poniedziałek, 22 maja 2017

Intensywny weekend.

Pół soboty dopinaliśmy naszą prezentację na Noc Muzeów. Miało się to nazywać "Sochaczew w wojennym obiektywie", staraliśmy się zawrzeć cały przekrój tego co się działo w naszym mieście w latach 1939 - 45 i chyba nam się udało, niestety w poniedziałek wywalił się portal i nie ma jak napisać sprawozdania.
Dysponujący facebookiem, mogą prezentację obejrzeć tutaj.
Do muzeum udaliśmy się z Tomkiem, z którym stanowię ekipę StaregoSochaczewa i zgarnęliśmy  rodzinę oraz znajomych. 
A było super - muzeum wypełniło się jak zwykle żołnierzami w mundurach z czasów drugiej wojny, żołnierze prezentowali używaną wówczas broń, a głodni nie tylko wrażeń mogli najeść się żołnierskiej grochówki z kotła. Grupy rekonstrukcyjne dzieliły dziedziniec z ptakami drapieżnymi, sowami i sokołami, do których garnęła się dziatwa. Każdy chciał pogłaskać sowę...





Małas z sową. Głaskał ją i stwierdził, że ma bardzo puchate miękkie piórka.
W panelu wykładów oprócz naszej prezentacji odbyły się też inne prelekcje.
Bardzo podobał mi się wykład Mariusza Samborskiego o Statucie Sochaczewskim - jednej z najstarszych ustaw prawnych, jakie ustanowiono na Mazowszu. 
O młodych dziewczętach z organizacji antykomunistycznych więzionych w Bojanowie mówiła Agnieszka Sławińska, autorka książki "Więźniarki polityczne z Bojanowa. Łagier dla dziewcząt w latach 1952-1956", którą można w muzeum było nabyć. 

Wzięliśmy jeszcze udział w konkursie "gdzie jest samolot", ale nie udało nam się wygrać samolociku z klocków Cobi. Około godziny 21, wobec panującego chłodu, który dotknął nasze pociechy, wycofaliśmy się do domów.

A w niedzielę... pojechałem z kolegą na upragnioną wyprawę rowerową. Tym razem trasa nasza, zamykające się na dystansie 57 kilometrów wiodła przez Guzów, gdzie znajduje się perła wśród mazowieckich pałaców - pałac Sobańskich, aż po Humin, przez cały czas jadąc śladem pierwszej wielkiej wojny, która dotknęła Europę. Napiszę o tym niebawem.

piątek, 19 maja 2017

Kultura Gwałtu

Temat ciężki jak obuch. Nie lubię pisać o gwałtach, gdyż jest to jedna według mnie z najohydniejszych zbrodni, stanowczo karana zbyt pobłażliwie przez polskie sądy. Chyba żaden przestępca - bo jestem w stanie sobie jakoś wytłumaczyć postępowanie złodzieja, a nieraz nawet zabójcy, nie budzi we mnie takiego obrzydzenia jak gwałciciel, którego w żadnych okolicznościach nie tłumaczy nic.

Niektórzy lansują hipotezę, że przemoc seksualna jest powszechna w społeczeństwie, a pewne normy i stereotypy ją usprawiedliwiają. Że przenosi się wręcz odpowiedzialność ze sprawców na ofiary, a jednym z najczęstszym argumentów jest słynne "sama się prosiła".  Jednym słowem - że żyjemy w kulturze gwałtu. Kulturze, czyli jak rozumiem w tym wypadku, zespole przyjętych norm i zachowań, co znaczyłoby, że społeczeństwo popiera gwałty w ogólności, a nie w jakimś wąskim patologicznym przedziale. Czy tak naprawdę jest?  Jak zwykle kij ma dwa końce. 

Zwolennicy teorii kultury gwałtu - twierdzą że „Gwałt zawsze był częścią kultury człowieka. Antyczne mity zawierały opowieści o gwałtach; starożytne społeczeństwa uważały gwałt za zbrodnię, którą karały ich kodeksy; nawet w Biblii są historie gwałtów"*... Prawdę mówiąc, jeżeli wstawimy w to miejsce jakiekolwiek przestępstwo od mordu do kradzieży, będzie pasowało jak ulał, choć nie mówi się wcale w ich wypadku o jakimś przyzwoleniu. Natomiast odnosząc się do wielowiekowej kultury - można zauważyć, że rola kobiety na przestrzeni dziejów była podrzędna wobec mężczyzny. Jako jednostka uprzywilejowana i fizycznie silniejsza, miał on możliwości do dominowania i to być może pokutuje w niektórych samcach do dziś. Pomimo tego - gwałt był karany, choć wymiar tej kary zależał od statusu społecznego ofiary i gwałciciela. Często były to kary śmieszne, jeżeli ofiara podochodziła z gminu - domagano się na ogół rekompensaty  pieniężnej (panowie szlachta zabawiać się lubili ze służkami, nie robiąc sobie wiele ich oporu, a nawet z obecności małżonki). Najstarsze polskie statuty przewidujące karę za gwałcenie pochodzą z "Księgi Elbląskiej":
Art. 17
1. Jeśli ktoś zniewoli dziewczynę [z rycerskiego stanu] albo uprowadzi ją wbrew jej woli, za to płaci karę 50 grzywien sędziemu a szlachciance [tyle] ile sędzia przyzna za jej pohańbienie.
2. Tak samo postępuje sąd także w tym wypadku gdy ktoś dopuści sie gwałtu na zamężnej [szlachciance] albo [ją] wbrew jej woli uprowadzi.
4. Gdy jakaś dziewczyna [wiejska] albo żona chłopa idzie na jagody albo na jabłka, albo po inne rzeczy do lasu albo na pole a zostanie tam zniewolona, za to płaci się kary 6 grzywien.
6. Jeśli czyjaś córka idzie na pole albo do lasu na jabłka, albo po inne rzeczy a zostanie ona zniewolona, za to płaci się karę trzysta ponieważ nie pozwolono, by ona tak [samotnie] poszła /w tłumaczeniu z 1997 r. ponieważ nie powinna tak sama chodzić/
 Były też kary o wiele surowsze, brutalnym gwałcicielom ścinano głowę, na gardle mógł się skończyć "rapt" na szlachciance. Najbardziej obawiano się kar kościelnych, z ekskomuniką włącznie (jakby to dziś śmiesznie nie brzmiało - kiedyś wyklętym nie było do śmiechu, gdyż byle chłop mógł ich bezkarnie uśmiercić). Co jednak wynika z tych retrospekcji? Że gwałt był zawsze penalizowany, co przeczy tezie, że w kulturze miało miejsce jakieś nań przyzwolenie. 
Tu pojawia się kolejne słówko - społeczne przyzwolenie. Zdefiniował bym je jako brak reakcji i tu problem jest bardzo złożony. Zauważmy po pierwsze, że brak reakcji nie pojawia się tylko w sytuacji gwałtu, ale też bijatyki, zaobserwowanej kradzieży, albo przemocy rodzinnej, co otwiera szeroki wachlarz "społecznych przyzwoleń" prawie na wszystko.  
Jak zwykle temat podchwyciły feministki, wykorzystując go do idiologicznej batalii - przyzwolenie według nich wynika mianowicie z archetypu patriarchalnego modelu społeczeństwa i kultywowania pewnych tradycji. Wygląda to tak, jakby gwałt nie następował w wyniku deprawacji jednostek, tylko jakiejś szerzej nie zdefiniowanej akceptacji. Ponieważ taki absurd trudno jest przepchnąć bez popijania, dopina się do niego jakieś karkołomne teorie pomocnicze. Jaśnie oświecona prof. Środa pisze na przykład:

"Opowiadanie sprośnych dowcipów jest obrzydliwe, kobiety czują się wtedy represjonowane..."

A jak kobieta opowiada, to co?

Feministka Anna Dudek pisze z kolei:

 "Zwróćcie uwagę na schemat, jaki pojawia się w większości komedii romantycznych. Mamy tam coś, co można nazwać „pogonią za ukochaną”, a w moim odczuciu jest zwykłym prześladowaniem..."

Mam rozumieć, że inicjatywa powinna być po stronie kobiet. Chyba do dziś byłbym kawalerem...

Skoro takie osoby o takim pojęciu słowa "prześladowanie" i "represjonowanie" układają ankiety, to nic dziwnego, że wychodzi im z nich, że ponad 50% kobiet jest napastowana w mniej lub bardziej agresywny sposób.
Dochodzimy też do tematu ponownej wiktymizacji ofiar gwałtu i z pewnością ma na nią wpływ "prowadzenie się" i reputacja ofiary. Jak echo brzmią tu słowa wspomnianej XIII wiecznej "Księgi Elbląskiej", "chadzała tam, gdzie nie powinna sama" . Nagle prewencyjne pouczanie kogoś, żeby uważał i nie kusił losu w dobie tabletek gwałtu i innych otumaniających używek, stało się jakimś "faux pas", rozwścieczającym różne środowiska, którym marzy się, by at hoc wynaleziono jakiś złoty środek, który sprawi, że gwałty i gwałciciele znikną jak kamfora. 
Na zakończenie króciutko o tym jak się ma do tego casus egipski.
Stosunek religijny wobec niewiernych w krajach muzułmańskich określa się dość jasno. Gwałt nie istnieje w społeczeństwie, gdzie kobieta jest podporządkowana mężczyźnie. Musi ona chodzić okutana od stóp do głów w szatę, wtedy dopiero, odcięta od zewnętrznego świata nie budzi pożądania - a i tak tylko dlatego, że należy do innego mężczyzny i atak na nią to pogwałcenie jego prawa do niej, a nie jej osobiście. 
Kobiety Zachodu pojawiające się w tym świecie same z odsłoniętą twarzą i ciałem są "łupem", czymś rzadkim i niespotykanym, małmazją, ekskluzywnym towarem który się bierze. Zdanie zgwałconej kobiety, jeżeli nie idzie ono za głosem mężczyzny nie znaczy nic, (zeszłoroczny casus Holenderki skazanej na areszt za cudzołóstwo w Katarze po zgłoszeniu gwałtu na policji) dlatego faktycznie w tym wypadku można mówić o kulturze gwałtu, choć przecież dopuszczonego w określonych przypadkach. Nie chcę tu mnożyć opowiadań znajomych z wymarzonych wakacji w Tunezji, czy Egipcie, gdzie nawet nieletnie dzieci są taksowane wzrokiem szacującym ich wartość w wielbłądach czy kozach... Dla turystów tworzy się enklawy w czterogwiazdkowych hotelach, bo turyści to kasa, ale i tak zdarzają się takie wypadki, jak opisywany do usranego przypadek M.Ż.

* Na "Encyklopedię gwałtu powołuje się Anna Dudek w notce "W Polsce nie ma kultury gwałtu? Bzdura. Jest i niestety ma się dobrze"

czwartek, 18 maja 2017

Minikronika - niestety smutna

Zmarł Chris Cornell. Był wielką osobowością sceny muzycznej, wokalistą obdarzonym niezwykłą barwą głosu. Miał 52 lata, czyli zmarł za wcześnie. 
Dla wielu jako założyciel zespołu "Soundgarden" kojarzony był z tzw. wielką czwórką z Seattle, czyli zespołami, które utworzyły podwaliny pod subgatunek muzyki rockowej zwany "grungem" (Nirvana, Soundgarden, Pearl Jam i Alice in Chains).  Nad zespołami zawisło jakieś fatum najwyraźniej, bo z wokalistów wielkiej czwórki żyje obecnie już tylko jeden - Eddie Vedder z Pearl Jam. 
Ja generalnie nie przepadałem za "grungem", choć powstało w tym nurcie parę naprawdę dobrych płyt i kultowych już piosenek. Natomiast jestem fanem późniejszej, różnorodnej twórczości muzyka. Naprawdę wielka strata.
 

Zupełnie nie wiem, czemu od ponad tygodnia media uparły się na epatowanie inną śmiercią - młodej kobiety w Egipcie. Mierżą mnie spekulacje pismaków, podczas gdy sprawę najlepiej skomentował Jerzy Dziewulski i ks Jerzy Zieliński:

Kobieta lecąc samotnie do Egiptu musi być świadoma tego, że w oczach miejscowych mężczyzn będzie wyglądała prowokująco już samym brakiem mężczyzny u swojego boku. Miejscowi będą patrzyli na nią jak na zdobycz.
(Jerzy Dziewulski) 

 "Nie osądzając tej kobiety, która tam pojechała, to przed wakacjami – naprawdę znam też trochę kraje arabskie, znam kraje muzułmańskie – kochane panie jeżeli nas oglądacie: wyjazd samotnej kobiety na wczasy, do kraju arabskiego, to jest proszenie się o nieszczęście."
(ks. Jerzy Zieliński) 

 Słowa księdza wywołały nieprzychylne komentarze, co świadczy że ludzie nadal nie mają pojęcia o mentalności ludów muzułmańskich. 

wtorek, 16 maja 2017

Majowa przyroda

Uciekam od ciężkich tematów. Ponieważ mamy maj, co się tłumaczy umajonymi łąkami, młodziutka i świeżo rozkwitłą przyrodą, tradycyjnie zaczynam wiosnę od zdjęć. Od dwóch dni mamy wspaniałą pogodę, więc poruszam się rowerem, ale frustruje mnie brak mojego aparatu.

Garść zdjęć, które wykonałem pewnej wiosny, niestety aparat którym je robiłem jest już od kilku lat na zasłużonej emeryturze. Pomimo braku jakiejś zniewalającej liczby pikseli, zdjęcia makro robił bez zarzutu, nigdy później nie udało mi się powtórzyć takiej ostrości przy takich zbliżeniach na całej niemal płaszczyźnie zdjęcia.
Ale może niedługo wzbogacę się o nowy sprzęt...









poniedziałek, 15 maja 2017

Ateistyczne mity

Taką wesołą dość książeczkę, p.t. "50 mitów o ateizmie" polecił mi Asmodeusz (znaczy nie podszepnął mi jej diabeł, tylko blogowy kolega). Pozycja ma około 500 stron, więc jeszcze jej nie przeczytałem, zresztą owa mitologia w niektórych miejscach jest dla mnie nieco zbyt wydumana, więc sięgnąłem do kilku rozdziałów, które nawiązywały do poruszanych przeze mnie tematów, na czele z pierwszym mitem z którym rozprawiają się autorzy, czyli twierdzeniem, że "Ateizm to nowy rodzaj religii". 
Będzie to na ten moment ostatnia notka o ateizmie, bo ileż można...
Na początku sprawdziłem kim są autorzy i szczerze mówiąc zdziwił mnie ten tandem. Profesor etyki na wydziale filozofii z uniwersytetu w Queens, Udo Schüklenk i ... pisarz horrorów oraz sf Russell Blackford. Książkę być może dzięki temu właśnie czyta się tak szybko i łatwo. Oczywiście tylko pro forma dodam, że panowie są ateistami.
Książka jest gruba, ale może dlatego, że wiele z przedstawionych mitów nie ma większego sensu. Od choćby taki - "Ateiści nie mają poczucia humoru". Jak pragnę zdrowia, pierwsze słyszę! 
Spierają się z biografami Adolfa w rozdziale "Hitler był ateistą", że autor słów: "Wiarę w Boga należy porzucić, tak jak mleczne zęby". jest... katolikiem (sic!). Za kontrargument podają twierdzenie, że Hitler uważał się za wybrańca opatrzności, w związku z tym musiała to być wg autorów definicyjna opatrzność boska. A może jednak przeznaczenie będące wynikiem innych sił niż boskie, choćby takich, które były podstawą nazizmu - czyli predestynacji narodu germańskiego do wyższych celów? 
No ale przejdźmy do tej religii. Oczywiście podstawowym pojęciem tutaj jest jej definicja i tu już pojawia się problem, bo jak się okazuje jest ich wiele. Autorzy przyjęli wersję Charlesa Taylora z której wynikałoby, że:

"...każda religia zwykle zawiera w sobie jakąś wizję zaświatowego porządku i jego odniesień do ludzkiego życia, obraz wyższego dobra (ostatecznego celu) przekraczającego to, co ważne na tym świecie, możliwość duchowej przemiany (odpowiednik chrześcijańskiej idei zbawienia), i wreszcie istnienie jakiejś transcendentnej potęgi (potęg), na kształt boga w religiach Abrahamowych.”.

I odpowiadają natychmiast:

Ateizm nie spełnia żadnego z tych kryteriów. Nie jest ani spójnym integralnym światopoglądem, ani stylem życia, ani zestawem rytuałów i zachowań. Jak wyjaśnialiśmy we Wprowadzeniu, ateizm to tylko świadomy brak wiary w boga (bogów) lub (aż) świadome przekonanie, że żaden bóg (bogowie) nie istnieją.

Panowie słyszeli o Dawkinsie i "nowym ateizmie", bo wielokrotnie w tekście się na niego powołują, a skoro tak, to istnienie wspólnego światopoglądu dla grupy zwolenników jego teorii pominęli tu z premedytacją.  
Sami tez przyznają, że tak rozumiana religia pasuje im do religii "Abrahamowych", więc z podobną premedytacją pomijają buddyzm, czy konfucjonizm. Nie ma tam założenia istnienia żadnej transcendentnej potęgi.
Tak niejako na marginesie przyszły mi do głowy pojęcie świeckie religie. Taka konstrukcja krąży wokół przekonania, że negując system wartości oparty na Bogu, trzeba go zastąpić jakimś innym. I tu znalazłem pewien artykuł pt. "Konsumpcjonizm - nowa świecka religia": 

"Elementami, na których zasadza się każdy kult są bóstwa, kapłani, świątynie, modlitwa, święta i rytuały oraz wyznawcy.
 W konsumpcjonizmie rolę pierwszych z wymienionych spełniają przede wszystkim wielkie marki zaopatrujące rynek w gadżety, akcesoria, odzież, kosmetyki, samochody, a nawet używki i produkty żywnościowe oraz wybrane usługi, które są traktowane jako fetysze.
 Funkcję przypowieści biblijnych spełniają kampanie reklamowe i spoty zbudowane na narracjach osnutych wokół legendy atrakcyjnego i szczęśliwego użytkownika oferowanego produktu, intensyfikujące siłę oddziaływania efektu Diora, stale poszerzającego rzeszę wyznawców-konsumentów.
 Na kapłanów konsumpcjonizm wyświęca celebrytów i sezonowych idoli, których zadaniem jest wywiązywanie się z obowiązków trendsettera. W nich prof. L. Kołakowski dostrzegał obiekty współczesnego bałwochwalstwa, a usiłując dociec przyczyn istnienia  inwariantu ludzkiej potrzeby produkcji karykaturalnych imitacji religijnego kultu, wskazywał na emocjonalnie warunkowane poczucie tożsamości."

Karykaturalna imitacja religijnego kultu... Kontynuując  ten wątek nawiązałbym do Jacka Sieradzana, który w "Szaleństwie w religiach świata", podejmuje temat tzw. klaunów którzy nie imitują, a parodiują obrzęd religijny i postać kapłana.  

Zostało jeszcze owo zjawisko życia pozagrobowego i tu nieoczekiwanie autorzy książki sami sobie strzelają w stopę w rozdziale p.t. "Ateiści nie wierzą w nic":

"Tyle że jak już mówiliśmy, ateiści są bardzo różni. Są wśród nich i tacy, którzy wierzą w rozmaite nadnaturalne — a przynajmniej niewyjaśnialne w kategoriach naukowych — zjawiska. Sami spotykaliśmy wśród ateistów ludzi wierzących w duchy albo poważnie traktujących astrologię. Teoretycznie rzecz biorąc, to w zasadzie zupełnie możliwe. W końcu ateizm to (z definicji) niewiara w boga — jedynego boga religii monoteistycznych — i bogów, czyli wszystkie byty i/lub istoty obdarzone boskimi atrybutami."

 Wynikałoby, że ateiści mogą wierzyć w różne rzeczy, pod warunkiem, że nie jest to Bóg. 
Podsumowując, daleki jestem od twierdzenia, że wszyscy ateiści pragną stworzenie dla siebie jakiegoś zamiennika religii. Nie mniej jednak, jak wynika z obserwacji nie tylko moich, pewne grupy do tego dążą i można powiedzieć, że tworzą zręby jakiejś nowej religii opartej na "antywiarze", co wynika z ludzkiej potrzeby wiary. Nawet jeżeli jest to wiara w rzeczy nienadprzyrodzone, które powoli stają się przedmiotem swoistego sacrum.  


piątek, 12 maja 2017

Ateizm jako filozofia

Ponieważ poprzednia notka wywołała pewien sprzeciw mojego częstego blogowego adwersarza, a częściowo uznaję jego argumenty kontynuuję notkę. 
Przy swoim twierdzeniu że współczesne zjawisko ateizmu zaczyna przypominać pewną religię, obstaję nadal, ale były przecież nurty filozoficzne, w których koncepcja ateistyczna była tylko efektem ubocznym. Warto o nich wspomnieć.
Z początku filozofowie i uczeni podchodzili do religii, nie zajmując stanowiska krytycznego, ba wierzyli nawet że są w stanie wyjaśnić "boże mechanizmy", rządzące światem lepiej niż ojcowie kościoła. XVIII wieczna koncepcja świata jako absolutu wcale nie zachwiała tym przekonaniem, choć wtedy narodziły się teorie zupełnie oderwane od nauk kościoła. Choćby teoria heliocentryczna. O zjawisku "szafowania określeniem ateizmu" w stosunku do tych teorii pisze Hegel:

"Nie należy jednak lekką ręką szafować określeniami ateizmu,  jest to bowiem coś bardzo pospolitego, że jednostce, która w swoich wyobrażeniach na temat Boga odbiega od tych, które mają inni, zarzuca się brak religii, czyli jakby ateizm. Tu jednak zachodzi ten właśnie przypadek, że jest to filozofia, która doszła do ateizmu, a to, co miałoby być ostatecznym, aktywnym, działającym czynnikiem, określiła jako materię, naturę itd."

Kolejnym krokiem, całkowicie naturalnym było więc oddzielenie nauki od wiary. Galileusz twierdził (o Koperniku i jego nauce):
"nigdy nie zajmuje się rzeczami przynależącymi do religii lub do wiary, a zatrzymuje się na wnioskach przyjmowanych na podstawie astronomicznych i geometrycznych dowodów, opartych na wcześniejszych rozumnych doświadczeniach i bardzo wnikliwych obserwacjach"

Oczywiście, zanim doszło do otwartego zanegowania istnienia Boga narodził się sceptycyzm. Warto tu wymienić nazwisko Thomasa Hobbesa, który negował nadnaturalność zjawisk występujących w naturze, co jednak stawiało go na razie w szeregach deistów.

Za pierwszego zadeklarowanego ateistę można chyba uznać Jeana Mesliera, który był... księdzem. Ze swoim antyklerykalizmem ujawnił się dopiero po śmierci zostawiając po sobie tzw. "Testament" zawierający krytykę chrześcijaństwa jako źródło nierówności społecznych, oraz podważał wiarygodność dogmatów biblijnych. Biorąc pod uwagę lata w jakich żył, można powiedzieć że "pojechał po bandzie"

"W jakiejż pogardzie miałem mój kapłański urząd, a szczególnie tę zabobonną mszę, to śmieszne udzielanie sakramentów, zwłaszcza gdy musiałem wykonywać to wszystko z namaszczeniem, które pociągało waszą pobożność i waszą dobrą wiarę! Ileż wyrzutów sumienia wywoływała we mnie wasza łatwowierność! Tysiące razy byłem o krok od publicznego wybuchu, tysiące razy chciałem otworzyć wam oczy, lecz obawa większa od moich sił powstrzymywała mnie nagle i zmusiła do milczenia aż do śmierci." 

Dzisiaj określilibyśmy go mianem liberała, głosił mianowicie, że wszyscy ludzie są równi i każdy ma prawo korzystać z owoców swojej pracy. 

Prawdziwa eksplozja ateizmu nastąpiła w wieku XIX. Można przywoływać w nieskończoność wypowiedzi filozofów i uczonych...

"Religia jest tylko fantastycznym odzwierciedleniem w głowach ludzkich tych zewnętrznych sił, które rządzą codziennym bytem ludzi, odzwierciedleniem w którym siły ziemskie przybierają postać sił nadprzyrodzonych..." (Engels)

"Religia jest westchnieniem uciśnionego stworzenia, sercem nieczułego świata, jest duszą bezdusznych stosunków. Religia jest opium ludu”." (Marks)

Na koniec mała ciekawostka, tak tylko pośrednio związana z tematem. Za ateistę uważany jest Karol Darwin, który miał swoją teorią ewolucji wbić gwóźdź do trumny dla poglądów religijnych (kreacjonizmu).
Jego niewiara jednak wcale nie wynikła z opracowanej przez niego teorii. Była wynikiem tragedii osobistej (straty córki). Jego słowa, są dla zwolenników ateizmu Darwina niezbitym dowodem, natomiast moim zdaniem wynika z nich tylko odrzucenie chrześcijaństwa i brak wiary w bożą miłość:

"W ten sposób niewiara ogarnęła mnie w bardzo wolnym tempie, ale w końcu stała się całkowita. Tempo to było tak wolne, że nie czułem żadnego strapienia i nigdy odtąd nie wątpiłem ani przez sekundę, że mój wniosek był poprawny. Trudno mi sobie rzeczywiście wyobrazić, jak ktokolwiek mógłby chcieć, by chrześcijaństwo było prawdziwe; bo jeśli tak, to zwykły język tekstu wydaje się pokazywać, iż ludzie, którzy nie wierzą - a do tych zaliczałbym mojego Ojca, Brata i prawie wszystkich moich najlepszych przyjaciół, będą przez wieki karani. A to jest przeklęta doktryna."

W swoim dziele natomiast pisze:

"Wniosły zaiste jest to pogląd, że Stwórca natchnął życiem kilka form lub jedną tylko i że gdy planeta nasza podlegając ścisłym prawom ciążenia dokonywała swych obrotów, z tak prostego początku zdołał się rozwinąć i wciąż się jeszcze rozwija nieskończony szereg form najpiękniejszych i najbardziej godnych podziwu"

Z tego prostego przykładu wynika, że często ateistyczne poglądy do różnych filozofii są przyszywane na siłę. Ja sam nie podjąłbym się z wiedzą o tych dwóch tekstach twórcy teorii ewolucji stwierdzenia, że ponad wszelką wątpliwość nie wierzył w Boga.

czwartek, 11 maja 2017

Religia ateistów



Można by przypuszczać, że ateizm jest raczej poglądem mało złożonym - odrzuceniem religii i zanegowaniem istnienia świata nadprzyrodzonego.  Klasyfikacja i kształtowanie się postaw ateistycznych to jednak sprawa niezwykle stara i złożona, znana w starożytności, a w czasach bliższych sięgająca  epoki renesansu, a nie jak się powszechnie uważa "wieku rozumu". Jako jeden z pierwszych w erze nowożytnej usiłował klasyfikować zjawisko kalwinista Teodor Beza (1519-1605). Rozróżniał on trzy rodzaje postaw ateistycznych, jego następcy nawet więcej. Do mnie najbardziej przemówiły wynikające z różnych założeń dwie poniższe klasyfikacje, gdyż z nich zdają się wyrastać wszelkie inne:


Ateizm teoretyczny - polega na intelektualnej negacji istnienia Boga
Ateizm praktyczny - wyraża się określonym sposobem życia, praktycznie nie liczącym się z istnieniem Boga, piekła i nieba.


Ateizm teoretyczny jest obecnie najbardziej rozpowszechnionym i głoszonym poglądem i wraz z powstaniem w XX wieku nurtu tzw "Nowego Ateizmu" (nazwę zastosowano po raz pierwszy w 2006 roku). I tu warto wymienić kilka nazwisk, a dokładnie cztery: Dawkins, Denett, Hitchens i Harris (podczas jednej z debat nazwanych "czterema jeźdźcami apokalipsy"). Według nich istnienie zjawisk nadprzyrodzonych jest hipotezą, która nie daje się naukowo obronić istnieniem osobowego Boga. Co więcej, przekonania religijne są nawet nie tyle błędne, co szkodliwe, bo prowadzą do fundamentalizmu. Tym samym "Nowy Ateizm" wchodzi w otwartą kolizję z religią, jest nurtem jej wrogim.
Pytanie, gdzie tu miejsce na religię?
W jej miejsce pojawia się pewna luka, którą ateiści muszą czymś wypełnić. I wypełniają ją nowym kultem - kultem rozumu i nauki, powołując się na oczywistość i uniwersalność zdrowego rozsądku, oraz uniwersalność praw naukowych we wszystkich dziedzinach życia, co oznacza zbędność religii.
Sama konkretna nazwa "Kultu rozumu" może być trochę myląca - gdyż nawiązałem tu do ateistycznego kierunku z czasów rewolucji francuskiej. Pasuje on w niektórych założeniach jednak do głoszonych przez wymienionych wcześniej "czterech jeźdźców nowego ateizmu" zasad - nadrzędnej roli rozsądku w poznawaniu świata. Francuski "Kult Rozumu" charakteryzował się m.in. stosowaniem pewnych rytuałów, organizowano mianowicie tzw. święta rozumu, połączone z tańcami , śpiewem, demolowaniem kościołów i w końcu wyborem bogini rozumu w postaci jakiejś atrakcyjnej dziewoi. Oczywiście współczesny ateizm unika, albo raczej stara się unikać rytualistyki, gdyż porównanie go do religii, jest dla wyznawcy tegoż zniewagą najwyższą. Czy jednak chcą, czy nie, tworzenie symboliki (rysunek powyżej), integrowanie się w różnego rodzaju kluby, grupy dyskusyjne i organizowanie ceremonii humanistycznych to wypisz wymaluj budowanie nowych struktur i praktyk... religijnych - w miejsce tych starych i krytykowanych. 
Zilustruję to przykładem - w marcu 2014 roku odbył się w Warszawie marsz ateistów połączony z odgrywaniem scenki egzekucji niejakiego Kazimierza Łyszczyńskiego, któremu ścięto w 1689 roku głowę za "Traktat o nieistnieniu Boga". Jako żywo, mamy tu ateistycznego świętego, w którego wcielił się na marszu sam profesor Hartman (prorok jaki, czy co?), rytuał (coś na kształt drogi krzyżowej) i w końcu szereg symboli (negatywne postacie przebrane za biskupów i trzymany przez Hartmana traktat). Kiepsko w takich okolicznościach się broni wyjaśnienie, że to inscenizacja na wzór tych, robionych przez grupy rekonstrukcyjne, albo nawet że nawiązanie do ceremonii religijnej jest celowe.

Zdjecie z Marszu Ateistów (http://wyborcza.pl/51,75398,15708002.html?i=0)
Inną zależność zauważa nowozelandzki pisarz Bernard Beckett, który opisał swoje wrażenia ze spotkania z udziałem Dawkinsa:
"Czułem się jak w kościele. Nagle znalazła się tam cała gromada ludzi, którzy zdawali się mówić jak jedność. Dla mnie było to jak przywrócenie niektórych rzeczy, których nie lubiłem w kościele, a w którym się wychowałem."
Według Becketta, światopogląd stał się zorganizowaną ideologią, której należy się bezwzględnie podporządkować. Zaczyna zatracać cechy indywidualizmu. Sam Beckett uważa, że jednoznaczne potępienie religii jako zła tego świata przez zwolenników Dawkinsa, jest tego dowodem:
"To bardzo złożony problem socjologiczny (religia: przyp mój), który wymagałby wielu badań, ale jeśli jesteś jednym z nas, to musisz być także przeciwko religii."
Nowy Ateizm posiada jeszcze szereg innych mankamentów - brak krytycyzmu wobec naukowego postępu i zamykanie oczu na jego negatywne aspekty i konsekwencje, których ten czczony przez nich ludzki rozum nie przewidział. Powtarzając za pisarzem Arthurem C. Clarke „gdy wybitny, ale starszy już uczony głosi, że coś jest możliwe, niemal na pewno ma rację. Gdy mówi, że coś nie jest możliwe, najprawdopodobniej się myli”.
Wiara że nauka rozwiąże problemy współczesnego świata wyzwalając go z okowów religii jest czystą utopią. Z premedytacją użyłem tu słowa "wiara", gdyż ateiści upatrując zagrożenie np. w fundamentalizmie religijnym, często ignorują rzeczywiste jego powody. Tak jak w radykalnym islamie, tak naprawdę ruchu geopolitycznym, którego źródło nie tkwią jedynie w wierze i wcale by nie zniknęły gdyby nagle muzułmanie odkryli że Allah nie istnieje. 

Ateizm praktyczny - jest tematem równie obszernym, ale skupię się tylko na jednym jego aspekcie. W skrócie: jest to negacja istnienia Boga wynikająca z zachowania, a niekoniecznie z głoszonych zasad. Żyjący na przełomie XVI i XVII w jezuita Adam Contzen pisał: "Drugi rodzaj ateistów tworzą ci, którzy sami wolni są od jakichkolwiek zabobonów, ale sądzą, że ludek powinien być ujarzmiany straszydłami czczych bożyszcz, więc dodają mu obrzędy do obrzędów i bóstwa do bóstw, bezreligijni założyciele rozmaitych religii."
Określenie iście wizjonerskie, stosuje się do dobrze znanych już nam ideologii, jak choćby opisywany przeze mnie nazizm.  Cóż z tego, że miał on źródła w okultyzmie, czy nawet stał się konglomeratem volkizmu, a nawet niektórych założeń protestantyzmu, skoro praktycznie odrzucał wszelkie zasady płynące z religii i istnienie bytu nadrzędnego nad całkiem materialnie istniejącym narodem, nawet jeżeli przypisywało mu się cechy wynikające z pseudonauki i fałszywych założeń? Nawet ozdobniki w postaci parad i symboli nie były w stanie tego wrażenia zatrzeć. Zresztą przeświadczenie, że człowiek sam w sobie jest celem, jest także jedną z cech ateizmu teoretycznego.

źródła:


Nowicki Andrzej - Ateizm
Ludwika Mastalerz - Rewolucje których nie było.
Mikołaj Starzyński - Nowy Ateizm
http://mitologiawspolczesna.pl/w-co-wierza-ateisci-mikolaj-starzynski-nowy-ateizm-analiza-krytyczna/