czwartek, 7 maja 2015

Początek sezonu

  1. 2015-05-06 Mam  taką ambicję, by odwiedzić wszystkie miejscowości powiatu Sochaczewskiego i te krok dalej. Nie wiem, czy mi się to uda w ciągu jednego sezonu rowerowerowego, choć dużą ich część mam już za sobą. Z racji zacięcia pisarsiego planowałby stworzenie nietypowego przewodnika, który opowiadałby nie tylko o tym co można teraz zobaczyć, ale także o tym co można było zobaczyć kiedyś... Granice powiatu się zmieniały, przed wojną należała do niego jeszcze spora część Puszczy Kamipinoskiej, aż po Wiersze. A kraina to płaska jak stolnica, idealna dla niewymagającego cyklisty. Ale cóż, jechać tak i jechać? Bez świadomści dziejów tego co mijamy? Ktoś powie cóż tu do oglądania? Ani zabytków tej klasy co w np. w Krakowie, ani krajobrazów wspaniałych jak np. w Bieszczadach. Najbardziej bolesne jest to, że gdyby z tego co tu kiedyś było została choćby część, to turyści mieliby co podziwiać. Ale skoro nie ma się tego co się chce... W niedzielę poprzedzającą weekend majowy wybrałem się na wycieczkę z Anką, moją siostrą cioteczną. Przejechaliśmy dystansik około 30 km. Wyjeżdżając na północ od Sochaczewa, w stronę Rokotowa, Białymina, żeby skręcić na Wyczółki i Jeżówkę, po czym w obliczu deszczu wycofać się na Skotniki i wrócić do Sochaczewa. Na nietypowe zwiedzanie poszliśmy, tak poszliśmy, bo trzeba było zsiąść z roweru, w Rokotowie, tuż przy torach. Otóż przydrożny gąszcz skrywa scenerię złowieszczą, niczym z jakiegoś "survival horroru" (filmy grozy oparte na schemacie odcięcia od cywilizacji i rzucenia się na pastwę jakichś sadystów, bądź kanibali). Maszyny rolnicze wchłonięte przez drzewa, ruiny jakichś szop i zardzewiałe auta... Ciąg uli z martwymi pszczołami i różniaste rupiecie niewiadomego przeznaczenia. Chodzilśmy pośród tego balaganu, cykając zdjęcia pogrążeni w błogim przeświadczeniu, że penetrujemy opuszczone gospodarstwo po jakichś wymarłych autochtonach. Przeświadczenie prysło jak bańka mydlana, gdy w jednym z zabudowań natrafiliśmy na całkiem żywego psa w klatce. Siostra mając znajomych jakiejś fundacji zajmującej się ochroną praw zwierząt odwiedziła później ze znajomą ową posiadłość, a jej właścicielem okazał się bardzo sympatyczny Pan, na tyły posesji którego się władowaliśmy. Nie męczył psa w klatce, dopiero co przygarnięte zwierzę było chwilowo tam zamknięte, bo uciekało, nie ufając jeszcze nowemu właścicielowi. Ruszyliśmy dalej, o Rokotowie pisałem już w zeszłym roku, można odnaleźć w spisie treści, zaś następny w koljece zwiedzania Białymin... cóż, ma ogromnie ciekawą historię, która będzie tematem następnego wpisu. Do nachodzenia Pana S. nie namawiam, ale pokażę wam tą mroczną część jego włości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz