poniedziałek, 1 września 2014

Weekendowo - wycieczkowo

2014-09-01
Jak to padać miało w weekend... Tymczasem nic z tego nie wynikło i mogłem oddać się buszowaniu po terenie z Małasem. Najbardziej poszkodowana była Kotojka, która goniła w piętkę przez cały weekend. Otóż w niedzielę odbywały się targi rodzinne i niestety była konieczna jej obecność na stoisku. Nie wiem, czemu podział obowiązków wygladał akurat tak, że moja żona miała załatawiać wszystko, od ulotek, do wydruków, pakowania nagród itd, itp, a jej "koleżanka" ograniczyła się do zabrania stołu do auta, ale zaskutkowało to położeniem się jej do łóżka około godziny 2 w nocy i całodniowej nieobecności w domu w niedzielę. My natomiast olaliśmy imprezę całkowicie, z tego powodu, że wstęp na nią kosztował dorosłego osobnika 10 zł. Można było w ten sposób złożyć się na wycieczkę do krytych plaż "Tropical Islands" pod Berlinem dla jakiegoś szczęśliwca. Zamiast tego wybraliśmy się w sobotę do lasu. Matuchno, ile tam było ludzi... W lesie znaczy się. A to kilka drzew na krzyż zaledwie, do przejscia wzdłuż i w szerz w 20 minut. Nawet jednak tam sypnęło się trochę grzybów, więc nazbierałem nawet pół reklamówki, na które w domu rzuciła się uwielbiająca je Babcia.
Co tam jednak parę grzybków. W niedzielę poszliśmy z moją ciotką i siostrą cioteczną do opuszczonego sadu za torami. Tam nie było ludzi, natomiast drzewa uginały się od śliwek i jabłek. Było dość ciepło, ale wewnątrz sadu utworzył się jakiś dziwny mikroklimat, sprawiający złudzenie wnętrza sauny. Roślinność opuszczona przez człowieka wybujała do góry, trawy i mimozy były prawie mojego wzrostu. Przedzieranie się przez tą dżunglę było nie lada sztuką, myślałem co chwila o konieczności zabrania ze sobą maczety. W takiej gęstwie można było zapomnieć o jakimkolwiek przewiewie, tony opadłego owocu fermentowało pod drzewami, wytwarzając słodkawą, ciężką woń, a miejscami dodatkowe pułpapki w postaci ślizgawek (tak, tak, nie tylko nasi rolnicy przejechali się na jabłuszkach...)
Finałem naszego myszkowania po krzaczorach było około 30 kg jabłek i 7 kg śliwek. Ciotka robi z nich 1000 rodzajów przetworów na zimę - od typowych prażonych jabłek do słoika, powideł i pasteryzowanych soków, do mniej typowych powideł kakakowych i mieszanek śliwek z jabłkami. Te ostatnie wyjątowo ciekawe w smaku. Na miejscu po powrocie została zrobiona szarlotka z kaszą manną, a Małas poił się świeżo wyciśniętym sokiem z marchwii i jabłek.
Aha, trzeba pamiętać, że sad jest Sabiny... Nazwa pochodzi od żartu ciotki, po napotkaniu w nim dwóch chłopaków, którzy kiedyś także wpadli na jabłuszka.
- I co ta Sabina ma zamiar zrobić z tym sadem?
Młodzieńcy ponoć się stropili, przepraszając i tłumacząc się, że nie wiedzieli, że sad ma jeszcze jakiegoś właściciela.
Pozostaje pytanie, kim u licha jest Sabina?




Sweet Green Hell




Nasz łup

A dziś Małas poszedł pierwszy raz po wakacjach do zerówki. Chyba się spodobało, bo nie chciał wracać do domu. Skwaszony całą drogę powrotną był. Okazało się też, że rodzice wyposażyli niektóre swoje pociechy w telefony komórkowe. Posunięcie byłoby mądre, gdyby dziecko chodziło już gdzieś samo, ale sześciolatkowi, który czas znajduje się pod opieką dorosłych? Dziwny trend, który muszę wybić z głowy naszemu synowi.

"Roku pamiętnego" 1939, dzieci, które w piątkowy poranek poszły do szkoły, miały w kolejnych dniach kolejne, przedłużone o 6 lat wakacje. Albo miały inną szkołę - rzeczy, których nie powinno uczyć się, ani poznawać żadne dziecko. Niestety, ludzie jako zbiorowość to krótka pamięć, albo co najmniej wybiórcza. Dlatego tą datę trzeba przypominać zawsze, wszędzie i każdemu. Ciekaw wojny jest tylko ten, kto nie widział jej z bliska. Albo psychopata.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz