jestem. Niestety ostatnie zdjęcia nie mają już tyle uroku ze względu na postępującą degradację budynku.

Rok 2006
Tragedia... 2014 rok

No i jako tako uratowany, choć wyglądem zaczął przypominać zwykłą budę...
No i na zakończenie meritum, czyli kapliczka z Rusi, datująca się na rok 1887. A zdjęcie chyba zrobił kolega Rafał, podczas pamiętnego wspólnego wyjazdu z żonkami, kiedy byliśmy wszyscy piękni i młodzi. :)


Wpis dedykuję JKK.
A na Ruś pewnie wrócę, bo miłe miałem tam przygody...  No zdradzę, dlaczego ta miejscowość w całej Warmii jest tak często przeze mnie nawiedzana...

niedziela, 12 lutego 2017

Tenis, tenis ponad wszystko...

http://www.express.co.uk


Z krzywym uśmiechem przeczytałem dziś o wtopie, jaką zaliczyli Amerykanie puszczając niemieckim tenisistkom "Deutschland, Deutschland über alles"... reakcje były różne, jak można sobie obejrzeć na filmiku poniżej.


Oficjalnie zapanowało oburzenie, reprezentantki tak się przejęły, że aż zawaliły mecze. "Julia Görges zaczęła płakać, ja też byłam poruszona i wściekła. Miałam ochotę zejść z kortu - mówiła na konferencji prasowej Andrea Petkovic" (Serbka z pochodzenia).
Nie jest to pierwsza taka sytuacja, kiedy sportowców niemieckich ścigają "grzechy przodków". W 2011 na mistrzostwach na Węgrzech kajakarki Anne Knorr i Debora Nich, oprócz otrzymania złotego medalu też usłyszały "Niemcy, Niemcy ponad wszystko". 
Pomimo, że dwie pierwsze zwrotki hymnu są zakazane, to jego geneza nie wiąże się z hitlerowskimi Niemcami. Na pomysł hymnu wpadł August Heinrich Hoffmann (Hoffmann von Fallersleben). Gdy w 1841 wybrał się na wakacje na wyspę Helgoland na Morzu Północnym, orkiestra na statku witała pasażerów odgrywając hymny ich krajów. Rozbrzmiała "Marsylianka", jak wchodzili Francuzi, "God save the Queen" dla Anglików, a Niemcy nie usłyszeli nic. Tak powstała pieśń "Deustchlandlied", do której po napisaniu 3 zwrotek autor zapożyczył sobie melodię Josefa Haydna. Generalnie pieśń wyrażała zjednoczeniowe nastroje w rozbitych na liczne landy i wolne miasta po Kongresie Wiedeńskim Niemczech. To ostatecznie nastąpiło w roku 1871 i pieśń straciła na popularności na  rzecz pieśni "Heil dir im Siegerkranz" (Chwała Ci, w wieńcu zwycięzcy), jej adresatem był Kaiser i stała się nieoficjalnym hymnem Cesarstwa. W 1922 powróciła jednak do łask "Deutchlandlied", bo cesarstwo szlag trafił i śpiewanie o cesarzu zwycięzcy nie miało racji bytu. Po 45 śpiewanie "Niemcy, Niemcy ponad wszystko" kojarzyło się już powszechnie z zapędami ekspansywnymi rasy panów, więc na kilka lat melodia wyleciała w ogóle z obiegu, by powrócić po licznych perturbacjach w wersji okrojonej do ostatniej zwrotki w 1952 roku w Niemczech Zachodnich, a po 90 roku w zjednoczonych Niemczech. Generalnie jakoś wtedy śpiewanie całości nie budziło w Niemcach poruszenia, wściekłości ani łez, zgodnym chórem intonowali ją po zdobyciu mistrzostw świata w piłce nożnej w 1954, a jeszcze w latach 80 40% ankietowanych na pytanie o słowa hymnu zaczynało od "Deutchland, Deutchland..."

Karykatura Klausa Pielerta obrazująca niemieckie spory nad hymnem w 1951 roku
Warto zauważyć zabawną rzecz. Oryginał "Deutchlandlied" znajduje się wraz z 500 tysiącami zabytkowych dokumentów w Bibliotece Jagielońskiej, stanowiąc cześć tzw. "skarbu pruskiego". Niemcy przeliczyli się srodze, lokując pod koniec wojny księgozbiór w Krzeszowie w opactwie Cystersów, dzięki czemu po 45 znalazł się na ziemiach Polskich. Niemcy od lat jęczą żeby im to zwrócić, ale na szczęście pokazujemy im niezmiennie od lat figę i mam nadzieję że tak zostanie, bo braki w naszych zbiorach po ich wizycie są z pewnością o wiele większe. I tak zresztą dostali od Buzka oryginał "Biblii" Marcina Lutra...

Źródła:
W zasadzie wszystkie prawie informacje o niemieckim hymnie pochodzą ze strony:

Ja natomiast przyjmuję nawet niemiecką ludowiznę, ale w wersji ekstremalnej...

piątek, 10 lutego 2017

Wielkie Państwo Lechitów

Od jakiegoś czasu trafiam na różne strony i teksty, których autorzy próbują forsować teorię, że przed przyjęciem chrztu przez Polskę nasze państwo było środkowoeuropejskim mocarstwem, tylko kościół katolicki zamazał jego historię. Ot taka stronka o zachęcającym tytule: Tajne Archiwum Watykańskie... I równie intrygujący tytuł wpisu:

"POCZET KRÓLÓW LECHII, czyli Kościół w Polsce od 1050 lat ukrywa przed Polakami, że jesteśmy starożytnym, antycznym wielkim imperium z 18. wieku przed naszą erą! – a więc dużo starszym niż Cesarstwo Rzymskie…"

Ach ten wredny kościół, nic tylko od ponad 1000 lat coś przed nami ukrywa...
Autor wpisu opiera się na książce Janusza Bieszka "Słowiańscy królowie Lechii. Polska starożytna.", wydanej o dziwo przez Bellonę. Na książeczkę spadła fala krytyki, że jest czystą konfabulacją, nie czytałem, więc odwołuję się tylko do niektórych rewelacji z bloga.


Jasnogórski poczet królów i książąt polskich uwzględniający takich władców jak Krak, Wanda, czy Popiel.
Sprawa sięgającego w głąb dziejów rodowodu Lechitów sięga jeszcze średniowiecza, kiedy usiłowano genealogię Słowian wyprowadzić od starożytnego ludu Sarmatów. Ideologia sarmatyzmu rozwinęła się w wieku XVI, propagowała ją nader chętnie szlachta upatrując w sarmackim pochodzeniu licznych zalet, takich jak umiłowanie wolności, gościnność i waleczność. Owo umiłowanie wolności miało wpływ na strukturę państwa - ukształtowania się demokracji szlacheckiej. I co ciekawe, miało jakieś odniesienia, mniej lub bardziej mityczne do przeszłości, bo nawet kronikarz Flodoard z Reims (894-966) określa takim mianem plemiona Słowiańskie. Podchwycona nazwa wynika jednak z uogólnienia, które stosowali kronikarze antyczni dla ludów zamieszkujących tereny Bułgarii, Iranu i okolic Morza Czarnego...
Jakoż w poczcie (tym Bieszkowym) pierwszym królem jest właśnie Sarmata, Aryjczyk (ja cię kręcę, a myślałem że tylko jedna nacja w Europie zarezerwowała sobie aryjskie pochodzenie...) pochodzący z Persji. Panował już w 1800 r p.n.e. Dowodem istnienia Sarmacji miały być mapy sporządzane w czasach Imperium Rzymskiego... Tymczasem prowincje Sarmatię i Markomanię założyli Rzymianie w okolicach Słowacji i Węgier, gdzieś około II w. p.n.e, czyli spory kawałek później po panowaniu rzekomego Sarmaty. Prowincje  zostały przez nich niedługo potem po prostu porzucone. Jeżeli książka jest oparta na równie rzetelnie sprawdzonych źródłach, a czytam, że nawet źródłem w książce jest  tzw. kronika Prokosza - czyli XVII wieczne fałszerstwo Przybysława Dyjamentowskiego, który zarabiał na preparowaniu rodowodów rodzin magnackich, to masa czytelników nałyka się po prostu bzdur. Ale jak się okazuje są tacy, którzy twierdzą, że Kronika Prokosza to oryginał, a tezę o jej fałszerstwie roznoszą masoni, na czele z Joachimem Lelewelem, który fałszerstwo zdemaskował. Nie bardzo jednak wytrzymują te tezy z rzeczową analizą, dotyczącą np. zniekształcenia imion, które znajdują się w kronice, pisane po kilku wiekach inaczej niż w źródłach wcześniejszych. Np. Leszek do XIII w. był Lestkiem. Zresztą, historycy nigdy jakoś nie podważali ekspertyzy Lelewela. Sami masoni i Niemieckie pachołki?

Ze względu właśnie na brak wiarygodnych źródeł, badania dotyczące pradziejów państwa Lechitów nazywane są dziejami bajecznymi. Jedną z ciekawszych pozycji, które czytałem na ten temat był "Poczet Królów Bałwochwalców" pióra Waldemara Łysiaka, który rzecz całą potraktował na poły żartobliwie. Nie ma zbyt wielu źródeł z tzw. historiografii przedjezuickiej, czyli inaczej "dziejów bajecznych". Bo niby skąd miały być, jak jedyni kumaci do jej spisywania byli mnichami, którzy nie palili się do "rozpamiętywania dziejów ludzi, o których wspomnienie zaginęło w niepamięci wieków, a których skaziły błędy bałwochwalstwa" (Gall Anonim) Jeżeli więc, to zatarto pradzieje w średniowieczu. 

Królowie "bałwochwalcy"


Badania archeologiczne i kroniki wskazują jednak, że Słowianie pojawili się na tych terenach w V w., w czasach Wędrówki Ludów a za pierwszego władcę wskazuje się na Lecha I. Jakaś więc tradycja tych władców musiała być skoro do dziś pozostały w pamięci podania o Popielu zeżartym przez myszy, czy Wandzie, która chlupła do Wisły bo nie chciała Niemca. Cały czas jednak daleko stąd do rojenia o Imperium Lechickim.

czwartek, 9 lutego 2017

Kapliczka i armata

Kapliczka na zdjęciu się niestety nie zmieściła, ale za to zmieściła się wielka armata. Generalnie szkoda, bo bardziej mniej ona interesuje niż to działo... 
W 1910 roku obchodzono 600-lecie bitwy pod Grunwaldem i z tej okazji postawiono w tej bliżej nieznanej miejscowości figurę Matki Boskiej. Jak się dokładnie przyjrzeć, na cokoliku pod figura jest napis: "Królowo Korony Polskiej módl się za nami". I poniżej daty 1410, 1910 Grunwald. Stawiałbym więc na zabór rosyjski, może austriacki Niemcy chyba by na takie upamiętnienie łupnia, jaki dostali ich rodacy z czarnymi krzyżami na płaszczach, nie pozwolili. 
Drugim ciekawym wydarzeniem, jest kradzież, której dokonano z 22 na 23 października na Jasnej Górze. Skradziono mianowicie z cudownego obrazu dwie złote korony podarowane przez papieża Klemensa XI. Swoje korony chciał ponoć podarować sam car Mikołaj II, ale Papież Pius X zadecydował że zostaną one wykonane przez złotnika z Watykanu, tym bardziej że podejrzewano, że za kradzieżą stoi carska administracja, a wydarzenie ma podtekst polityczny. Uroczystej koronacji dokonano 22 maja 1910 r. do czego również może nawiązywać inskrypcja u stóp Maryi. 

Na ten rok datuje się też poniższa modlitwa, z której ostatni wers wykorzystano w napisie:

Uroczyste złożenie hołdu Królowej Korony Polskiej (1910r)

"W Imię Ojca i Syna i Ducha świętego. Amen.
O Przenajświętsza Maryjo, Matko Boża, Królowo Korony Polskiej, jaśniejąca niezliczonemi łaskami i cudami w Narodzie naszym i w Twojem Królestwie Polskiem, upadam w najgłębszej pokorze do stóp Twoich najświętszych, oddaję Ci hołd poddaństwa, miłości i uwielbienia. Proszę Cię, wejrzyj łaskawie na nas, wyrwij nas z nędzy grzechów naszych i miłosierdziem Twojem osłoń nas przed słuszną karą Bożą. O Pani nasza, rozbudź w Polskim Twoim Narodzie wielkich, prawdziwych miłośników Ojczyzny, wspieraj pracę tych, co chcą ją dźwignąć i uszczęśliwić; umacniaj w nas wiarę świętą i przywiązanie do Kościoła katolickiego, abyśmy Cię wysławiali na wieki wraz z Synem Twoim. Błagam Cię o to przez miłość Twoją do Jezusa Chrystusa, Syna Twojego a Pana naszego, – który z Bogiem Ojcem i Duchem świętym żyje i króluje, Bóg po wszystkie wieki wieków. Amen.
O Maryjo, Królowo Korony Polskiej, módl się za nami!"

Do pełni szczęścia brakuje wizerunku całej kapliczki i miejsca gdzie się znajdowała...

Bardzo podobna być może znajduje się m.in. w Tyczynie na Podkarpaciu, jest na niej identyczna niemal inskrypcja. Postawiono ją również w 1910 roku.



poniedziałek, 6 lutego 2017

Ślady historii - Krzywa Góra

Letni rekonesans z Panem Ryszardem przyniósł pewne ciekawe odkrycia w terenie Krzywej Góry. Jest to obecnie miejsce pochłonięte przez Puszczę Kampinoską. Z czasów Pierwszej Wojny  zachowało się tam zaplecze frontowe i stanowiska armii rosyjskiej...

Na geoportalu użyłem widoku numerycznej rzeźby terenu, dzięki czemu rosyjskie punkty obserwacyjne pokazały się jak na dłoni. Te góry na których się wtedy rozlokowali to wydmy, obecnie porośnięte lasem. Wtedy pewnie część rozległej gołej przestrzeni, od północy otoczonej bagnami.

Krzywa Góra zasiedlona została pod koniec XIX wieku, wieś była w zasadzie zachodnią częścią Famułek Królewskich. Podczas Pierwszej Wojny, według Karola Limanowskiego została zniszczona w 56%. Nic w tym dziwnego, leżała pomiędzy tymi stanowiskami a linią frontu na Bzurze w Brochowie...



Jak widać dość dobrze się jeszcze wszystko zachowało. Wzajemne okładanie się przez Niemców i Rosjan trwało około roku, zanim ci drudzy się w końcu wycofali. Okoliczne miejscowości zmieniły się niemal w pustynię...




W okopie pod Brochowem...


niedziela, 5 lutego 2017

Był sobie szatan

Przyjęło się mówić, że Bóg nie stworzył szatana, bo jakże to być mogło, żeby Bóg stworzył coś złego. Więc był sobie anioł, który się nagle zbuntował, zleciał na łeb z Nieba i stał się szatanem. Zbuntował się? Źle zrobił? Tak sam z siebie i nikt go nie namawiał nawet? Dziwne...

Może nie trzeba było go wcale namawiać, gdyż zły był od początku? Na cóż Bogu miał by być taki zły szatan? Odpowiedź jest bardzo prosta. Jak bez wyboru między dobrem a złem można mówić o wolnej woli, którą miał przeznaczoną dla ludzi? 

Więc powstał antybóg... 
A może istniał zawsze, tylko dogmat o dominującej sile dobra jest jest dla nas bezpieczniejszy, kojący... 

"Od początku był on zabójcą i w prawdzie nie wytrwał, bo prawdy w nim nie ma. Kiedy mówi kłamstwo, od siebie mówi, bo jest kłamcą i ojcem kłamstwa"
wg Jana 8:44

Od początku? Więc nie było buntu i szatana wylatującego z Nieba. Był plan i zamysł, a wszystko skupiło się na możliwości wyboru. 

Nie było tylko dobra, bo światem rządzi dualizm... Równowaga dwóch sił, które my sobie możemy tłumaczyć jako dobro i zło.

W człowieku także mieszka dobro i zło. A został stworzony na podobieństwo Boga. A jeżeli Bóg jest również dualny? Ba nawet Jego obraz różni się przecież w Starym i Nowym Testamencie wskazując niemal na dwie różne osobowości. 

Gdybym chciał wieczorne herezje ciągnąć dalej, pochyliłbym się nad Samaelem, aniołem śmierci, który mimo wszystko był Bogu potrzebny, również w swym złym odbiciu... Znów zgrzyta teoria o buncie i to już drugiego z kolei anioła, bo wojny w Niebie rzekomo były dwie. Któż ferowałby wyroki boskie, gdyby nie anioł śmierci? Spec od brudnej roboty...




piątek, 3 lutego 2017

Cyrk



Czy ktoś lubi czy nie i tak pewnie zdarzyło mu się być w cyrku. Postacie cyrkowe śmieszą, tumanią, przestraszają... Obecnie transmisje z cyrku możemy oglądać niemal codziennie, ale przez brak zwyczajowych strojów nie wiadomo kto jest kim. Postanowiłem trochę wyjaśnić meandry sztuk cyrkowych i przybliżyć sylwetki głównych artystów...

Klauni. - Najliczniejsza grupa bo jest ich aż 460. Na czele stoi jeden, który usiłuje niby zachować jakiś porządek, ale przecież to cyrk, więc mu się to rzadko udaje. Miałem kiedyś pomysł, z racji tego że ten główniejszy klown ma dzwonek, żeby zamontować mu go na czapce, ale w przypadku niekontrolowanych ruchów na widok jakiegoś... no niech będzie, że klowna Szczerbatego, mógłby być problem z opanowaniem ciągłego dzwonienia. 
Tych klaunów też daje się wyczaić kilka rodzajów, w zależności na czym opierają się ich skecze. Są przedrzeźniacze, szydercy, gapcie, itp. Pełen asortyment.

Małpy - No właśnie czyje są małpy w cyrku? Generalnie obwieszają się w najmniej oczekiwanym momencie na klownach, by małpując potem ich gagi rozśmieszać dalszą publiczność. Stopień oswojenia małp z cyrkiem jest zauważalny, ale nieokreślony, po prostu nigdy nie wiadomo, kiedy małpa zdecyduje się dać klaunowi bananem w pysk. Najbardziej znana z występu, a w zasadzie jego braku była słynna Małpa w Czerwonym. Pamiętacie?

Poskramiacze - W zasadzie trudno czasem odróżnić stronę poskramianą od poskramiającej (może zwierzęca natura?). Zasada jest taka: kilkoro przedstawicieli tego agresywnego gatunku należałoby zamknąć do klatki i usiłować poskromić, np. pejczem, lub batem. Ale właśnie... pejczem po dupie takiego nawet dzikusa? Takie torturowanie kiedyś oprotestował Ryszard Petru, twierdząc, że "Cyrk ze zwierzętami nie pełni odpowiedniej wartości edukacyjnej i odbiega od współczesnych standardów etycznych...", Na co odpowiedziała mu Krystyna Pawłowicz, że "Cyrk bez zwierząt to nie cyrk" i zapewniła o swoim poparciu. Jak wiadomo jednak Petru już kiedyś usiłował poskromić Pawłowicz, próbując wyperswadować jej "walenie się w łeb, jak mówi." i średnio to wyszło  

Akrobaci - Znamy takich... spece od figur frazeologicznych zdawałoby się niemożliwych, stawianych nie na trapezach, ale na mównicach. Co zadziwiające, figury nie przypominają z reguły tego, co akrobata chce pokazać, ale i tak wyglądają imponująco. Dlaczego? Ano spróbujcie się choćby "oderwać od rzeczywistości". A oni umieją tak bez przerwy na co są dowody w postaci opinii ekspertów:

Gowin: Politycy PO żyją w oderwaniu od rzeczywistości
Błaszczak: Okupacja sali plenarnej świadczy o oderwaniu od rzeczywistości (tu nawet mowa o układzie zbiorowym)
Schetyna: Prezes PiS podkreśla kompletne oderwanie od rzeczywistości.

Żonglerzy - To ci co podrzucają piłeczki, dajmy na to z napisem PKB lub budżet... sztuką jest złapać taką piłeczkę zanim wpadnie do dziury. Jest to trudne, bo okazuje się że nie zawsze podrzucona piłeczka spada w takim wymiarze, w jakim jest podrzucona. Bo oto pan Morawiecki podrzuca piłeczkę wzrostu PKB z napisem 3,8%, a tu buch - spada mu 3,5%... I co? I jeb do dziury...

Woltyżerzy - do jazdy potrzebny im jakiś solidny zad. Generalnie ćwiczenie na tak zwanych ochotnikach z widowni kończą się źle, bo zawsze można trafić jakiegoś lewusa i wypadek gotowy. Weźmy takiego Mateusza Kijowskiego - niby spełnia warunki, kucyk jest, a mimo to... kopyta się poplątały.

Dyrektor cyrku - ciekawa osoba, bo pomimo że rzadko ją widać na scenie, rządzi wszystkim zza kulis. Niby zna jakieś popisowe sztuczki - np. wyciąganie królików z kapelusza, ale nic z nich nie wychodzi, rzekomo dlatego, że dawny dyrektor cyrku rzucił klątwę na namiot. Zamiast królika - kot. Zamiast łapać myszy - sra po kątach. Dlatego prezes.... ekhm, dyrektor cyrku rozkłada ręce i twierdzi, że on to w zasadzie nikim ważnym nie jest.


Widownia - śmieje się. Ale z czego?