czwartek, 1 maja 2014

W Mistrzewicach

1 maj powitał łaskawą pogodą i zaczęło się od rujnacji planów. Mieliśmy mianowicie iść na ognisko, ale z rana koleżanka, która nas zaprosiła odwołała imprezę, tłumacząc że powodem jest katar córeczki. Ale ani nam w głowie było siedzenie w domu, zwłaszcza że 1 maj był zapowiadany jako jedyny ładny dzień przedłużonego weekendu.
Szybko dogadaliśmy się z przyjaciółmi i pojechaliśmy na spacer do Mistrzewic. Miejscowość jest położona nad Bzurą w ten sposób, że idzie się rozległą łąką, mając z jednej strony las, z drugiej rzekę. Dodatkowo gdzieniegdzie, ciągną się wzdłuż drogi zarośnięte stawy, pozostałości po wysokim stanie rzeki, kiedy to woda wylała i pozostała we wszelkich możliwych zagłębieniach. Raj dla wędkarzy i bobrów, ktorych ślady napotkaliśmy po drodze.



Takie właśnie starorzecze sfotografował Małas. Biegał z dyndającym się aparatem i robił zdjęcia, jak widać całkiem udane. Za tymi drzewami wzdłuż lasu wiedzie droga, którą przyjechaliśmy

A za rzeką z oddali widać imponującą budowlę - kościół w Brochowie. Nie jest to taki zwykły wiejski kościółek, ale świątynia typu obronnego, czyli warownia. Myślę, że jeszcze tam wrócimy i napiszę oddzielną notkę poświęconą samemu kościołowi.


Kościół w Brochowie wygląda prawie jak zamek.

My tymczasem ruszyliśmy wzdłuż rzeki, zaopatrzeni w poważną baterię aparatów fotograficznych. Chyba każdy robił zdjęcia. Rzeka wyjątkowo w tym miejscu malownicza, oblężona była przez kajaki - nie tylko my korzystaliśmy z pięknego dnia.




Ponieważ kolega wziął swoją słynną nalewkę imbirową, humory nam dopisywały coraz bardziej. W takim otoczeniu i towarzystwie moglibyśmy iść bez końca. Wszystko obudziło się na dobre, każdy owad zasługiwał na zdjęcie, tym bardziej, że po zimowaniu wszelkie życie wyjątkowo tłumnie wyległo na słońce i nawet niezbyt szybko uciekało.


Kotojka upolowała tym razem motyla.


Pająk niemal wszedł w obiektyw. Ambicje modela?
 

Nie wiem  co to, ale poczuło wiosnę.
Mam nadzieję że ich
nie stresowałem zdjęciem.


Biegacz Granulowany ma wyjątkowo pracowitą wiosnę.
 
W końcu zgłodnieliśmy. Stwierdziliśmy, że wrócimy do miasta i pójdziemy na pizzę. Spacer i alkohol wzmógł apetyt, pizzę wręcz pochłonęlismy, a naleweczkę poprawiliśmy piwkiem, co w moim przypadku nie okazało się wieczorem zbyt zbawienne. Nie mniej jednak dzień zaliczam do wyjątkowo udanych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz