niedziela, 30 kwietnia 2017

Sergiusz Piasecki i Józef Mackiewicz

Właśnie dojechała do mnie książka... Historia z nią związana jest dość niezwykła i... przygnębiająca. Opowiem ją nieco nietypowo.

Kilkanaście lat temu poznałem twórczość Sergiusza Piaseckiego. Tak samo jak niezwykłe były jego książki, niezwykła była jego osoba. Jedna z moich ulubionych jego książek - "Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy" opowiadała o burzliwych przygodach przemytników, działających na granicy Polsko sowieckiej w czasie dwudziestolecia międzywojennego. Piasecki był bowiem wtedy najzwyklejszym bandytą, tzw. "blatniakiem". Ludzie "blatni" byli śmietanką przestępczego światka, kierujący się swoistym kodeksem honorowym. Być może zasady zaprowadziły Piaseckiego wpierw do wywiadu wojskowego Rzeczpospolitej, a potem do AK. Jako wywiadowca zajął się przy okazji przemytem, gwarantującym daleko większe korzyści niż nędzna wypłata szpiega. Handlował nawet kokainą, którą szprycował rosyjskich oficerów, niestety sam też się uzależnił, co było powodem wywalenia go z wywiadu. Za napad z bronią w ręku (był na narkotykowym "chaju"), został skazany na śmierć, ale za zasługi dla wywiadu zamieniono mu "czapę", na 15 lat więzienia. Tam nauczywszy się w końcu z biblii polskiego został literatem... Po 11 latach odsiadki, w 1937 pisarza ułaskawia Ignacy Mościcki.  Podczas okupacji trafia od razu do niego ZWZ i Piasecki zostaje "cynglem", dowódcą oddziału wykonującego wyroki śmierci na konfidentach.

W 1940 roku w Katyniu dokonano zbrodni na polskich oficerach. Sprawę w 1943 roku nagłośnili Niemcy, a pisarz i publicysta Józef Mackiewicz za zgodą Państwa Podziemnego pojechał do Katynia jako obserwator. Dzięki temu powstała książka, którą wczoraj odebrałem: "Sprawa Mordu Katyńskiego". Byłaby nie powstała, bo w międzyczasie Wileńskie AK wydaje na Mackiewicza wyrok śmierci. Jego wykonawcą ma być... Piasecki, szef Wileńskiej egzekutywy AK. Powodem wyroku miała być współpraca Mackiewicza z niemiecką gadzinówką, "Goniec Codzienny", a członkowie AK nie mieli żadnych skrupułów przed likwidacją Czesława Ancerewicza, jej redaktora naczelnego. Sprawa Mackiewicza była jednak dziwniejsza, wyrok wydano, pomimo że już od pół roku nie współpracował z gazetą i kategorycznie odrzucił propozycję Niemców, by zostać jej redaktorem naczelnym. Artykuły jego autorstwa krytykowały zaś bolszewizm. Nienawiść do bolszewizmu łączyła tych dwóch literatów. Zapewne nie to było powodem jednak, dla którego Piasecki odmawia wykonania wyroku na Mackiewiczu, który ostatecznie uchylono.  
Pytaniem otwartym zostaje  komu zależało na uciszeniu Mackiewicza. Wskazuje się zaszytego w strukturach AK agenta sowieckiego, mord na oficerach WP, i zdemaskowanie sowietów jako jego rzeczywistych sprawców mogło zmienić bardzo wiele. Niestety, jak wiemy światem polityki rządzą zgniłe kompromisy i nawet ten fakt, nie zastopował wielkiej sympatii Roosevelta do czerwonego kata, którego zwał pieszczotliwie "Uncle Joe". Ten zresztą nazwał rzecz po imieniu mówiąc, że aliantom nie można ufać, bo zdradzają swoich sojuszników.
Pozostała książką z niewygodną podczas II Wojny prawdą...




czwartek, 27 kwietnia 2017

Biuletyn informacyjny 1942

Piałem niedawno o okupacyjnej prasie i gazetach żydowskich, wydawanych pod nadzorem szkopów. Tym razem będzie bez nadzoru, egzemplarz "Biuletynu Informacyjnego znajduje się w sochaczewskim muzeum, jako że pomagam w inwentaryzacji (na umowę), mam dostęp do tych dokumentów. Był wydawany niemal przez całą okupację, w nakładach sięgających 20 tys egzemplarzy, przez organ prasowy AK. 
Nie miałem czasu go przejrzeć, ale przykuł moją uwagę humor.


  

wtorek, 25 kwietnia 2017

Ile jeszcze takich przewodników?

W zasadzie chodził mi po głowie inny utwór nieżyjącego już satyryka i tekściarza Jana Kaczmarka, ale po bezskutecznym przeszukaniu zasobów internetu uznałem, że te też złe nie są... Zadziwiające ile można było przewidzieć. Kaczmarek niestety zabrał się z tego świata przed najciekawszymi wydarzeniami, ale mógłby nadal tworzyć w tym stylu. Albo wyciągać teksty szuflady i nikt by nie powiedział że są stare, albo nieaktualne.


ILE JESZCZE

lle jeszcze będzie nowych Rzeczypospolitych
wyniesionych z pęt niewoli na wolności szczyty?
Ile razy zmowa zmiecie nas rusko-teutońska ,
wymazując z mapy świata dumne słowo Polska?
Ile jeszcze będzie krwawych powstań narodowych
i tych z głową, ale również tych całkiem bez głowy?
Ile groźnych fal represji i pacyfikacji
i samobójstw rozpaczliwych hen na emigracji?
Ile razy na obczyźnie będą armie polskie
czekające, żeby z ziemi obcej iść do polskiej?
Ilu wodzów fantastycznych i wielkich herosów?
Ile jeszcze zarzynanych bezkarnie etosów?
Ile jeszcze zmarnowanych bez sensu okazji?
Ile chamstwa i prostactwa rodem z dzikiej Azji?
Ile wściekłej nienawiści, pychy i głupoty?
Ile przez wyborczą urnę przepchanej miernoty?
Ile nowych gabinetów jeszcze się przekręci
zracji nieprawdopodobnej, ich niekompetencji?
Ilu głupców się wywyższy nad autorytety?
Ilu s ię złodziei schowa za immunitety?
Tę litanię wciąż będziemy śpiewać gromkim głosem ,
a w niedoli cicho mruczeć sobie ją pod nosem,
bo to polska jest litania i to jedno wiemy,
że niestety nie ma końca , póki my żyjemy!




NASI PRZEWODNICY


Tak niedawno był czerwony, silny, zdrowy
I prowadził nas jedynie słuszną drogą
Do tej bazy, do tej szczytnej nadbudowy
Wbrew trudnościom i na przekór wszystkim wrogom.

Przez pół wieku nam uparcie cel wytyczał
Aż tu nagle pamiętnego dnia pewnego
W środku drogi go złapała jakaś podła dychawica
I gdzieś przepadł, no i Kurdka nie ma jego!

Nie ma jego a tu trzeba wytłumaczyć
Jakie były mechanizmy i przyczyny
Żeśmy zeszli mimo trudu, mimo wytężonej pracy
W jakieś dziwne oczerety i maliny.

Łatwo mówić teraz, to nie moja wina
Leżeć krzyżem pod katedrą lub w bożnicy
Co tam osąd historyczny! I że naród tkwi w malinach
Gdy się azyl i poparcie ma w lewicy!

Ale życie wartko toczy się do przodu
I po głowach pieszczotliwie nas nie głaska
Trzeba mieszkać w tych malinach, tu nad Wisłą
Bo zajęte wszystko, nawet Madagaskar!

A gdzie nasi całkiem nowi przewodnicy,
No to cała z tym afera, wstyd i bieda
Żeśmy sami ich wybrali, posadzili na mównicy
No a z malin jakoś kurczę wyjść się nie da!

Zamiast drogą wciąż idziemy po poboczach
Zakosami, strasznie wolno i koślawo
Wciąż nas jakieś dzikie fatum ściąga z kursu niby orkan
Zaś konkretnie to nas silnie ściąga w prawo.
Zamiast jechać gładką drogą wprost przed siebie
Inni dawno dojechali – a my wciąż w partyzantce
Gdzie nam zupy daje panna Balladyna!





Skoro jesteśmy przy humorze, to pewnie Górski przestał już być idolem opozycji (o ile był, z takim finezyjnym poczuciem humoru). Na TVP1 wprawdzie nie dał się namówić, ale rady Kurskiego posłuchał i w ostatnim odcinku poleciał  po opozycji. 


Jak pragnę zdrowia, skąd oni takich podobnych aktorów biorą? W zasadzie tylko Petru był średnio do siebie podobny (ten co trzyma tą "blądynę", no... wiecie o kogo chodzi na kolanach), ale Schetyna, Kamysz i Kukiz ... Owacje na stojąco.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Niedziela 23 kwietnia

Czyli dzień taki jak inne, a zarazem niepodobny do żadnego.
Problemy ze wstaniem i funkcjonowaniem przeniosły się na całą rodzinę. Lenistwo owładnęło nas całkowicie...

Przykra wiadomość, jednak to taka, że zmarł Witold Pyrkosz. Jego rola Balcerka w "Alternatywach 4" to dla mnie mistrzostwo świata. Zatem już tylko "Nuta", został z ekipy "Va Banku". 




Czytam o sondażu, czy Polacy chcieliby na prezydenta Tuska, czy Dudę... Wygrywa Tusk, co mi przypomina scenę z filmu "Ostatni Skaut", kiedy Willis przyłapując kumpla na baraszkowaniu z żoną, pyta się: "W twarz, czy brzuch?". Chodziło o zmarkowanie ciosu w odpowiednią część ciała. I tak powinny być zredagowane kwestionariusze wyborcze. "Czy chcesz, żeby Polskę dobijał teraz:..." i nazwy partii i kandydatów. Albo, który sektor państwa mamy rozmontować? 
Wziąłbym też udział chętnie w innym sondażu, mianowicie "Który z polityków powinien siedzieć w więzieniu". Doszło by pewnie do przepełnienia więzień, ale bezpieczniej by może było wypuścić niektórych, co tam siedzą, niż głosować w wyborach i dawać niektórym możliwość rządzenia krajem.

W Francji mają niewesoło również. Już wiadomo, że pierwszą turę wygrał Macron, czyli lepsza opcja z punktu widzenia Polski i Europy. Chyba że w drugiej turze skrajne głosy spadną na LePen. Wtedy może być w Eurpie nader ciekawie...

Powoli oddalam się od polityki, na rzecz innych ciekawych rzeczy, o których pewnie wspomnę niebawem...




środa, 19 kwietnia 2017

Polska od morza do morza

Przepowiednia dotycząca wielkiej Polski "od morza do morza" przewijała się w literaturze XIX wiecznej niemal cały czas. Chodzi o Morze Czarne, do którego w z zasadzie granice Polski nigdy się sięgały i Morze Bałtyckie, które niegdyś było obiektem walk o "dominium maris Baltici", czyli o kontrolę nad akwenem. Romantyzm i narodowy mesjanizm zaowocowały całą gamą nasyconych mistycyzmem utworów, których autorzy wieszczyli powrót wielkiej Rzeczpospolitej.  Jest tego sporo, przepowiednie Wernyhory, przepowiednie z Tęgoborza, natchniony wiersz domniemanego autorstwa biskupa Jana Cieplaka z 1888 roku (lub prędzej ks. Cieślaka, który nic z biskupem nie miał wspólnego).
Czy jednak na wieszczbach i marzeniach się skończyło? Poczynając od XIX wiecznych marzeń naszych przodków, powędrujemy dziś do współczesnej geopolityki...

Jan Matejko - Wernyhora
 "Długo niewola i ucisk rozciągną się nad nimi; aż na koniec zajaśnieją błogie czasy, kiedy naród bogaty sypnie pieniędzmi, Mahometanie w Horyniu napoją swoje konie, i Moskale dwa razy na głowę pobici zostaną: raz pod Batowem około Semi-mohił (siedmiu mogił), drugi raz pod Starym Konstantynowem w jarze Hanczarycha zwanym. Od tego czasu Polska zakwitnie od Czarnego do Białego morza i będzie trwała po wieki wieków."

Przepowiednia Wernyhory. Najstarsza publikacja pochodzi z roku 1809. Tekst miał rzekomo pochodzić z połowy XVIII w., ale tak jakby brak na to dowodów.  Białe Morze to rzecz jasna Bałtyk.


Pokój się Boży ustali w Warszawie,
Wielka w przymierzach, bogactwie i sławie
Polska ku morzom granicami sięgnie.

(fragment przepowiedni przypisywanej ks. Cieślakowi z 1889) Mimo starań nie udało mi się ustalić daty publikacji, ale podaje się gazetę sprzed 1939 i książkę z 1941, w której pojawiła się z odnośnikiem do wcześniejszej publikacji. Tajemniczy ks. Cieślak zginął podczas budowy jakiegoś mostu na Wiśle, a w jego brewiarzu znaleziono kartkę z proroctwem i datą 2.09.1889. Jaki i kiedy most budowano, co tam robił ksiądz i kim w ogóle był - wszelkie źródła milczą.

"Powstanie Polska od morza do morza.
Czekajcie na to pół wieku.
Chronić nas będzie zawsze Łaska Boża,
Więc cierp i módl się, człowieku."

(Przepowiednia z Tęgoborza, (opublikowana w 1939) Zwana inaczej przepowiednią Mickiewiczowską, miała być spisana podczas seansu spirytystycznego, a jej autorem zza grobu miał być, ho ho, sam Mickiewicz. Napisałem, że opublikowano ją w 1939, gdyż ta data jest niewątpliwa, u mnie w domu poniewierała się strona z gazety przedwojennej z jej treścią. Ale podawane są też inne daty publikacji, np. lwowska "Gazeta Narodowa" z roku 1912. Nie udało mi się jednak tego zweryfikować.

Nawet przyjmując, że większość tych tekstów to późniejsze mistyfikacje (tzn. powstałe po niektórych opisywanych wydarzeniach), to trzeba przyznać, że ich autorzy wykazali się jednak sporą intuicją w przewidywaniu niektórych faktów, które nastąpiły już po ich publikacji, tak jak rozpad Związku Radzieckiego i klęskę Niemiec w II Wojnie. 

Przepowiednie od dziesięcioleci spowite kurzem jakby ostatnio przeżywają renesans. Ma to związek m.in. z... intronizacją Chrystusa na króla Polski. Zdaniem niektórych zwolenników intronizacji właśnie to posunięcie jest gwarantem powrotu wielkiej Polski, która znów stanie się przedmurzem Europy. Nie przypadkowo na stronie propagującej intronizację pojawiają się "ku pokrzepieniu serc" treści powyższych przepowiedni dotyczących wielkości Polski. Polska będzie wielka i za nią podążą inne narody, gdy dokona intronizacji. Taka myśl przyświeca narodowej teologii, propagowanej przez jej zwolenników.
  • Ostoją się tylko te państwa, w których Chrystus będzie królował. Jeśli chcecie ratować świat, trzeba przeprowadzić Intronizację... we wszystkich państwach i narodach na całym świecie.
  • Gdy Pan Jezus będzie Królem i Panem naszego Narodu, wówczas my staniemy się bardzo silnymi... Ludzie zobaczą skutki, ile Intronizacja wleje siły i mocy w cały nasz Naród.
 Wokół tych słów Rozalii Celakówny pobudowana jest idea intronizacji. Duch mesjanizmu narodowego odżył, choć propagatorzy intronizacji się od niego odcinają. Ale zostawmy ich chwilowo w spokoju, o wiele ciekawsze jest zainteresowanie się tematem polityków. Kłania się tu idea Międzymorza, budowana niegdyś przez Józefa Piłsudskiego, a podchwycona całkiem współcześnie przez Lecha i Jarosława Kaczyńskich. Wprawdzie już nie jednolite Państwo Polskie, ale federacja państw słowiańskich (i chyba nie tylko), niemniej jednak patronem tego bloku miałaby zostać Polska. Federacja miałaby stanowić przeciwwagę dla rosyjskiego ekspansjonizmu i hegemonii gospodarczej Niemiec. Czy akt intronizacji nie stanowi elementu tej układanki? Oto wraz z realnymi politycznym aliansami idzie glejt prosto z Niebios...
Mówiąc poważnie, sama koncepcja nie jest obecnie, w dobie wielopłaszczyznowego kryzysu europejskiego do końca pozbawiona sensu. Sytuacja polityczna nie jest wartością stałą, a ostatnie wydarzenia dowodzą, że jej zmiana może być błyskawiczna.


Idea Międzymorza


Dostałem niedawno w prezencie książeczkę p.t. "Księga Zagłady", jest tam rozdział o Polsce, autor (z reguły autorzy takich publikacji to oszołomy, albo wyrobnicy i ta reguła wpływa na rzetelność owej pozycji autorstwa niejakiego Haaslera) wprawdzie temat traktuje z buta, tworząc prawdziwy groch z kapustą, umieszczając wśród wróżów Słowackiego i Mickiewicza, ale na jego zakończenie znajduje się podsumowanie tez wynikających z przepowiedni dla Polski i świata (Autor nawet nie zadał sobie trudu, żeby dopisać skąd je wytrzasnął). Wynikałoby, że nasz kraj ma szansę jednak sprostać przepowiedni, gdyż w wyniku kataklizmów i trzęsień ziemi zachodnia Europa zapadanie się pod wodę. Na Rosję napadną zaś Chiny i wycofają się przed wkroczeniem do Polski właśnie wskutek tych katastrof.



sobota, 15 kwietnia 2017

Postny humor

Dziś będzie krótko.

Wczoraj podczas sprzątania lekko zgłodnieliśmy, więc wymyśliliśmy sobie pizzę wegetariańską, bo wiadomo, post.
Zamówiłem przez telefon i poszedłem odebrać, bo pizzeria rzut beretem. Wchodzę do środka, w lokalu nawet umiarkowana liczba klientów. Mijam stolik przy którym siedzi dwóch panów rozpijających wódeczkę. W trakcie gdy płaciłem za pizzę, jeden z panów dotoczył się do baru i stałem się świadkiem następującej rozmowy.
- Może są jakieś grzaneczki z serem?
- Może zapiekanki z kurczakiem? - Proponuje kelner.
- Nie no, kur... post jest, od rana człowiek wytrzymał bez tego mięcha, to teraz nie będę kurczaka wpier...



Wszystkim życzę spokojnych i zdrowych świąt. :)

piątek, 14 kwietnia 2017

Ewangelia Barnaby i Judasz na krzyżu.

W światku naukowym co jakiś czas pojawia się jakaś sensacyjka. Wiele naukowych sensacji dotyczy chrześcijaństwa i tego co rzekomo od stuleci ukrywa Watykan. Ponieważ zbliża się Wielkanoc, a ja jestem w trakcie czytania książki o historii papiestwa i jakoś ostatnio zacząłem czytać różne artykuły dotyczące czasu powstawania apokryfów i sporów targających wczesny Kościół, w wyniku których ostatecznie ustalono biblijny kanon, wspomnę o pewnej ciekawostce, określonej jako Ewangelia Barnaby. 



Św. Barnaba apostoł, był cypryjskim Żydem o imieniu Józef. Należał do grona 72 uczniów Jezusa i był towarzyszem misyjnym św. Pawła, wiemy o tej postaci z Dziejów Apostolskich. Zostawił rzekomo po sobie dokumenty, takie jak "list Barnaby" i tajemnicza przypisywana jego autorstwu ewangelia, mająca być odpowiedzią na wypaczenie nauk Chrystusa przez Pawła. 


Według artykułu opisującego ewangelię jako autentyk, miała być głoszona do roku 325, kiedy to podjęto na soborze Nicejskim decyzję o zniszczeniu wszystkich jej egzemplarzy i zagrożono śmiercią tym, którzy będą ją głosić i przechowywać. Jakiś tam jednak przetrwał i do połowy XVI w. był ukryty w Watykanie, aż odkrył go ponownie niejaki Fra Marino i przetłumaczył na włoski. Z ewangelii wynika w telegraficznym skrócie skrócie iż:

Chrystus był tylko człowiekiem, prorokiem, który zapowiadał przyjście jeszcze większego proroka, który miał się nazywać Muhammad. - Zaprzecza istnieniu trójcy, podkreślając jedyność Boga. - Chrystusa nie ukrzyżowano, bo gdy żołnierze po niego przyszli, czterech aniołów porwało go prosto do Nieba. Rzymianie z braku laku zadowolili się Judaszem, który zamiast Chrystusa skończył na krzyżu. 

Całość tekstu, niestety tylko po angielsku:

Nie trzeba geniusza, żeby stwierdzić komu domniemana ewangelia Barnaby "robi dobrze". Tym bardziej że odnalezienie kolejnego jej egzemplarza z wielkim szumem obwieściła kilka lat temu turecka prasa.
Wyznawcy islamu z pełna skwapliwością tak współcześnie, jak i kiedyś powołują się na ewangelię Barnaby. Tyle, że są poważne wątpliwości, czy jeżeli nawet Barnaba kiedyś napisał jakąś ewangelię, to jej tekst pokrywał się z egzemplarzami które są podawane jako jej kopie. Wersja europejska pochodzi z XVI w, a autentyczność odnalezionego "tysiącletniego manuskryptu" tureckiego padła po doczytaniu się na jednej ze stron, że księga została spisana w roku pańskim 1500 przez mnichów klasztoru w Niniwie.".  Użycie słów "księga", zamiast "święta księga", wyklucza nawet jej powiązanie jej z Biblią.
Na stronach anglojęzycznych znalazłem bardzo dokładną analizę doktora Williama F. Cambella, biblisty i koranisty zarazem. (Gospel of Barnabas Its True Value), jest też kilka polskich, które wskazują, że autor pomimo, że dysponował wiedzą biblijną, nie miał za bardzo pojęcia o czasach i miejscu działalności Chrystusa. Jest za to sporo odniesień, które świadczą o znajomości Wulgaty, tłumaczenia autorstwa Hieronima, które powstało w IV w. 
W tym tłumaczeniu zidentyfikowano rajskie drzewo poznania jako jabłoń, a według fałszywego Barnaby pierwsi rodzice spożyli z drzewa właśnie jabłko.
Idąc dalej, pomimo, że autor przeczy jakoby Jezus był mesjaszem, używa wobec niego zwrotu Jezus Chrystus, który oznacza dokładnie to samo, hebrajskie słowo Meszjah odpowiada greckiemu Christós
Doktryny i przekonania na które powołuje się w swoim tekście rzekomy Barnaba powstawały na przełomie wielu wieków, są w nim odniesienia do niemal całej epoki sprzed roku 1300. 
Na przykład 7 poziomów piekła, z których każdy odpowiada jednemu z grzechów głównych.  O ile grzechy te uporządkowane zostały przez teologa Kasjana (IV w) i papieża Grzegorza I (VI/VII w) to moda na poziomy i kręgi piekielne powstała jeszcze później, a rozpowszechniona została dopiero przez Dantego. 
W rozdziale 82 Jezus odwołuje się do roku jubileuszowego, obchodzonego co 100 lat. Według Księgi Kapłańskiej rok jubileuszowy obchodzono co 50 lat, a do tradycji chrześcijańskiej przywrócił go dopiero papież Bonifacy VIII, wyznaczając jego termin co 100 lat. Kolejni papieże jednak skracali interwał i następny przypadł na rok 1350, a jeszcze kolejne obchodzono nawet co 25 lat.
I tak można długo... 
Dodatkową wisienką na torcie jest przewijający się co i rusz gdzieś ten Mahomet. Bez precedensu w żadnym innym tekście biblijnym, a tu go nagle wszędzie pełno.
Prawdziwym przegięciem jest rozdział 41, w którym opisane jest wygnanie z raju. Adam odwracając się jeszcze w stronę zamykającej się bramy dostrzega na niej napis: "Jest jeden Bóg, a Mahomet jest wysłannikiem Boga"....  Aż ciekaw jestem w jakim języku...

Innym zupełnie tematem, o którym może napiszę jest kwestia boskości Jezusa. Biskupi Rzymu podnosili ją w pierwszych wiekach chrześcijaństwa kilkakrotnie i sprawa ta wcale nie była taka oczywista. Spory na ten temat prowadziły do rozłamów i powstawaniu grup uznawanych za heretyków, takich jak np. Arianie. (według niektórych muzułmańskich teologów Arianie uzasadniając swoje tezy powoływali się właśnie na ewangelię Barnaby)

źródła:

  
 
 

czwartek, 13 kwietnia 2017

Zabawa w Jontka i Miśka

Młodego i niewątpliwie sympatycznego aptekarza Bartka zna chyba już cała Polska. Prawdziwa gwiazda PISu, odznaczana, honorowana i doceniania. Za jego istnienie uwielbia go też zapewne opozycja, choć mówi co innego. Do niekłamanej sympatii Bartkiem przyznał się tylko Kaziu Marcinkiewicz, wyznając że "Podziwia Bartłomieja Misiewicza i naprawdę bardzo mu się ten chłopak spodobał” ale jemu jako politycznemu pogorzelcy wolno.
Niestety, jak widać łaska pańska na pstrym koniu jeździ, bo unosząca Miśka Aptekarza magiczna siła zdaje się ciskać nim nagle w dół...

PIS jakby nagle dostrzegł problem. Wprawdzie kilkakrotnie usuwany z MONu pupil Macierewicza zdawał się niezatapialny, bo zawsze jakimiś tylnymi drzwiami wślizgiwał się znów do środka, to tym razem sprawa wygląda poważnie. Sam prezes prezesów zapowiedział zawieszenie go w prawach członka, a dziś Bartłomiej ma stanąć jeszcze przed komisją celem złożenia wyjaśnień.
Nawet szalupa ekspediująca Misia do PGZ, na ciepłą posadkę za 50 tys okazała się mało szczelna...

Tak się zastanawiam nad nagonką na biednego chłopaczynę. Jakie ma składać wyjaśnienia i z czego tłumaczyć się przed jakąś tam komisją skoro: ani on sam się nie mianował rzecznikiem MONu, ani sam się nie zatrudnił w PGZ na stanowisku pełnomocnika zarządu (Inny rzecznik PGZ, Łukasz Prus w ogóle stwierdził, że wcale zatrudniony nie był i nikt takiej kasy tam nie dostaje), tylko ktoś go na to stanowisko wepchnął. I ten dobry wujo powinien się tłumaczyć jakie były ku temu przesłanki, inne niż urok osobisty Bartusia.

Żal jest jeszcze troszkę ze względu na opozycję. W końcu młotek w postaci Misiewicza został im wytrącony z łapek, choć Grzesiu Schetyna twierdzi, że takich Misiewiczów są jeszcze całe legiony, to jednak żadne nazwisko nie pcha się przekonywująco ani na afisz, ani na usta. A może właśnie po to był? Posłowie PO z Borysem Budką na czele wytężali zwoje mózgowe, jakież to niesamowite haki może mieć aptekarz na Antoniego, że ten go broni jak niepodległości. Romuś Giertych określił go jako "hak ciągniony"... i to tajemnicze i złowróżbne określenie się przyjęło...
A może dysponując siłą perswazji i odpowiednią aparycją każdy może pójść do Pana Antoniego, zadeklamować mu zdrowaśkę i chęć służby dla Ojczyzny, by dostać eksponowane stanowisko? Aż bym sprawdził, ale patrząc na wiek pomocników, których sobie pan minister dobierał, obawiam się że jestem za stary. Nie dla mnie już kariery i zaszczyty...

środa, 12 kwietnia 2017

Bajka o Mamunie

Mamuna, to nasz rodzimy słowiański demon, zwany inaczej dziwożoną. Rozmaite kroniki i bestiariusze opisują tą zołzę, jako antypatyczną staruchę z obwisłym cycem, który zarzuca sobie na plecy podczas pląsów z różnymi innymi stworami. Z tych pląsów rodzą się Mamunom dzieci tak brzydkie, że trudno na nie patrzeć, bez odwracania wzroku. Nic więc dziwnego, że Mamuny uprawiają proceder podmieniania swojego potomstwa na milusie i rumiane dzieci ludzkie. Nie jest to proste, bo matki na ogół pilnują swojego dziecka jak oka w głowie, zawiązując dodatkowo przy łóżeczku, albo wózeczku czerwoną wstążeczkę, która skutecznie Mamuny odstrasza. Bywa jednak, że jakaś nieodpowiedzialna dzierlatka, zapatrzy się za lada jakim ciuchem i dziecko samotne przed sklepem choćby zostawi... Nieszczęście gotowe, musi potem chować mamuniego podmieńca. Zamiast grzecznej rumianej dzidzi pojawia się brzydki, rozwrzeszczany, krnąbrny bachor, sprawiający z wiekiem coraz więcej problemów lenistwem, nieuctwem i nieposłuszeństwem, jednym słowem, żadnego nie ma z niego pożytku. Nasi przodkowie  mieli na to jednak pewien sposób... Otóż trzeba było namoczyć w wodzie skórzany rzemień i lać nim podmieńca ile wlezie, ażeby darł się wniebogłosy. To miało sprawić, że Mamuna nie mogąc znieść męczenia swojego prawdziwego dziecka zjawiała się i oddawała to ukradzione... Wprawdzie nigdy nikt nie potwierdził, że jakakolwiek Mamuna zareagowała na lanie podmieńca ale... Sam podmieniec przechodził dość ciekawą zmianę. Otóż stawał się grzeczny, przestawał kłamać i oszukiwać i miał szanse jeszcze wyjść na ludzi. Ba, nawet nieładna i notorycznie wykrzywiona od wrzasku gęba nabierała jakiegoś milszego wyrazu... Niestety, z chwilą nastania mody na bezstresowe wychowanie coraz mniej podmieńców styka się z pasem i porządnym mantem. Zostają oni w życiu dorosłym najczęściej politykami, bo tylko na tym stanowisku przydają się ich wymienione wcześniej cechy...


wtorek, 11 kwietnia 2017

Wirus z różnościami w tle

W sumie nie chciało mi się nawet pisać. Doszedłem do wniosku, że liczba zdrowych tygodni w tym roku to około 2. Ostatnie dwa znów upływają na dolegliwościach. Pozytywnym efektem ubocznym mojego stanu jest zabranie się za czytanie książek. Właśnie skończyłem "Zakochanego Ducha" Jonathana Carrolla.
Powieści Carrolla są niepowtarzalne i jak ktoś nie przepada za abstrakcyjną niemal narracją, trudne do strawienia. Tematem "Zakochanego ducha" jest pewna ciekawa ewolucja człowieka, który uniezależnia się od przeznaczenia. Główny bohater, Ben Gould, który powinien umrzeć po uderzeniu głową w chodnik, żyje nadal. Co więcej, podobnych mu osób zaczyna być więcej, każda z nich dysponuje jakimiś nowymi niespotykanymi właściwościami, jak np. możliwość podróży do własnej przeszłości. Wokół Bena zaczynają się natomiast materializować różne postacie, będące obrazami jego uczuć i stanów emocjonalnych (jedną z  nich jest właśnie zakochany w byłej dziewczynie Bena jego własny duch). Okazuje się jednak, że nie wszystkie liczne osobowości dobrze mu życzą, a ich działanie stwarza ogromne zagrożenie dla niego i jego ukochanej.   




Kwietniowe zniechęcenie potęguje dodatkowo rocznica smoleńska. Staram się unikać słuchania czegokolwiek na temat Smoleńska, gdyż temat już od dawna zalatuje tragifarsą. 
Na placu Piłsudskiego odsłonięto z okazji 7 rocznicy popiersie Lecha. Władze Warszawy około wieczora je usunęły, twierdząc że jest postawione nielegalnie. Jest to zapewne powód do kolejnych dyskusji, gdzie zmarłemu prezydentowi wolno stać, a gdzie nie. Próba narzucenia kultu Lecha napotyka na twardy opór i zapewne nie uda się jej przeforsować, z powodu obojętności społeczeństwa, które kojarzy tą postać obecnie najbardziej z tego, że zginęła w katastrofie. Trochę za mało na narodową ikonę.
Towarzystwo poprzerzuca się znów oskarżeniami, a dominującym hasłem tygodnia znów ma szansę stać się słowo  "skandal".

sobota, 8 kwietnia 2017

Ludowizna z Warmii i Mazur

W sierpniu 2014 odbyliśmy niezapomnianą wycieczkę z przyjaciółmi do Giżycka. Opisałem wtedy niemal ją całą, na poprzednim blogu, stwierdziłem że tych wpisów nie będę już powielał, ale niczym z puzzli odtworzę sobie poszczególne jej etapy. 29 sierpień to wizyta w twierdzy Boyen, ale ja zaprowadzę was do koszar, gdzie w jednej z sal była wystawa "ludwizny". Wystrugane i narysowane postacie z legend warmińskich i mazurskich były mi wtenczas nieznane, znalazłem tylko jakieś ogólniki, ale dziś znalazłem bloga, którego autorzy odkurzyli je z kart książki badaczki takich mazurskich klimatów Jadwigi Tressenberg. Trochę więc pasożytując na ich odkryciu, wrzucam swoje zdjęcie do zapisanych (przepisanych?) przez  Nich treści:

Na początek, Czarny Pies z Regułówki...



"Służbie w Regułówce nie było lekko.
I wcale nie dlatego, że pan Buchholz był groźny, czy pani krzyczała, wcale nie.
Było źle z powodu psa.
     Czarny pies pojawił się zupełnie nagle, znikąd. Był duży, z lśniącymi ślepiami i wiecznie wysuniętym, czerwonym jęzorem. Co chwila ukazywał kły i marszczył skórę na pysku, ale nikt nigdy nie słyszał jego głosu.
Pies bezszelestnie był tam gdzie najmniej się go spodziewano. Tym razem za plecami dojarki, która kilka kubków świeżego mleka odlała do ukrytego w trawie dzbanka. Dla dzieci. Psia stwora jednym uderzeniem łapy wywróciła dzbanek z mlekiem.
     Bywało, że mała rączka wyciągnie się sama, chwyci złocistą bułeczkę z parapetu piekarni, schowa za pazuchę, gdy coś chwyta z tyłu za porcięta, a buła wpada do błota. Po chwili wszystko znika, a w brzuchu robi się taka sytość, że zbiera na mdłości.
     I z prosem podobnie. Napełniony na klepisku kosz, przykryty dla niepoznaki liśćmi łopianu znika, a w tym miejscu pojawia się groźny psi łeb.
     Pan Buchholz wysłuchał skarżących. Wreszcie sięgnął do sakiewki, wyciągnął miedziaki i rozdał poszkodowanym , zapewniając, że żadnego psa nie ma, ale do pilnowania porządku zatrudni stróża podobnego do psa. A stróż będzie pilnował porządku do czasu, aż ludzie zrozumieją, że samowolne branie nazywa się złodziejstwem.
     Rozwiązanie zagadki przyszło wraz z murarzami, cieślami i cudacznym malarzem, który nie zdejmował czarnej peleryny nawet w żar południa.
Ceglaną czerwień budynku pokryto bielą, w narożnym pokoju wyjęto okna i zamurowano otwory cegłami, pomalowano go na czarno i wymurowano stół jak ołtarz na którym, dla zmyłki, Biblię układano.
     Nie było już żadnych wątpliwości, że pan zaprosił diabła i jego sługi do współgospodarzenia majątkiem.
     Pana widziano rzadko. Pobladły, z oczami zwróconymi gdzieś w odległą przestrzeń, kiwał tylko ręką na powitanie.
     - Można żyć nawet z diabłami pod jednym dachem, jakieś ciche, nie zawadzają - stwierdziła kucharka.
     - Bo to jest nasz, a nie cudzoziemiec - ze znajomością rzeczy uzupełniała dojarka. - Ot popłata figle, czasami postraszy i to wszystko.
O czarnym psie, który przestał się pojawiać w obejściach, nikt nie wspominał ani słowem.
Ludzie zajęci codziennością przestali się interesować niezwykłościami, jakie czasami pojawiały się we dworze. Podobnie jak odeszła im ochota na to co dworskie.
     Pewien staruszek, po wielu latach, tłumaczył, że pan przystał do masonów, którzy kumali się z diabłem. Dał im komnatę, naustawiał masońskich cudeńków, a Biblię położył dla zmylenia, że to niby po Bożemu.
     - Taka to jest najprawdziwsza prawda - zakończył, napychając krojonymi liśćmi machorki wiekową fajkę."

tekst zapożyczyłem sobie z bloga: http://pozytywnimy.blogspot.com


czwartek, 6 kwietnia 2017

Skrawki gazet i Żydzi z warszawskiego getta


2 wrzesień 1939, żydowska gazeta "Nasz Przegląd" zamieszcza taką oto odezwę...


Około 200 tysięcy polskich Żydów odpowiedziało na ten apel i walczyło z hitlerowskim najeźdźcą w szeregach Armii Polskiej. (wg. szacunków Benjamina Majerczaka, autora książki  "Żydzi - żołnierze Wojsk Polskich polegli na frontach II wojny światowej" )

Jeszcze na chwilę przenieśmy się troszeczkę w inny czas, do warszawskiego getta, by spojrzeć na ludzi, których zmiotła historia... Zdjęcia znalazłem na serwisie aukcyjnym i postanowiłem połączyć z powyższym wycinkiem z gazety. Nie ma on wprawdzie związku ze zdjęciami, oprócz takiego, że kiedyś w Polsce mieszkali Żydzi i byli obywatelami naszego kraju, traktując go jako swoją ojczyznę...





A przy tym chłopcu zatrzymałem się na dłużej, zastawiając się nad gazetą... Zaczęliśmy zatem od gazety i kończymy na gazecie....

"Gazeta Żydowska" wydawana była pod ścisłą kontrolą Wydziału Propagan­dy Generalnego Gubernatorstwa w latach 1940-1942. Jej ideę podaje dr du Prel, ówczesny szef wydziału oświaty, propagandy i prasy przy generalnym gubernatorstwie: „własna gazeta żydowska, która stałaby się namiastką wielostronnej w dawnej Polsce prasy żydowskiej, pomyśla­na jako organ żydowski". Niewiele wiadomo o nazwiskach redaktorów tej gazety, lecz byli to z pewnością Żydzi. (za Marian Fuks - ŻYDOWSKA PRASA
W OKRESIE OKUPACJI HITLEROWSKIEJ W POLSCE
(1940— 1943))



środa, 5 kwietnia 2017

Bóg nie jest stwórcą?



O tym, że tłumaczenie Biblii i jej interpretacja jest zamazywaniem obrazu Boga, byłem przekonany już dawno. Analiza wielu słów dowodzi, że intencja spisujących pradawne wersety, mogła być zupełnie inna, niż to się obecnie zakłada. Stąd wiele rozbieżności i sprzeczności w niej zawartych. Ba, nawet zakładając, że autorzy mieli dostęp do jakiejś natchnionej wiedzy, to byli ograniczeni w środkach jej wyrazu do swoich czasów i mentalności odbiorców.

Trafiłem dziś na artykuł, którego założenia, przedstawione przez profesor Ellen van Wolde, które całkowicie zmienia wizerunek Boga, jako stwórcy wszechrzeczy. Artykuł w języku angielskim dostępny jest pod poniższym linkiem, jego najistotniejsze fragmenty przetłumaczyłem poniżej


Chodzi już o pierwszy werset "1 Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię."
Według Ellen van Wolde owo "stworzył" nie jest prawidłowym tłumaczeniem z hebrajskiego. W intencji autorów Biblii, nigdy nie było sugerowanie, że Bóg stworzył Świat, on już istniał wcześniej, kiedy Bóg się wziął za tworzenie ludzi i zwierząt.
 Po przeanalizowaniu oryginalnego tekstu i porównaniu z całością Biblii, oraz z innymi opisami stworzenia van Wolde doszła do wniosku, że hebrajskie słowo "bara", użyte w pierwszym zdaniu księgi Genesis, nie oznacza stworzenia, tylko wydzielenie z przestrzeni. Zatem Bóg oddzielił Niebo i Ziemię, a nie stworzył z niczego.
Początek Biblli, nie opisuje początku świata, a początek narracji.

Człowiek przecież też nie powstał, z niczego, tylko z "prochu ziemi", w który Bóg tchnął życie. Gdyby piszący te słowa znał odkrycia współczesnej chemii, użyłby być może słowa pierwiastki.  Czy jednak przypadkiem nie zbliżamy się tu do motywowanej teorii ewolucji, tzw. "inteligentnego projektu"? Bóg, by przeprowadzić dzieło stworzenia dysponował więc już tworzywem, które formował według swojego upodobania. 


poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Największe jezioro Mazowsza

W niedzielę pospacerowaliśmy sobie brzegiem Jeziora Zdrawskiego, we wsi Koszelówka. Co ciekawe, w moich stronach nie mówi się "jadę nad jezioro Zdrawskie", tylko "jadę do Koszelówki", tak jakby ona była głównym celem wyprawy. Pojechaliśmy autem, z moim kuzynem i jego dziewczyną. Nasz Małas cierpi na chorobę lokomocyjną, a ponieważ włączyło mu się z tego powodu klimę, cierpimy dziś na ból gardła. 
Ponieważ pogoda była ładna, nad wodę wyległa spora grupa ludzi. Samo jezioro bez szału, jest niezbyt czyste, zawsze podczas pobytu zwracałem uwagę na pływający w nim brud. Teraz pora roku jest wczesna, więc jeszcze nie zdążyło zmętnieć, ale i tak przy brzegu pływa mnóstwo jakiegoś syfu. 
Wypatrzyliśmy z Małasem jakiego okrągłego zielonego gluta.... Cóż to jest?
Stawiałem na jakiegoś glona i pomyliłem się tylko w połowie. Była to kolonia orzęska, który, sam będąc bezkręgowcem, tworzy ją w symbiozie z zielonym glonem chlorellą. 

Zdjęcie kolonii orzęska znalazłem na portalu www.nurkomania.pl


No coż, pospacerowaliśmy sobie brzegiem jeziora, pogadaliśmy, Małas pobawił się z suczką Miką, należącą do kuzyna i powróciliśmy do domciu. A ja cyknałem zwyczajowo parę fotek. Zauważyłem, że miejsce popada miejscami w ruinę, minęliśmy opuszczony ośrodek wypoczynkowy i smętne resztki pomostu biegnącego śmiało ku wodzie... Z tego co czytam Jezioro Drawskie nie ma najlepszej passy, gdyż zaczęło wysychać pozbawione dopływu. Obecnie usiłuje się je ratować jakimiś zabiegami melioracyjnymi. 





niedziela, 2 kwietnia 2017

Sobotnia eskapada

Rowerowy sezon, jako się rzekło zaczęty. O ile we wtorek zrobiliśmy małą wprawkę, to teraz odbyliśmy pełnowymiarową wycieczkę ze znajomym i jego synkiem. Pogoda rozpieszczała, przyroda budzi się do życia, a jazda na rowerze działa jak odtrutka na wszystkie kwasy, jady i żółcie z całego tygodnia. Porobiłem kilka zdjęć, choć krajobraz jeszcze ubogi. Zatem zamiast zbędnych słów, zamieszczam część wycieczki

Pierwsza intensywna zieleń, jaką napotkałem.

Jak drzewa zamieszkały we własnym domu...

Za chwilę będę zielony :)

Jak zwykle jest to fotoeskapada. :)
.