piątek, 18 marca 2016

Jan Marcin Szancer


Gdy byłem jeszcze małym chłopcem, a czasem wydaje mi się, że nie było to aż tak dawno temu, siadałem często przy dziadkowym fotelu, a On czytał mi bajki. Później, gdy już nauczyłem się sam czytać role się odwróciły, to ja czytałem, a dziadek słuchał. Najbardziej zapamiętane przeze mnie książeczki, z których kilka pozostało do dziś w domu i zarazem pierwsze, z których uczyłem się czytać jeszcze przed pójściem do szkoły, były to duże, na ogół w sztywnych oprawach wydania bajek, bogato ilustrowane. Autorem ilustracji, był na ogół Jan Marcin Szancer. Książeczki należały chyba jeszcze do mojej Mamy, a potem niestety duża ich część powędrowała w świat do innych dzieci, kiedy moje zainteresowania zwróciły się ku poważniejszej literaturze. 
Choć tych wydań z lat 50 było sporo i przecież nie tylko Szancer je ilustrował, to jednak najbardziej utkwiły mi w pamięci jego obrazy. Może dlatego, że dziś książeczki do których przyłożył pędzel są pożądane wśród kolekcjonerów i pamiętam go na zasadzie wtórnego poznania? A może dlatego, że i wtedy artysta cieszył się wielką estymą i pamiętam, że dodatkową rekomendacją dla książki były zawsze jego ilustracje, co podkreślała babcia Ala, a ja już wtedy wiedziałem które są te "szancerowe"? Postacie przez niego rysowane były bardzo charakterystyczne, strzeliste, rzekłbym zwiewne, jakby nieraz miały ochotę przy lada podmuchu wyskoczyć z kart książeczek. A ile ich było... Otóż i jest Sierotka Marysia, wraz z krasnoludkami, Pinokio, Konik Garbusek, Rybak łapiący złotą rybkę i cała gromada innych postaci bajecznych... W końcu przywołująca na twarz wypieki ballada Mickiewicza "Pani Twardowska", ze wspaniale odrysowanym postawnym szlachcicem w żółtym kontuszu, który piekłu potrafił dać radę, a uległszy mu w końcu wykpił się warunkiem któremu i sam czart nie podołał - zajęciem przez niego na rok miejsca u boku swej żonki. Tej ostatniej fragmenty wryły mi się w końcu w pamięć, że recytowałem je czasem na głos... "Wtem, gdy wódkę pił z kielicha, kielich zaświstał, zazgrzytał...". A jakby sobie nie wyobrażać różnych sztuczek Twardowskiego, to chyba bym nigdy nie zobrazował sobie jak: "szewcu wycinając w nos trzy szczutki wytoczył ze łba pół beczki gdańskiej wódki"... A pan Marcin to dla mnie namalował...
Ciepło, staranność i kunszt tych rysunków ulotniły się w latach 80, panowała wtedy dziwna maniera udziwniania bajek dla dzieci jakimiś wyobrażeniami niespełnionych czasem plastyków, ponurymi i szarymi. Nie będę kontrastował, ale proponuję zajrzeć pod ten link Garaż ilustracji książkowych i porównać obrazki choćby pana Murawskiego. Nie chcę tu nikomu odmawiać talentu, ale do dziś twierdzę, że książka dla małych dzieci to ostatnie miejsce, gdzie pasuje taka stylistyka.
Później nastąp przekolorowany kicz, milszy wprawdzie dla oka, ale uproszczony do granic możliwości, tworzony przez wyrobników, a nie artystów. 


Pan Twardowski. Jest i małżona i
"Diablik, istny Niemiec, sztuczka kusa".

Proszę Państwa oto lis...
Gąski Marysi by chętnie zgryzł :)

7 komentarzy:

  1. Czytania nauczyłem się w wieku 4 lat. Nieco później wpadło mi w ręce stare wydanie "Trylogii" Sienkiewicza ilustrowanej właśnie przez J. M. Szancera, a tam co kilkanaście kartek piękne rysunki.
    Znacznie później zauważyłem, że Szancer rysował też akty kobiece, zobacz np. tutaj:
    http://www.galeriaszancera.pl/obraz.php?id=228
    Masz rację, że ilustracje dla dzieci to ważny etap ich rozwoju, a obecna grafika zupełnie tych wymagań nie spełnia.

    Andrzej Rawicz (Anzai)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie od "Trylogii" zacząłem czytanie dziadkowi na głos. Doczytałem do momentu zabicia Podpipięty, po tej scenie uciekłem z płaczem do swojego pokoju i nie chciałem dalej czytać. A czytać w ogóle nauczyłem się chyba z rok po Tobie. :)

      Tak, tą mniej znaną cześć twórczości Szancera też znam. Ale dzięki za link, chyba nie odwiedzałem jeszcze tej strony.

      Usuń
    2. No to byłeś lepszy ode mnie, bo ja gdzieś tak do 1-2 klasy czytałem (sylabizowałem) tylko bajki. Po przeczytaniu sceny wbijania Azji na pal dostałem gorączki i zabrano mi wszystkie "dorosłe" książki.

      Usuń
  2. Ja także znam ilustracje tego autora. Dzieli nas parę lat, ale łączą książki z dzieciństwa. Najstarsza siostra zabrała m.in. Konika Garbuska do swojego domu. I przy najbliższej okazji pożyczę aby mój syn tez poznał wspaniałe historie. Wróciły wspomnienia :)

    Co do komentarza u mnie to faktycznie tak przeżywałam wyjazd do Krakowa, że chyba nie wspomniałam, że właśnie Scorpionsi grali :)

    Nie piszę, ale chętnie zaglądam do Ciebie i innych. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie pamiętam czy miałem w ręku książki z ilustracjami p. Szancera. Ale pamiętam na przykład Koziołka Matołka. Jak dla mnie jako dzieciaka było to coś znakomitego. :) Lubiłem te historyjki różne w formie komiksów. A potem na świetlicy w szkole podstawowej odkryłem jeden numer ,,Thorgala". Do dziś pamiętam jak bohaterowie siedzą w takiej jaskini z jakimiś kamieniami szlachetnymi na ścianach, Słońce nieźle daje, a oni niemal się gotują. Do tego jeden z bohaterów nie miał chyba nogi. Wspomnienia nietypowe. :D

    Staram się jak najwięcej korzystać z kulturalnych wydarzeń w stolicy, ale też z kupowania książek, płyt itp. Ogólnie chodzimy do muzeów raz na jakiś czas, teraz nieco częściej ze względu na remont.

    Cóż starość nie radość jak zauważasz w którejś ze starszych notek.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Sierotkę Marysię z takimi obrazkami pamiętam z dzieciństwa. Wydaje mi się, że kiedyś ilustracje do książek były sztuką, teraz coraz częściej bywają rzemiosłem.

    OdpowiedzUsuń
  5. .. zawsze uwielbiałam czytać, do dziś ubóstwiam bajki i.. doskonale pamiętam ilustracje z książek, tych z dzieciństwa.. ;)
    .. wspaniale się czyta Twoje posty Radku, dziękuję za cudowne wspomnienia..

    - pozdrawiam ciepło.. :)

    OdpowiedzUsuń