wtorek, 7 kwietnia 2015

Wielkanoc

Intensywna. Dziś ziewam i czuję się jeszcze lekko odłączony od rzeczywistości. W sobotę się rozgościliśmy u rodziny i czas tak popłynął przy rozmowie oraz lampkach z winem i cieście, że zrobiła się godzina 22... Niedziela to znów chrzciny, a jeszcze przed nimi zaliczyliśmy śniadanie u moich teściów. Robiłem troszkę za fotografa, na chrzcinach małej Basi, dzień oczywiście upłynął jak z bicza trzasnął. A w poniedziałek znów goście, od rana do wieczora. To tak pokrótce.

W kościele usiadłem tuż za młodymi rodzicami, żeby być w pogotowiu do robienia zdjęć co znaczniejszych momentów. Większość maluchów trzymana była w becikach na rękach i smacznie sobie spała. Jeden jednak osobnik, starszy od reszty i przjejawiający daleko już idącą świadomosć własnego ja, nie bardzo chciał uczestniczyć w uroczystości na rękach swojej mamy. Powiem wprost, darł się przez większość mszy, jakby w ciągu nieługiego jeszcze żywota zdążyła się w nim już zagnieździć cała czereda diabełków, które obawiały się święconej wody. Puszczony w końcu samopas, zmilkł na chwilę eksplorując okolice ołatarza, wznowił jednak koncert powstrzymany przed dołączeniem do oprawiania mszy przy księdzu... Wniosek? Dzieciaki podczas podawania do chrztu powinny być w wieku nieświadomym, bo lepiej znoszą tą ceremonię...

Wyobrażenie Chrystusa nad ołtarzem w w kościele w Chodakowie.

Ksiądz w końcu zaciekawił się urzędowo, jakie imiona rodzice postanowili nadać swoim pociechom. Przy ich wymienianiu naszło mnie trochę refleksji. Basia mi się spodobała, trafił się jakiś Sebastian i ogólnie imiona normalne, ale gdy w uszach zachrzęściła mi Nikola, a w chwile później Nikoletta (A może Nicoletta, tak czy siak skojarzyło mi się z gumą antynikotynową Nicorette), zacząłem się zastanawiać skąd u ludzi się biorą takie pomysły na udziwnianie dzieciom imion. Ale o tym może innym razem...
Z przyjęcia w "Czterech Porach Roku", bo tak się nazywał lokal pod miastem, w którym odbywało się przyjęcie, wyszliśmy koło godź. 19. Zastanawia mnie od jakiegoś czasu ten fenomen wyprawiania przyjęć komunijnych i chrztów w lokalach. Kiedyś chyba tego nie było - ścisła rodzina zaproszona była do domu na jakiś obiad. Tutaj i tej ścisłej rodziny jednak jest sporo, bo sami najbliżsi wujowie i ciocie małej Basi to ogólem 5 osob, część już z własnym potomstwem i faktycznie ciężko byłoby wszystkich zaproszonych umieścić w domu, nie mówiąc już, że nagotowanie strawy dla gości zgięło by chyba gospodarzy w pół już przed imprezą. "Cztery Pory Roku" natomiast okazały się adekwatną nazwą dla panującej aury. Spogladając między jednym a drugim kieliszkiem trunku w okno, widziałem na przemian słońce, deszcz, grad i śnieg, czyli symptomy faktycznie wszystkich pór roku.

Cztery Pory Roku

Tak jak policzyć, w poniedziałek przez chałupę przewinęło się 10 osób z rodziny bliższej i dalszej. Bez sensu, żebym wszystkich wymieniał czy literowal, grunt, że gości mieliśmy z krótkimi przerwami od 10 do ok 19. Pomimo, że padliśmy ze zmęczenia, było super. Zwłaszcza, że z kuzynostwem od strony babci brata niejako nawiązujemy stosunki na nowo, są to ludzie starsi ode mnie, ale tylko trochę i kiedyś po prostu nie utrzymywałem jako dzieciak jakichś zażyłych stosunków z chłopakami, którzy właśnie dorastali. Teraz jesteśmy wszyscy dorośli i zainteresowania się zrównały, co mnie cieszy, bo rodziny nigdy za wiele. Przynajmniej dla mnie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz