czwartek, 4 września 2014

Marzenie o Gujanie

Nie pamiętam dokładnie, kiedy ojczulkowi zakiełkował pomysł wyprawy (a nawet zamieszkania) do Gujany Francuskiej, ale było to kilka lat temu. Rzekomo miał tam już przygotowaną bazę u jakiegoś koleżki. Osłupiałej rodzinie oświadczył po prostu, że rychło wyjeżdża i rozpoczął przygotowania, czyli szczepienia przeciwko egzotycznym choróbskom i zbieranie funduszy. Niektórzy się śmiali, inni cokolwiek przestraszyli, jeszcze inni do końca nie wierzyli, ale cóż... Miał zabrać się z owym znajomym przy okazji jego wizyty w Polsce, lecieć wpierw do Paryża, następnie innym lotem do Gujany. Nie wiem, co to był za facet... rzekomo Polak, który służył ileś tam lat w Legii Cudzoziemskiej, potem zdecydował się osiąść właśnie w Gujanie Francuskiej i otworzyć knajpę u wybrzeży Atlantyku, postać wg. mnie conajmniej podejrzana.
Nigdy się nie dowiedziałem czemu akurat Gujana. Przecież chyba nie dlatego, że nie trzeba było tam wyrabiać paszportu, bo to terytorium Francji, jak tłumaczył. Od zwiedzania regionu nazywanego ze względu na klimat "zielonym piekłem", powinien odstraszać los i zapiski nijakiego Raymonda Mufrais. Raymond również uparł się na Gujanę, a dokładniej na pokonanie 700 kilometrowej drogi przez dżunglę do gór Tumuc-Humac, gdzie miał nadzieję znaleźć jakieś zaginione plemiona indiańskie.

"To jedno z najgorszych miejsc na świecie. Mordercza dżungla, węże, atakujące na rzece kajmany, robactwo, wilgoć, parzące słońce i 40-stopniowy upał, przed którym nie ma ucieczki. Nie bez powodu ta najstraszniejsza dżungla świata określana była mianem zielonego piekła."

Zielone Piekło pochłonęło Mufraisa bez śladu, odnaleziono jedynie jego zapiski, te ostatnie bardzo dramatyczne, młody podróżnik praktycznie już konał z wycieńczenia i głodu.

Oczywiście ojcarz mój nie zamierzał pokonywać dżungli z maczetą i plecakiem. Nie ma 23 lat jak Raymond, a piesze długie wycieczki nie są w jego stylu. Poza tym nawet w naszych łagodnych letnich upałach nie funkcjonuje najlepiej, oblewając się potem przy najmniejszym wysiłku i przybierając barwę świeżo ugotowanego raka, co dopiero tam. A mimo to decyzja wydawać by się mogło zapadła. Szczepionki zrobione, termin wyjazdu umówiony... Tyle, że nagle jego kontakt w Gujanie nabrał wody w usta. Myślę, że dopóki sprawa była w sferze swobodnych rozmów, gość był chętny, lecz gdy nabrała znamion realności, strefił i wcale mu się nie dziwię. Ojciec oświadczył, że w takim razie jedzie sam. Popatrzyliśmy na siebie z Kotojem.
- No i trzeba będzie lecieć na lotnisko do Paryża i go ściągać, przecież zaginie już tam...
Raczej miała rację, wątpię żeby ojcu udało się wydostać z Francji. Ani angielskiego, ani francuskiego, doświadczenia z podróży ograniczające się do przejazdów Itercity i autokarem... On sam chyba doszedł do tego samego wniosku, bo temat Gujany wymydlił się sam. Nie mniej jednak tatusiek jeszcze się czasem odgraża: "- Zobaczycie, sprzedam wszystko i jeszcze kiedyś tam pojadę!"...
Bon Voyage...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz