wtorek, 28 marca 2017

Wspomnienie o pani Wandzie


Moja klasa, stoję w kolorowej kamizelce obok p. Wandy Kozłowskiej


 Nie tak dawno byłem na pogrzebie pani Marii Gołkowskiej, teraz z wielką przykrością dowiedziałem się o śmierci pani Wandy Kozłowskiej, młodszej kilka lat siostry pani Marii. Obydwie były moimi nauczycielkami, Pani Wanda moją wychowawczynią w szkole podstawowej, od 1 do 3 klasy, pani Maria polonistką przez 4 lata Liceum. Zapewne wyrażam myśli niejednego mojego kolegi, pisząc, że wpływ na kształtowanie mojego sposobu myślenia przez dwie wybitne nauczycielki był przeogromny. Żadnego chyba ze swoich licznych wychowawców, nauczycieli i wykładowców, pomimo że wszystkich po latach wspominam z nutą sentymentu i sympatii, nie zapamiętałem tak wyraźnie i tak ciepło. Były też jedynymi, które po latach zdecydowałem się odwiedzić.
Jeszcze w zeszłym roku letnią porą, snuliśmy plany spisania garści wspomnień o pani Władysławie Kozłowskiej, sochaczewskiej społecznicy z okresu międzywojennego, mamie moich nauczycielek. Plany te, choć przyjęte z entuzjazmem, już wtedy odwlekały się ze względu na kondycję obu pań.  Żegnając je wypoczywające w ogrodzie na krzesełkach, nie spodziewałem się, że było to nasze ostatnie spotkanie.
Panią Wandę zapamiętałem jako osobę niezwykle cierpliwą i wyrozumiałą. Gdy po latach zjawiłem się w domu państwa Kozłowskich, zwróciła się do mnie dokładnie tak samo, jak zwracała się w czasach wczesnej podstawówki do niesfornego czasem chłopca. Dopiero po chwili zmitygowała się, że to już nie ten chłopiec, tylko dorosły mężczyzna, ale nie ukrywam, że było to dla mnie o wiele milsze niż oficjalny zwrot per pan.
Jako moja wychowawczyni była kobietą wyjątkową, gdyż rzadko się zdarza, by ktoś do pracy z obcymi bądź co bądź dziećmi podchodził z takim uczuciem. Widać to było zwłaszcza gdy coś przeskrobaliśmy - a zadanie miała nie łatwe, gdyż nasza klasa ponoć należała do bardziej rozbrykanych. Co i rusz ktoś kogoś popchnął, a to przezwał, a to coś zabrał i nie chciał oddać. Tą ostatnią przewinę Pani Kozłowska traktowała chyba najsurowiej - uczciwość i prawdomówność były podstawowymi cechami które usiłowała nam wpoić. Na co dzień, była jednak osobą wyrozumiałą i obdarzoną poczuciem humoru , która nie obawiała się ze swoimi małymi podopiecznymi od czasu do czasu zażartować. Umiała to tak wyważyć, że nigdy nie nadużywaliśmy Jej wyrozumiałości.

poniedziałek, 27 marca 2017

Stowarzyszenie płaskiej ziemi

Nauka najwyraźniej tez lubi się powtarzać. Wraca do łask geocentryczna teoria ziemi, a jej zwolennicy skupili się w stowarzyszeniu "Flat earth Assiciacion", po polsku Stowarzyszenie Płaskiej Ziemi (w naszym kraju kilku zwolenników tej teorii zorganizowało się w roku 2000, choć mam wrażenie, że chłopaki po prostu wyśmieli w ten sposób głupotę ludzi, którzy naprawdę wierzą w płaską ziemię...). W Stanach istnieje od 1956 roku i podobno zgromadziło nawet do 3000... no nie wiem jak ich nazwać... Wyznawców?

Teoria płaskiej ziemi wraca co jakiś czas. Ot choćby strona poniższej gazety, "Modern Mechanix" z 1931 roku przedstawia koncepcję Wilbura Glenna Volivy, który zaoferował 5000 dolarów za jej obalenie.  
Nie zdziwi chyba fakt, że Voliva stał na czele grupy wyznaniowej, "Chrześcijańskiego Katolickiego Apostolskiego Kościoła". Gdy jednak okazało się, że jego kres jest bliski z powodu nowotworu, wyznał, że chodziło mu tylko o wzbogacenie się i cała sprawa była oszustwem.


Ale wróćmy do naszej Matki Ziemi. Jest zatem dyskiem...
 Zajrzyjmy na stronę "płaskoziemców" Flat earth Society.

W centrum Ziemi leży biegun północny... Antarktyda jest otoczona wysokim na 50 metrów murem z lodu, jego istnienie ma być ukrywane przed ludźmi poprzez międzynarodową agendę, która wzbrania przeciętnym obywatelom wstępu na Antarktydę. Grawitacji nie ma. Słońce i Księżyc mają około 50 km średnicy i krążą na wysokości około 4800 kilometrów nad ziemią...


Słońce i księżyc ganiają się nad ziemią...
 
Globularyści (Kuliści) kłamią, że jest inaczej. Zwłaszcza Nasa ma swoje powody, by oszustwo utrzymać, wyciągając od rządu ogromne dotacje na loty kosmiczne, które odbywają się w... studiach filmowych. Wszak pierwszej mistyfikacji lądowania na księżycu miał dokonać sam Stanley Kubrick.
W ogóle prawda o płaskiej ziemi zachwiała by światowymi rządami, którym zależy na utrzymaniu tego i innych kłamstw...

Co jednak z historycznością badań nad kulistością ziemi? Wszyscy kuliści, od Pitagorasa do współcześnie żyjących dyrektorów Nasa to... Wolnomularze! Nasz Kopernik też nim był. To twierdzenie czyni masonerię chyba najstarszą światową organizacją... Że też jej istnienie wyszło na jaw dopiero w XVII w...
Kłamstwo o kulistości ziemi ma wykluczyć bożą ingerencję w dzieło stworzenia (znów motyw wyznaniowy), potwierdzić teorię wielkiego wybuchu i ewolucję. (Czyli by być zwolennikiem teorii płaskiej ziemi trzeba być też najwyraźniej kreacjonistą.)

A wy jaki kształt wybralibyście dla naszej planety, gdybyście mieli na to wpływ?

niedziela, 26 marca 2017

"Bandziorówka"

Wysłuchałem dziś historii z czasów okupacji, przeszytej wielką tragedią. O bandytach udających partyzantów i nieszczęściu jakie ściągnęli na swoją wieś... Ktoś się załamał i doniósł do Niemców. Jak się okazało, próba pozbycia się w ten sposób złodziei terroryzujących okolice skończyła się jeszcze większym nieszczęściem.
Niemcy się nie cackali, uznali, że wieś kryje bandziorów, choć biednym ludziom dawali się oni również we znaki. W egzekucji zginęło około 30 osób, kobiety i dwuletnie dziecko. Ciała zakopano, nie bacząc na to, że nie wszyscy są martwi. Ziemia stłumiła jęki rannych...
Cały dzień i całą noc, stały warty, by nikt nie ważył się rozkopać mogił. Zrobiono to dopiero po wygnaniu Niemców. Oględziny zwłok wykazały, że kilka osób faktycznie się udusiło.

***

Główny sprawca umknął sprawiedliwości, choć już prawie wpadł w ręce żandarmerii. Przeżył wojnę, a władza ludowa uznała go za partyzanta. We wsi nigdy nie było żadnych bandytów!

***

A dziś pan Adam zaprowadził mnie w miejsce, gdzie na przełomie lipca i sierpnia 1944 roku wydarzył się ten dramat. W jego opowieści wieś nosi nazwę "Bandziorówka", choć w istocie nazywa się zupełnie inaczej.


Teraz opiszę tą historię, choć mam trochę skrępowanie ręce. Nazwiska niektórych winowajców muszą pozostać anonimowe. 

poniedziałek, 20 marca 2017

W poszukiwaniu dziury w całym

Trzeszczy złowrogo życia wrzeciono
gdy wątek wywlekam zeń razem z osnową
Ale co robić, o czym pisać?
"carpe diem" chcę wędką chwytać
A tu dół przepastny na mnie się rzuca
I głupia mowa zawiesza się u ucha

I meble bym poskręcał
i nad talerzem z zupą poznęcał
A może poszedłbym do lasu
Z dala od hałasu,
choć inaczej to rymowali
Ci co kiedyś ze mną dorastali.
Ale jakieś niezdecydowanie
Męczy mnie niesłychanie
Nie chciane i precz przeganiane
Przez precza w kółko zwracane.

Z buta ją, (ospałość butną)
i jeszcze do tego szpicrutą,
- z sadyzmem i na ostro
Uporać się trza z przypadłością!

Co? Z batem na stan duchowy?
Co też mi przychodzi do tej głowy...
Z godnością i spokojem
Uraczyć się trzeba uciech napojem...
... Bez skojarzeń proszę państwa
Nie mam na myśli pijaństwa
Tylko spijanie szczęścia z codzienności...
Oto prosty klucz jest do radości...

niedziela, 19 marca 2017

Aleksander Dumas łowca upiorów


Nadrabiam zaległości w nagromadzonych wcześniej książkach. W sumie kilka lat nie zaglądałem do swojej biblioteczki, w której ostatnio książki jedynie gromadziłem.

Niecodzienne wydarzenie w wstrząsa społecznością małej, podparyskiej wioski Fontenay aux Roses. Pracownik kamieniołomów zabija swoją małżonkę, odcinając jej głowę mieczem. Słowa, które odcięta głowa denatki wypowiedziała do swojego oprawcy zmieniają całkowicie jego plany – zamiast zatuszować zbrodnię, oddaje się w ręce lokalnego mera. Wydarzenie staje się przyczyną spotkania na miejscu zbrodni kilku osób, w tym młodego pisarza Alexandre Dumasa. Dywagacje na temat tego, czy odcięta od korpusu głowa w istocie mogła jeszcze coś przekazać światu, przenoszą się na proszony obiad, po którym każdy z biesiadników opowiada mrożącą krew w żyłach historię, której stał się uczestnikiem... 

Wiele recenzji, "Opowieści o duchach", napisanych przez ojca "Trzech Muszkieterów" mogłoby się zacząć od słów, iż nie jest to typowa pozycja  w jego dorobku. Nie broni się ona także zbyt dobrze jako powieść grozy, relacje gości są bardzo nierówne objętościowo i fabularnie, zresztą jak to przy rozmowie. Bardziej zwraca uwagę tło tych opowieści, kładący się na nich mroczny cień krwawych czasów Rewolucji Francuskiej, i następnych, do połowy XIX w., które powieściowe postacie gorzko komentują, jako czasy bezmyślnego odcięcia się od wszystkich wartości Francji monarchistycznej, a wręcz ich całkowitego zatarcia, łącznie z kulturą i sztuką. Do rangi symbolu urasta ekshumacja i profanacja szczątków władców Francji złożonych w bazylice Saint Denis, dokonana w październiku 1793 roku, opisana z detalami przez pisarza, jak dla mnie jeden z najbardziej intrygujących fragmentów książki.
Wszystkie w zasadzie postacie przedstawione przez autora są poczciwe i pozytywne, oprócz lekarza, sceptyka i ateisty, wyśmiewającego zjawiska nadprzyrodzone. Jego wiara w opowieści współbiesiadników jest ostentacyjnie wymuszona, przez co człowiek ten staje się przemądrzałym bufonem, nie potrafiącym jednak wyjaśnić w naukowy sposób ich przeżyć.
Rzecz jasna dziś możemy na równi z nim patrzeć na nie z przymrużeniem oka, wtedy wymogi epoki romantyzmu sprawiały, że inaczej przedstawiony być nie mógł. Rok wydania książki, 1849, sprawia jednak, że wychwalana przez romantyków Rewolucja, oceniana jest z perspektywy czasu raczej negatywnie.
Dodam od siebie, że posiadająca cechy bądź co bądź antologii książeczka, posiada zwartą fabułę, nakreśloną bardzo barwnym i potoczystym językiem, przez co wybornie się ją czyta. Jednak Dumas to klasa sama w sobie, przeczytałem pozycję w dwa wieczory, ale można spokojnie w jeden.
Starsze wydania noszą tytuł ‘Biesiada Widm”

piątek, 17 marca 2017

Pan Wojciech wyszedł...

Wyszedł i niestety nie wróci...

Jego twórczość kojarzyła mi się mniej lub bardziej trafnie z Tuwimem. Podobna lekkość pióra i niewymuszony humor. 75 lat, nie jest jeszcze wiekiem, w którym człowieka nie stać na aktywność zawodową, choć forma Młynarskiego nie była już jak kiedyś, a jego utwory już nie tak finezyjne, był w stanie jeszcze rozbawiać, więc tym bardziej szkoda, że już tego nie będzie robił.

Tymczasem wczoraj poszukałem w internecie strony z jakimiś jego tekstami, innymi niż najbardziej oklepane i do znudzenia powtarzane.Znalazłem poniższy utwór, który uznałbym za ponadczasowy i pięknie określający pewne polskie przywary, choć może nie tylko polskie?

BABA O SZEŚCIU CYCKACH

I znowu gna mnie, proszę was,
Inwencja poetycka,
By rzec, że w Krośnie żyła raz
Baba o sześciu cyckach.

W chęci, by ten wspominać fakt,
Nie znajdziesz sensu szczypty,
Gdyby nie to, że akurat
Wynaleziono sztriptiz:

Francuzi sur le ciel de Paris
To wymyślili pierwsi,
Że w szał publika wpadnie, gdy
Baba pokaże piersi.

Kiedy obiegła Krosno ta
Rewelacyjna wieść,
Krosno krzyknęło – Ichnia dwa,
Nasza pokaże sześć!

Pokaże sześć i c’est ci bon!
Żeby Francuzy cwane
Nie pomyślały, żeśmy są
Prowincja czy zaścianek!

Pokaże sześć i mostek w przód,
By cudzoziemiec który,
Nie myślał, żeśmy nie ze śród-
Ziemnomorskiej kultury.

Wspominam scenkę tę nie naj-
Weselszą bez wahania,
Gdy widzę, jak kochany kraj
Europę znów dogania.

Gdy brokat w szprayu słodko drży
Na makijażu silnym
W pokazach mody, w spędach pry-
Waciarsko-polonijnych,

Gdy widzę polski porno film,
Awangardowy teatr,
Gdy twórcom się przyglądam tym,
Co tworzą modne dzieła,

Gdy widzę, jak w ich oku gra
Iskierka neoficka,
To mi się przypomina ta
Baba o sześciu cyckach!

Chęć, by pokazać cycków sześć,
Widzę u polskiej sztuki,
Większą niż chęć, by ludziom nieść
Łut sensu, cień nauki.

I słyszę, jak nad Wisłą gdzieś
Tłum głupków się anieli:
Nasza pokaże sześć – i cześć!
Żeby se nie myszlely!

czwartek, 16 marca 2017

Władza

Władza tak jak narkotyk
Władza to wielka siła
rodzi miłość i lęk
czasami też zabija
Obiecuje tak wiele
w słowa prawdę owija
gdy uklękniesz dłoń poda
lecz umie też zabijać
(Anja Orhodox)




Pierwszym symbolem władzy, który przyszedł mi do głowy jest tron.  Takie krzesło wysoko wyniesione, żeby każdy widział kto rządzi.
Co jakiś czas odbywają się w naszym kraju i nie tylko, igrzyska, których celem  jest zasiadanie na tronie. Igrzyska zwane są wyborami, a polegają na wciskaniu kitu w głowy. Ten który wciśnie skutecznie jak największą jego ilość - wygrywa i zasiada na tronie. Tron ma to do siebie, że jest jeden, nawet jeżeli mówi się powszechnie o jakiejś demokracji. Fakt, czasem tron musi ktoś pomóc podtrzymywać, żeby się nie chwiał w różne strony (gorzej jak nim buja) i wtenczas siedząca na tronie jednostka albo grupa, musi się posunąć, żeby zachować balans. Właśnie - grupa czyli nie jedna osoba. Grupa siedząca na tronie, grupa podtrzymująca tron... Jak ktoś oglądał "Stawkę Większą niż Życie", i pamięta Gruppenführera  Wolfa to wie, jak to działa. Niby jeden był, a potem się okazało, że czterech...

Ale po kolei. Skoro mowa o grupie, modnym kiedyś było określenie

"Grupy trzymającej władzę". (GTW)

Istnienie takiej grupy może sugerować, że gdzieś tam poza oficjalnym rządem, w cieniu tronu, istnieją sobie jakieś szare eminencje z przemożnym wpływem na tenże. Określenie trafiło do obiegu przypadkiem, z taśm, na których niejaki Michnik nagrał niejakiego Rywina. Ten ostatni za reprezentowanie GTW poszedł siedzieć. Należało mu się jak kozie za obierki, a z GTW powiązano ludzi z SLD, z Leszkiem Millerem na czele, choć, jak za chwilę się okaże, GTW jest częścią większej całości, której nie widać. Trochę jak ze statkiem podwodnym, z wody wystaje na ogół tylko kiosk (dla jasności: wodoszczelna nadbudówka w kadłubie, a nie buda z gazetami).

Określeniem, według mnie tożsamym częściowo z "GTW", jest UKŁAD. Pomimo, że polemiści stwierdzili, że coś takiego nie istnieje, UKŁAD zdefiniowany został przez Jarosława Kaczyńskiego jako pewien czworokąt - byłych służb, organizacji przestępczych, biznesmenów i w końcu polityków (liberałów i postkomunistów). Jak widać zdefiniowana wcześniej GTW, to tylko część tego czworokąta, w dodatku płynna, bo politycy u władzy się zmieniają. Czworokąt... Gruppenführer...

 Układy, jak wynika z oficjalnej definicji są częścią systemu. Można sobie oczywiście wmawiać że nic takiego u nas nie ma, ale ta się składa, że gdzie nie spojrzymy, jednak układy, ot choćby najdrobniejsze w piaskownicy na placu zabaw, istnieją - więc naiwnością jest twierdzenie że układ nie istnieje tam, gdzie chodzi o władzę i co za nią idzie - pieniądze. Jakiś pilny obserwator mógłby nawet zauważyć, że Jarosław także ma swój układ - politycy konserwatywni i prawicowi, kościół, inni biznesmeni, być może tez jakieś inne służby...

Pieniądze rządzą światem. Slogan ten, choć jest tylko sloganem demaskuje w znacznym stopniu zamiary większości osób dążących do przejęcia władzy. Bo mając władzę nie jest się idiotą albo złodziejem pracującym za marne 6 tysięcy. Jednym z podstawowych celów systemu jest takie rozdysponowanie pieniędzy, żeby każdy róg czworokąta był pełny. 

Ze sprawowaniem władzy wiąże się inne fajne określenie. Suweren. Cóż, w przeciwieństwie do GTW i UKŁADU, definicja tego słowa jest dość stara i wynika z niej, iż "Suweren (fr. souverain, najwyższy i ang. sovereign, suwerenny) – podmiot sprawujący niezależną władzę zwierzchnią, bezpośrednio lub przez swoich przedstawicieli.". jest się niby z czego cieszyć, bo wszem i wobec wiadomo, że w Polsce suwerenem jest Naród, czyli My. My zasiadamy na tronie! Pech nasz polega na tym, że My, czyli potocznie Naród, który ktoś dla żartu określił mianem suwerena nie mieści się w żadnym z kątów figury UKŁADU. Dlatego zamiast cieszyć się z  płacy powszechnej grubo powyżej 6 tys, albo jak idioci tyramy za grosze na swoje kredyty, albo kradniemy. 
Ja tam nie wiem jak Wy, ale jak na to wszystko patrzę, to mam ochotę ustąpić ze stanowiska władcy.

To już jest koniec, wyborcom zadość
uczynić, ale głupiemu radość
Jak wielce nęcą tej władzy tryby
To wszystko było na niby! 
(Kazik Staszewski)


środa, 15 marca 2017

Klejnot Poniatoszczaka

W roku 2014 w warszawskich Łazienkach wystawiany był pewien ciekawy bibelot, pochodzący z prywatnej kolekcji naszego ostatniego króla Stanisława Poniatowskiego, obecnie deponowany w zbiorach Zamku Królewskiego. Wystawa nosiła tytuł "Tajemnica Klejnotu Stanisława Augusta" i trwała od 21 czerwca, do 28 grudnia. Zabrałem wtedy rodzinę, a Łazienki uznaliśmy za dobry obiekt do pokazania gościom z zagranicy, bo odwiedzili nas wtedy znajomi z Hiszpanii.

 
Klejnot wystawiano w pałacu na wyspie. Jest to brosza medalionowa z szafirem cejlońskim, na którym wyryto relief przedstawiający wizerunek króla. Jego twórcą był utalentowany gliptyk Jan Franciszek Regulski, protegowany Ignacego i Stanisława Potockich, dzięki którym miał możność rozwijania swojego talentu we Włoszech. Z założenia miał to być podarunek dla jakiejś ważnej osobistości.

Dzieje tego świecidełka, w pewnym sensie wiążą się z dyskusją jakim królem był Poniatowski. "Zdrajca czy patriota?", takie pytanie często pada przy okazji wspominania jego nazwiska, a zdania są wśród historyków podzielone. Część twierdzi, że próbował, będąc uległym wobec Rosji ratować jeszcze państwo reformami, część że był przez nią opłacany, a wszystkie jego poczynania do pozory. Rosjanie zresztą nazywali go nawet pogardliwie "plenipotentem rosyjskim w Polsce", lub woszczennają kukłą (woskowa kukła). Panuje jednak zgodność co do faktu, że za czasów Króla Stasia Polski się uratować już nie dało.
Szafir w prezencie dostaje, graf Aleksander Bezborodko, rzekomo ma on zaskarbić jego przychylność dla sprawy polskiej i oddalić widmo kolejnego rozbioru, tak czytamy w folderze wystawowym.
Bezborodko od 1783 kierował polityką zagraniczną Rosji, w 1787 towarzyszy przy spotkaniu Poniatowskiemu i Katarzynie Wielkiej w Kaniowie. Celem tego spotkania są rozmowy z Turcją i kwestia ewentualnego polsko-rosyjskiego sojuszu militarnego przeciwko temu państwu. Czy naprawdę Poniatowski wierzył, że przekupi Bezborodkę atrakcyjnym bibelotem i wpłynie na politykę mocarstwa rosyjskiego?

Kolekcja klejnotów Poniatowskiego, uchodziła podówczas z największą w Rzeczpospolitej. Pytanie retoryczne, skąd król czerpał na nią pieniądze, skoro pod koniec panowania był zadłużony na astronomiczną kwotę 40 milionów złotych polskich, gdzie tylko się dało. Z pomocą przychodzą mu państwa zaborcze, które w zamian za abdykację obiecują wypłatę dożywotniej pensji, na co Stasiek oczywiście przystaje.
Po abdykacji nadal żyje jak król, tyle że w Petersburgu. Rosja wypłaca mu pieniądze regularnie, Prusacy także, choć już nie tak ochoczo, Austriacy wypinają się na byłego króla i nie płacą nic.
Nadal też ma gest i posyła Bezborodce drogie prezenciki, choć ciekaw jestem jak je zinterpretowaliby autorzy opracowania, które otrzymywali zwiedzający w Łazienkach, bo raczej nie chodziło już o pobudki patriotyczne.

niedziela, 12 marca 2017

Czym był KL Warshau?

Dzisiaj byliśmy zmuszeni z Kotojem podróżować do stolicy. Celem był Szpital Wolski, gdzie Matulę leczą z zapalenia płuc. Przy okazji odwiedzin, kupiliśmy też kinkiet do łazienki. Małas został w domu, w niezbyt dobrej formie - kicha, kaszle i narzeka na gardło... oby znowu dom nie zamienił się w szpital.

Po drodze z pociągu naszą uwagę przykuły dwa okrągłe budynki. Dwie opuszczone gazownie, pobudowane pod koniec XIX wieku robią imponujące wrażenie. Zbliżyliśmy się żeby je dokładniej obejrzeć od strony parku Alojzego Pawełka, na którym stoi Pomnik Ofiar Obozu Zagłady KL Warshau. A w zasadzie powinien stać, bo krzyż, który się tam znajduje jeszcze nim nie jest.





Przyznam się, że o KL Warshau usłyszałem stosunkowo niedawno, a to co wiadomo, jest przedmiotem sporów. Wiadomo, że funkcjonował od lipca 1943 do sierpnia 1944 roku. Przebywać w nim miało 7250 tys więźniów, w zdecydowanej większości Żydów, w momencie wyzwolenia obozu przez Batalion "Zośka", ostało się ich 348.

Za kontrowersyjne uchodzą ustalenia sędzi Marii Czcińskiej, według której KL Warshau nie był obozem koncentracyjnym, lecz obozem zagłady dla Warszawiaków, których miało w nim zginąć 200 tys. Owe 200 tysięcy to liczba zaginionych podczas okupacji mieszkańców Warszawy. Chodziło jednak o rdzennych Polaków, gdyż Żydów po likwidacji getta, pozostało w Warszawie niewielu.
Problem z ustaleniami dotyczącymi KL Warshau wynikał z faktu, że po wyzwoleniu usadowiło się w nim NKWD i UBecja, a w obozie przetrzymywano jeńców niemieckich, AKowców i członków opozycyjnego podziemia. Po likwidacji ślady obozu zacierano. Sama Czcińska nie uniknęła oskarżeń o wymuszanie i fałszowanie zeznań. 



Sprawa pomnika wypłynęła w 2001 roku, ale największym zgrzytem okazał się fakt, że zaprojektowano go w formie krzyża. Takiej formie sprzeciwiała się prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz Waltz i historyk Andrzej Przewoźnik. Krzyż, w obecnej formie postawiono w 2005 roku. Co dziwne, blokada budowy pomnika jest sprzeczna z uchwałą Sejmu z 27 lipca 2001. Na pomnik z krzyżem nalegają głównie środowiska katolickie.
Dla mnie ciekawe jest zatarcie faktów, które miały miejsce przecież stosunkowo niedawno.

Podczas naszej wizyty ten napis już się zmył
(źródło: http://kl-warschau.blogspot.com)



czwartek, 9 marca 2017

Ateista o świętości, czyli indyk o niedzieli

Ponieważ popularne stały się ostatnio terminy takie jak "obraza uczuć religijnych" i padają kolejne pytania co to takiego, postanowiłem sprawę zbadać. Przeczytałem nawet artykuł niejakiego Ryszarda Białczyńskiego (ateisty i rzekomo filozofa) p.t "Analiza semantyczna pojęcia obraza uczuć religijnych". Dobry Boże, jakim to uczonym językiem jest napisane! Ileż autor musiał poświęcić czasu i energii, żeby tyle napłodzić tekstu, w większości trudnego do przełknięcia!
I najśmieszniejsze jest to, że za tym uczonym językiem kryją się niesamowite wręcz brednie i totalna niewiedza autora dotycząca referowanego tematu.
Żeby była jasność - Babka moja miała powiedzenie, "głupich nie sieją". Stąd wszelkie "obrazy uczuć religijnych", mają na ogół swój wspólny rdzeń - wywołanie dyskusji nad czymś, czego normalnie bez domieszki skandalu nie chciałby obszczać nawet pies. Vulgo - jak ktoś jest za głupi żeby wymyślić coś wartościowego - chwyta się świętokradztwa. Najlepszą karą dla niego - jest zignorowanie, wtedy wytwór nie wyjdzie poza grono spragnionych bluźnierczych treści fascynatów. Mało brakuje, by z byle pajaca zrobić męczennika jakiejś antywiary (czytaj: swobody wypowiedzi). Z tego powodu uważam, że z tą obrazą trzeba uważać i nieraz sprawę po prostu olać, zamiast nadawać jej rozgłos.



Ale wróćmy do tego Białczyńskiego, który potok tekstu wylał po to, żeby stwierdzić, że pojęcia nie ma co to jest obraza uczuć religijnych. W tym celu pan ten rozłożył na czynniki pierwsze artykuł 196 Kodeksu karnego:

"Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2".

Wątpliwości zawarł w 13 aż punktach:

1. Wydaje się, że jest niezgodny z konstytucyjną zasadą świeckości państwa;

 Ale jest zgodny z zasadą swobody wyznania. Państwo nie musi wyznawać żadnej religii, żeby chronić wierzących. Poza tym wedle konstytucji Państwo Polskie nie wprowadza zasady świeckości, oznaczającej wolność przestrzeni życia publicznego od elementów religijnych, tylko wzajemną niezależność kościoła i państwa. Nie wyklucza ona udziału kościoła w świeckich uroczystościach.

2. Dyskryminuje osoby niewierzące, którym odmawia się prawa żywienia uczuć religijnych;

 Nie skumałem z początku, czyżby ateizm jednak był religią? Znalazło się wyjaśnienie w tekście. Okazuje się, że definicja prawna religii stawia ją wg. Białczyńskiego na równi ze światopoglądem, a ateizm jednak nim jest. Czyli np. ateistę "obraża twierdzenie lub sugerowanie, że świadomość nie jest święta i godna ochrony u wszystkich świadomych istot". Przykład ten i kilka podobnych, które autor spłodził, wiszą jednak w pustce, gdyż idąc tym tropem już sam ateizm powinien być ścigany z urzędu jako obraza uczuć deistów. Tak się jednak nie dzieje. Poza tym w rozumowaniu Białczyńskiego jest jeszcze jeden poważny mankament, całkowicie je demolujący, ale o nim szerzej w deserze, czyli komentarzu do punktu 13.

3. Nie wiadomo dokładnie, czym są owe „uczucia religijne".

Tutaj należałoby zacząć od definicji kultu i przedmiotów kultu. Związane z nim ważne słowo to oddawanie czci. Żeby coś czcić, trzeba żywić ku temu uczucia - szacunek, uwielbienie, miłość. Wykraczając poza zadane tu pytanie - uczucia religijne obraża publiczne znieważanie przedmiotów kultu, lub miejsca wykonywania kultu, które są powszechnie znane - krzyż, Biblia, wizerunki świętych, kościół. Warto zatem wiedzieć co oznacza pojęcie kultu, wtedy i sprawa obrazy uczuć religijnych staje się jasna. Jednakowoż artykuł 196, jak wiele innych w kodeksie karnym i nie tylko, jest przepisem uznaniowym, czyli do jurysdykcji sędziego należy, czy obraza uczuć nastąpiła, czy nie. Powołuje się też biegłych - świeckiego i duchownego. Podobną swobodę mają sędziowie np. w sprawach o zniesławienie - trudno zawrzeć wszystkie przypadki zniesławiania w kodeksie karnym, człowiek obyty jako tako w społeczeństwie na ogół wie, co nim jest co nie.

4. Nie wiadomo, czy wystarczy jedna osoba, u której wystąpiło „obrażenie uczuć", czy muszą ich być co najmniej dwie;

 Pojęcia nie mam skąd wysnuł p. Białczyński taką wątpliwość. Jest konkretny artykuł w kodeksie karnym, a do zgłoszenia o popełnieniu przestępstwa nie trzeba tłumu. Zatem wystarczy jedna osoba.

5. Niejasne jest, czy przedmiot czci religijnej należy interpretować tylko jako przedmiot materialny (np. obraz Matki Boskiej Częstochowskiej), czy też niematerialne obiekty kultu, np. bogowie;

 O tym co może być przedmiotem kultu już napisałem. Nie wiem natomiast, jak p. Białczyński wyobraża sobie publiczne znieważenie czegoś niematerialnego. Napisaniem na murze "Bóg jest głupi."?

6. Czy Bóg, Matka Boska lub święci są podmiotem prawa w Polsce;

 Podmiotem prawa w Polsce jest kościół.

7. Trudne do rozstrzygnięcia jest, czy pewne działania artystyczne można uznać za „obrazę uczuć religijnych" tylko na podstawie opinii niewyrobionych estetycznie odbiorców, czy też należy kierować się w tej kwestii opinią znawców sztuki (casus Doroty Nieznalskiej);

A to już jest śmieszne. Czyli znieważenie, nie jest znieważeniem, gdy odbiorca nie jest wyrobiony estetycznie? Do każdego działania można sobie dorobić jakieś uzasadnienie, modne jest nazwaniem go dziełem sztuki, happeningiem itp. Mogę np podejść na ulicy do pana Rysia, plunąć mu w twarz, po czym powiedzieć, że nie ma się co denerwować, bo chciałem zwrócić uwagę na problem braku wody pitnej w Afryce,  a skoro nie zrozumiał, to najwyraźniej jest niewyrobiony estetycznie i nieczuły na los spragnionych dzieci...

 8. Czy można znieważanie ludzi uważanych za żywych bogów, np. cesarza japońskiego, buddyjskich bodhisattwów lub nepalskiej żyjącej bogini Kumari - traktować jako obrazę uczuć religijnych;

Trudno mi  się wypowiedzieć, proponuję panu Białczyńskiemu jechać np. do Nepalu i znieważyć boginię Kumari - wtedy się przekona. (Patrz też punkt 13)

9. Czy będzie obrażeniem uczuć religijnych znieważenie księdza, jeśli podczas obrzędów jest on traktowany jako znak obecności Boga;

O ile mi wiadomo księża nie są, a przynajmniej nie powinni być przedmiotem kultu. Natomiast podczas obrzędów znajduje się on na ogół w kościele, więc istnieje możliwość, że znieważanie kapłana urazi czyjeś uczucia religijne.

10. Obelżywe zachowanie się w świątyni raczej obraża uczucia religijne — ale co z identycznymi zachowaniami na placu lub ulicy na której wykonywane są obrzędy religijne np. procesja Bożego Ciała? Czy ulica jest miejscem przeznaczonym do publicznego wykonywania obrzędów religijnych?


Obelżywe zachowanie na ulicy, czy to podczas obrzędów religijnych, czy nawet bez nich podpada pod paragraf 1 kodeksu wykroczeń, czyli  zakłócanie porządku publicznego, a nie pod artykuł 196. Chyba że awanturnik wyrwie i zniszczy prowadzącemu np. monstrancje.

11. Czy sprawca obrazy uczuć religijnych musi czynu swojego dokonać z zamiarem bezpośrednim, czy wystarczy zamiar ewentualny?

Sprawa powinna być dla autora jasna, gdyż są precedensy, którym poświęcił miejsce w swoim artykule - mianowicie sprawy Dody i Nergala. Jako przykład zamiaru bezpośredniego można podać casus Doroty Rabczewskiej, tzw. Dody, która w wywiadzie prasowym określiła autorów Biblii jako "naprutych winem i palących jakieś zioła". Przyznam się, że tu i ja miałem  wątpliwości, czy kara 5 tys złotych grzywny nałożona na nią przez sąd jest słuszna. Białczyński wychodzi z założenia że autorzy Biblii nie są bliżej znani, więc tak naprawdę nie wiadomo kogo Doda obraziła. Nie wiadomo też, czy nie spożywali wina. W uzasadnieniu wyroku sądu chodziło jednak nie tyle o obrazę autorów, co samej Biblii (jako wytworu alkoholików i narkomanów), przy czym dwaj rzeczoznawcy - świecki i duchowny stwierdzili że do takiej doszło, a piosenkarka działała z zamiarem wyśmiania i obrażenia. 
Ale wracając do Nergala, to przecież nie dość że spalił Biblię, to jeszcze nazwał ją gównem, czyli popełnił czyn gatunkowo cięższy. Natomiast fakt, iż nikt z obecnych na koncercie nie poczuł się tym obrażony, a rozpowszechnianie koncertu było zabronione, zadecydował o tym, że został uniewinniony, gdyż sąd uznał że działał w zamiarze ewentualnym.

12. Czy dystrybutor lub sprzedawca nagrań satanistycznych popełnia przestępstwo z art. 196 KK poprzez działanie z zamiarem ewentualnym lub czy można takie działanie zakwalifikować jako rodzaj sprawstwa pomocniczego?

Tu też jest precedens. W 2007 roku ukarano grzywną organizatora koncertu satanistycznej grupy Gorgoroth w Krakowie, który uznano za obrazę uczuć religijnych. Konkretnie chodziło o wykorzystanie symboli satanistycznych i profanację krzyży. Dystrybutor powinien wiedzieć, jakie treści rozpowszechnia, linia obrony oskarżonego, który tłumaczył się brakiem scenariusza koncertu została obalona.

13. Czy satanista może pozwać kogoś o naruszenie art. 196 KK z powodu powieszenia nieodwróconego do góry nogami krucyfiksu, który eksponowany w takiej formie obraża uczucia religijne satanisty?

Odpowiedź jest prosta jak drut, ani ateista, ani satanista nie może złożyć doniesienia, bo ani satanizm ani ateizm nie figuruje na liście kościołów i związków wyznaniowych w Polsce. I to zasadniczo odróżnia pod względem prawnym religię od światopoglądu, o czym p. Białczyński najwyraźniej nie ma zielonego pojęcia. Odwrócony krucyfiks (w miejscu publicznym) więc można uznać za znieważenie krzyża, a nie objaw uczuć religijnych satanisty.

Dalszych dywagacji pana Białczyńskiego już nie będę komentował, ze względu na to, że odwołują się one z reguły do zagadnień, które z wyjątkami nie miały precedensu. Zresztą, czy jest sens?

środa, 8 marca 2017

O kobietach, nie tylko dla kobiet

Ha, dziś dzień kobiet...
Wśród niektórych moich znajomych utarło się przekonanie, że Dzień Kobiet to komunistyczne święto, może z racji tego, że był szczególnie fetowany za PRLu, a ustanowili go amerykańscy socjaliści po fali strajków w marcu 1910 roku.  
Tymczasem, jak głosi Wikipedia, "matronalia" obchodzono w marcu już w Starożytnym Rzymie. Czczono tym samym płodność i macierzyństwo, a mężowie obdarowywali swoje żony prezentami i spełniali ich zachcianki. Z definicji jednak odpowiednikiem matronalii jest w czasach dzisiejszych raczej Dzień Matki.
Moje osobiste podejście do święta jest raczej ambiwalentne.  Dlaczego kobiety pozbawiać możliwości do świętowania? Przecież lubicie, drogie panie, być hołubione, komplementowane, obsypywane prezentami. Oczywiście nie wszystkie w takich samych proporcjach, ale zawsze forma uznania drugiej płci budzi raczej pozytywne odczucia. 
Z drugiej strony, tak biegać do każdej z kwiatkiem, lub wygłaszać tą nudną maksymę z okazji 8 marca... Masakra...

Ach kobiecość... ile się za tym określeniem kryje niespodzianek i męskich wyobrażeń...


 Ile ideałów kobiecego piękna przewija się po różnych kulturach i dziejach... Antyczna proporcja, barokowy przepych i puszystość, współczesny kult szczupłej sylwetki... 
Mój dobry przyjaciel, podczas wspólnej wyprawy z butelczyną wykuł jednak bardzo mądrą maksymę - "Nie liczy się wygląd, tylko kochaność". I to jest święta prawda. Gdy mężczyzna znajdzie właściwą dla siebie kobietę, która potrafi otoczyć go zdrowym, motywującym uczuciem, staje się kimś innym. Dla niej. Jak to usłyszałem w pewnym filmie - "Właściwa kobieta potrafi stworzyć mężczyznę, niewłaściwa zniszczyć".

Ja mam to szczęście, że moja "kochaność" należy do kobiet budujących.

Kobieta nieobliczalną jest... Jeżeli facet na coś nie może się zdecydować po długich namysłach - niewiasta potrafi rozwiązać problem zupełnie impulsywnie i spontanicznie. Zrobić coś nieoczekiwanego, a nawet... nielogicznego. Bo kobiety malują świat, na szalone kolory... My, faceci tego nie potrafimy, brak nam finezji.

Od męskiej atencji, zawędrowała kobieta do sztuki, (może dlatego, sztuki przybrały nazwę pięknych?), stając się natchnieniem, muzą i w efekcie - wzorem dzieł różnych. Malarze głowili się jak uchwycić piękno, poeci gryźli pióro w poszukiwaniu słów opisujących duchowość, muzycy grali na strunach serca... Dzieł powstały nieprzebrane ilości.

Ja zaś życzę czytelniczkom, abyście zawsze od oddanych Wam panów dostawały to, co najważniejsze. Niech to będzie uśmiech, dobre słowo i ciepła dłoń przez cały rok, a nie goździk od święta.

I na koniec - wyrób kobiecopodobny. Nie dajcie się zwieść!


wtorek, 7 marca 2017

Historie dziwne i straszliwe


[Czarny Brytan]
"Jednego czwartku cała Akademija tak liczna, przy asystencyji profesorów wysypała się w pole i powoli z pałkami, rojąc się dziatwa, weszli do owego lasa, z którego czarnej wielkości niezwyczajny pies, trupią głowę w pysku niosąc, wypada, którego akademicy obaczywszy, a chcący odbić kawaleryją owę, rzucili się to z kamieńmi, to z palcatami, to z krzykiem na owego brytana, ale tak sztucznie ich się pociskom wymykał, że go żaden trafić nie mógł i wymknąwszy się, bieżał prosto ku miastu..."

Kto przebrnie przez ten archaiczny język, godzien się stanie przeczytania 55 makabrycznych opowieści spisanych, począwszy od XVIII w. przez Jezuitów, na długo przed tym, zanim gatunek literackiej grozy zagościł na kartach książek. Groza w nich zawarta nie miała jednak straszyć dla rozrywki, choć dziś taka jedynie pozostała jej rola. Były to "exempla" umoralniające, według których każdy zły uczynek obarczony był konsekwencją w postaci kary, a karząca ręka miała z reguły cechy nadnaturalne. Ów brytan na przykład, dostarczył dowód zbrodni, który tak wstrząsnął sprawcą, iż ten sam oddał się w ręce sądu, przyznając po wielu latach do popełnionego czynu.
Czasy Saskie, których dotyczy ów zbiorek, stały się synonimem upadku kultury i znaczenia Rzeczpospolitej, mówi się o "ciemnocie czasów saskich", w których posłuch dawano takim właśnie opowieściom. Jest to nie do końca prawda, bo właśnie wtedy wzrosło zainteresowanie słowem pisanym i zaczęły pojawiać się pierwsze gazety. 
Wracając do książki, piękne to były by czasy, w których każdy dostawał to na co zasłużył... 
 Wybór: Mariusz Kazańczuk
Wydawnctwo Verba, Chotomów 1991



















O pewnym dość szokującym przeciętnego Europejczyka temacie napisałem na Homopolitykusie,

piątek, 3 marca 2017

Karnawał głupców - Dusseldorf.

Jednym z powodów, dla których w Polsce usłyszano o paradzie karnawałowej w Dusseldorfie jest pojawienie się tam Polski. No nie dosłownie... W zeszłym roku była to alegoria naszego kraju pod buciorem dyktatora, który na czapce miał napisane "Kaczyński". A w tym roku był to opasły pies, symbolizujący naszą politykę.  Pies wpieprza wurst opisany jako demokracja, a wydala dyktaturę... Humor jak dla mnie siermiężny jak na Niemców przystało. No i te opisy na każdej postaci, pewnie dlatego, że widzowie nie widzieliby w większości o co chodzi... 



Prawica obraziła się na autora makiety, a w zasadzie makiet, bo przecież nie jedną Polskę tam pokazano, Jacquesa Tilly, niemieckiego karykaturzystę i ilustratora. Krzyczano o skandalu i takie tam... Ale, czy słusznie?
Pisałem w poprzednim poście o święcie osła i święcie głupców. O przebierankach, klownach, i drwieniu z rzeczy "nietykalnych". Karnawał zdaje się bezpośrednią kontynuacją święta głupców, przynajmniej ten w Dusseldorfie ma całą masę cech wspólnych. Obecnie już nie ma rzeczy świętych, z których nie wolno się naśmiewać, ale kiedyś był to albo kościół, albo panujący władca. Są więc na makietach i religijni hierarchowie i  "władcy", czyli głowy państw. 







Łamanie tabu. Za taki temat w Europie uchodzi kwestia terroryzmu. 




Nie widać też, żeby oszczędzano rodzimych polityków.




Co by to nie znaczyło...


Amerykanie też powinni się obrazić?






Założę się o każde pieniądze, że Kaczafi nie chciałby być na miejscu Trumpa.


 



Jak widać nic nowego. Troszkę obsceniczności, troszkę humoru i próby łamania tabu.
Są klauni, postacie niezwykle stare. Nie wiem czy wiecie, moi drodzy czytelnicy, ale postać klauna pojawiała się w kulturach pierwotnych, jego zadaniem było parodiowanie obrzędów szamańskich. To parodiowanie w średniowieczu przejęły błazny dworskie, drwiące sobie bez konsekwencji z koronowanej głowy. 
Błazenada, zabawa, bal głupców.