piątek, 16 czerwca 2017

Mapa Cieni

Ponieważ od polityki można się zatchnąć, polecam coś na rozluźnienie. Lubię niszowe wydawnictwa i "powiew grozy". Z wielką przyjemnością przeczytałem Mapę Cieni, nakład to tylko 3000 egzemplarzy, a mam takie które mają jeszcze mniejszy, w przyszłym tygodniu spodziewam się zbioru o nakładzie 250.



Okładka i opis głosi, że będą to reportaże i opowiadania z nawiedzonych miejsc, co już sugeruje zabawę konwencją i tak jest w istocie, choć nie do końca się spodziewałem tego, co dostałem.
Owe reportaże z różnych rzekomo nawiedzonych miejsc same w sobie nie mają dostatecznej siły nośnej, by dźwignąć jakąś dłuższą historie o zwartej fabule. Przeważnie są to typowe "urban legends" (zjawisko istniało u nas już wcześniej, ale przyjął się ten anglojęzyczny termin, odróżniający coś co narodziło się gdzieś pomiędzy faktem, plotką i ludowym folklorem) typu "umarł i straszy". Albo nawet nie umarł i nie straszy. Ale tkwi w nich spory potencjał, dlatego uzupełnione są opowiadaniami, które są inspirowane, albo dopasowane do opisanych uprzednio w reportażach wydarzeń, albo miejsc, będąc jednocześnie niezależnymi fantazjami ich autorów. Czyli mamy mały miszmasz, antologii opowiadań grozy, ze spacerami po różnych ruinach i odrapanych kamienicach, gdzie nawet wrony boją się siadać na dachach. Brakuje w książce zdjęć, o których cały czas czytam, że były robione. A szkoda.
W reportażach zwraca jeszcze uwagę trud, jaki zadali sobie autorzy w przedstawianiu nie tylko relacji z odwiedzanego miejsca, ale też daleko sięgającej wstecz historii. Ta jest moim zboczeniem osobistym i trochę ostatnio zawodowym, zatem przekąsiłem te wyprawy z wyjątkowym smakiem.
W reportażu 'Nawiedzony las w Witkowicach" autorzy zwrócili uwagę na pewną ciekawą rzecz, mianowicie przenikanie na nasz grunt legend z kręgu anglosaskiej popkultury. Nawiązanie do "find footage", kojarzy się w pierwszym rzędzie z 'Blair Witch Project" i nieważne że Deodato i jego wyprawa z kamerą do kanibali w "Cannibal Holocaust" byli pierwsi, a przypadek zaginionej grupki młodzieży kojarzy z przełęczą Diatłowa (również całkiem niedawno odkurzoną na potrzeby filmu).
Totalny odlot to jednak "Nawiedzony dom na Kosocickiej". Od mrocznej historii do opisu „wystroju” wnętrza pustostanu – aż można wyczuć pewną niesamowitość miejsca.
Wyjątkowym sprawozdaniem jest relacja „Nawiedzone Osiedle w Kalinowie”, gdyż opowiada o zupełnie innym rodzaju nawiedzenia niż w reszcie książki – mianowicie nawiedzeniu przygnębiającym brudem, demoralizacją i brakiem perspektyw. Nawiedzeniem całkiem realnym, wkradającym się w życie różnego rodzaju pozostałości po molochach komunistycznych wielkoprzemysłowych mrzonek i zatęchłych prowincji, gdzie diabeł mówi dobranoc. Takim, z którym się zapewne każdy z nas zetknął, bez względu na zamieszkanie.
Szczerze mówiąc, myślałem że Kraków ma większy potencjał, jeśli chodzi o nawiedzone miejsca, a może po prostu autorzy nie chcieli przedstawiać tych zbyt oczywistych historii o Białych Damach. Przedstawili za to nieoczywistą o Czarnej... :). Najbardziej jednak rzuciły mi się w oczy ciągłe porównania i nawiązania odwołujące się do klasyki filmowego lub literackiego horroru, celowe bądź mimowolne. Już sam wstęp przywołuje skojarzenie z "Twilight Zone". Dalej, czytając poszczególne opowiadania towarzyszyło mi nieodłączne wrażenie, że coś takiego lub podobnego już czytałem, lub oglądałem - kojarzą się wątki z Rorka, Harry Angela, Silent Hill i wielu innych. Celowy zabieg stylistyczny, czy mniej lub bardziej świadome czerpanie ze źródeł, w których autorzy, podobnie jak ja, zaczytywali się lub oglądali, zanim sami zaczęli pisać?
Stylistycznie opowiadania są bardzo różne, mamy min. surrealistyczne 'Muzeum Snów" Dawida Kaina, ocierającą się o stylistykę gore "Biel" Łukasza Radeckiego, filozoficzne "IX Mrocznych Obrazów" (Woland malował?) Krzysztofa Bilińskiego, fantasmagoryczne "Pieski z zakurzonymi porcelanowymi oczami" Piotra Roemera, humoreskę "Ratunku, Trup! I inne przypadki" Krzysztofa T. Dąbrowskiego, bazującą w finiszu na "Evil Dead", uwspółcześnioną legendę "Trucizny w żyłach miasta", Marka Grzywacza, troszkę zbyt dosadna inspiracja Barkerowskim "Candymanem" "Najlepszy przyjaciel człowieka" i w końcu „Granice Synestezji”, bodaj jedyną, która czerpieb pełną garścią z tradycji słowiańskiej i literackiej grozy z przełomu XIX i XX w., w końcu zmierzająca prawie w stronę tematu filmów „snuff” „Ładnym Łatwiej” Kaźmierza Kyrcza Jr. i Michała J. Walczaka - jednym słowem, czym chata bogata. Normalnie było mi przyjemnie jak w gościach u starych znajomych, choć kolejne porównanie "jak z powieści Kinga" i wspomniane odniesienia, trochę wybijają z klimatów krakowskich na rzecz kultury anglosaskiej. Dochodzi do nich charakterystyczny dla współczesnych powieści opar dekadencji, zmieszany z wódczanymi wyziewami i strasznym losem ciężarnych młodych matek. Aż takie chwytliwe to motywy, czy raczej fetysze współczesnej literatury grozy?
Poziom opowiadań jest raczej równy, aczkolwiek mam tu kilka faworytów, choć kieruje się przy ich typowaniu swoim gustem, a nie wyróżniam pod względem jakichś nadzwyczajnych wartości, którymi się cechują. Jest to z pewnością "Muzeum Snów", "IX Mrocznych Obrazów", "Trucizna z żyłach miasta" i „Granice Synestezji” - resztę czyta się dobrze i tylko dwie, których tytuły zachowam dla siebie były dla mnie niestrawne.

6 komentarzy:

  1. Piszesz całkiem dobre recenzje i gdyby nie fakt, że tego typu literatura mnie już kompletnie nie pociąga, na pewno bym się skusił.
    Mam namiary na pewien portal, który za recenzje rozdaje książki, ale to portal dla 50 plus :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Takich nawiedzonych miejsc jest wiele, sporo także filmów o takiej tematyce powstało, nawet piosenek, które pamiętam z Kabaretu Starszych Panów,
    ale skoro tyle tego, to może nie jest to jedynie fantazja, a historie niekoniecznie są legendami...

    OdpowiedzUsuń
  3. chyba doszedłem do punktu, od którego horror /ogólnie rozumiany/ przestał mnie kręcić... wracam ostatnio aż do dziadka E.A.Poe...
    zaczynam powoli rozumieć ludzi, którzy nie czają Butcher's Babies, ale staje im przy Alicji Cooper...
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. aha... bo coś przeoczyłem...
      Harry Angel to dla mnie jest superbaja... niesamowite studium schizofrenii... no, i ta scena erotyczna z Murzynką, gdy deszcz krwawi po ścianach... wszelkie hard, soft i quasi pornole mogą sobie iść... gdzieś tam...

      Usuń
    2. He he zdecydowanie bardziej mnie kręci Cooper od Butcher Babies. Od solo Wagnera w "Pass the gun Around" dostawałem autentycznych dreszczy. :D

      Ta scena jest naprawdę odjechana. Zresztą tam atmosfera seksu jest aż gęsta - weź ten taniec voodoo.

      Usuń
    3. powiedzmy sobie szczerze, że w Butcher Babies najbardziej chodzi o "babies"... bo muzycznie to jest takie sobie... ale jakaś jazda jest...
      za to z metalowych panienek to powyżej Great Kat żadna jeszcze nie podskoczyła...
      chociaż...
      Nita Strauss jest super...
      ale ona jest od Alice Coopera...
      no, i kółko się zamknęło...

      Usuń