wtorek, 28 marca 2017

Wspomnienie o pani Wandzie


Moja klasa, stoję w kolorowej kamizelce obok p. Wandy Kozłowskiej


 Nie tak dawno byłem na pogrzebie pani Marii Gołkowskiej, teraz z wielką przykrością dowiedziałem się o śmierci pani Wandy Kozłowskiej, młodszej kilka lat siostry pani Marii. Obydwie były moimi nauczycielkami, Pani Wanda moją wychowawczynią w szkole podstawowej, od 1 do 3 klasy, pani Maria polonistką przez 4 lata Liceum. Zapewne wyrażam myśli niejednego mojego kolegi, pisząc, że wpływ na kształtowanie mojego sposobu myślenia przez dwie wybitne nauczycielki był przeogromny. Żadnego chyba ze swoich licznych wychowawców, nauczycieli i wykładowców, pomimo że wszystkich po latach wspominam z nutą sentymentu i sympatii, nie zapamiętałem tak wyraźnie i tak ciepło. Były też jedynymi, które po latach zdecydowałem się odwiedzić.
Jeszcze w zeszłym roku letnią porą, snuliśmy plany spisania garści wspomnień o pani Władysławie Kozłowskiej, sochaczewskiej społecznicy z okresu międzywojennego, mamie moich nauczycielek. Plany te, choć przyjęte z entuzjazmem, już wtedy odwlekały się ze względu na kondycję obu pań.  Żegnając je wypoczywające w ogrodzie na krzesełkach, nie spodziewałem się, że było to nasze ostatnie spotkanie.
Panią Wandę zapamiętałem jako osobę niezwykle cierpliwą i wyrozumiałą. Gdy po latach zjawiłem się w domu państwa Kozłowskich, zwróciła się do mnie dokładnie tak samo, jak zwracała się w czasach wczesnej podstawówki do niesfornego czasem chłopca. Dopiero po chwili zmitygowała się, że to już nie ten chłopiec, tylko dorosły mężczyzna, ale nie ukrywam, że było to dla mnie o wiele milsze niż oficjalny zwrot per pan.
Jako moja wychowawczyni była kobietą wyjątkową, gdyż rzadko się zdarza, by ktoś do pracy z obcymi bądź co bądź dziećmi podchodził z takim uczuciem. Widać to było zwłaszcza gdy coś przeskrobaliśmy - a zadanie miała nie łatwe, gdyż nasza klasa ponoć należała do bardziej rozbrykanych. Co i rusz ktoś kogoś popchnął, a to przezwał, a to coś zabrał i nie chciał oddać. Tą ostatnią przewinę Pani Kozłowska traktowała chyba najsurowiej - uczciwość i prawdomówność były podstawowymi cechami które usiłowała nam wpoić. Na co dzień, była jednak osobą wyrozumiałą i obdarzoną poczuciem humoru , która nie obawiała się ze swoimi małymi podopiecznymi od czasu do czasu zażartować. Umiała to tak wyważyć, że nigdy nie nadużywaliśmy Jej wyrozumiałości.

3 komentarze:

  1. Moja wychowawczynią w 1-3 była pani Wiktoria Nowicka, więźniarka obozu koncentracyjnego, osoba samotna, ale wszystko co najlepsze oddała pracy z dziećmi i potrafiła zaangażować rodziców do prac wszelkich.
    Obie panie, o których wspominasz musiały być niesamowite, skoro tak ciepło piszesz o nich po latach. Co znamienne, chyba bardziej pamiętamy nauczycieli z surowymi zasadami i wymagających, niż nijakich, podobnie jest z uczniami...

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba każdy z nas ma we wspomnieniach jakąś cudowną osobę z grona nauczycieli. W moim przypadku jest jednak smutniej, bo gdy modna była Nasza Klasa, okazało się, że oprócz nauczycieli, również wielu kolegów i koleżanek też niestety poodchodziło.

    OdpowiedzUsuń
  3. Odchodzą prawdziwi nauczyciel , szkoda...
    Tez miałam takich wspaniałych nauczycieli , z charyzmą.
    Pozdrawiam...

    OdpowiedzUsuń