poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Zen, Jezuici i De Mello

W zasadzie nie będę tłumaczył tu dogłębnie pojęcia Zen jako praktyki, ani Zazen jako medytacji, oprócz tego, że nie chodzi tu o jakieś skomplikowany system filozoficzny, tylko pewnego rodzaju oświecenie, polegające na określeniu siebie i otoczenia, bez stawiania sobie zbyt wyrafinowanych pytań (tak pi razy drzwi, bo Zen nie ma jakieś zamkniętej definicji). Bardziej zainteresowała mnie polemika, czy chrześcijanin może praktykować Zen. 
Okazuje się, że i tak i nie.



Do praktykujących Zen chrześcijan należą niektórzy Jezuici, Zazen jest dla nich formą modlitwy. Anthony de Mello, poprzez którego książki zetknąłem się pośrednio z Zen, również był Jezuitą. Wydane przez niego książki - "Śpiew Ptaka" i "Modlitwa Żaby" to zbiory bajek i przypowieści z różnych kultur, opatrzonych komentarzem autora, które rozważania nad sensem istnienia sprowadzają do podstawowej wartości - wolności. 
Wolność ograniczają przywiązanie do żądz, nawyków, fałszywych przekonań. W książce znajduje się kilka przykładów ślepej wiary jako fałszywego przekonania. Pojęcie dobrej i złej religii.

Człowiek jest sam, zagubiony w tym ogromnym wszechświecie. I jest pełen lęków.
Dobra religia czyni go odważnym.
Kiepska religia potęguje jego lęki.

Pewna matka nie mogła sobie poradzić z synkiem, który zawsze wracał do domu po
zmroku.
Dlatego przestraszyła go: powiedziała mu, że na ścieżce do domu pojawiły się jakieś
duchy wychodzące zaraz po zachodzie słońca.
Odtąd nie musiała mu przypominać, by wracał do domu w porę.
Kiedy jednak chłopiec urósł, tak bał się ciemności i duchów, że nie było sposobu, by
wyszedł z domu wieczorem. Wtedy matka dała mu medalik i przekonała go, że gdy
będzie go nosił, duchy nie będą mu mogły zrobić nic złego.
Teraz już chłopiec wchodzi odważnie w ciemności, mocno ściskając swój medalik.

Kiepska religia daję wiarę w medalik.
Dobra religia pozwala wiedzieć, że takich duchów nie ma.

Filozofia "Śpiewu Ptaka" określa w pewnym sensie moje przekonania. Przykład natomiast magicznego wpływu medalika powoduje, że Zen nie wszystkim się podoba. Pod adresem Jezuitów padają oskarżenia o rozmycie doktryny przez wprowadzanie do niej elementów wywodzących się z buddyzmu. Istotnie, z książek de Mello płynie dość spora swoboda w interpretacji tego czym w zasadzie powinna być wiara. 

Do akacji wkraczają również demonolodzy, m.in Ojciec prof. Aleksander Posacki:

 "W zenie charakterystyczne jest doświadczenia pustki. Jest to tzw. „medytacja bezprzedmiotowa”, jest ona pozbawiona zarówno rozumowania, jak i treści Bożego Objawienia, czyli dogmatycznej wiary, więc nie można jej równać z medytacją prowadzącą do zjednoczenia z Bogiem, jak to jest w chrześcijańskiej medytacji. Doświadczenie pustki, jakie występuje w zenie, może być formą mediumizmu otwierającego na opętanie diabelskie."

Posacki nawet na moje rozumowanie popełnia według mnie błąd już na początku. Celem Zen nie jest doświadczenie pustki, tylko rzeczywistości. Jeżeli ktoś wierzy, nie da się wyrzucić wiary z jego rzeczywistości. Potem nawiązuje do buddyjskiej demonologii, okultyzmu, choć te rzeczy w zasadzie nie mają żadnego odniesienia do Zen, chyba że symboliczne.

Ojciec Posacki pyta dalej.
Czy można porównywać Buddę z Chrystusem? Czy można zestawić oświecenie z uświęceniem? Czy zen może być chrześcijański? Czy jego przeniesienie na grunt katolicyzmu nie zmienia istoty wiary?

Pytanie czy Budda może być odpowiednikiem Chrystusa, albo czy jeden może drugiego zastąpić jest również błędne. Jeżeli bowiem zastosujemy w praktyce nauki Chrystusa, odwołujemy się w jakiś sposób do nauk Buddy, nawet nie wiedząc o jego istnieniu. 

Pewien uczony człowiek poszedł do Buddy i rzekł:
- Sprawy, o których nauczałeś, panie, nie znajdują się w świętych Pismach.
- W takim razie, ty je tam umieść - odparł Budda.
Po chwili zakłopotania człowiek mówił dalej:
- Czy pozwolisz zauważyć panie, że pewne sprawy, których obecnie nauczasz są
wręcz sprzeczne ze świętymi Pismami?
- W takim razie popraw Pisma - odpowiedział Budda.

W ONZ przedłożono propozycję poprawienia wszystkich pism religii świata.
Wszystko, co mogłoby w nich prowadzić do nietolerancji, okrucieństwa czy
fanatyzmu, miałoby być wykreślone.
Cokolwiek byłoby przeciwne godności lub dobrobytowi człowieka, miałoby zostać
opuszczone. Kiedy odkryto, że autorem propozycji był sam Jezus Chrystus,
dziennikarze oblegali jego rezydencję szukając pełniejszego wyjaśnienia.
Okazało się ono bardzo proste i krótkie: "Pisma, podobnie jak szabat, są dla
człowieka - stwierdził Jezus - a nie człowiek dla Pism".

Tu pojawia się znów miejsce na moje przemyślenia o uniwersalności doktryn wiary. Odkrycie niezależnie moralności, wykształcenie empatii i współczucia. Ale to temat do zupełnie innych rozważań.

Jak ktoś ma ochotę przyjrzeć się tematowi:
Zen a Poszukiwania duchowe
Jezuici promują łączenie Zen z chrześcijaństwem


19 komentarzy:

  1. Swego czasu zaczytywałem się de Mello i jemu podobnego Osho. Ten drugi cieszył się nawet większą popularnością, choć jak Jezus, sam nie napisał ani jednej książki. Po lekturze kilku książek, sygnowanych przez obu autorów, doszedłem do wniosku, że są tak samo niekonsekwentne w treści jak Pismo Święte, tzn. pełno w nich sprzeczności i kontrowersji.

    Mój sprzeciw budzi Twoje stwierdzenie o „uniwersalności doktryn wiary”. Można mówić o uniwersalności zasad moralnych (etycznych), które religie wykorzystują, na co dowodem jest mnogość i pewne podobieństwo różnorakich religii, nie tylko chrześcijańskich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta niekonsekwencja wynika z braku czegoś takiego jak ogólnie przyjęta i spójna prawda. Na tym polega Zen - to Ty masz z nich wysnuć swoją rzeczywistość, a nie one ci ją narzucić.

      Tak, zgadza się chyba tak właśnie powinno być jak mówisz, żeby było to bardziej przejrzyste, choć w zarysach istnieje podobieństwo też i w doktrynach, nie mniej jednak myślałem najpierw o takim ujęciu, jak zauwżyłeś.

      Usuń
    2. Tak, niemal się zgodzę z tym, co piszesz na temat Zen, i pewnie dlatego filozofia wschodu jest tak mocno krytykowana przez katolicyzm. To „niemal” wynika stąd, że i tak ta filozofia (religia) podsuwa nam pewne „swoje” insynuacje, wskazówki, którymi masz się kierować, aby tę rzeczywistość zrozumieć. Jedyny plus takiego postrzegania, to zezwolenie na indywidualność tego zrozumienia. Pytanie: czy osobiste pojmowanie rzeczywistości potrzebuje aż takiej filozofii?

      Usuń
    3. mam taką hipotezę, że katolicyzm krytykuje pewne myśli "Dalekiego Wschodu", gdyż osłabiają one ramki, "karby" w które katolicyzm chce ludzkie umysły wsadzić... pominę już kwestię, że wielu katolickich doktrynerów pojęcia nie ma, o co w tym wszystkim chodzi, bo nie zawsze tak jest, wielu świetnie wie, o co chodzi...

      Usuń
    4. Katolicyzm kieruje się ścisłą doktryną. Stąd schizmy i rozłamy.

      Usuń
  2. Bardzo ciekawe zagadnienie poruszyłeś.

    "...ślepej wiary jako fałszywego przekonania..." Bardzo często o tym mówię.
    Ogólnie Zen interesuje mnie. Mogę Ci polecić książkę Huang Po "Przekaz Umysłu".

    Z tego co mnie wiadomo, Zen to świadomość, że wszyscy i wszystko jest jednością. Na pewno nie chodzi o uczucie pustki.

    Poczytam te strony co polecasz.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dlatego unikam wszelkiego prania mózgu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zen to nie jest pranie mózgu... to znaczy w pewnym sensie może tak, bo mózg jest potem czystszy, ale rozumiejąc "pranie mózgu" w popularnym, pejoratywnym sensie, to zen jest świetnym patentem, by temu "praniu" nie ulec...
      no, ale faktycznie różnie czasem bywa... czasem można zbłądzić i zamiast oświecenia doznać nawiedzenia... są ludzie, którym praktyki zen bym nie polecał...
      p.jzns :)...

      Usuń
    2. No widzisz, a ja nie chcę być nawiedzona...bo żeby oczyścić trzeba najpierw pogrzebać ;-)

      Usuń
  4. oczywiście, że można praktykować zen bez względu na wyznawaną religię lub jej brak... aczkolwiek jednak coś trzeba wyjaśnić... co prawda zen powstał na gruncie buddyjskim /akurat bez znaczenia jest, czy słowo "buddyzm" rozumiemy jak naukę, filozofię, czy religię (ta ostatnia jest czymś wtórnym, efektem ubocznym)/, to sam zen nie jest ani nauką, ani filozofią, a na pewno już nie jest religią... owszem, praktyce zen towarzyszy pewna "otoczka" buddyjska, tak raczej z rozpędu i niektórzy praktykujący zen są też buddystami /w sensie religijnym/, ale tak naprawdę nie jest ona konieczna... co prawda niektórzy uważają, że zen "religijny" to jego najlepsza forma, ale tu nie ma żadnych dogmatów, ja na przykład uważam przeciwnie...
    o co tak naprawdę chodzi w praktyce zen?... na to pytanie nie ma pełnej, wyczerpującej odpowiedzi, ale dobra jest na przykład taka, że chodzi o wyciszenie, pozbycie się nadmiaru myślenia DYSKURSYWNEGO, który to nadmiar jest przyczyną mnóstwa ludzkich problemów... może to zrobić każdy i absolutnie nie koliduje to z jego religią, jeśli jakąś wyznaje...
    pewne opowiastki zen często dzieją się w świecie "buddyjskim": jakiś klasztor, jacyś mnisi, jakieś coś tam w tym guście... można to uznać za wynik pewnej tradycji, ale można je równie dobrze tak przeredagować, by tego świata tam nie było... to jest akurat bardzo dobra koncepcja, bo wielu ludzi ten buddyjski świat odrzuca, jako niezrozumiały...
    kwestia "doświadczenia Pustki"... długo by o tym gadać, ale ta Pustka de facto wcale nie jest taka pusta :)...
    ...
    na koniec kwestia moralności... akurat zen jako taki wcale się tym nie zajmuje buddyzm /w rozumieniu: nauka/, co prawda nie powinienem tego rozwijać, bo post jest o zen, a nie o buddyzmie, ale skoro jestem w sztosie do pisania, to dwa słowa mruknę... otóż według buddyzmu człowiek na naprawdę wysokim poziomie /"high class minded"/ żadnej moralności nie potrzebuje, bo zawsze funkcjonuje właściwie... ale zanim do tego się dojdzie, to po drodze przydaje się pewna podpórka i tu buddyzm ma propozycję w postaci "Pięciu Wskazań", najprostszy poradnik, jak się poruszać wśród innych ludzi, by nie tworzyć zbędnych problemów, "Dekalog" przy nim może się schować... ten króciutki "regulamin reguł gry" nie został dany przez żadną bozię, stworzyli go ludzie na bazie wieków doświadczeń... ma on wiele wersji, dla mądrzejszych bardziej elastyczne, dla idiotów sztywniejsze...
    ...
    natomiast wracając do tematu, to wiem, iż swojego czasu /nie wiem jak teraz/ w Tyńcu mnisi chrześcijańscy praktykowali zen i z ich "chrześcijańskością" ponoć wcale to nie kolidowało...
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. p.s. kiedyś, jakieś tam spore kiedyś, poszedłem na spotkanie publiczne z mistrzem Kaisenem /wyjaśnię, że jest on także mnichem buddyjskim/.... było trochę gadania, trochę wspólnego zazen, przyszła pora na pytanie i odpowiedzi...
      koleś siedzący obok mnie wyskoczył z pytaniem: "Co się dzieje z człowiekiem po śmierci?"... Kaisen wzruszył ramionami, stuknął kijem /taki atrybut mistrzów zen/ o podłogę i odparł: "Nic. Trumna"... ptyś obok mnie zbaraniał... spojrzał na mnie bezradnie ze słowami: "No, ale kurwa, nie rozumiem"... zlitowałem się i odparłem: "Bo widzisz, to nie jest wykład na temat religii buddyzm, tylko wykład na temat zen"... czy pojął?... nie wiem...

      Usuń
    2. */errata... ma być "...tym nie zajmuje, tylko buddyzm..."...

      Usuń
    3. Trudno mi się do wszystkiego ustosunkować, ale tak w skrócie:
      Po pierwsze to zgadzam się z treścią, po części sam nie bardzo w skrócie umiałbym ubrać Zen w słowa. Zapewne dla niektórych wyciszenie jest formą modlitwy, albo stanem w którym wydaje im się, że modlitwa jest pełniejsza, lepsza, różne rzeczy bardziej zrozumiałe i prostsze.
      Innymi słowy, pustka nie pozostaje pustką.

      Nie chciałem też wyprowadzać z Zen żadnego systemu religijnego, ale jak się czyta tego ojczula Posackiego, to jakoś dyskurs zszedł na Buddę itd.

      Usuń
    4. "Nie można oderwać „praktyki zen” od kontekstu religijno-filozoficznego"
      to znalazłem w pierwszym linkowanym tekście.... mnie się akurat udało... może niekoniecznie oderwać od kontekstu filozoficznego, ale od religijnego na pewno...
      na czym polega cała sprawa?... na słowie "buddyzm", który jest homonimem... oznacza ono pewną filozofię, a raczej naukę, jakąś gałąź psychologii... ale oznacza też religię, która w różnych mutacjach powstała później, zaś jak wynika z dawnych przekazów, sam Buddha bardzo tego nie chciał... poruszał się jednak w pewnych religijnych realiach Indii i używał języka opartego na pojęciowości takich, czy innych słuchaczy... tu trzeba zaznaczyć, że buddyzm /religia/ w Indiach prawie wcale nie jest wyznawany... wsiąkł w całą mozaikę miejscowych kultów zwanych zbiorczo "hinduizmem", a Buddha został dołączony do ich panteonów...
      czyli kwestię religii mamy z głowy... ale związek zen i buddyzmu rozumianego jako filozofia, czy nauka jest i tu do końca nie wiadomo, gdzie kończy się jedno i zaczyna drugie... esencję zen obrazuje znana opowieść o jego powstaniu... być może ją znasz, ale przytoczę dla nie znających /tak trochę współczesnym językiem/:
      Zebrało się nieco ludzi, bo poszła wieść, że przyjdzie jakiś mądrala, by mówić jakieś bardzo mądre rzeczy. No, i przyszedł Buddha, usiadł i cisza. Nagle wyjął zza pazuchy kwiatek i pokazał ludziom. Wszyscy zbaranieli poza jednym kolesiem, który się uśmiechnął. Na co Buddha mu rzekł:
      - Ty załapałeś, o co chodzi.
      po prostu, zen jest poza słowami, choć czasem używa słów... zacytuję pewnego mądralę zen:
      "Ludzie są chorzy na chorobę słów, więc używam słów, by ich leczyć, ale zen samymi słowami wyjaśnić się nie da"
      a po mojemu, to ująłbym to tak:
      "Zen jest prosty, jak przysłowie "pierdolenie". Ale samym gadaniem się tego nie wyjaśni i nikt od samego gadania tego nie pojmie"

      Usuń
    5. p.s. "modlitwa" nie jest pojęciem jednoznacznym... to może być zabieg magiczny, by coś od jakiejś urojonej bozi uzyskać... w religiach abrahamicznych dopuszczalna jest tylko prośba, zaś jakieś formy groźby lub transakcje są be, ale to już jest osobna bajka... modlitwa może być też techniką "zrobienia czegoś" ze swoim umysłem, ot, takie ćwiczenie, sposób na uzyskanie "świętego spokoju"... tak do tego podchodzi zen i nazywa się to mantra, jednak jest to pewien zabieg wstępny... potem mamy coś takiego jak "koan", a za praktykę z najwyższej półki uważane jest "shikan taza", czyli po prostu nieingerencyjne postrzeganie rzeczywistości, do której rzecz jasna należy też cała fura śmieci tworzonych umysłem... kwestia, co robimy wtedy ciałem to już są technikalia wynikające ze statystycznych doświadczeń...
      jednak kwestiami modlitwy zen już się nie zajmuje, ogranicza się do enigmatycznego zalecenia, a raczej propozycji, by podczas modlitwy po prostu się modlić...

      Usuń
    6. */ma być: "zbyt detalicznymi kwestiami"...

      Usuń
    7. Widzę poziom "ekspert". No cóż ja mogę... tylko podziękować za tak obszerny komentarz. :)

      Usuń
    8. dziękować :)... jednak ja to postrzegam nieco inaczej, bo jakiejś powalającej wiedzy teoretycznej nie posiadam, większość pism na ten temat, zwłaszcza klasycznych, jest dla mnie słabo strawna... zaś co do praktyki, najlepiej jest żyć w iluzji bycia wciąż na początku drogi... to bynajmniej nie chodzi o żadną skromność, tak po prostu jest (dla mnie) zdrowiej...

      Usuń
    9. mam chwilę czasu, to jeszcze na koniec coś dorzucę na temat "Buddha i Jezus"... myślę, że porównywanie, jakiekolwiek konfrontowanie tych postaci nie ma sensu... to już nawet nie chodzi o to, że obaj funkcjonowali w innych "przestrzeniach", kontekstach, etc... oni po prostu nauczali różnych rzeczy... owszem, można się doszukać i dopatrzeć jakichś wspólnych punktów, jakby nie było Jezus funkcjonuje w jednej z odmian japońskiego buddyzmu pod imieniem "Izu" w charakterze bodhisattwy, ale dla mnie taka intelektualna dłubanina nie wydaje się zbyt ciekawa... w każdym razie zen to już nie jest..

      Usuń