środa, 13 grudnia 2017

Historia kłamstwa

Podobno pierwszym kłamstwem uraczył wąż Ewę w raju, żeby zjadła owoc z zakazanego drzewa. Już wtedy stało się jasne, że mówienie nieprawdy, by osiągnąć własnie korzyści ma przed sobą wielką przyszłość. Kłamstwo węża jest dla mnie jednak pewnym paradoksem, gdyż trudno się w nim dopatrywać faktycznego kłamstwa. Powiedział jej, że pozna dobro i zło. I ludzie znają się nimi, kolegując zwłaszcza z tym drugim. Kłamstwo jest też złe. Niektórzy tłumaczą sobie biblijny paradoks węża tak, że wąż-szatan nie chciał trwać w prawdzie bożej, inni, że zrobił Ewę w trąbę, mówiąc, że po zjedzeniu jabłka (które nawet niekoniecznie musiało być jabłkiem) na pewno nie umrze, a przecież umiera każdy...
Ale jest też inny dowód na to, że kłamstwo może być paradoksem. Kreteńczyk Epimenides stwierdził, że "Kreteńczycy zawsze kłamią"... Sęk w tym że do dziś nie wiadomo, czy mówił prawdę, czy faktycznie kłamał. Dlatego ten paradoks nazwano jego imieniem. 
Tak samo jest z telewizją - niektórzy uwierzyliby że kłamie, jakby sami to ogłosili. Ale gdyby tak było, wykorzystaliby całe dobrodziejstwo Epimenidesowego paradoksu.
Niestety, obrony przed kłamstwem nie ma. Wprawdzie mówi się, że kłamstwo dla ludzkiej psychiki jest niezdrowe, że gdzieś w głowie włączają się mechanizmy zwane "dysonansem poznawczym". Ale niektórzy są najwyraźniej od niego uzależnieni jak narkomani, albo alkoholicy. 
System obronny przed kłamstwem posiadają postacie fikcyjne. Taki Pinokio, oprócz "dysonansu poznawczego" cierpiał na rozrost narządu węchowego. Niestety był postacią od początku do końca skłamaną przez Włocha Collodiego. Choć to kłamstwo, bo człowiek ten nie nazywał się Collodi, tylko Lorenzini...  

Wyobraźmy sobie miasto kłamców, gdzie nawet na pytania o drogę na konkretną ulicę uzyskujemy fałszywą odpowiedź. Gdzie uczymy się od początku fałszywego alfabetu, do pisania fałszywych wyrazów i całych zdań. Gdzie w końcu kłamstwo, powtarzane tysiąckrotnie staje się prawdą, jak objawił to pewien prorok propagandy o nazwisku Goebbels. Jak to możliwe? Otóż osoba, która powtarza zasłyszane kłamstwo, uważając je za prawdę już nie kłamie. Zatem ktoś, kto nie ma zamiaru kłamać mówi prawdę... ? Już Stanisław Jerzy Lec zauważył, że "kłamstwo nie różni się niczym oprócz prawdy, oprócz tego, że nią nie jest". 

Być może matematycy też kłamali twierdząc, że dwa minusy dają plus. W końcu dostając "trzy z dwoma", skłamię, gdy powiem że dostałem trzy plus. 

Współcześnie, znając historię kłamstwa bądźmy na nie gotowi. Wszędzie.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

O swobodę sądów do ostatniego jaja walczyć będziem...

Prawdę mówiąc o słynnej pisarce Klementynie Suchanow nie słyszałem. Ale ja prosty człowiek jestem, więc te znane nazwiska różnych pisarzy zaskakują mnie co jakiś czas. Pani owa rzucała jajami w rządowe limuzyny i bardzo się zdziwiła, że ochrona rzuciła ją na przysłowiową glebę, skuła i wsadziła do paki. Gdzieś czytałem później lamenty tej kobitki, bardzo z siebie dumnej zresztą, bo przecież tym samym nazwisko Suchanow stało się na jakiś czas symbolem walki z kaczyzmem... - że to przecież w obronie wolnych sądów i że ona to nie w ludzi tymi jajami, tylko w samochody, jako symbol tej wrednej opresyjnej władzy... itd.
I teraz drobna moja dygresja. Co powinna zrobić policja widząc jak jakaś grupka osób rzuca czymś w rządowe samochody? a -Rzucić się na trajektorię lotu jajka i zasłonić je własnym ciałem? b - Zasygnalizować konieczność skorzystania z wycieraczek i myjni, kierowcom? c - Poczekać aż komuś się wymsknie z ręki inny przedmiot niż jajko? Co do takiego scenariusza, nie ma wątpliwości dawny bohater opozycji Frasyniuk:

"Zabicie demokracji w Polsce oznacza, że w dłuższej lub krótszej perspektywie polecą kamienie, tak jak to było w stanie wojennym. Nie czarujmy się, władza odbiera prawa i swobody obywatelskie - [...] - Pozbawia nas dostępu do niezawisłych sądów. W systemie autorytarnym to ulica decyduje, czy władza się jej boi albo nie."

No właśnie prawa obywatelskie. Szczerze mówiąc nie mogę się doczytać jakie konkretnie prawa zabiera PIS, ma w tym także problem gro protestujących. Mówi się o prawie do wyrażania poglądów i zgromadzeń, ale przecież bez przerwy organizowane są jakieś marsze i happeningi. Problem rodzi się dla obrońców demokracji w momencie gdy nie mogą być tam, gdzie ktoś inny już zadeklarował swoją obecność. Ale o tym może innym razem. 

Jak słyszę o obronie niezawisłych sądów dostaję białej gorączki. Naprawdę. Zajrzyjmy jednak najpierw do konstytucji:
  • Art. 32.
1. Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne.
2. Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny.

Czy tak było kiedykolwiek? 
Przypomnę rok 2002 i słynną sprawę Romana Kluski, prezesa Optimus S.A. Człowiek ten zaczynał bez żadnego kapitału - (a do dziś pozostaje tajemnicą jak to się stało, że p. Frasyniuk z kierowcy stał się właścicielem międzynarodowej firmy transportowej) od składania komputerów w przysłowiowej piwnicy stał się liderem na rynku komputerowym i kas fiskalnych w Polsce. I to go zgubiło. 

O tym jak bezczelnie i brutalnie administracja publiczna zniszczyła firmę Kluski było na tyle głośno,. że musiano kogoś odwołać. Zdymisjonowane zostały w 2003 raptem dwie osoby - szefowie Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie - Ryszard Rychlik i Wiesław Nocuń. Przyjrzyjmy się tym panom, może już bez naciskania na ich PRLowską przeszłość.

Rychlik jako prokurator nadzorował największe śledztwa toczące się w Polsce, m.in. dotyczące mafii paliwowej, zabójstwa Jacka Dębskiego czy śmierci gen. Marka Papały. Żadna z tych spraw, pomimo skazania "kogoś tam" nie znalazła jednoznacznego i zadowalającego rozwiązania, a skazani charakteryzowali się albo słabą kondycją psychiczną i marli masowo w więzieniach ("Baranina", Maziuk) lub okazywało się po latach, że to w ogóle nie byli oni ("Słowik", Bogucki).
W 2015 Warszawski Sąd zrobił oskarżonym prezent w postaci umorzenia ponad 100 spraw. Wszystko za sprawą nowelizacji do ustawy z 20 lutego 2015 r. (Dz.U. z 2015 r. poz. 396), która wprowadziła zmianę art. 102 k.k. 

W 2007 roku pan Rychlik był już na emeryturze, ale to o niego upomniała się prokuratura w związku z wyciekiem danych świadków w procesie mafii paliwowej, po tym jak pan prokurator dostał je do ręki. W skutek wycieku listy świadków śmierć w tajemniczych okolicznościach poniosły trzy osoby - każda miała składać zeznania w sprawie afery paliwowej. 
Nikogo nie zdziwi jednak fakt, że informacji o dalszych losach a tym bardziej o pociągnięciu pana R. do odpowiedzialności brak?

Co do Nocunia, do jednak cofnę się w przeszłość, gdyż istotny jest jego udział w sprawie zabójstwa studenta Stanisława Pyjasa i jego domniemanego zabójcy Wenclewicza.  Śmierci te uznano wtedy za nieszczęśliwe wypadki - jeden miał po pijanemu spaść ze schodów, drugi wypaść przez okno. Sprawy nie wyjaśniono do dziś, choć ostatnia ekspertyza nie była już w stanie potwierdzić udziału osób trzecich w śmierci studenta.

Po potknięciu w 2003 roku pan Nocuń wcale nie wypada z gry. Zostaje prokuratorem w Prokuraturze Krajowej. w 2005 roku Andrzej Kalwas minister sprawiedliwości w rządzie Marka Belki nie szczędzi mu ciepłych słów. 

"Uważam, że jest to prokurator, który niezależnie od tych spraw, związanych z jego przeszłością, które są wyciągane, nie dyskwalifikują go jako prokuratora; jest prokuratorem znakomitym, specjalistą od prawa konstytucyjnego. A ten pion w Prokuraturze Krajowej muszę wzmocnić."

A jak sąd odniósł się do sprawy Optimusa? Po latach okazało się, że Optimus nie naruszył prawa. Zarobki firmy spadły o połowę, z 361 mln do 173 mln. w wyniku działań fiskusa. Sąd zasądził ... 1 mln. odszkodowania i co jeszcze bardziej kuriozalne pokrycie kosztów sądowych.

I teraz pytanie zasadnicze. Podobno środowisko sądownicze bardzo dokładnie zweryfikowano. Można rzecz jasna było wywalić tych najbardziej skompromitowanych, wydających wyroki w procesach politycznych, ale przecież nie da rady wymienić wszystkich. Jeżeli mówi się, że środowisko ma cechy kasty, znaczy że te hermetyczne układy w nim zostają. Ale z tego niewielu sobie zdaje sprawę, a jestem w stanie iść o zakład, że z pewnością pojęcia nie mają o tym obrońcy sądów z bohaterką Suchanow na czele. 




czwartek, 7 grudnia 2017

Jesienna d...



Nadchodzi niepostrzeżenie. Za każdym razem, kiedy obiecuję sobie że zajmę się w końcu porządkowaniem i opisem zdjęć lata, deprecha uniemożliwia mi to nader skutecznie...
Cienie przeszłości przychodzą i odchodzą, sprawiając że myślę o rzeczach, które zrobiłem źle i które zrobiłbym zupełnie inaczej...




Mimo wszystko piszę... Opowiadanie na konkurs, artykuł do kolejnego wydania "Rocznika Sochaczewskiego" i jeszcze jedno opowiadanie. Więc trochę mniej na bloga.
Pora pogrzebać pewne rzeczy...

Choć nie za głęboko...


niedziela, 3 grudnia 2017

Ciemni Łowcy cz 2 - Maszyna do pisania

Historia którą tu opiszę wydarzyła się już dawno i zmuszony będę zdradzić w końcu imię i nazwisko mojego wspólnika, gdyż szczegół ten jest w tym przypadku niezwykle istotny. Otóż zwie się on Stefan Knig, dla znajomych "Kniga".
W tamtym czasie jeszcze nie polowaliśmy na upiory, zajmowaliśmy się bardziej trywialnymi zleceniami, serwisowaliśmy mianowicie ekwipunek łowców duchów i czarownic. Pewnego dnia przyszła do nas paczka, co samo w sobie nie było dziwne, bo bez przerwy pocztą przychodziło coś do naprawy. Ta zawierała jednak zwykłą maszynę do pisania i nie wiedzieliśmy po jaką cholerę ktoś ją nam przysłał. Mój kolega kierowany impulsem serwisanta postanowił sprawdzić czy działa i... zaczęło się. O ile wcześniej nie wypisywał niczego więcej ponad rachunki, tak teraz walił w nią cały dzień, zapisując całe ryzy papieru. Po miesiącu gotowa była już cała powieść. Niestety entuzjazm prysł, gdy pojawił się u nas jakiś facet w okularach, twierdząc, że przyszedł po swoją maszynę, którą omyłkowo przysłano na nasz adres. Nie ulegało wątpliwości, miał dowód zakupu na nazwisko różniące się tylko kolejnością jednej litery od nazwiska mojego wspólnika i maszynę trzeba było mu oddać. W sumie nawet się ucieszyłem, bo Stefek zaczął coś pieprzyć o produkcji jakiegoś forniru i bałem się, że dla odmiany chce się zająć meblarstwem, ale nijak nie mogłem jeszcze wtedy pojąć co ma to wspólnego z maszyną. Facet w okularach, dość miły, podziękował nam pięknie i sobie poszedł. Mojemu zaś koledze za jakiś czas przypomniała się książka, jedyna którą napisał. Zatytułował ją roboczo "Karina" Przeczytałem ją i mnie zatkało - naprawdę była niezła. Namówiłem go by oddał maszynopis do jakiegoś wydawnictwa. Ludzie z wydawnictwa wzięli go wprawdzie do przeczytania, ale sprawa nie skończyła się pomyślnie. Otóż już dnia następnego, wezwano Stefka do ich siedziby i oddano rękopis wraz z pewną książką. Nie dość że jej tytuł był podobny do tego, który "Kniga" wymyślił dla swojego dzieła, to  nazwisko autora różniło się tylko kolejnością jednej litery... Nie byłem szczególnie zdziwiony, widząc na końcu nawet zdjęcie naszego niegdysiejszego gościa, który przyszedł po swoją maszynę. Stefan czytał obsesyjnie wszystkie jego książki i któregoś dnia przyniósł mi jedno opowiadanie, które wiele wyjaśniło. Nosiło tytuł "Historia niechybionego strzału".
I to wyjaśnia zagadkę,  czemu nikt nie słyszał o pisarzu Stefanie Knigu.


Niniejszy odcinek jest niezrozumiały zapewne dla osób, które nie czytały "Ballady o Celnym Strzale" S. Kinga. :)

   

czwartek, 30 listopada 2017

Niszczenie kultury

Na najbliższe dni przewiduję zakończenie ciężkich tematów, będę pisał o wydarzeniach lokalnych dotyczących mojego hobby.  W tej notce swoje zdanie wypowiem na temat kultury i sztuki, adekwatnie do dnia, bo...ale nie, napiszę o tym po fakcie.

Być może znane jest niektórym czytelnikom pojęcie Syndromu Stendhala. Określa się tak zespół zaburzeń związanych z głębokim przeżywaniem dzieła sztuki - zawroty głowy, przyspieszone bicie serca, nawet halucynacje. Lekarze zdiagnozowali je stosunkowo niedawno, bo w 1982 roku, ale pierwszy opis zjawiska pochodzi z 1817 r. od francuskiego pisarza Stendhala, który doznał wysokiej gorączki po wizycie w galerii Uffizi we Włoszech.

Oczywiście nie cierpię na aż tak poważne schorzenia, jednakowoż obcowanie z różnego rodzaju sztuką, wprowadza mnie w osobliwy nastrój, mieszaniny rozkojarzenia i wyłączenia się z rzeczywistości, często nawet wiele godzin po zwiedzaniu. Sam na sztuce znam się raczej słabo, choć nadrabiam czytając różne opracowania, dotyczące technik i symboliki. 
Są rzecz jasna takie dzieła sztuki, które robią wrażenie i takie które nie robią wrażenia. Generalnie różne są tego powody, zwłaszcza ostatnimi czasy, kiedy coraz większy udział w tym co się ma podobać mają różnego rodzaju krytycy, marszandzi itd. I tak dochodzimy do sztuki współczesnej. Tu opowiem wam kawał, bodaj fragment jakiegoś filmu, którego nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć.

Przewodnik oprowadza wycieczkę po muzeum sztuki współczesnej. Tłumaczy zwiedzającym co widzą, taka instalacja śmaka. Na koniec pani się pyta wskazując na jakiś eksponat, "Cóż to za dzieło?" - "A nie, to krzesło."

Śmieszne? A wiecie że w jakimś francuskim muzeum się naprawdę pomylili i wybuchł skandal jak instalację jakiegoś artysty wyrzucili na śmietnik?

Pokażę Wam teraz obraz. 


Namalował go Jason Pollock, a sprzedano go za 140 mln dolarów. Ignorantom, którzy widzą powierzchnię pochlapaną farbą uświadamiam, iż jest to fraktal. Obrońcy artyzmu tego dzieła machają tym fraktalem jak mieczem, choć fraktal... nie wiadomo w zasadzie czym jest. Zajrzyjmy na Wikipedię.

Obiekt samo-podobny. :) tzn. taki, którego części są podobne do całości) albo „nieskończenie subtelny” (ukazujący subtelne detale nawet w wielokrotnym powiększeniu). Ze względu na olbrzymią różnorodność przykładów matematycy obecnie unikają podawania ścisłej definicji. i proponują określać fraktal jako zbiór, który posiada wszystkie poniższe

Fraktalem jest kalafior. Albo postrzępione chmury na niebie.

Czyli jak powiem, że nie wiadomo co pan Pollock namalował będę bliski prawdy? Czytam fragment wywiadu Błażeja Prośniewskiego z panią Kają Pawełek (Centrum Sztuki Współczesnej) "Jak rozumieć abstrakcyjne dzieła Jacksona Pollocka?", :

"Na temat portretów, na przykład słynnej Mona Lisy, lub krajobrazów, większość ludzi jest w stanie wyrazić swoją opinię i dokonać analizy dzieła. Natomiast nie jest rzeczą łatwą interpretacja utworów abstrakcyjnych. To, że nie rozumiemy obrazów, nie znaczy, iż powinniśmy się bać czegoś o nich powiedzieć.
- Podstawowym warunkiem, abyśmy mogli czerpać przyjemność z kontaktu ze sztuką jest to, żeby nie traktować jej jako wroga, czy testu na inteligencję - wyjaśnia ekspertka i dodaje: - Wtedy możliwe są różne interpretacje, zarówno emocjonalne, jak i intelektualne. Zawsze uruchamiają się skojarzenia."

Czyli nadal wychodzi na to, iż nie wiadomo co Pollock namalował. A jak chcemy, żeby to coś było, to powinniśmy sobie wymyślić co. A skoro nadal szwankuje nam wyobraźnia, cała rzesza znawców nam odpowiednio to wytłumaczy. I tu mam mały zgrzyt, bo jeżeli sztuka nie przemawia do mnie bezpośrednio, nawet jak do laika - samym zmysłowym, podświadomym zaspokojeniem jakichś estetycznych wrażeń, to cóż to u diabła za sztuka? 

Skoro już dotarliśmy do tego masterminda, który nam opiniotwórczo wskaże prawdziwą sztukę, wydawać by się mogło, że jesteśmy w domu. (dopóki nie pomylimy jakiegoś dzieła z krzesłem i nie wyjdziemy na durnia). Ale oto pojawia się zarzut, że w ten sposób można sobie wypromować prawie wszystko, i pojawić się może "jedyny słuszny kierunek sztuki", promowany nie ze względu na jej wartość, ale przydatne treści ideologiczne. Mówimy tu o kulturze w ogóle - książkach, obrazach, filmach. Aktualnie w naszym kraju dominują podobno treści chrześcijańsko - patriotyczne co owocuje tym, że nie promuje (finansuje) się dzieł o wydźwięku uznanym za antykościelny, czy antynarodowy. 

Film jako jedno z popularniejszych medium jest tu dobrym przykładem, dlatego odejdę na jego rzecz od obrazów, tym bardziej, że ostatnio zauważyłem, iż dosadniej od nich przemawiają ich autorzy. W 2013 promowało się uznane w niektórych kręgach za antypolskie "Pokłosie" (2012), czy "Idę" (2013), a "Historia Roja" (finalnie 2016) spędziła 8 bodaj lat na półce. Po 2016 tendencje się odwróciły i niektórzy narzekają, choć oklaskiwana "Ida" była według mnie filmem słabym, o tendencyjnie zarysowanej fabule, do tego nudnym ("Pokłosia" i "Roja" nie widziałem). Podobnie słabym zresztą jak zaangażowany ideologicznie "Smoleńsk".

 Jaka z tego płynie konkluzja? Ocena dzieł, nie przebiega już na płaszczyźnie formy, ale samej treści lub ideologii, jest manifestem obrony poglądów. Często jej miernikiem są poglądy jej autora. Czy taka sztuka potrafi się obronić i jest jeszcze w ogóle sztuką? 
 Cóż, mnie po obcowaniu z nią nie zagraża raczej Syndrom Stendhala.


środa, 29 listopada 2017

Pełzająca ohyda

Modnym ostatnio słówkiem w mediach stało się molestowanie. Kontekst tegoż, stał się o dziwo trochę inny niż zazwyczaj,

 Pierwsza sprawa - PZKol i nakłanianie młodej kadry przez członków do "zabaw" wykraczających jazdę na rowerze.

"Na co czekasz? No rozsuń rozporek".
Nie pamiętam, albo nie chcę pamiętać tych kolejnych kilku minut.
(relacja jednej z zawodniczek na portalu Sportowe Fakty)

Co szokuje to wywiad z byłym wiceprezesem PZKol, który nagle stwierdza, że 

"w PZK dochodziło do molestowania seksualnego, odnotowano także przypadek gwałtu. Jedna z zawodniczek została wykorzystana po podaniu jej silnego środka nasennego w połączeniu z alkoholem. Ofiarą przestępstw seksualnych padały także osoby nieletnie. Pracownicy, którzy wiedzieli o sprawie, byli straszeni zwolnieniem. Zawodniczkom w razie sprzeciwu odmawiano udziału w ważnych imprezach sportowych."

Nikt nic nie widział, a pokrzywdzeni też nic nie mówili, bo... nie wiem. Jazda na rowerze była ważniejsza? Idźmy dalej - Dziennikarze GW Dymek i Wybieralski z zarzutami molestowania, gwałtu... Aż trudno uwierzyć - w tej ostoi liberalnych wartości takie rzeczy? Nagle okazuje się, że samce lewicowe, pomimo grzmienia na zepsuty kler, na prostackich Januszy, dręczących swoje Grażyny, wcale nie są lepsi i wodzi ich ten sam skryty w rozporze instynkt? I nikt do pewnego momentu nie widzi nic złego, dopiero ujawnienie jednego faktu powoduje wylanie się na salony całego wora z fekaliami.
A zaczęło się niewinnie - salonowy pisarz Janusz Rudnicki nazywa Annę Śmigulec na głos kur... a potem tłumaczy się że to "taka gra na słowa, rodzaj kodu między samymi swoimi". Oczywiście można teraz przypuszczać, że macanie po tyłku koleżanek i nakłanianie ich do otwierania rozporka, w swoim środowisku też uchodziło za rodzaj "gry między swoimi", dopóki któraś nie zorientowała się, że jednak spotkało ją dokładnie to, co te środowiska z takim zapałem uznają za szowinizm, molestowanie, lobbing, ale pod warunkiem że dzieje się poza nim.
Prawdę mówiąc, o kobietach które przez dłuższy czas skrywają te fakty i decydują się na coming out, w dowolnym momencie mam mieszane uczucia. Nie wiem czego im brakło, odwagi, czy po prostu do pewnego momentu układ korzyści i strat rozkładał się na tyle nierówno, że warto było siedzieć cicho?   

„Po wieczorze spędzonym z czołowym lewicowym publicystą, mimo jego kiepskiego stylu podrywu i zachowania, nieopatrznie skończyliśmy u mnie w domu..."

Nosz jakież to niedopatrzenie. Dalej jest jeszcze ciekawiej.

"Byłam podejrzliwa wobec jego deklaracji i nie miałam najmniejszej ochoty na seks. Niestety, nie mógł się opanować. Zostałam zgwałcona. Okazałam niechęć i wielokrotnie prosiłam, by przestał – nie chciałam, żeby nasz pierwszy seks wyglądał w ten sposób. Reagował na to poirytowaniem, zwrócił mi uwagę, że “mogłabym zacząć być zadowolona”. Nie chciałam go wtedy obwiniać. Myślałam, że może to tak z rozpędu, z głupoty."

 Z rozpędu i z głupoty, tylko nie wiem czyjej, autorka tej relacji nie za bardzo wiedziała, czy to co ją spotkało to gwałt, czy może coś innego. Myślała o tym tak długo, że przez jakiś czas była związana ze swoim gwałcicielem (mimo nawet kiepskiego stylu podrywu :)) i dopiero po rozstaniu doszła do wniosku że jednak był to gwałt. A może do jej móżdżka przepojonego ideami mojości intymnych części ciała, manifestującej się udziałami w manifach i marszach, oraz czytaniem felietonów wyśmiewającej patriarchat Januszy, doszło w końcu, że jest taką samą zabawką, tylko w rękach lewicowego chłopca? Nie sądziłem że stanę w obronie dziennikarzy GW, ale nawet zakładając ich buractwo, mam podejrzenie, że do pewnego momentu podobało się ich "ofiarom". Podobno jednak wnikanie w tą kwestie jest podtrzymywaniem "kultury gwałtu".

Śmiałbym się głośno, gdyby gdzieś w tym przegniłym bałaganie nie było prawdziwych ofiar.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Władca.

 
2013-10-01
Władca spoczął na tronie…
Owoc pychy począł dojrzewać
W sercu, zamkniętym w osłonie
Ze stali… skuwa je zbroja
Chroniąca przed światem
I krzykiem sumienia
Co w grotu kształcie
Jest w stanie zmieniać
Sądy panującego,
Który zasiadł na tronie
Z zagadką dlaczego
W jego właśnie stronę
Zwrócone są wszystkie twarze.

A wszystkie w maskach…
I jedyna szczera
Jest licem błazna
co głupio się uśmiecha.

Arogancja
Niczym robak toczy umysł
Władcy, co berło trzyma
W pozie zadumy
Nader dobrze udanej,
Lecz pozór mija
Gdy monarcha wstaje
I w twarz bije trefnisia.