środa, 29 października 2014

Zimno w domu

2014-10-29
Nadszedł w końcu ten czas, kiedy bez dodatkowych starań docieplających w domu nie da się komfortowo przebywać bez koców i ciepłych skarpet. Odkąd pamiętam, ogrzanie naszego mieszkania było nie lada wyzwaniem z kilku co najmniej powodów. Jest przedstawicielem starego budownictwa, co oznacza wysokie sufity i duże pomieszczenia, szybko się wychładzające. Najbardziej kłopotliwe było to za mojego dziecięctwa, bo wyrwanie mnie w zimę z ciepłej pościeli równało się wręcz hipotermii… Jako dziecko też targałem na drugie piętro wiadra z węglem, bo do dziś mamy taki zabytek jak piece kaflowe. Wprawdzie nie pamiętam kiedy ostatnio paliło się w nich węglem, bo zamontowano w nich w nich ogrzewanie elektryczne jak byłem bardzo mały, ale węglem opalana była dość długo kuchnia, także kaflowa. Ta kuchnia to była niezła atrakcja muszę przyznać. Chyba nigdy nie zapomnę tych garów z kapustą, pyrkających nad fajerkami, między którymi prześwitywał pomarańczowy płomień… Lubiłem po kryjomu pryskać na fajerki wodą z małej psikawki i wyobrażać sobie, że prowadzę ostrzał jakiejś wrogiej bazy kosmicznej, bo parująca w oka mgnieniu woda sprawiała wrażenie małych eksplozji. W ogóle kuchnia wydawała szereg interesujących dźwięków, pykającej pokrywki, furgoczącego ognia, pękających w środku węgli, czy sapiącej wody, ulatującej z garków. Nad kuchnią wisiał olbrzymi bojler, pamiętający czasy przedwojenne, przywieziony z ruin Warszawy tuż po wojnie. Nagrzanie wody w nim trochę trwało, ale wykąpać się byliśmy w stanie wszyscy. A jakie pasztety i ciasta powstawały w piekarniku…
No dobra, ale miałem o zimnie opowiadać, a nie roztaczać sielską wizję kuchennego pomieszczenia… Gdy się w niej nie paliło, rano można było podziwiać pomalowane mrozem szyby, a przy oddechu unosiły się obłoczki pary. Tutaj dochładzało jeszcze przedziwne ustrojstwo, pozostałość po Niemcu, który w czasie okupacji zajmował lokal. Otóż ten Niemiec, miał coś w rodzaju lodówki, czy chłodni, po której został tylko sterczący z sufitu kawał rury. Z tej rury, pomimo zapchania jej plikiem gazet wiał przeraźliwy ziąb. I to nawet w lato, jak się wyjęło te gazety wiało chłodem. Ot taki ciekawy odprysk germańskiej wynalazczości, który zlikwidowaliśmy też stosunkowo niedawno ucinając boshem i zatykając zaprawą.
Mój pokój znajdował się przy ścianie bocznej budynku, ta natomiast emanowała piwniczną wręcz aurą, którą upodobał sobie grzyb, sadowiący się w rogu zarówno kuchni, jak i mojej komnaty. Wieloletnią walkę z nim zakończyło dopiero dobudowanie domu obok i ocieplenie chałupy, ale to akurat czasy nie tak dawne.
A i okna. Piękne, z mosiężnymi fantazyjnymi okuciami i klameczkami… Powypaczane jak diabli po 50 letniej wysłudze. Uszczelniając je na zimę, ładowaliśmy w nie z dziadkiem nie tylko uszczelki, ale nawet paski filcu, watę, styropian. A i tak przepuszczały zimno.
Dziś wprawdzie budynek jest już po licznych remontach, wymieniono okna, ocieplono go. Tylko niestety instalacja zamontowana w piecach ponad 30 lat temu zaczyna się sypać. Jedyny działający piec znajduje się w pokoju babki, my dogrzewamy się olejakiem.
Podobno człowiek przebywający w niższej temperaturze jest zdrowszy, niż standardowy piecuch. I faktycznie, chorowałem raczej rzadko, a moja tolerancja na niskie temperatury była znacznie zawsze wyższa niż innych osób. Ale powiedzmy sobie szczerze – wszyscy wolą ciepło od zimna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz