środa, 28 czerwca 2017

lata 1991-92

Myślę o latach 90, samym początku transformacji i narodzinach zupełnie innej Polski.
legendy okrągłostołowej. Tak naprawdę nie było wtedy żadnej alternatywy dla dwóch programów TV i Gazety Wyborczej i bodajże Rzeczpospolita. Obie te gazety miały taką wspólną cechę, że na stołkach naczelnych zasiadali uczestnicy Okrągłego Stołu (Adam Michnik i Dariusz Fikus), aczkolwiek od tej dobrej zmiany.  
A dziś mamy internet. I brak kontroli nad nim, takiej jaką posiadano jeszcze 10 lat temu, powoduje, że niektóre rzeczy się po prostu nie udają, choć skala manipulacji "newsem". nadal jest potężna. Tak samo jak szum informacyjny.... Ale wróć. W latach 90 jednak jesteśmy na etapie geremkowskiego "faktu prasowego", czyli kłamstwa, które ma być prawdą, bo napisano o tym w gazecie.  Owe "fakty prasowe" zdeterminują społeczeństwo tak dalece, że niektórzy do dziś wierzą, że Wałęsa obalił komunę i w kilka jeszcze innych bajek. Zaiste była to troszkę bajeczna epoka z innych też względów, choć polityka będzie się jeszcze przewijać w notce.
Bo to jeszcze były czasy mego pacholęctwa i braku zainteresowania polityką... Myślami nie biegłem do obrad sejmowych, ani gazet, tylko do innych rzeczy, m.in. pierwszych płyt kompaktowych dostępnych w Polsce i wspaniałego albumu dwupłytowego Guns'n"Roses, "Use Your Illusion". Ta płyta ważyła swoje jak się ją wzięło do ręki i była grubsza niż dzisiejsza. Co ciekawe, mój egzemplarz wyprodukowano w Czechach.
Ale w ogóle pierwszą płytą polską była chyba składanka utworów "Budki Suflera" (tzw. płyta z helikopterem) w roku 1992,  z nieco dołującym kawałkiem "Za ostatni grosz"... "kupię dziś chociaż cień tamtych dni...". Jak dla mnie, gdzieś w tej piosence może powiewać smętnie flaga jakiegoś sentymentu za PRLem, choć oczywiście wtedy nikt nie myślał w ten sposób (prawie).


Zniknęły peweksy, ale zastąpiła je cudem ocalona w wolnorynkowej rzeczywistości "Baltona". Miałem taką przy swojej szkole i pamiętam jak dziś, że chodziłem kupować do niej cukierki, w magicznym fluorescencyjnym pudełku, o różnych barwach i owocowych smakach, do których nie umywały się nawet przejadane wcześniej masowo gumy "Donald", a już na pewno nie wyrób czekoladopodbny, cholera nie pamiętam... "Śnieżka"?. 



A w telewizji pojawiło się "Polskie Zoo", Marcina Wolskiego. Przypomniało mi się w kontekście tego jak nisko poziom humoru tego satyryka spadł teraz.

"Gdy nie ma krat, przymusu brak, dozorcy też nawiali, 
zmienia się zoo we wspólny dom, gdzie wolność i plu....ralizm. 
Lecz gdy uważnie spojrzysz w koło mina ci zrzednie mocno bo..."

Plu... ralizm szybko okazał się ograniczony dla wybranych grup interesu, ale oczywiście tego też nikt nie zauważył. Może duży wpływ miały te dobra, które nagle rozlały się poza "Pewexy"?



A i pojawił się jednak program telewizyjny oprócz TVP1 i TVP2... Nazywało się to Top Canal i nadawało w Warszawie, ale poza nią było ledwo widoczne z racji słabego nadajnika. Była to stacja piracka, nadająca głównie filmy z VHS, dzięki czemu taki TVP mógł jej programowo naskoczyć. Zlikwidowano ją z najściem funkcjonariuszy rozmaitych w roku 1994. Tymczasem ostało się logo, które może się dziś kojarzyć... no tak jakby... mało pruderyjnie. :D
Ech... czasy.


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Prześladowane dzieci emigrantów

Taki trochę druzgocący artykuł czytam na WP...

Emigranckie dzieci z Berlina poniżane i opluwane w polskich miastach

Sam tytuł niesie ze sobą pewną manipulacje. Oto można sądzić, że ofiarą prześladowań padli emigranci, tymczasem jak się okazuje są to już muzułmanie urodzeni w Niemczech - czyli de facto Niemcy. Druga sprawa, te "dzieci" też średnio pasują do młodzieży w wieku licealnym, ale dramatyzm jest.  Oczywiście nie to jest istotne w tym artykule - ale należy zwrócić na to uwagę - że sprawca zamachu w Manchesterze był według mediów Brytyjczykiem, choć przebywał w Europie wszystkiego sześć lat, a tu już mowa o dzieciach emigrantów. I to ubogich. Aż się chce krzyknąć: Niemożliwe, w Niemczech przy takim socjalu są ubodzy emigranci?
Młodzi ubodzy emigranci spotkali się z niemiłym traktowaniem w Polsce, a zaczęło się że jakiś mężczyzna na ulicy na jedną z dziewcząt z grupy napluł. Policja zareagowała na zgłoszenie tego faktu śmiechem i w ten sposób zaczęła się gehenna młodych muzułmanów z Niemiec.
Mężczyzna który miał napluć na muzułmankę miał być wprawdzie Szwedem, który awanturował się na ulicach Lublina, ale o tym można się dowiedzieć z komentarzy, nie wiadomo na ile prawdziwych. Policja z kolei podobno nie mogła zrozumieć o co chodzi, nie znając języka. Ich bierność mnie z drugiej strony nie dziwi,  nie jestem przekonany, czy gdybym poszedł poskarżyć się do mundurowego, że ktoś mnie opluł, czy przypuścił by pościg za sprawcą. Wystarczy zaobserwować ich szybkość reakcji do zgłoszeń typu zakłócanie ciszy nocnej itp.
Ale idźmy dalej. Ilość upokorzeń jakich zaznała grupa muzułmańskiej młodzieży jest większa i budzi najgorsze skojarzenia, z których brak zdrowego rozsądku i podstawowych odruchów jakie powinny charakteryzować homo sapiens jest u mnie pierwszym.
 Sprzedawca nie chce sprzedać im wody, za to jakaś kobieta jedną z uczennic oblewa wodą, krzycząc "go away". Inna na widok hidżabu wzywa męża, który obraża jego nosicielkę. Ochroniarze nie wpuszczają grupy do synagogi także na widok tych nieszczęsnych hidżabów i wreszcie na ulicy ktoś rzuca dziewczynom pod nogi... wibrator.
 Zatrzymam się przy tej synagodze. Te różne wizyty, bo tak się składa że przed próbą wejścia do synagogi młodzież odwiedziła Majdanek i Treblinkę są elementem obowiązkowego w Niemczech programu, mającego na celu edukację o Holokauście. Trwa spór, czy muzułmanie powinni być częścią tego programu, nie mniej jednak Żydzi największe zagrożenie upatrują w salafizmie rozwijającym się szybko w Europie i uważają, że ich wyłączenie to woda na młyn ekstremistów. Obawy przed wpuszczeniem cudzoziemców i to muzułmańskich do synagogi uważam jednak za usprawiedliwione w pewien sposób, choć z drugiej strony grupa uzgadniała wcześniej tą wizytę telefonicznie. 
Pozostałe wydarzenia to jakiś horror. Tak jakby ktoś się uwziął na tą grupkę akurat, bo czy widok muzułmanina na ulicach miast skutkuje naprawdę od razu zaciśnięciem pięści i nienawiścią? O taką konkluzję z artykułu nietrudno. Polska jest krajem ksenofobicznym i niebezpiecznym, wrogim cudzoziemcom. Dziwi mnie to, bo przecież w Lublinie jest zarówno meczet, jak i Centrum Kultury Islamskiej. Nie słyszałem żeby lubelscy muzułmanie padali ofiarą jakichś prześladowań, choć musi ich być tam sporo, bo w lubelskim nie ma drugiej takiej enklawy dla ich kultury. Druga myśl, że to jakaś prowokacja z udziałem zachodniej młodzieży - a konkretniej z wykorzystaniem tych młodych ludzi, bo przecież licealiści by nie sprowokowali tylu incydentów. Przypadek? No nie wierzę... Co się do cholery dzieje z tym światem?
   

czwartek, 22 czerwca 2017

Dwa Kościoły

Pisałem już, przy okazji wycieczki w Łowickie od dwóch kościołach, które udało mi się zawrzeć na jednym zdjęciu. Pora im się przyjrzeć z bliska. Bardzo z bliska się nie pryglądaliśmy, bo w jednym i drugim była msza.
Parafia w Bednarach powstała, przed wiekami w 1357 roku, gdyż podczas wylewów Bzury pobożny ludek nie mógł się dostać na mszę w Łowiczu. Świątynie pobudowano na wzgórzu, by ochronić ją przed powodziami na terenie pradawnego cmentarza. Był to kościół drewaniany z modrzewia, który przetrwał do końca XIX wieku. Wtedy go niestety rozebrano i postawiono murowany. Prawdopodbnie jednak drewniany kościółek i tak nie przetrwałby do naszych czasów, gdyż w 1915 roku nową świątynie zdewastowali Niemcy, podpalając organy. Do stanu dzisiejszego, budując wysoką na 35 metrów wieżę doprowadza go już w wolnej Polsce proboszcz Marian Jaźwiński. 



Do Kompiny jest zaledwie kilka kilometrów drogi. Trzeba się jednak dostać na drugi brzeg Bzury.

W 1445 arcybiskup gnieźnieński Wincenty Kot utworzył w Kompinie parafię św. Wojciecha i św. Barbary, kościółek tam pobudowany był zapewne bardzo podbny do tego w Bednarach. Spalił się w dniu 16 sierpnia 1899 roku, paradoksalnie przez budowę nowego - podczas obróbki blachy, którą miał być pokryty dach iskry wznieciły ogień w wieżyczce. To przyspieszyło wybudowanie nieopodal imponującej neogotyckiej świątyni. Naprawdę robi ona wrażenie, gdy stanie się u jej stóp. Scenariusz z roku 1915 pwtarza się dokładnie niemal jak w przypadku Bendnar - niemcy wpadli do kościoła, zerwali miedziany dach i ukradli cynowe piszczałki od organów. 




W 1939 kościół poznaczyły pociski artyleryjskie, nieopodal miała miejsce zaciekła bitwa, po której w Kompinie został cmentarz wojskowy. Pokażę go być może niebawem.

Na zakończenie ciekawostka. Przy moście na Bzurze w Kompinie stoi uszkodzony postument, z osadzonym na nim metalowym krucyfiksem. Przyjrzałem się mu bliżej i napis na nim głosi, że powinien tu stać św. Nepomucen. Niestety on też poległ w bitwie w 1939 roku.






Poniżej linki, opisujące lepiej oba kościoły, niniejsza notatka jest w zasadzie skrótem z tych artykułów.


wtorek, 20 czerwca 2017

Gorące tematy

Pierwszym gorącym tematem jest upał, który raczył się pojawić w połowie czerwca. Ciekawe na jak długo, ale jest i już czuję w pracy jego skutki - nie chce się robić.

Czytam sobie blogi, komentarze na portalach informacyjnych i nachodzą mnie pewne refleksje. Jak pragnę zdrowia, jak ci ludzie dają się kierunkować tzw. newsami. Ot choćby sprawa słynnego już przemówienia Szydło w Aushwitz. Ktoś odkrył, że fragment dotyczy polityki antyuchodźczej PISu i skandal na całą Europę gotów. Przesłuchałem to przemówienie, wprawdzie nie wiem o jakiej lekcji mowa w spornym fragmencie, ale tak średnio mi pasuje on też do uchodźców i myślę że większość bez tej usłużności komentatorów by tego nie skojarzyła, nawet jeżeli pani premier ci uchodźcy po głowie chodzili. Ale... co ciekawe - bardzo podobne przemówienie z niemal bliźniaczym zdaniem o wyciąganiu lekcji o ochronie obywateli wygłosił Duda w zeszłym roku na 71 rocznicę wyzwolenia Aushwitz i nikt nie odkrył w nim nic zdrożnego.
Dochodzę do wniosku, że ludzie lubią podążać za jakąś myślą, zdaniem, niemal jak za modą. Modne stają się poglądy, interpretacje rożnych słów czy wydarzeń, w końcu w modę wchodzą zupełnie nowe określenia na coś, co niby znamy, ale jeszcze w ten sposób nie nazywaliśmy, jak choćby termin "mowa nienawiści", która może już oznaczać chyba wszelką krytykę lub nawet niedopowiedzenia.
Ale żeby nie posługiwać się samą polityką i obiegowymi opiniami opiszę inny przykład. Otóż od jakiegoś czasu, należę, choć już zastanawiam się by przestać należeć, do grupy dotyczącej literatury i książek, której ideą jest prezentowanie swoich odkryć książkowych lub recenzowanie różnych pozycji. Zaglądam sobie któryś raz i widzę pewną ciekawostkę - mianowicie młode dziewczyny zamieszczają zdjęcia książki, a jakże, z tym że tak naprawdę nie widać co czytają, gdyż książka spoczywa otwarta na kolanach a w tle rzucają się w oczy stopy. Stopy bose, w skarpetkach, z umalowanymi paznokciami lub nie, stopy u których spoczywają wierne psy... 
Przykład zamieszczam z pewną obawą, bo jeśli te stopy są tak istotne, to może wykorzystuję w tym momencie bezprawnie czyjś wizerunek? Pani nie napisała co czyta i czy jej się podoba, ale nóżki wyglądają atrakcyjnie...


A i konkluzja by się zdała... Otóż tak sobie obserwuję, że coraz więcej osób robi głupstwa lub gada bzdury, a inni zajmują się głównie powtarzaniem tych głupot i bzdur. To przykre, że ludzie są powtarzalni nawet w tym, nie będąc w stanie wymyślić czegoś głupiego samemu. Jeszcze przykrzejsze, że jakoś podobna konsekwencja w robieniu rzeczy dobrych lub mądrych nie znajduje precedensu.

niedziela, 18 czerwca 2017

Wyjątki z dzisiejszej podróży


Dystans: 75 km.
Miejscowości:
Start Sochaczew
- Kozlów Biskupi
- Nowa Sucha
- Zakrzew
- Nowy Kozłów Długi
- Nowe Kęszyce
- Sierzchów
- Bednary Kolonia
- Bednary
- Zabostów Duży
- Zabostów Mały
- Płaskocin
- Boczki
- Wicie
- Kocierzew Południowy
- Jeziorko
- Jasieniec
- Rybno
- Józin
- Ćmiszew Rybnowski
- Ćmiszew Parcel
- Lubiejew
- Kuznocin
Sochaczew



Zdjęć 173.

Naprawdę wrażeń od groma, jak zawsze zresztą.
Pierwszym ciekawym etapem był las w miejscowości Nowy Kozłów Długi. Naprawdę uroczy i wygodny w przejeździe. 
W Kęszycach, oglądamy bunkier - ktoś wpadł kiedyś na pomysł zabetonowania w nim odpadów. Po latach bunkier pękł i smród zaczął się z niego wydzielać na całą okolice. Obecnie został oczyszczony i zdezynfekwoany. 




I kolejny las, tym razem w Sierzchowie. Prześwit w nim przywitał nas zapachem filoetowej barwy kwiatów, intensywanie miodowym i słodkim.




Kompina, Bednary i Zabostów to miejscowości już w Łowickim i zżera mnie zazdrość jak tam przejeżdżam, bo rzuca się w oczy różnica między powiatem Łowickim i Sochaczewskim. Czysto, pięknie, zadbane stare drewniane domki z gankami... 



Dąb do góry nogami z bocianem :)


I ciekawostka krajobrazowa którą pokażę - otóż z kościoły w Kompinie i Bedanarach są tak blisko, że mozna je zamieścić na jednym zdjęciu, co mi się zresztą udało.



Z Zabostowa przebijamy trasę Łowicką i po polnych drogach jedziemy kilka ładnych kilometrów wśród samych sadów i pól, domy widząc sporadycznie i z daleka. W końcu mijam jakąś kobietę na rowerku i dowiaduję się, że jest to w zasadzie miejsce bez nazwy - tzw ziemia sromowska, od miejscowości Sromów. Tu już byliśmy w zeszłym roku, więc wracamy niejako utartym znanym szlakiem urozmaicając go nieznacznie zaledwie krótkimi odcinkami. Tyłek dawał się we znaki na ostatniej dziesiątce.


piątek, 16 czerwca 2017

Mapa Cieni

Ponieważ od polityki można się zatchnąć, polecam coś na rozluźnienie. Lubię niszowe wydawnictwa i "powiew grozy". Z wielką przyjemnością przeczytałem Mapę Cieni, nakład to tylko 3000 egzemplarzy, a mam takie które mają jeszcze mniejszy, w przyszłym tygodniu spodziewam się zbioru o nakładzie 250.



Okładka i opis głosi, że będą to reportaże i opowiadania z nawiedzonych miejsc, co już sugeruje zabawę konwencją i tak jest w istocie, choć nie do końca się spodziewałem tego, co dostałem.
Owe reportaże z różnych rzekomo nawiedzonych miejsc same w sobie nie mają dostatecznej siły nośnej, by dźwignąć jakąś dłuższą historie o zwartej fabule. Przeważnie są to typowe "urban legends" (zjawisko istniało u nas już wcześniej, ale przyjął się ten anglojęzyczny termin, odróżniający coś co narodziło się gdzieś pomiędzy faktem, plotką i ludowym folklorem) typu "umarł i straszy". Albo nawet nie umarł i nie straszy. Ale tkwi w nich spory potencjał, dlatego uzupełnione są opowiadaniami, które są inspirowane, albo dopasowane do opisanych uprzednio w reportażach wydarzeń, albo miejsc, będąc jednocześnie niezależnymi fantazjami ich autorów. Czyli mamy mały miszmasz, antologii opowiadań grozy, ze spacerami po różnych ruinach i odrapanych kamienicach, gdzie nawet wrony boją się siadać na dachach. Brakuje w książce zdjęć, o których cały czas czytam, że były robione. A szkoda.
W reportażach zwraca jeszcze uwagę trud, jaki zadali sobie autorzy w przedstawianiu nie tylko relacji z odwiedzanego miejsca, ale też daleko sięgającej wstecz historii. Ta jest moim zboczeniem osobistym i trochę ostatnio zawodowym, zatem przekąsiłem te wyprawy z wyjątkowym smakiem.
W reportażu 'Nawiedzony las w Witkowicach" autorzy zwrócili uwagę na pewną ciekawą rzecz, mianowicie przenikanie na nasz grunt legend z kręgu anglosaskiej popkultury. Nawiązanie do "find footage", kojarzy się w pierwszym rzędzie z 'Blair Witch Project" i nieważne że Deodato i jego wyprawa z kamerą do kanibali w "Cannibal Holocaust" byli pierwsi, a przypadek zaginionej grupki młodzieży kojarzy z przełęczą Diatłowa (również całkiem niedawno odkurzoną na potrzeby filmu).
Totalny odlot to jednak "Nawiedzony dom na Kosocickiej". Od mrocznej historii do opisu „wystroju” wnętrza pustostanu – aż można wyczuć pewną niesamowitość miejsca.
Wyjątkowym sprawozdaniem jest relacja „Nawiedzone Osiedle w Kalinowie”, gdyż opowiada o zupełnie innym rodzaju nawiedzenia niż w reszcie książki – mianowicie nawiedzeniu przygnębiającym brudem, demoralizacją i brakiem perspektyw. Nawiedzeniem całkiem realnym, wkradającym się w życie różnego rodzaju pozostałości po molochach komunistycznych wielkoprzemysłowych mrzonek i zatęchłych prowincji, gdzie diabeł mówi dobranoc. Takim, z którym się zapewne każdy z nas zetknął, bez względu na zamieszkanie.
Szczerze mówiąc, myślałem że Kraków ma większy potencjał, jeśli chodzi o nawiedzone miejsca, a może po prostu autorzy nie chcieli przedstawiać tych zbyt oczywistych historii o Białych Damach. Przedstawili za to nieoczywistą o Czarnej... :). Najbardziej jednak rzuciły mi się w oczy ciągłe porównania i nawiązania odwołujące się do klasyki filmowego lub literackiego horroru, celowe bądź mimowolne. Już sam wstęp przywołuje skojarzenie z "Twilight Zone". Dalej, czytając poszczególne opowiadania towarzyszyło mi nieodłączne wrażenie, że coś takiego lub podobnego już czytałem, lub oglądałem - kojarzą się wątki z Rorka, Harry Angela, Silent Hill i wielu innych. Celowy zabieg stylistyczny, czy mniej lub bardziej świadome czerpanie ze źródeł, w których autorzy, podobnie jak ja, zaczytywali się lub oglądali, zanim sami zaczęli pisać?
Stylistycznie opowiadania są bardzo różne, mamy min. surrealistyczne 'Muzeum Snów" Dawida Kaina, ocierającą się o stylistykę gore "Biel" Łukasza Radeckiego, filozoficzne "IX Mrocznych Obrazów" (Woland malował?) Krzysztofa Bilińskiego, fantasmagoryczne "Pieski z zakurzonymi porcelanowymi oczami" Piotra Roemera, humoreskę "Ratunku, Trup! I inne przypadki" Krzysztofa T. Dąbrowskiego, bazującą w finiszu na "Evil Dead", uwspółcześnioną legendę "Trucizny w żyłach miasta", Marka Grzywacza, troszkę zbyt dosadna inspiracja Barkerowskim "Candymanem" "Najlepszy przyjaciel człowieka" i w końcu „Granice Synestezji”, bodaj jedyną, która czerpieb pełną garścią z tradycji słowiańskiej i literackiej grozy z przełomu XIX i XX w., w końcu zmierzająca prawie w stronę tematu filmów „snuff” „Ładnym Łatwiej” Kaźmierza Kyrcza Jr. i Michała J. Walczaka - jednym słowem, czym chata bogata. Normalnie było mi przyjemnie jak w gościach u starych znajomych, choć kolejne porównanie "jak z powieści Kinga" i wspomniane odniesienia, trochę wybijają z klimatów krakowskich na rzecz kultury anglosaskiej. Dochodzi do nich charakterystyczny dla współczesnych powieści opar dekadencji, zmieszany z wódczanymi wyziewami i strasznym losem ciężarnych młodych matek. Aż takie chwytliwe to motywy, czy raczej fetysze współczesnej literatury grozy?
Poziom opowiadań jest raczej równy, aczkolwiek mam tu kilka faworytów, choć kieruje się przy ich typowaniu swoim gustem, a nie wyróżniam pod względem jakichś nadzwyczajnych wartości, którymi się cechują. Jest to z pewnością "Muzeum Snów", "IX Mrocznych Obrazów", "Trucizna z żyłach miasta" i „Granice Synestezji” - resztę czyta się dobrze i tylko dwie, których tytuły zachowam dla siebie były dla mnie niestrawne.

środa, 14 czerwca 2017

Córko leśnika...

Kawałek Polski zastanawia się, co tez mogło być w tajemniczej kopercie, którą przekazał Jan Szyszko Mariuszowi Błaszczakowi. Ja, przeanalizowawszy sytuację dochodzę do wniosku, że mógł być to wiersz, autorstwa ministra środowiska. Debiuty są ciężkie, autor stremowany, mógł nie chcieć od razu błyszczeć przed szerszym audytorium, dlatego dyskretnie (sic!) wręczył kopertę spolegliwemu koledze... Córka leśnika może być w niej podmiotem lirycznym, obiektem westchnień, a jakże tak odzierać z romantyzmu taki utwór przesyłając go drogą oficjalną. Lepiej przy blasku fleszy i obecności kamer, zachowując jednocześnie ten nimb tajemnicy. Pan Mariusz się też ucieszył z okazanego zaufania i pomachał do kamer.  Tak, tu jest telewizja, ale nie szkodzi. To tylko wierszyk.
Szczerze mówiąc ja też poczułem wenę, powiedzmy że Jan Szyszko mnie zainspirował.

W bezdrzewnej puszczy
Bezkresny teraz nieba lazur
Bo na nią zapuścił
minister swój paaazur...

Nie ma ryku żadnych jeleni
Nie szumi ściętej sosny pal
Tak na lepsze las zmienił
Szyszko, dzielny drwaaal

Córko leśnika
z wyciętej Białowieży
spójrz na ministra
co z kopertą bieży

Daj mu swe usta
Pójdź mu w ramiona
Skoro puszcza jest pusta
Załatwi ci fuchę w MSWiAaaaa...

 Oburzył się pan Marek Borowski...

"Takie scenki mają miejsce codziennie, jak Polska długa i szeroka. Wszyscy, którzy przez PiS zostali ulokowani w spółkach, radni, rodziny radnych, "znajomi królika"... - tak załatwiają sprawy. "

Mam niejasne wrażenie, że sytuację może znać z autopsji. Każdy krytykuje dopóki nie rządzi i się nie otwierają nowe możliwości dla różnych króliczków i króliczyn. Wkur... mnie to, ale się już nawet zbytnio nie oburzam.
Pomyśleć w normalnych warunkach zachowania chociaż pozorów fair play, otworzono by kopertę, a jeśli nie zawierałaby wiersza, a to co wszyscy myślą, Szyszka powinna dostać kopa i wylecieć, A tu nawet nikt o tym nie wspomina.



poniedziałek, 12 czerwca 2017

ZOMO na miesięcznicy.

Do tzw. miesięcznic smoleńskich mam stosunek obojętny. Trochę mnie dziwi wprawdzie, że komuś się chce tak co miesiąc, jakby po tylu latach nie można było raz na rok... no ale ich sprawa, znaczy tych co chodzą. Niektórzy chodzą na wyżej wymienioną imprezę w celu rozkręcenia dymu. I tak niejaki pan Frasyniuk, został z miesięcznicy wyniesiony. Tak, kilku chłopa w mundurach wzięło i wyniosło - "Legendę Opozycji". Frasyniuk stwierdził, że poczuł się jak w "stanie wojennym", Macierewicz chyba się z nim zgodził, tylko umiejscowił go wśród ZOMOwców. Ubaw po pachy, zważywszy, że hasło, "My jesteśmy tu gdzie wtedy, oni tam gdzie stalo ZOMO", rzucone przez Kaczaffiego, nabiera nowego życia i siły.
Taak, szafuje się tymi pojęciami na prawo i lewo.
Pan Frasyniuk podobno jest bohaterem opozycyjnego podziemia. Spoko, nie będę negował, jedno jest pewne, na transformacji wiele skorzystał, awansując ze związkowca na biznesmena, vulgo układ postprlowski musi mu się podobać, bo jak wiadomo, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Pan Frasyniuk "nie przebiera w słowach", jak prasa elegancko nazywa chamskie wypowiedzi. I w końcu pan Frasyniuk pojawia się na miesięcznicy, ze znaczkiem je..ać PIS, napisanym cyrylicą. To zamiłowanie do cyrylicy to pewnie po przodkach Ukraińcach... 
Tymczasem zgromadzenie publiczne, (jakim jest miesięcznica)  jest dobrowolnym spotkaniem grupy osób w liczbie co najmniej 15, zorganizowane w celu wyrażenia wspólnego poglądu lub stanowiska. Zarejestrowano je do roku 2020, co oznacza że jest zgromadzeniem cyklicznym. Ale co się stało?
"Do stołecznego ratusza wpłynęło też dziewięć innych wniosków o zwołanie na 10 maja kontrmanifestacji. Siedem z nich od razu otrzymało zakaz od prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz, ponieważ zostały zgłoszone w tzw. trybie zwykłym. A takie – zgodnie z nową ustawą o zgromadzeniach – nie mogą się odbywać w tym samym miejscu i czasie, co zgromadzenie cykliczne (czyli miesięcznica smoleńska). Inną taktykę zastosowało dwóch zwołujących: stowarzyszenie TAMA i grupa związana z Obywatelami RP. Zarejestrowali swoje zgromadzenie w trybie "uproszczonym" i otrzymali zgodę od stołecznego ratusza, bo - jak wyjaśnia jego rzecznik prasowy - ustawa nie mówi nic o zakazie dla zgromadzeń "uproszczonych". Można w ten sposób zgłosić manifestacje bez przemarszu, które nie powodują utrudnień w ruchu i nie wymagają czasowej zmiany organizacji ruchu." (źródło: TVN24.Warszawa)
Dodam, że prawo zakazuje także prób udaremniania lub utrudniania legalnych manifestacji, A to robił według mnie Frasyniuk z towarzyszami, konkretnie z "Obywatelami RP.", a policja zrobiła to co powinna, usunęła przeszkodę z trasy manifestacji. 

Tak się zastanawiam, czy nie warto by było ustanowić Dnia Zomowca. Polegałby on na tym, że raz do roku, na konkretnych demonstrantach, policja stosuje naprawdę "zomowskie metody", przebiera się w mundury, wytacza armatki wodne i leje wszystkich gumowymi pałami. A dodatkowo wpierdziel na posterunku, jakby kto tam dojechał za mało posiniaczony. Pozwólmy obywatelom, którzy krzyczą o ZOMO i Stanie wojennym poczuć realia epoki.

piątek, 9 czerwca 2017

Telewizja kłamie

"Telewizja kłamie".  hasło z sierpnia 1980. Wiedzieli.
"Nie oglądaj telewizji, bo będziesz miała w głowie glisty."   Bohdan Smoleń - 86 rok. Wiedział.

Diagnoza większości internautów na temat telewizji publicznej nazywanej "Kurwizją", lub TVPisem  jest w większości słuszna. Za to co aktualny prezes zrobił z tego medium należałoby go kijami pognać jak najdalej. Szkód pana K... (w miejsce kropek można wstawić dowolny obelżywy wyraz) nie da się szybko naprawić. Chcący uciec od propagandy sukcesu, lądują w innych stacjach, a z tego co zauważyłem, najczęściej ich wybór pada na TVN. I nie było by nic  w tym złego, gdyby nie fakt, że jest to stacja równie zakłamana i manipulatorska co TVP. O ile nie bardziej, bo zatrudnia daleko lepszych speców.


Dawno dawno temu w listopadzie 2010 roku, kiedy jeszcze świat był normalniejszy, Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i Instytutu Monitorowania Mediów, opracowało na podstawie analizy programów ("Wiadomości" (TVP 1), "Panoramy" (TVP 2), "Faktów" (TVN) i "Wydarzeń" (Polsat)) pewien raport. Pod pewnymi względami się zdezaktualizował, bo wynikało z niego, że poziom programów informacyjnych i sposób ich przekazywania w dominujących stacjach jest mniej więcej równy, choć już wtedy nie znaczyło to wcale że rzetelny. Nowsza analiza wiarygodności, z 2016 roku sporządzona przez KRRIT, bierze na widelec tylko Polsat, TVP i TVN., w sumie najbardziej nas i tak w tej chwili interesują dwie ostatnie. Dziś oglądając na nich wiadomości można niemal odnieść wrażenie, że to z dwóch zupełnie innych krajów - Krainy Mlekiem i Miodem Płynącej, oraz jakiegoś conajmniej Mordoru. 



 
Ale wróćmy do raportów, które wzbogacę o swoje obserwacje:

"...we wszystkich programach ważna jest dramaturgia, ładunek emocjonalny, z którym widz musi się zmierzyć. - Emocje muszą być łatwe do odczytania. Bardzo często za tym idzie odpowiednia modulacja głosu komentatorów i prezenterów. Nie tylko przekazują nam te emocje, ale jednocześnie wydaje im się, że mogą w jakiś sposób sugerować nam, jak je interpretować."
(komentarz do raportu Magdelny Tokaj-Grabarczyk z IMM, 2010)

Ten ładunek emocjonalny jest wzbogacany materiałami o dramatycznych losach rodzin, dzieci, pojawia się to wcale nieprzypadkowo - celem jest zmiękczenie widza. To pochylanie się nad losem maluczkich ociepla w ogóle wizerunek telewizji. 
Dobór z kolei informacji służy budowaniu pewnego obrazu świata - może być on optymistyczny, lub pesymistyczny. O wiele lepiej nastraja informacja, że w jakimś tam Z.o.o urodził się i dobrze chowa mały puchaty miś, a inaczej, że gdzieś indziej pies odgryzł komuś stopę.
To, że krótką informacje np. "Umarł Stalin", można przedstawić słowem mówionym na co najmniej kilka sposobów - z radością, smutkiem, albo nawet powątpiewaniem, jest chyba dla każdego oczywiste. Kiedyś nawet myślałem, żeby się pobawić w wyławianie takich newsów, przy których zabarwienie emocjonalne dwóch zupełnie różnych prezenterów sprawiało, jakby mówili o zupełnie innych zjawiskach.

"Najczęstszymi tematami poruszanymi w czterech telewizyjnych serwisach informacyjnych były: polityka, wybory samorządowe, wypadki i katastrofy, ciekawostki, sprawy społeczne oraz przestępczość." (2010)

Tu chyba nic się nie zmieniło.  Nadal dominuje polityka, z oczywistych względów na razie wypadł temat wyborów samorządowych. 

W 2010, Wiadomości uchodziły za najbardziej wyważony program informacyjny, w którym z regionów dominowały informacje polityczne, z lokalnych tematy społeczne (oprócz polityki). TVN wypadł marnie, wyprzedzając tylko zawsze nijaką "Panoramę".

"Program informacyjny TVN cechowała też najmniej różnorodna tematyka i najwyższy odsetek materiałów amatorskich wykorzystanych w newsach. "Fakty" w największym stopniu korzystały też z innych źródeł informacji (statystycznie w co czwartym materiale wyemitowanym w "Faktach" pojawiała się informacja o skorzystaniu z innego źródła)." (2010)

I w 2016. Role się odwróciły. :)

"W "Wiadomościach" najczęściej inspiracją do tematów są działania instytucji państwowych i wydarzenia polityczne. Wydarzenia są pokazywane wielostronnie, jednak punkty widzenia nie są zrównoważone. Pojawiają się też silnie wartościujące określenia, z kolei mniej materiałów niż u konkrecji jest opatrzonych komentarzem.(2016)
"Fakty" mają bardziej zróżnicowane źródła informacji, kładą mniejszy na wydarzenia z historii. Bardziej od innych skupiają się za to na analizie możliwych skutków różnych wydarzeń. W programie częściej pojawia się komentarz, który najczęściej jest krytyczny, korzysta z elementów humoru i ironii." (2016)


Ta analiza skutków to inaczej gdybanie. W celach gdybających wzywa się do studia ekspertów. Oczywiście stało się tak, że eksperci w obydwu stacjach są bardzo ukierunkowani. Mało tego - rozmowa z nimi wygląda tak - redaktor - "Zatem uważa pan, że ble, ble, ble," - zamiast prostego pytania wykładana jest już gotowa teza. Ekspert odpowiadając musi ją zdementować, albo potwierdzić, zanim zaczyna w ogóle mówić to co sam ma do powiedzenia. Zetknąłem się z przypadkami, że w razie braku potwierdzenia dziennikarskiego "ble, ble, ble", jest ono ponawiane, ubrane tylko nieco inaczej. 

Pora na najistotniejsze przesłanie w telegraficznym skrócie, TVP kontra TVN:

TVP dużo bardziej od dwóch pozostałych telewizji skupia się na trzech tematach: - pokazywanie osiągnięć i sukcesów rządu, także kosztem innych informacji - rozliczanie z przeszłością (bliższa i dalszą), szczególnie w kontekście Rosji - kryzys imigracyjny, pokazywany jako zagrożenie dla Polski i porażka UE (budowanie zagrożenia w odniesieniu do nich, jak też opozycji). "Wiadomości" skupiają się na sferze politycznej, a w mniejszym stopniu od innych programów prezentują szersze spektrum wydarzeń.
W porównaniu do tego "Fakty" TVN prezentują wydarzenia w sposób bardziej różnorodny i nie skupiają się wyłącznie na polityce, pokazują też jej wpływ na życie ludzi. Jednak materiałom brakuje neutralności: widoczna jest "podejrzliwość", a czasami nawet niechęć wobec PiS i rządu.




Oczywiście w sposób mniej zawoalowany niż w tych raportach można to wyrazić słowami ks. Tischnera:
"Góralska teoria poznania mówi, że są trzy prawdy: święta prowda, tyż prowda i gówno prowda." Wersję dla TV, proszę sobie wybrać samemu.

środa, 7 czerwca 2017

Nawrócona

Z lewicowymi działaczami jest tak, że żeby stwierdzić, że coś jest naprawdę gorące muszą sparzyć się w palec. A nawet i to nie zawsze skutkuje, bo niektórzy dalej będą brnąć w argumentowanie, że niby się oparzyli, ale jednak nie do końca dlatego, że coś jest gorące.

Czytam wywiad z norweską pisarką Hege Storhaug, autorką książki "Islam. Jedenasta Plaga" działaczką na rzecz praw kobiet, feministką i generalnie o dziwo się zgadzam. Storhaug jako feministka identyfikuje mianowicie realny problem uprzedmiotowienia roli kobiety w kulturze arabskiej. Mówię realny, gdyż klasyczne europejskie feministki upatrują go często tam, gdzie go nie ma, a skoro go nie ma, to go wymyślają, sprowadzając nawet rzeczowe argumenty i niewydumane problemy - takie jak gorsze traktowanie kobiet na różnego rodzaju stanowiskach zawodowych, do absurdu.

"Zawsze uważałam się za osobę lewicową, troszczącą się o dzieci, środowisko, kobiety, ludzkość. A tutaj okazało się, że lewicowe osoby nie interesują się losem kobiet i dzieci muzułmańskich w Norwegii. Kompletnie nic ich to nie obchodzi. No i tak zaczęłam się odsuwać od lewicy…"

Mógłbym tu wymienić jeszcze więcej sprzeczności w lewicowej ideologii, ale zostańmy przy spostrzeżeniach pisarki. Faktycznie, wydaje się, że popierające imigracje środowiska lewicowe w ogóle nie zauważają faktu, że ludy napływające z krajów arabskich są przyzwyczajone do patriarchalnego modelu społeczeństw, ustrojów autorytarnych, lub dyktatur - co przekłada się na stosunek do kobiet. Nie rozumieją też istoty samego islamu i jego genezy, samemu wyznając poglądy liberalne zakładają atrybucję w stosunku do jego wyznawców. Sama pisarka przyznaje, że niewiele wiedziała o islamie, do momentu podróży i dwuletniego pobytu w Pakistanie, który był dla niej kulturowym szokiem.

"Szok kulturowy. Sposób, w jaki dziewczynki i kobiety były w tym kraju traktowane. I ludzkie życie, które nie było nic warte. Sami Pakistańczycy tak mówili: "Są dwie rzeczy, których nie szanujemy - czasu i ludzkiego życia"."

Środowisko arabskie nie jest jednorodne, są to różne odłamy o różnym stopniu świadomości religijnej (np. Ahmadiyya zakładająca wprowadzenie Islamu pokojowymi metodami - uważana o dziwo w Pakistanie za ruch heretycki). Błędem jest upatrywanie w każdym takim środowisku terroryzmu, nie mniej jednak fakt, że sprawcami zamachów są często - przynajmniej według zgrabnego określenia mainstreamowych mediów "Europejczycy" - czyli de facto już potomkowie wcześniejszych emigrantów, którzy się nie wysadzali na ulicach a otwierali np. budki z kebabami, jasno wskazuje - że: po pierwsze - polityka asymilacyjna ponosi klęskę, pod drugie: elementem zapłonowym dla tych działań jest zawsze islam. Tylko wnikliwa analiza tej kultury i sytemu religijnego pozwoliłaby określić i zidentyfikować skalę zjawiska fundamentalizmu, o ile jest on w niej czymś faktycznie tak marginalnym, jak usiłują to przedstawić liberalne media. Biorąc pod uwagę genezę islamu jako ruchu geopolitycznego - mam co do tego poważne wątpliwości. Politycy liberalni i lewicowi nie mają o tym pojęcia, czerpiąc swoją wiedzę z obiegowych publikacji i opinii, których autorami są często sami muzułmanie. Wiedza prawicy wcale się wiele wprawdzie od niej nie różni, wychodzi jedynie z postrzegania w obcej kulturze zagrożenia jako takiego, bez szczegółowej identyfikacji. Storhaug myśli podobnie, wyciągając wnioski z obserwacji: 

"Dziewczynki, roczne i dwuletnie dziewczynki, chodzą w chustach. Nie widziałam tego w Pakistanie, a widzę w Oslo. W Oslo widać coraz więcej mężczyzn w tradycyjnych arabskich białych strojach, widać coraz więcej salafitów z brodami. Półtora roku temu nasze służby alarmowały, że w całej Norwegii są sympatycy Państwa Islamskiego. Co to znaczy? To znaczy, że postępuje islamizacja, coraz szybsza islamizacja. I nie skończy się, póki politycy czegoś z tym nie zrobią. "

Islam dopuszcza kłamstwo wobec niewiernych. Tu wynika kolejny problem - złudnego, oficjalnego potępienia terroryzmu przez duchowieństwo muzułmańskie. Jest to często potępienie pozorne, czego przykładem m.in. Habib ur Rehman, imam z Glasgow, który jednego dnia potępia terroryzm, by następnego stawiać za wzór postępowania fanatycznego ekstremistę straconego w Pakistanie za zabójstwo. 

Narracja "pokojowego islamu" bierze w łeb, czego wynikiem jest popularność ruchów prawicowych. Skala i liczba ataków terrorystycznych, świadczą o dość rozległej strukturze siatek terrorystycznych. Pytanie moje - jak udaje się stworzyć takie zaplecze do ich funkcjonowania skoro islam jest taką pokojową religią? Czy zdarzają się przypadki denuncjacji  ekstremistów przez ich współwyznawców? Czy muzułmanie też czują się zagrożeni terroryzmem, czy ich problem nie dotyczy (abstrahując od wzrostu nastrojów antyarabskich)?

wtorek, 6 czerwca 2017

W obronie swoich poglądów

Poglądy to niebezpieczna rzecz...
Przywiązanie do swoich poglądów odcina człowieka od ludzi mających inne poglądy. Jest przyczyną kłótni, a w skrajnych przypadkach nawet większych nieszczęść - wystarczy że pogląd obarcza jakąś grupę odpowiedzialnością za  jakieś negatywne wydarzenia. W imię przekonań ludzie byli gotowi zabić i nadal są na to gotowi. Więc ludzie się zabijają.
Oczywiście zawsze można zaadoptować bezpoglądowość, choć wychowywanie jej jest niezwykle trudne w czasach dominujących zewsząd bodźców, która starają się ją kształtować. Zresztą bezoglądowość może być równie szkodliwa, bo gdy nie mamy zdania na temat jakiegoś zjawiska, nie wiemy jak się do niego ustosunkować. Obojętność może kosztować równie wiele, nie każdego stać na bycie Szwajcarią.
 Pogląd więc powinien wyrastać ze zrozumienia co jest dobre, a co złe. 
Obecny system podziału na dobro i zło nie jest jasny ani trochę. Otóż relatywizuje się jedno i drugie, tworzy pojęcia mniejszego zła i akonto tych pojęć tworzy kompromisy. I tak w koło Macieju, bo zawsze znajdzie się ktoś, dla kogo kompromis jest nieakceptowalny...

 

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Niedzielne 3 dychy

W niedzielę miały być burze i w ogóle, więc nie pojechałem na dłuższy wyjazd. Ale ponieważ nosiło mnie jak widziałem ładną pogodę za oknem, to pojechaliśmy na rodzinny rekonesans. Przejechaliśmy gdzieś około 30 km, przynajmniej tak mi wyszło po wytyczeniu trasy. Wpierw do Kozłowa, gdzie zrobiliśmy mały popas na moście. Potem do lasu obok, gdzie obejrzeliśmy odsłonięty przez archeologów w zeszłym roku cmentarz wojskowy z czasów I Wojny. Drogę powrotną obraliśmy przez Starą Suchą, Kolonię Gradów, Orłów i Andrzejów Duranowski. Oczywiście nie spadła ani kropla deszczu, ale po południu się zaczęło.

I tu mała dość śmieszna dygresja. Kolega mój, Rafał ciągnął mnie od szóstej - a dystansy z Nim zamykają się w 70 km. Marudziłem że nie, że burze... w końcu stwierdził, że pojedzie sam i byłem pewien, że zerwał się o 6 i pojechał. Okazało się że nie. :) Wobec braku towarzystwa, stwierdził, że się wyśpi, a na jazdę zebrał się dopiero koło 14, czyli wtedy, kiedy akurat wróciliśmy.  Pojechał z innym naszym kolegą i jego rodziną, przy czym spotkali na swej drodze aż cztery burzliwe ulewy...
Śmialiśmy się z tego nieporozumienia wieczorem.









O cmentarzu w Kozłowie napisałem obszerniej na portalu StarySochaczew

sobota, 3 czerwca 2017

Pałac w Guzowie

W zasadzie ciężko jest napisać cokolwiek nowego o pałacu Sobańskich, czego nie ma na stronach internetowych. Np. na wiele informacji jest na oficjalnej stronie pałacu
Po latach popadania w ruinę wrócił do rodziny, która planuje zrobić z niego luksusowy hotel, od kilku już lata odbywa się przywracanie budynku do stanu dawnej świetności. 
Kilkanaście lat temu, Guzów kojarzyłem z przykrym zapachem i czworakami przy trasie Żyrardowskiej, w których tak jak 100 i więcej lat temu mieszkają ludzie. Ten przygnębiający dekadencki klimat pozostał tam do dziś, czworaki stoją jak stały i sprawiają porażające wrażenie, z nisko osadzonymi okienkami stromymi schodkami na poddasze, znajdującymi się niemal od razu przy wejściu w sień. Źródłem smrodku, który zwiastował zbliżanie się autobusu PKS do Guzowa była cukrownia (założona w XIX w przez Łubieńskich), po której nic już prawie nie zostało, poza tym działał tu zakłada przetwórstwa owocowego i chlewnie, w obydwu tych miejscach miałem kiedyś praktyki. Przy odrobinie czasu, łaziliśmy z kolegami po zarośniętym ogrodzie, sam pałac sprawiał przykre wrażenie, tylko postawiona przy nim kaplica zaadoptowana na lokalny kościół była odnowiona i ładna. Dzisiaj również odróżnia się od remontowanego jeszcze pałacu.
Do pałacu dojeżdżamy ulicą Ogińskiego, gdyż słynny ze skomponowania poloneza "Pożegnania z Ojczyzną" Michał Kleofas Ogiński tu się właśnie urodził. Doceniony jest także pomnikiem, który postawiono za pałacem. Michał Łojek wszakże uważa że był... carskim agentem i pewnie część historyków nie uważałaby go za godnego pomnika. Ot, taka nasza polska przypadłość, od której się widać nie możemy uwolnić. 
Podczas Drugiej Wojny Niemcy wyrzucili z pałacu mieszkańców, robiąc ogromną fetę z okazji zwycięstwa, legenda głosi, że z udziałem samego Hitlera. Zdewastowali go i pokradli zastawę, nawet podobno załatwiali się do szuflad zabytkowych mebli, co jednak do nich niepodobne i wygląda mi raczej na jakiś złośliwy wybryk pijanego żołdaka, a nie normę tak w wypadku gościny Sowietów. Sam Adolf zdegustowany zachowaniem swojego wojska wysłał do Sobańskich list z przeprosinami. Choć Niemcy nie usunęli lokatorów na czas okupacji, zrobiono to rzecz jasna po wojnie, dokonując kolejnego dzieła dewastacji i dokładniejszego jeszcze ogołocenia pałacu z dóbr. Potem urządzono w nim biura i mieszkania dla pracowników cukrowni. Już wtedy zaczął poważnie zapadać na zdrowiu, a stan pogorszył się znacznie po upadku cukrowni.
Pałac nawet w takim stanie jak teraz zachwyca, przywodząc na myśl podobne budowle we Francji. Zwłaszcza jego zwieńczenie jest wyjątkowo finezyjne. Lśnią wymienione już blaszane dachy, zdobne w fantazyjne mansardy i małe attyki. Pyszni się wejście w formie portyku. Aż żałuję swojego ograniczenia w znajomości terminów architektonicznych, które nie pozwala mi wszystkiego należycie opisać.
Żeby nie atakować wszystkim na raz, planuję jeszcze dwa rzuty okiem na przyległą kaplicę, oraz spacer po samym Guzowie.


Wzmiankowana kaplica sprawia wrażenie niewielkiej, ale z powodzeniem uchodzi za mały kościółek.



Piękna kordegarda przy bramie wjazdowej do parku.

Herb Junosza

Herb... no nie wiem...

I wszystko w temacie



piątek, 2 czerwca 2017

Polska w oparach absurdu (3)

Trwają ekshumacje i widać już, jak na dłoni jak bardzo się różniły wypowiedzi polityków i stan rzeczywisty na rok 2010. Politycy PO dziwują się wielce dlaczego pani Kopacz wzywana jest na przesłuchania, skoro jako polski minister nie była odpowiedzialna za sekcje zwłok. Ja bym się i zgodził, ale z tego co pamiętam najwięcej w TV miała na ten temat do powiedzenia, zapewniając że jest wszystko tak tip top, że bardziej tip top być nie może. Wtedy była kompetentna?
Najlepiej sprawę chyba określa poniższy cytat z WP.

"TAM byliście gośćmi to trzeba było Polakom powiedzieć że jesteście w Smoleńsku w w/w charakterze, herbatę wypiliście, nic nie robiliście i wracacie. Jednak mówiliście coś innego i dziś powinniście ponieść tego konsekwencje."

Boni aż się natomiast popłakał i jak na razie jest to jedyny człowiek, który coś wspomniał o przeprosinach. 

Dzieciaki wystąpiły w sejmie. W sumie szkoda że nie wystąpił z nimi Lech Wałęsa, bo poziom intelektualny mniej więcej podobny, a nawet pewnie u dzieciaków wyższy. Muszę częściej zaglądać na profil, bo lepsze to niż "Ucho Prezesa".

"Proszę nie wmawiać, że dzieci są głupie ,sterowane .Dzieci są mądre i pamięć mają doskonałą .Widza co się dzieje w szkołach jak okłamywana jest historia. Oni będą zasiadać w przyszłości w ławach sejmu. Prawda kiedyś zwycięży. BRAWO ,BRAWO I JESZCZE RAZ BRAWO.!!!!!!!!!!!!!"

"Ten spektakl w sejmie na dzień dziecka jest totalną pomyłką. Dzieci nie mają dojrzałej świadomości i wyrobionych poglądów. Toteż można nimi manipulować. I właśnie do tego dochodzi w naszym sejmie.
[...]
Wstyd – gdzie jest minister edukacji ta krowa?! Edukować a nie manipulować i nakazywać dzieciom robić rzeczy, o których nie mają pojęcia."

 I to wszystko w jednym wpisie. GENIUSZ. A żółta krowa w kropki bordo jadła trawę kręcąc mordą...

Trwa akcja "Matek na Wyrębie", choć ja nazwałbym ją akcją porąbanych matek. Przypomnijmy - od karmienia cycem wśród wyciętych badyli, przechodzimy na poziom wysyłania zdjęć karmiących cyców do papieża Franciszka.  No niechże on coś zrobi z tymi lasami i Szyszką!!!


 

czwartek, 1 czerwca 2017

Opowieści z Dreszczykiem

Uwielbiam  opowieści grozy. Nie to żebym się lubił bać, ale fascynuje mnie wyobraźnia autorów, ich niezwykła wręcz fantazja w tworzeniu różnych nierzeczywistych sytuacji. Zbieram je z natchnieniem i stąd notka - dotycząca dwóch antologii pt. "Opowieści z dreszczykiem". 
Za pierwsze jej wydanie, którego nie mam, antykwariaty życzą sobie niebagatelną kwotę, nawet 300 zł. Późniejsze wydania o tym samym tytule, a było ich kilka, oferują kolejny wybór z antologii, niestety nie dokonano ani razu pełnego dodruku pierwszego wydania. 
Dobór autorów zaskakuje, gdyż nie każdy z nich jest kojarzony z grozą. Zresztą nie wszystkie opowiadania są opowiadaniami grozy w sensie stricte. Mamy tam np. humoreski, jak choćby "Trumniarz" Puszkina. 



tom 1 (1957)
- Aleksander Puszkin: Trumniarz 
- Edgar Allan Poe: Zagłada domu Usherów  (Wybór 1967)
- Charles Dickens: Opowieść o wuju komiwojażera 
- Joseph Sheridan Le Fanu: Zielona herbata (Mroczne Zwierciadło 2016)
- Teodor Dostojewski: Bobok 
- Joseph Conrad: Gospoda "Pod Dwiema Wiedźmami"  (Wybór 1967)
- William Wymark Jacobs: Małpia łapka (Wydanie 1966)
- Robert Smith* Hichens: Miłość i profesor Guldea  (Wybór 1967)
- Edward Lucas White: Lukundu 
- Herbert George Wells: Furtka w murze 
- Edward Frederic Benson: Gdzie nawet ptak nie zaśpiewa 
- Hector Hugh Munro (Saki): Kuna (Wydanie 1966)
- Oliver Onions: Wabiąca Ślicznotka 
- Maurice Renard: Żaba  (Wybór 1967)
- Alfred Edgar Coppard: Adam, Ewa i… co u licha? (Wydanie 1966)
- Guillaume Apollinaire: Zniknięcie Honoriusza Subrac 
- William F. Harvey: Sierpniowy upał 
- Karol Čapek: Ślady 
- Dorothy Leigh Sayers: Bury kot (Wydanie 1966)
- William Faulkner: Kwiaty dla Emilii (Wydanie 1966)
- A.J. Alan: Warkoczyk  (Wybór 1967)
- John Steinbeck: Dziwna afera przy Alei M. (Wydanie 1966)

tom 2 (1960) Noc Druga


- Walter Scott: Opowieść kobziarza 

- William Austin: Peter Rugg, zaginiony  (Wybór 1967)
- Washington Irving: Upiorny narzeczony   (Wybór 1967)
- Edward George Earle Bulwer-Lytton: Duchy i ludzie   (Wybór 1967)
- Nathaniel Hawthorne: Córka Rappacciniego (Wydanie 1966)
- Edgar Allan Poe: Studnia i wahadło (Niemal w każdym zbiorze EAP)
- Charles Collins & Charles Dickens: Proces o morderstwo 
- Wilkie Collins: Przeraźliwe łoże 
- Fitz-James O’Brien: Co to było? 
- Margaret Oliphant: Okno biblioteki 
- Frank R. Stockton: Opowieść o sile ujemnego ciążenia (Wydanie 1966)
- Thomas Hardy: Trzej nieznajomi 
- Ambrose Bierce: Człowiek i wąż (Oczy Pantery) (Wydanie 1966)
- Henry James; Sir Edmund Orme (Wydanie 1966)
- Robert Louis Stevenson: Markheim 
- F. Marion Crawford: Wrzeszcząca czaszka 
- Vernon Lee: Amour dure 
- Joseph Conrad: Il conte 
- Montague Rhodes James: Uroki 
- Edith Wharton: Później (Duchy i ludzie)
- Edward Frederic Benson: O człowieku, który przeholował 
- Hector Hugh Munro (Saki): Otwarte drzwi

Wydanie 1966


1.Alfred Edgar Coppard - Adam, Ewa i... co u licha?

2.Dorothy Leigh Sayers - Bury kot
3.Nathaniel Hawthorne - Córka Rapacciniego
4.Ambrose Bierce - Człowiek i wąż
5.John Steinbeck - Dziwna afera przy Alei M.
6.Hector Hugh Munro - Kuna
7.William Faulkner - Kwiaty dla Emilii
8.William Wymark Jacobs - Małpia łapka
9.Frank Richard Stockton - Opowieść o sile ujemnego ciążenia
10.Henry James - Sir Edmund Orme
11.Edgar Allan Poe - Studnia i wahadło

Upiorny Narzeczony - Wydanie kieszonkowe 1967

1. William Austin: Peter Rugg, zaginiony 

2. Washington Irving: Upiorny narzeczony 
3. Edward George Earle Bulwer-Lytton: Duchy i ludzie 
4. Edgar Allan Poe: Zagłada domu Usherów 
5. Joseph Conrad: Gospoda Pod Dwiema Wiedźmami 
6. Robert Smythe Hichens: Miłość i profesor Guildea 
7. Maurice Renard: Żaba 
8. A.J. Alan: Warkoczyk

Seria zeszytowa

Zawiera opowiadania z wydania z roku 1966, oraz Wydania kieszonkowego

Zeszyt 1


- Henry James: "Sir Edmund Orme";

- Frank R. Stockton: "Opowieść o sile ujemnego ciążenia";
- Ambrose Bierce: "Człowiek i wąż".

Zeszyt 2


- Joseph Conrad: "Gospoda "Pod Dwiema Wiedźmami"";

- Washington Irving: "Upiorny narzeczony";
- Edgar Allan Poe: "Studnia i wahadło".

Zeszyt 3


- Nathaniel Hawthorne: "Córka Rappacciniego";

- Edward George Earle Bulwer-Lytton: "Duchy i ludzie";
- William Wymark Jacobs: "Małpia łapka".